Mruczanka Nie Bardzo – Suplement

Przeczytałem uważnie to, co napisałem i – po poprawieniu kilku drobnych nieścisłości – doszedłem do wniosku, że gwoli uczciwości i obiektywizmu muszę kilka zdań dorzucić.

Nie chciałbym przedstawiać sprawy czarno-biało. W samej terapii i podejściu Pani A. do syna jest bowiem (nie da się ukryć) parę kontrowersji.

Rozmawiałem z matką Błażeja – chłopca, którego Pani A. prowadziła, razem z moja M. Mama Błażeja uświadomiła mi kilka spraw „z drugiej strony”.

Pani A. – zapewne na skutek „przejść” ze swoim dzieckiem – jest osobą bardzo… hmmm… „okopaną” rzekłbym. Jak ktoś całe życie walczy, to zawsze jest takie ryzyko, że potem już nie umie inaczej. I to prawda – pamiętam kilka rozmów z Panią A. – osoba ciepła, sympatyczna, komunikatywna, otwarta… do momentu, w którym rozmówca w czymkolwiek się z nią nie zgadzał. Każdy sprzeciw (choćby w sprawach nieistotnych zupełnie) traktowała jako sprawę osobistą i walczyła jak lew. Mnie to akurat nie ruszało, bo też mam „zadziorną naturę” 😉 – więc takie ostrzejsze dyskusje mi nie straszne… Ale wiem, że wielu ludzi nie potrafiło normalnie z nią rozmawiać.

Pani A. – niezależnie od NIEWĄTPLIWYCH umiejętności i genialnego podejścia – nabawiła się podobno w ostatnich latach (w odniesieniu do autyzmu i dzieci autystycznych) tak zwanego „syndromu eksperta” („Ekspert nie myśli – ekspert wie”). Każdy, kto śmiał stwierdzić, że może w czymś nie ma racji, że może trzeba inaczej – był traktowany jako wróg osobisty (piszę to wyłącznie na podstawie relacji osoby trzeciej).

No i wreszcie – Pani A., zdaniem wielu osób (także innych rodziców dzieci autystycznych) „przegięła sprawę” terapii swojego syna. Rzeczywiście wyprowadziła go z autyzmu, rzeczywiście dokonała cudu… Ale potem – tak twierdzą świadkowie – nie była już w stanie „odpuścić” i uznać, że ktokolwiek poza nią może się jej synem zająć. Stąd nauczanie w domu prowadziła sama, terapię prowadziła sama – nawet wtedy, kiedy chłopak zaczął wchodzić w wiek dojrzewania i wyraźnie potrzebował już innych ludzi. Były propozycje warsztatów terapeutycznych, jakiejś grupy, pomocy innych terapeutów – nie. „Nikt nie wie, czego potrzebuje mój syn”. Niektórzy uważają, że poszła w tym za daleko, że od pewnego momentu zablokowała go.

To tyle relacji „z drugiej ręki”. Samej sprawy w niczym to nie zmienia, wydało mi się jednak, że trzeba to dodać – jakem napisał – gwoli uczciwości i obiektywizmu…

Mruczanka Nie Bardzo…

Muszę Wam coś opowiedzieć. Uprzedzam – będzie dosyć długo. Inaczej się nie da.

Moja M., z wykształcenia pedagog-terapeuta, uczestniczyła kiedyś (już o tym pisałem) w terapii pewnego autystycznego chłopca. Poznała przy tym pewną panią – nazwijmy ją Panią A.

Pani A. to doświadczona terapeutka, od lat zajmująca się autystami. Osoba bardzo specyficzna – o trudnym charakterze, apodyktyczna, twarda, ale jedna z nielicznych osiągających realne sukcesy w „walce” z tą chorobą. Bardzo wymagająca (w stosunku do rodziców, koterapeutów, wolontariuszy, w stosunku do samej siebie także…), konsekwentna do bólu – a każdy, kto miał do czynienia z autyzmem lub jego pochodnymi wie, że to warunek sine qua non skutecznego działania. Obdarzona przy tym ogromną intuicją, wielkim darem (nie widzę innego słowa) rozumienia i widzenia „autystycznego świata”.
Pani A. – co prawdopodobnie jest jednym ze źródeł tego daru – sama ma autystyczne dziecko. Syna. Ma także córkę (młodszą) – zdrową.

Syn pani A. to „przypadek szczególny”. Autyzm + porażenie mózgowe – ale żadnych deficytów „poza tym”, a przy tym bardzo wysoki IQ. Czyli – człowiek o ogromnych możliwościach i potencjale, którego „jedynym problemem” (poza faktem, że jeździ na wózku…) był fakt, że żył w zamkniętym świecie własnych myśli, w autystycznej twierdzy. Inside, znasz to skądś?

Zauważcie – piszę „był”, „żył”… Czas przeszły. Bo pani A. – swoją żelazną konsekwencją i stalową wolą (wybaczcie te doprawdy banalne przenośnie…) wyprowadziła go z tego więzienia. Na tyle, na ile autystę można z niego wyprowadzić. Jej syn jest w tej chwili komunikatywnym młodym człowiekiem, czyta, uczy się, można z nim normalnie porozmawiać, ma dużą wiedzę, zainteresowania. Ktoś, kto nie zna całej historii nie uwierzyłby, że to to samo dziecko, które dziesięć lat temu kiwało się pod ścianą mamrocząc w sobie tylko znanym języku i „nie zauważając” innych ludzi.

Terapię syna Pani A. znam tylko z opowieści – i to z drugiej ręki, przez M. Wiem, że była to potwornie ciężka walka. Jak w niemal każdym tego typu przypadku – walka nie tylko z chorobą, ale i z „otoczeniem”. Ze „współczującymi” dziadkami, rozwalającymi terapię, z bliższymi i dalszymi Krewnymi-I-Znajomymi-Królika, wiedzącymi lepiej (…rzecz prosta…) co „się powinno” i dlaczego.

Bywały w tej terapii sytuacje zupełnie dramatyczne. Syn Pani A. przechodził etap niebywałej agresji (zwłaszcza wobec matki, która zmuszała go do pracy nad sobą i wychodzenia z „wygodnego” zamknięcia). Drapał, bił, gryzł. Trzeba go było unieruchamiać (tak zwany „holding”, kto nie wie – niech poszuka w Internecie). Bywały sytuacje, że Pani A. Musiała mu na przykład odmawiać podania jedzenia (bo konkretny etap terapii wymagał tego, żeby chłopak przełamał się i wszedł w interakcję z drugim człowiekiem, czyli – mówiąc prostszym językiem – ZAKOMUNIKOWAŁ, że jest głodny…).

Potworna, wiele lat trwająca walka o własne dziecko. O każdy jego ruch, każdą decycję, każdy centymetr i krok na drodze do „naszego świata”, każdy centymetr wyrywania go z „autystycznego więzienia”.

Walka zwycięska. Wydawałoby się. Pani A. wyprowadziła swoje dziecko z autyzmu. Niestety, dopiero ostatni czas pokazał, jaką cenę przyszło jej za to zapłacić.

Dziadkowie dogadali się z mężem Pani A. Czy go przekabacili, czy był słaby, czy coś się z nim porobiło… Nie wiem, nie mnie osądzać. Mąż pani A. zaczął toczyć z nią wojnę. Wojna skończyła się tym, że Pani A. została wyrzucona z własnego domu. Jej czternastoletnia córka stanęła w jej obronie – więc została wyrzucona razem z nią.

Pani A. została oddzielona od swojego syna. Nie ma z nim kontaktu, nie może się z nim nawet zobaczyć. Dziadkowie i tata zmanipulowali chłopaka (który ma dziś bodaj dziewiętnaście lat), żeby zeznawał przeciwko niej w sądzie. Obecnie Pani A. ma wytoczoną sprawę o pozbawienie praw rodzicielskich, jest oskarżana o „znęcanie się nad dzieckiem”. Argumentami w sądzie mają być głównie zeznania rodziny i samego chłopca – częściowo tendencyjnie zmanipulowane, częściowo wyssane z palca.

Pani A. z córką mieszka w wynajętym mieszkaniu. Żyje od kilku miesięcy na koszt rodziców – nie może nawet starać się o pracę, bo wszystkie jej „papiery” zostały w domu, do którego nie ma wstępu. Sąd w tym wypadku („odzyskania własności”, czy jak to się tam nazywa) jakoś się zupełnie nie spieszy.

Dodatkowego smaku całej historii dodaje fakt, że nagłą troską o syna Pani A. wykazują się ludzie, dla których chłopak przez lata właściwie nie istniał (no bo jakiś taki dziwny… Nie rozmawia… Tymi rękami tak macha…). Ludzie, którzy przez dziesięć lat nie zrobili NIC, żeby pomóc matce w terapii (no, może z wyjątkiem męża, który rzeczywiście przez dłuższy czas sprawiał wrażenie, że rozumie problem i współpracował).

I ci ludzie TERAZ obudzili się, że Pani A. „znęcała się nad dzieckiem”. Że mu krzywdę robiła.

Biegły sądowy – po trwającym kwadrans (!) przesłuchaniu syna Pani A. – stwierdził autorytatywnie, że chłopiec „nie konfabuluje” i że wszystkie jego zeznania w tej sprawie są prawdziwe. Sprawa jest na wokandzie.

Pani A. jest w sytuacji jak z Kafki – stawia się jej zarzuty, które są tak sformułowane i uzasadnione, że nie ma jak ich podważyć (boć przecież w terapii prawie nikt poza nią nie uczestniczył, nie ma świadków…).

Wszyscy znajomi i osoby chcące pomóc znają całą historię głównie z jej opowieści (co siłą rzeczy w oczach sądu czyni ich zeznania mniej wiarygodnymi). Wyjątkiem jest pewien ksiądz, bliski znajomy rodziny, który w domu Pani A. bywał, widział, zna jej syna, wie, jak się chłopiec zmienił…

Paranoja. PARANOJA.

Mruczanka Jesienno-Literacka

Oj, spleen jesienny. Paskudnie. Nic się nie chce. Wszystko z rąk leci. Nic się nie udaje. Błeee.

Podobno mój Świetej Pamięci dziadek, jak go takie nastroje nachodziły, to sięgał na półkę po jedną, konkretną książkę, która mu zawsze humor poprawiała. Zawsze – choćby ją czytał po raz setny.

Może i ja po nią sięgnę? Może geny zadziałają i mnie też pomoże?

Stoi na półce. Czeka. Uśmiecha się.

Charles Dickens, „Klub Pickwicka”.

Spróbujemy?

Mruczanka Postwyjazdowa

Miał być sympatyczny weekend na wsi. Cisza, las, pola, prawie wakacyjnie…

Wybrali się Puchatki razem ze Znajomymi O Biblijnym Nazwisku. Razem osób siedem – dwa Puchatki, dwa Potwory, dwoje Znajomych, jedna Córeczka Znajomych (troszkę starsza od Piłeczki).

Mieli wszyscy jechać w piątek rano. Najpierw się okazało, że Znajomi nie dostali w pracy dnia wolnego i dojadą w piątek wieczorem. Puchatki dojechały zatem w piątek rano z Puchatkowym Ojcem (skądinąd Właścicielem rzeczonej Wiejskiej Posiadłości w postaci chałupki drewnianej, letniskowej, za Pułtuskiem).

Na miejscu było pięknie. Liście już żółkły, cisza, „…dym się w polu snuje… zupełnie bez sensu, ale się rymuje” – cytując klasyków. Pięknie było. I zimno.

Napalili Puchatki w piecu, nagrzały domek – no, dało się żyć.

Znajomi O Biblijnym Nazwisku dojechali wieczorem. Późnym. Wieczór był miły. Noc już mniej, bo Córeczka Znajomych dostała ryku i ryczała. Całą noc. A następnego dnia (czyli w sobotę) przed południem się było okazało, że ryczała nie bez powodu. Albowiem okazała się być chorą. Gorączka i w ogóle.

W tej sytuacji Znajomi orzekli, że jednak wracają do domu. No bo jak inaczej…

A Puchatki – jako niezmotoryzowani – nie mieli wyboru. Znajomi pojechali, poczym Znajomy – pozostawiwszy rodzinę w G. – przyjechał po Puchatki. I tak po uroczym weekendzie na sielskiej wsi już w sobotę wieczorem wszyscy byli z powrotem w domu…

A Piłeczka ma katarzycho i kaszle. Kocia Twarz.

P.S. Puchatek składa podziekowania Inside, która – mimo nawału zajęć i doktoratu In Statu Nascendi – uratowała ciągłość Limeryków wrzucając sobotni tekst, uprzednio jej przesłany. Dziękuje Puchatek pięknie i obiecuje się jakos zrewanżować 🙂

Mruczanka Jesienna (…)

Jakiś mnie, Kocia Twarz, jesienny spleen dopada. Niby siedzę, niby piszę co trzeba, niby pogoda za oknem wspaniała (taka jesień to jest jesień!)… A jednak coś gdzieś w środku gryzie i wmawia człowiekowi, że chciałby być zupełnie gdzie indziej i robić całkiem co innego…

Najsilniej się ten stan przejawia w reakcjach na „świat zewnętrzny”. Jak tylko coś się dzieje, jak się dowiaduję, że trzeba coś zrobić, gdzieś pójść, z kimś porozmawiać – to od razu się we mnie budzi jakiś protest. „Znowu mi każą gdzieś iść! Nie chce mi się… Po co… Wrrrr…” i tak dalej.

Jak się przez moment zastanowię – to mija, boć przecież chodzi o rzeczy zwykłe, normalne, a najczęściej nawet w miarę sympatyczne i z własnej woli (bądź co bądź) podejmowane. Ale pierwsza reakcja prawie zawsze jest na „nie”.

Marzą mi się jakieś góry, jakiś szlak, plecak na plecach i ta rozkoszna świadomość, że do domu daleko i człowiek zdany jest tylko na siebie.

No tak, wiem, nudny jestem.

Na weekend wyjeżdżamy „na wieś” – trzy dni z dala od cywilizacji. Zawsze coś 🙂
____________________________________________________________

Mailem dostałem. Od osobistej siostry. I jako zagorzały abstynent – zachwyciłem się okrutnie.

Motto:
„Najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości jest zwykła, czysta woda. Dwie krople na szklankę wódki i jak ręką odjął.”

😉

Mruczanka Po Niedzieli

Puchatki były wczoraj na chrzcie. Dziecko znajomych było chrzczone. A Puchatek nie mógł nie pójść, bo był chrzestnym. Co tu dużo mówić – wcale nim być w tym przypadku nie chciał za bardzo, ale nie bardzo wie, czy jest jakakolwiek możliwość kulturalnego i bez urażania rodziców odmówienia takiej propozycji…

Chrzest był w Warszawie, w Puchatków Starej Parafii (czyli Parafii Przedprzeprowadzkowej).

No kilka scen i zjawisk niewątpliwie godnych jest zapisania.

1. Każdy Polak w głębi duszy jest fotoreporterem. Nie ważne, co umie, nie ważne, że ma w ręku tak zwaną „małpę” z zepsutym fleszem, którą zrobione zdjęcie i tak nie wyjdzie – ważne, żeby być i pstryknąć. A jeszcze jak się ma NOWĄ CYFRÓWKĘ („…wszyscy widzą?…”), to już w ogóle jest tak zwany ogień w szopie. Można zatem odepchnąć matkę z dzieckiem na ręku („…bo baba w kadr włazi!” – cytat oryginalny, szeptem, ale scenicznym…), można wleźć w drogę ojcu chrzestnemu niosącemu zapaloną świecę, jakby się dało – to pewnie by się i na ołtarz wlazło, żeby złapać „lepsze ujęcie”…

Chrzczonych było dziewięcioro dzieci, każe z nich miało co najmniej trzech – czterech Krewnych I Znajomych z aparatami. Czyli z liturgii zrobił się TAK NIEPRAWDOPODOBNY BAJZEL (pardon), że Puchatka powoli szlag trafiał.

Normalnie chrzci tamtejszy proboszcz – człowiek Wysoce Sensowny (o czym niżej), który potrafi ten żywioł jakoś do porządku przywołać. Niestety – był akurat chory i zastępował go jeden z wikariuszy, który nie umiał. Kompletnie.

2. Co proboszcz, to proboszcz. „Na zewnątrz” wybory do parlamentu, a w parafii… też wybory. Stoją w kruchcie urny, leżą wydrukowane karteczki, przez całą niedzielę można wybierać członków parafialnej rady duszpasterskiej. Czapki z głów.

3. Piłeczka nie byłaby sobą, jakby nie narobiła obciachu. Matka puchatkowego chrześniaka na chwilę (krótką…) podała chrześniaka M.

M. wzięła malucha, uśmiechnęła się do niego, pokołysała. I wtedy w kościele rozległ się donośny głosik Piłeczki. Brzmiały w nim oburzenie i głębokie poczucie krzywdy. Wrzask – dodam – słyszalny był w CAŁYM KOŚCIELE, a podejrzewam, że także na zewnątrz w promieniu jakichś dwustu metrów.

– NE!!! NE NE NE!!! TO NIE MAMY DZIDZIA!!! MAMA NE CE TEJ DZIDZI!!! TO NASZA MAMA!!! DZIDZIA NE!!!!

Mruczanka Watykańsko – Lingwistyczna

A bo tak mnie naszło 🙂

Czytam sobie taką książkę – wywiad-rzekę, przeprowadzony przez Petera Seewalda z Josephem kardynałem Ratzingerem w czasie, kiedy jeszcze pojęcia nie miał (ani jeden, ani drugi ;), że będzie Benedyktem XVI.

Seewald pyta o milion różnych rzeczy, od podstaw wiary i nauki Kościoła aż po poglądy na codzienność, sztukę, kulturę. Ratzinger odpowiada – szeroko, ciepło i barwnie, zupełnie nie pasują jego słowa do lansowanej w niektórych mediach wizji zimnego, twardego, „pancernego kardynała”.

Ale ja nie o treści tu chciałem, tylko o FORMIE. O języku, jakim posługuje się Ratzinger.

Jan Paweł II mówił językiem filozofii i poezji. Jego język był barwny, kwiecisty, stosował (znakomite skądinąd) zabiegi retoryczne, każda jego wypowiedź miała swoją melodię i rytm. To był – że pozwolę sobie na porównanie architektoniczne – barok. Taki prawdziwy, piękny barok: nie kapiący od złoceń, chmurek i aniołków, jak w warszawskim kościele św. Anny, ale niezwykle bogaty, z całą ornamentyką i mnóstwem szczegółów.

Ratzinger – dziś Benedykt XVI – mówi zupełnie inaczej. Jego język to raczej gotyk: znacznie prostszy (nie „uboższy”, tylko właśnie „prostszy”), niezwykle precyzyjny, z idealnie zachowanymi proporcjami. Każde słowo jest tu na swoim miejscu, każde zdanie zamyka się w logiczną całość. Kiedy odpowiada na pytanie – robi to z ogromnym szacunkiem dla pytającego, nawet wtedy, kiedy pytanie jest niezupełnie sensowne 🙂

To nie jest język poety-filozofa, jakim mówił Jan Paweł II. To język naukowca – ale nie „zasuszonego profesora”, którego wizja świata ogranicza się do poletka własnej specjalności. Język człowieka oczytanego, erudyty, wyraźnie zainteresowanego wieloma zjawiskami współczesności.

Język przy tym – w swojej prostocie i logice – niezwykle elegancki. Nie ma tu urwanych zdań, niedokończonych myśli, emocjonalnych dygresji. Myśl rozwijana jest konsekwentnie, każde kolejne zdanie czy nowy wątek logicznie wynika z poprzedniego. Zdania są dosyć krótkie, niewiele tu zdań podrzędnie złożonych, ciągnących się przez kilka linijek tekstu.

Ten język do mnie przemawia (niezależnie od treści). To się dobrze czyta. Z kimś takim dobrze by się rozmawiało – nie ma wątpliwości, co chce powiedzieć, nie ma wieloznaczności, wywód jest logiczny do bólu – choć nie pozbawiony poezji (nawet, jeśli to zupełnie inna poetyka, niż u Jana Pawła II).

Ciekawe, czy ktoś kiedyś robił analizę języka, jakim posługiwali się papieże…

Mruczanka Przedjesienna

 

Tyle spraw się dzieje… Tyle różnych myśli krąży…

Jesień się zaczyna na dobre. Nocami zimno, pierwsze żółte liście – choć w dzień jeszcze w miarę letnie temperatury…

To jeden z dwu okresów roku, w których najsilniej dopada mnie potrzeba Wędrowania. Wczoraj wieczorem wyszedłem na chwilę z domu zanieść coś znajomym dwie uliczki dalej. Wracałem – chłód, wiatr, gdzieś między chmurami widoczne pojedyncze gwiazdy… Poczułem nagle, że mógłbym tak iść i iść, całymi godzinami, nie myśląc o niczym.

A rano dojść na przykład w takie miejsce:

…albo jeszcze gdzieś dalej…

Mruczanka Faux Pas

Puchatek z M. i Potworami byli wczoraj w Leśnej Podkowie. Na urodzinach. Urodziny obchodził Błażej – autystyczny chłopiec, w którego terapii brała kiedyś udział M.

Urodziny zaczęły się w kościele w Leśnej Podkowie, od mszy w intencji Jubilata.

Kościół w Leśnej Podkowie to kościół szczególny – zielone otoczenie, jak przystało na miasto-ogórd, dookoła rośnie mnóstwo pięknych roślin, a wśród nich chodzą sobie różne mniej lub bardziej egzotyczne ptaki.

No i faux pas Puchatek popełnił, bo mu się Zmysł Satyryczny włączył w najmniej odpowiednim momencie.

Bo stali wszyscy przed kościołem, kilka minut przed mszą, w nastrojach jak najbardziej poważnych i podniosłych, a Puchatek zobaczył ptaszysko drepczące po ścieżce, z ogonem wielkim i – zanim zdążył pomyśleć – zadał na cały głos pytanie wysoce niestosowne:

– Przepraszam, kto tu puścił pawia?!

Rodzina jubilata padła ze śmiechu, M. przybrała kolor buraczkowy i spojrzała na Puchatka wzrokiem morderczym, a ksiądz proboszcz… Hmmmm… Chyba Puchatka nie będzie lubił.

Uuuups. 😉