Mruczanka Nie Bardzo…

Muszę Wam coś opowiedzieć. Uprzedzam – będzie dosyć długo. Inaczej się nie da.

Moja M., z wykształcenia pedagog-terapeuta, uczestniczyła kiedyś (już o tym pisałem) w terapii pewnego autystycznego chłopca. Poznała przy tym pewną panią – nazwijmy ją Panią A.

Pani A. to doświadczona terapeutka, od lat zajmująca się autystami. Osoba bardzo specyficzna – o trudnym charakterze, apodyktyczna, twarda, ale jedna z nielicznych osiągających realne sukcesy w „walce” z tą chorobą. Bardzo wymagająca (w stosunku do rodziców, koterapeutów, wolontariuszy, w stosunku do samej siebie także…), konsekwentna do bólu – a każdy, kto miał do czynienia z autyzmem lub jego pochodnymi wie, że to warunek sine qua non skutecznego działania. Obdarzona przy tym ogromną intuicją, wielkim darem (nie widzę innego słowa) rozumienia i widzenia „autystycznego świata”.
Pani A. – co prawdopodobnie jest jednym ze źródeł tego daru – sama ma autystyczne dziecko. Syna. Ma także córkę (młodszą) – zdrową.

Syn pani A. to „przypadek szczególny”. Autyzm + porażenie mózgowe – ale żadnych deficytów „poza tym”, a przy tym bardzo wysoki IQ. Czyli – człowiek o ogromnych możliwościach i potencjale, którego „jedynym problemem” (poza faktem, że jeździ na wózku…) był fakt, że żył w zamkniętym świecie własnych myśli, w autystycznej twierdzy. Inside, znasz to skądś?

Zauważcie – piszę „był”, „żył”… Czas przeszły. Bo pani A. – swoją żelazną konsekwencją i stalową wolą (wybaczcie te doprawdy banalne przenośnie…) wyprowadziła go z tego więzienia. Na tyle, na ile autystę można z niego wyprowadzić. Jej syn jest w tej chwili komunikatywnym młodym człowiekiem, czyta, uczy się, można z nim normalnie porozmawiać, ma dużą wiedzę, zainteresowania. Ktoś, kto nie zna całej historii nie uwierzyłby, że to to samo dziecko, które dziesięć lat temu kiwało się pod ścianą mamrocząc w sobie tylko znanym języku i „nie zauważając” innych ludzi.

Terapię syna Pani A. znam tylko z opowieści – i to z drugiej ręki, przez M. Wiem, że była to potwornie ciężka walka. Jak w niemal każdym tego typu przypadku – walka nie tylko z chorobą, ale i z „otoczeniem”. Ze „współczującymi” dziadkami, rozwalającymi terapię, z bliższymi i dalszymi Krewnymi-I-Znajomymi-Królika, wiedzącymi lepiej (…rzecz prosta…) co „się powinno” i dlaczego.

Bywały w tej terapii sytuacje zupełnie dramatyczne. Syn Pani A. przechodził etap niebywałej agresji (zwłaszcza wobec matki, która zmuszała go do pracy nad sobą i wychodzenia z „wygodnego” zamknięcia). Drapał, bił, gryzł. Trzeba go było unieruchamiać (tak zwany „holding”, kto nie wie – niech poszuka w Internecie). Bywały sytuacje, że Pani A. Musiała mu na przykład odmawiać podania jedzenia (bo konkretny etap terapii wymagał tego, żeby chłopak przełamał się i wszedł w interakcję z drugim człowiekiem, czyli – mówiąc prostszym językiem – ZAKOMUNIKOWAŁ, że jest głodny…).

Potworna, wiele lat trwająca walka o własne dziecko. O każdy jego ruch, każdą decycję, każdy centymetr i krok na drodze do „naszego świata”, każdy centymetr wyrywania go z „autystycznego więzienia”.

Walka zwycięska. Wydawałoby się. Pani A. wyprowadziła swoje dziecko z autyzmu. Niestety, dopiero ostatni czas pokazał, jaką cenę przyszło jej za to zapłacić.

Dziadkowie dogadali się z mężem Pani A. Czy go przekabacili, czy był słaby, czy coś się z nim porobiło… Nie wiem, nie mnie osądzać. Mąż pani A. zaczął toczyć z nią wojnę. Wojna skończyła się tym, że Pani A. została wyrzucona z własnego domu. Jej czternastoletnia córka stanęła w jej obronie – więc została wyrzucona razem z nią.

Pani A. została oddzielona od swojego syna. Nie ma z nim kontaktu, nie może się z nim nawet zobaczyć. Dziadkowie i tata zmanipulowali chłopaka (który ma dziś bodaj dziewiętnaście lat), żeby zeznawał przeciwko niej w sądzie. Obecnie Pani A. ma wytoczoną sprawę o pozbawienie praw rodzicielskich, jest oskarżana o „znęcanie się nad dzieckiem”. Argumentami w sądzie mają być głównie zeznania rodziny i samego chłopca – częściowo tendencyjnie zmanipulowane, częściowo wyssane z palca.

Pani A. z córką mieszka w wynajętym mieszkaniu. Żyje od kilku miesięcy na koszt rodziców – nie może nawet starać się o pracę, bo wszystkie jej „papiery” zostały w domu, do którego nie ma wstępu. Sąd w tym wypadku („odzyskania własności”, czy jak to się tam nazywa) jakoś się zupełnie nie spieszy.

Dodatkowego smaku całej historii dodaje fakt, że nagłą troską o syna Pani A. wykazują się ludzie, dla których chłopak przez lata właściwie nie istniał (no bo jakiś taki dziwny… Nie rozmawia… Tymi rękami tak macha…). Ludzie, którzy przez dziesięć lat nie zrobili NIC, żeby pomóc matce w terapii (no, może z wyjątkiem męża, który rzeczywiście przez dłuższy czas sprawiał wrażenie, że rozumie problem i współpracował).

I ci ludzie TERAZ obudzili się, że Pani A. „znęcała się nad dzieckiem”. Że mu krzywdę robiła.

Biegły sądowy – po trwającym kwadrans (!) przesłuchaniu syna Pani A. – stwierdził autorytatywnie, że chłopiec „nie konfabuluje” i że wszystkie jego zeznania w tej sprawie są prawdziwe. Sprawa jest na wokandzie.

Pani A. jest w sytuacji jak z Kafki – stawia się jej zarzuty, które są tak sformułowane i uzasadnione, że nie ma jak ich podważyć (boć przecież w terapii prawie nikt poza nią nie uczestniczył, nie ma świadków…).

Wszyscy znajomi i osoby chcące pomóc znają całą historię głównie z jej opowieści (co siłą rzeczy w oczach sądu czyni ich zeznania mniej wiarygodnymi). Wyjątkiem jest pewien ksiądz, bliski znajomy rodziny, który w domu Pani A. bywał, widział, zna jej syna, wie, jak się chłopiec zmienił…

Paranoja. PARANOJA.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s