Mruczanka Ornitologiczna (dla Ludzi O Mocnych Nerwach)

Ornitologia dzisiaj. O ptakach będzie. Ptaki były dotąd trzy, za to duże i dorodne. I wszystkie jednego gatunku. Pavo cristatus. Po naszemu – paw.

Paw pierwszy był w środku nocy (uprzedzał Puchatek, że dla ludzi o mocnych nerwach…). Pietruszka przewracał się w wyrku, przychodził do łóżka Puchatków, był odnoszony na śpiąco, przychodził znowu (co mu się zwykle zdarza naprawdę rzadko…). Koło trzeciej w nocy obudził się z zażyczył sobie "pić". Dostał. Wypił. Usiadł. I… Pavo cristatus. Po naszemu – wiadomo.

Pościel do zmiany. Piżamka do zmiany.

Do rana Pietruszka spał jak zabity. – No, chyba mu pomogło! – niepewnym głosem zasugerowała M.

Nie pomogło. Rano, po wypiciu kubka kakao – ptak drugi. Dwie godziny później – trzeci.

A w tak zwanym "międzyczasie" telefon od K., że u nich to samo. Tyle, że wszyscy, nie tylko dwuletnia Edytka.

Czyli raczej nie zatrucie (bo i gorączki brak, i innych objawów takoż). Raczej wirus jakiś paskudny.

Na razie – spokój. Pietruszka biedny jakiś, ale już bez ornitologii. Tyle, że od rana NIC nie zjadł. Popijał tylko. Jak ptaki się będą powtarzać, to będzie jutro wyprawa do Pani Doktor. Ech…

A teraz Pietruszka – zmęczony ornitologią – zasnął (co mu się w dzień nie zdarzało od dwu lat niemal!)

Ale ornitologia przystopowała. Na razie. Odpukać.

Ano, zobaczymy…

Puchatek Is Right Back!

Puchatek przeprasza. Naprawdę, szczerze i z wyrzutami sumienia. Puchatek sobie obiecywał, że 12 lipca napisze słów kilka. Że mianowicie wyjeżdża i go chwilę nie będzie. Ale niestety w ostatniej chwili wyskoczyło tyle rzeczy, że i tak się Puchatek położył spać koło drugiej w nocy, tylko po to, żeby wstać o szóstej rano, zwlec Potwory z pieleszy i pojeeeeeechać. Tak, jak zgadła Mattka – wakacje, choć nie tylko. Szczegóły później.

Wrócił Puchatek wczoraj. Koło czwartej po południu. Akurat, żeby zdążyć się rozpakować, zadzwonić do rodziny, że się wróciło i wytarmosić psa. A potem jak nie…!!! Burza była taka, że nie działały telefony, nie działały komórki, prądu nie było do jedenastej w nocy. Znajoma Puchatków utknęła w kolejce WKD w Komorowie i stała tam trzy godziny, bo nawet nie mogła się dodzwonić do męża, żeby po nią przyjechał. Czad.

***

Odpowiadając na liczne pytania dotyczące pornokiosku Puchatek spieszy donieść, że sprawa jest "w toku". Firma Kolporter raczyła odpowiedzieć (ustami swojego rzecznika prasowego zresztą). Odpowiedź była uprzejma, pan rzecznik przyznał Puchatkowi rację, okazał się jednak bezradny, gdyż – jak się okazuje – kiosk rzeczony nie jest kioskiem sieci Kolportera, a jedynie "stowarzyszonym", czy jak się to tam nazywać raczy. Jest prywatnym podmiotem gospodarczym, ma właściciela i firma Kolporter niestety nie może właścicielowi nic narzucić. Firma może tylko – co oczywiście uczyni – upomnieć właściciela, żeby… etc.

Ano, zobaczymy. We wtorek (najdalej) Puchatek na dworcu będzie. Zobaczy, czy upomnienie pomogło. Jeśli nie – weźmie z kiosku adres kontaktowy do rzeczonego właściciela. Napisze mu co myśli. Na początek – kulturalnie. Jak nie będzie reakcji (albo będzie negatywna) to pogrozi prokuraturą  (pewien Znajomy Prawnik znalazł Puchatkowi stosowne paragrafy). A potem Puchatek wykorzysta jeszcze kontakty z czasów pracy w Jednej Dużej Gazecie, czyli numer na prywatną komórkę do Pana Burmistrza miasta G. Bo to w końcu Burmistrz reguluje sprawy handlu w gminie… Więc jest także odpowiedzialny za przestrzeganie prawa…

Nie odpuści Puchatek na pewno. Howgh.

***

Okrutniku – tak, masz rację, że Internet pełny jest takich śmieci. Ale w domu jednak człowiek ma na to większy wpływ. Może odpowiednio przeglądarkę ustawić, żeby dostępu do śmieci nie było, może z dziećmi rozmawiać… Ja sobie (aż za dobrze…) zdaję sprawę z tego, że prędzej czy później każdy na jakieś śmieci trafi. Jest jednak różnica, czy trafi na nie dziesięciolatek, któremu można juz pewne rzeczy po prostu wyjaśnić, czy czterolatek, który NIE ROZUMIE tego, co widzi, ale przechowuje to (tak jesteśmy skonstruowani…) w pamięci i wyobraźni.

Tyle na razie. Ciąg dalszy nastąpi.

P.

Mruczanka Anty

Ooooo, dziś będzie na gorąco. Wkurzył się Puchatek niemiłosiernie, albo jeszcze bardziej. Szlag Puchatka trafił ciężki.

Ale po kolei.

Jedziemy do Warszawy. Całą gromadką. M., Potwory i Puchatek. I dwa rowery z dwoma fotelikami, żeby nie było. Trzeba wpaść do Babci, do Dziadka i jeszcze do paru osób.

Stoimy sobie na stacji w G. i czekamy na podmiejszczaka.

Na stacji kilka miesięcy temu otworzono kiosk. Nie "kiosk Ruchu", tylko kiosk firmy "Kolporter".

Nowoczesny kiosk, przeszkolony od podłogi do sufitu. I od podłogi do sufitu – jedna wielka wystawa z prasą, maskotkami, gadżetami, batonikami i Innymi Niezbędnymi Rzeczami – jak to w kiosku.

Skoro od podłogi do sufitu – to wiadomo, że każdy patrzy na wysokości swoich oczu. Stoimy. Czekamy.

Puchatek bezmyślnie czyta tytuły na okładkach kolorowych periodyków za szybą. Newsweek, Ozon, Wprost, Polityka, Przekrój…

Tymczasem Pietruszka (przypomnę – lat trzy i pół) stoi obok i tym swoim filozoficzno – zamyślonym wzrokiem patrzy na kolorowe czasopisma wystawione na wysokości jego wzroku. I Puchatek widzi, że Pietruszka brew ma zmarszczoną, wzrok skupiony – myśli, znaczy się. Czegoś wyraźnie nie rozumie, ale nie bardzo wie, o co tatę zapytać.

Puchatek spuszcza więc oczy – idąc za wzrokiem Pietruszki – na dolną część rzeczonej witryny.

I co Puchatek widzi na poziomie oczu trzy – cztero – pięcio – sześciolatka?

Ano, same tytuły dla dzieci. Cats, Hustler i inne pisemka, których tytułów Puchatek nawet nie zamierza pamiętać, a które generalnie należą do gatunku prasowego zwanego popularnie "tartak". Czyli pokazują głównie rżnięcie. Pardon.

Na okładkach prężą się gołe tyłki, silikonowe biusty, bezmyślne twarze udające erotyczną ekstazę.

Dokładnie na wysokości oczu Pietruszki dwie wysztafirowane … namiętnie się całują i obmacują, wyraźnie przygotowując się do gorącego, lesbijskiego seksu.

Pytanie za 100 punktów do szefostwa firmy Kolporter:

Co w takiej sytuacji odpowiedzieć dziecku w wieku niecałych czterech lat, które pyta: "Tato, a co te panie robią"?

Jestem w stanie (z trudem) zrozumieć, że kolporter (nie tylko Kolporter pisany wielką literą) musi mieć w ofercie tego typu pisma i że są klienci, które je kupują.

Trudniej mi zrozumieć, dlaczego te pisma muszą leżeć wyłożone za szybą,
zajmując dużą powierzchnię wystawową.

Natomiast zdecydowanie nie rozumiem, dlaczego leżą one wyłożone nie tam, gdzie patrzą potencjalni klienci (pies im mordę lizał), tylko IDEALNIE NA WYSOKOŚCI WZROKU MOJEGO DZIECKA.

Co za półgłowek to tak ułożył?!

Pani w kiosku radośnie oświadczyła mi, że "to nie ona decyduje o układzie wystawy", tylko "szefostwo". Pewnie chciała mnie spuścić.

Ale spuścić Puchatka się nie da. Puchatek napisał maila do "szefostwa", czyli do zarządu Kolportera. I czeka na odpowiedź. A jak jej nie dostanie – będzie pisał dalej i – słowo daje – narobi TAKIEGO SMRODU, że ho ho, albo jeszcze bardziej.

Puchatek naprawdę nie jest fanatykiem, ale u licha są jakieś granice absurdu i draństwa.

Howgh.

Mruczanka Czwartkowa (?)

Puchatek donosi (uprzejmie), że pogadał sobie dziś z MattkąPolką. Nie na Gadu-Gadu (bo Puchatek nie używa), nie za pomocą maila, nie telefonicznie – ale całkiem w realu!

Real był w Mieście Stołecznem, w miejscu jak najbardziej publicznym. Pogadali sobie o Potworach (jednych i drugich), ponarzekali na rodzinę (jedną i drugą), z którą – jak wiadomo – najlepiej wychodzi się na zdjęciu, o sztuce (?), literaturze (!) i innych atrakcjach. Bite dwie godziny – jak z bicza strzelił minęło.

I tylko sobie Puchatek zadaje pytanie, czy Mattki nie zagadał na amen, bo Puchatek gadatliwym Puchatkiem jest…

A obiecane zdjęcia Puchatej Mattce mailem wyekspediuje. Howgh.

***

A potem jeszcze się Puchatek spotkał z tym kolegą, co to ma wydawnictwo, co to książkę o motocyklach Puchatkowi do tłumaczenia dał. Kolega wręczył Puchatkowiu egzemplarze autorskie (…a co!) – i zaproponował kolejną książkę do tłumaczenia we wrześniu. I że ma sobie Puchatek wybrać – czy woli o remontowaniu i naprawach rowerów górskich, czy o pływaniu.

Hmmm… Prywatnie to Puchatek jest raczej Puchatkiem lądowym, niż wodnym i woli rower, niż basen.

Z drugiej strony – w książce o rowerach to będzie mnóstwo jakichś technicznych określeń, fachoiwych nazw i terminologii…

Ano, jeszcze zobaczymy.

Grunt, że robota jest. 🙂

Mruczanka Na Gapę

W poniedziałek jechał sobie Puchatek pociągiem z Warszawy do G. Przyszedł Pan Sprawdzacz Biletowy. Puchatek sięgnął do kieszeni po bilet…

…a biletu nie było.

A przecież rano, jadąc do Warszawy, Puchatek kupił bilet „powrotny”. Kupił na pewno, bo Pan Sprawdzacz takoż chodził i sprawdził.

Bilet zawsze wkłada Puchatek do tej samej kieszeni. Na wszelki wypadek sprawdził Puchatek pozostałe. Potem plecak. Potem jeszcze raz kieszenie, tylko w innej kolejności. Nic. To znaczy nie „nic”, bo mnóstwo rzeczy w tych kieszeniach było – dokumenty, klucze, pieniądze, jakieś papiery… Ale biletu – ani śladu.

– Chyba musi mi pan wypisać karę… – mruknął Puchatek zrezygnowany do Pana Sprawdzacza.

Pan Sprawdzacz okazał się kulturalnym człowiekiem. – Niech pan jeszcze spokojnie poszuka – poradził.

Okazało się jednak, że szukanie spokojne też nic nie dało. Brak, zero, nul, nichts, none.

I teraz przed Puchatkiem leży mandacik do zapłacenia. Za brak biletu. Stówa do tyłu – to samo w sobie stanowi poważny negatyw.

A do tego dochodzi jeszcze pytanie rodem z Archiwum X – GDZIE SIĘ PODZIAŁ TEN CHOLERNY BILET??????

Wyparował, kocia twarz, czy co? Kosmici go porwali? Zmienił stan skupienia? Wybrał wolność?

Czary jakie, czy co….

😦

Mruczanka Zaskoczona Niepozytywnie

No, wrócił Puchatek do domu. Aaaa, bo nic nie mówił, że jedzie? A to przeprasza przeuprzejmie i juz nadrabia.

M. z Potworami wywiózł Puchatek do Chojnowa. Wczoraj, czyli w piątek. 450 kilometrów, czy coś koło tego. Pociągami. A dziś – z powrotem, samotnie, autostopem oczywiście (…żeby nie wyjść z wprawy 😉

No bo, niestety, Polański czeka – i do końca czerwca (czyli do czwartku…).

Tym razem podróż przebiegła bez przygód – do tego stopnia, że ostatnim stopem doejchał prosto do G.

Ciekawostka z drogi.

Jeden pan kierowca opowiadał Puchatkowi – z niekłamanym podziwem – o pewnym swoim znajomym ze szkoły. Znajomy ów – zostawiwszy w Polsce żonę i trzyletnie dziecko – wyjechał na dwuletni kontrakt, przedłużóny potem o następne dwa lata, na platformę wiertniczą u wybrzeży jakichśtam. Zarobił przez te cztery lata tyle, że teraz może do końca życia nic nie robić, żonie „w prezencie” przywiózł znakomity samochód, kupił dom, posłał dziecko do najlepszej szkoły i jeszcze sto innych rzeczy zrobił, których Puchatek już nie pamięta, ale na pewno były wspaniałe i drogie. – To jest gość, łeb ma, rodzina na całe życie ustawiona, burżuje teraz!

…A Puchatek sobie wyobraził, że wyjeżdża teraz, zostawiając M. i trzyletniego (co za zbieg okoliczności…) Pietruszkę (o Piłeczce nie wspominając) – i że wraca za cztery lata… z walizką pieniędzy… Co tam z walizką, z ciężarówką pieniędzy… Tirem po prostu…

…a Pietruszka ma lat siedem, idzie właśnie do szkoły i pewnie po cichu się zadstanawia, kto to jest ten pan z brodą…

…i tak sobie Puchatek myśli, że chyba woli ściubić rachunki, jeździć autostopem jeszcze kilka lat i nie mieć kina domowego czy czego tam jeszcze…

Jak można, do cholery, zostawić własne dziecko na CZTERY LATA???? Trzyletnie dziecko, które jak tata wyjeżdża na pięć dni (jak Puchatek dziś rano), to buzię w podkówkę układa i – choć lubi chojnowskie ciocie i dziadka – na płacz mu się zbiera???

Ludzie to maja na…ane. Przepraszam.

😦

Mruczanka Tym Razem Wkurzona

Maila Puchatek dostał. Maila od bardzo sympatycznego skądinąd redaktora z pisma D. „Szanowny Panie, bla bla bla… Niestety od września zmienia się koncepcja pisma i prowadzonej przez Pana rubryki… Z przykrością informuję, że… Bla bla bla…”.

Redaktor Bogu ducha winien, człek znakomity, z formy maila widać wyraźnie, że głupio mu wobec Puchatka i źle się z tym czuje.

A Puchatek jest wkurzony na „naczalstwo” pisma D.

Nie dlatego, że zaczynają współpracę, a po pół roku ją zrywają.

I nawet nie dlatego, że miesięcznie kilkaset złotych mniej na konto wpłynie (teraz akurat roboty tyle, że to mały problem).

Przede wszystkim dlatego, że Puchatek wyczuwa kit. „Zmiana koncepcji”? Wolne żarty. Jeśli tworzy się nową rubrykę, ogłasza konkurs, kreuje jakąś nową rzeczywistość – to nikt mi nie wmówi, że kilka miesięcy później jest całkowicie „nowa koncepcja”, która całą rubrykę likwiduje, a efekty i wysiłek włożony w organizację konkursu i powstanie rubryki wysyła w okolicę Alfy Centauri.

Kitem czuć na kilometr. Puchatek widzi to tak:

– albo zabrakło kasy, żeby Puchatkowi płacić (cięcia, trudny rynek, recesja, wiadomo…);

– albo znalazł się kto inny, kto ma to robić (w podtekście – lepiej, bo opcji „Teraz-Będzie-To-Pisał-Bratanek-Ciotki-Dyrektora-Wydawnictwa” raczej pod uwagę Puchatek nie bierze… Może naiwnie…);

– albo (i to się Puchatkowi wydaje najbardziej prawdopodobne…) to, co Puchatek pisał, naczalstwu pisma D. nie odpowiadało, uznano to za kiepskie, stwierdzono, że nie o to chodziło i tak dalej.

I to właśnie jest wkurzające. Nie, nie to że „ktoś śmie twierdzić, że Puchatek coś robi źle”. Puchatek jest normalny, naprawdę. Krytkę przyjmuje, zdaje sobie sprawę z tego, że bywają różne wizje i poglądy.

Wkurzające jest to, że tego się nie mówi wprost. „Szanowny Panie, doszliśmy do wniosku, że nie o to nam chodziło, że Pan jednak pisze nie tak, jak byśmy chcieli, że musimy znaleźć / znaleźliśmy już / kogoś, kto bardziej nam odpowiada”.

No i w porządku. Może nie jest to sytuacja przyjemna, ale „shit happens”, jak mawiali starożytni – a przynajmniej uczciwie.

A tak… Nie znoszę niejasnych sytuacji i niedomówień.

P.

Mruczanka Niechętna

Siedzę, pracuję. M. z Potworami na spacerze. Dzwonek do furtki. Przy furtce pan o twarzy mocno ogorzałej, ubrany biednie, wąsaty. Myślę – pewnie po złom, chodzą czasem tacy zbieracze. No i bomba, bo po remoncie sprzed miesiąca coś by się znalazło.

Nie. Pan tłumaczy mi pół po polsku, pół po niewiadomojakiemu, że jest z byłej Jugosławii, że głodny, że na chleb nie ma… „Bosnia-Herzegowina, pane, glodny, chleba ne ma…” – i już ręka na klamce od furtki, już chce wchodzić. W tym momencie zza domu wybiega Szelma. Szelma to chodząca łagodność, z każdym się chce bawić, potencjalnego złodzieja zapewne zaliże z radości na smierć… Ale pan o tym nie wie. Na szczęście. Dwadzieścia siedem kilo żywego psa pędzące z szybkością naddźwiękową w stronę furtki skutecznie zniechęca do (nieproszonego) wejścia.

Pieniędzy z zasady nie daję, dopóki nie sprawdzę, kto zacz. Mówię więc (akurat absolutnie zgodnie z prawdą…), że pieniędzy nie mam, ale skoro głodny, niech poczeka. I przynoszę z kuchni chleb (świeżutki…) i małe co nie co.

Spojrzenie pana przy furtce zmienia się z błagalnego we wściekłe. Tą samą mieszanką językową (…jakoś to nie brzmiało jak serbo-chorwackie naleciałości…) tłumaczy mi, gdzie mogę sobie ten chleb wsadzić (tłumaczenie wolne) i że on potrzebuje dwa złote – tym razem na pociąg (?).

Mówię mu – patrząc w oczy – że pieniędzy nie mam, że przecież mówił, że jest głodny, że chleb…

Patrzy na mnie już nie ze złością, ale z najwyższą pogardą. Chleb trzyma w ręce – ale chyba tylko dlatego, że na niego patrzę (prawdopodobnie wyrzuci go potem do najbliższego kosza…). Mamrocze coś jeszcze (ale nie „pod nosem”, tylko w moją stronę) – słów nie rozumiem, ale brzmią obraźliwie. Idzie, dzwoni jeszcze do sąsiadów po drugiej stronie podjazdu i w głębi (nikogo nie ma, rzecz prosta). Idzie dalej, wciąż oburzony.

Kocia twarz, ja rozumiem, że jemu o forsę chodziło – ale mógłby przynajmniej popracować na PR-em. Gdyby wziął ten chleb i podziękował (…bo przecież głodny!) – to następnym razem pewnie dałbym mu kilka złotych… Ale nie – pogarda, wyższość – chleb mu dają! Co oni sobie myślą, chamy jedne! Że on tu po chleb przyszedł?

Nie znoszę naciągactwa, chamskiego, ordynarnego naciągactwa.

Mruczanka Artystyczna (?)

Relacja M.:

Puchatek był w Warszawie. M. była w kuchni. Pietruszka budował coś z klocków. Piłeczka poszła na górę (tak, poszła, wszelkie próby uczenia jej, że „bez mamy i taty na schodzy się NIE-WCHO-DZI!!!” okazały się bezskuteczne. Grochem o cokolwiek.)

Cisza.

Pietruszka buduje.

M. w kuchni.

Cisza.

Cisza?

Cisza?!

Wiadomo, że jak jest cisza i Piłeczki nie słychać, to albo śpi, albo…

M. popędziła na górę. W sypialni Piłeczki nie było. W łazience też. Piłeczka była w dużym pokoju na górze. Tym, co to ma być pokojem dzecinno-zabawowym.

Piłeczka dorwała kredki. Świecowe.

I teraz na całej jednej ścianie – od okna do drzwi – mamy szlaczek. Szlaczek jest baaardzo kolorowy (użyła skubana WSZYSTKICH kredek po kolei!), zaczyna się jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą (…schylać się dziecku nie chciało…) a kończy na tam, gdzie mała łapka sięgała.

Czad. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy wleźć na stołek…

…jeszcze by spadła…

:))))))

P.S. Pokój i tak miał być w sierpniu malowany. Ale wrażenie jest! 🙂

Puchatek Ojciec Artystki.