Mruczanka Zaduszkowa Inaczej

Wszystkich Świętych… Zaduszki…

Podobnie jak Cytrynka niespecjalnie lubię w te dni odwiedzać cmentarze. Nawet nie z powodu tłumów (bo to akurat dosyć zrozumiałe…). Cmentarz po zmroku, rozświetlony tysiącami lampek i zniczy wygląda naprawdę tajemniczo i pięknie. Ale…

Ale. Szlag mnie trafia – nieodmiennie, co roku – jak widzę zachowanie ludzi na cmantarzu. Nie, nie chodzi mi o „rewię mody” (to wprawdzie śmieszne, ale można na to po prostu nie zwracać uwagi).

Są natomiast sprawy, na które nie zwracać uwagi nie potrafię.

Kiedyś cmentarz – każde zresztą miejsce pochówku – był „ziemią świętą”. Obowiązywały na nim w zasadzie takie same reguły, jak w kościele. Cisza. Godne zachowanie i strój. I tak dalej.

A dziś? Najgorzej jest w wielkich mastach. W małych miasteczkach czy wioskach nieco lepiej, ale też nietęgo.

Jak się dojeżdża do warszawskiego Cmentarza Północnego w okolicy Wszystkich świętych, to już z daleka widać chmurę dymu. Nie, nie ze zniczy. Z grilli i barków. Hamburgery, hot-dogi, kiełbaska z rożna, pańska skórka. Teoretycznie – dla tych, co zmarznięci wychodzą z cmentarza. W praktyce wygląda to tak, że trzy czwarte „zwiedzających” (tak, to chyba właściwe słowo…) łapie w dłoń bułę z kotletem albo kiełbachę na papierowej tacce i dalej między groby. Zapach zniczy i chryzantem miesza się ze smordem przypalonej kiełbasy, na groby kapie w równych proporcjach stearyna i ketchup, słychać szmer modlitw i mlaskanie.

Palenie papierosów na cmentarzu stało się normą. Widok osobnika stojącego nad grobem z puszką piwa w garści nikogo już nie dziwi. Zimno przecież, rozgrzać się trzeba. Do tego oczywiście głośne rozmowy, śmiechy, radosne spotkania po latach, ooo, ciocia, kopę lat cioci nie widziałem! A co u kuzynki Paulinki? Jak się miewa wujek Psujek? A słyszała ciocia, że…

Nie wiem, jak gdzie indziej, ale na Cmentarzu Północnym nikogo nie dziwi już także widok osób przychodzących na groby (a może tylko przechadzających się po cmentarzu…) z pieskami na smyczy. Pani zapala lampkę, jamniczek zadziera nóżkę na sąsiedni grobowiec i wszyscy są zadowoleni.

O głośnych i nieskrępowanych rozmowach przez komórki już nawet nie wspominam, bo i po co.

Co się stało? Gdzie zniknęła „spes sacra”? Czy cmentarz to dziś w społecznej świadomości takie samo miejsce, jak park czy skwerek? Ciekaw byłbym opnii jakiegoś socjologa…

Dla jasności – nie jestem starszym panem 😉 – mam 35 lat, a jednak naprawdę mnie to razi i wkurza. Coś tu nie gra. Bardzo.

Mruczanka Listopadowa

Na cmentarzu byliśmy… Cmenatrz w G. gdzie nie mam nikogo bliskiego, ale w końcu trzeba Potworom także pokazać, jak się świeczki na grobach zapala…

Jak sobie człowie pochodzi między grobami i poczyta napisy – to mu od razu właściwa perspektywa wraca tego, co ważne i tego, co mniej.

I tak mi sie skojarzyło ze Staffem. Jest taki wiersz pod tytułem „Dary życia”. Powrót do nieśmiertelnego (nomen omen…) tematu „…non omnis moriar”. Znacie?

Wznieść ręce w górę, jak drzewo gałęzie,
I szumieć w duszy, błogosławiąc losy
Za te uciski, peta i uwięzie,
Z których się serce wyrywa w niebiosy.

W piwnicy krzepić się jak w gór ozonie
I dniom dziękować, gdy jak w nocy ciemno,
Gdy wiem, że w walce ostatkiem sił gonię,
A nie wiem nawet już, czy Bóg jest ze mną.

Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los na mnie się zaciął,
Nie zmarnowane będzie życie moje,
Bom tworzył pieśni i miałem przyjaciół.

Ano, właśnie…

Mruczanka Ciemną Nocą, czyli Pantut Straszy

Piłeczka obudziła się w środku nocy. Środek nocy był koło drugiej. W nocy, żeby nie było.

Piłeczka tak ma – budzi się o jakiejś zupełnie niechrześcijańskiej porze i stawia stanowcze żądanie. Żądania są różne i wynikają – jak się Puchatek domyśla – głównie z tego, co się Potworowi akurat śniło.

Żądaniem najczęstszym są „pacie”. W tłumaczeniu na polski: „kapcie”. Tak, kapcie właśnie. Trzeba wtedy wstać (…!), znaleźć rzeczone obuwie i złożyć dziecku na nogi. I dziecko w tych kapciach – uszczęśliwione – zasypia snem sprawiedliwego. Puchatki przyzwyczaiły się już do tego, że jakiekolwiek dyskusje czy próby odmowy (…no bo kto sypia w kapciach, zwłaszcza takich zapinanych na sprzączki?!) są z góry skazane na niepowodzenie. Piłeczka podnosi wtedy (na poły świadomie, na poły przez sen…) wrzask tak okrutny, że budzi Pietruszkę (a zapewne także bliższych i dalszych sąsiadów w promieniu kilometra. Mniej więcej).

OK, no problem. Różne są zboczenia: jedni zbierają rybki, inni hodują znaczki, a jeszcze inni sypiają w kapciach.

Ale tym razem Piłeczka, obudziwszy się w środku nocy (patrz wyżej), z oczami półprzymkniętymi wyartykułowała coś, co „paci” nie przypominało. Nie przypominało też niczego, co Puchatek kojarzyłby z jakimkolwiek znanym sobie słowem w języku Mickiewicza. Brzmiało jakoś tak: „pantut”.

„PANTUT”?! Co to u licha jest „pantut”?!

Druga w nocy. Człowiek o takiej porze – ze snu głębokiego wyrwany – nie myśli szybko. A tu trzeba myśleć szybko, bo Piłeczka – też ze snu wyrwana – zaczyna się (rzecz prosta…) awanturować. „Pantut” i „pantut” – za każdym razem z większym przejęciem. Po minucie – ryk w niebogłosy. Łzy rzęsiste. Histeria. „Pantut” i koniec. Już. NATYCHMIAST. To sprawa życia i śmierci (co najmniej).

Po kilku minutach ryku M. załapała, że „pantut” to „kaptur” (…wpadlibyście na to? Ja nie. Moja żona jest genialna…). Piłeczka – łkając przez półsen – potwierdziła. „Kaptur?” „Ta, ta, pantut!”

Kaptur. O drugiej w nocy.

Puchatek – półprzytomny spadł był na dół, przyniósł kurtkę Piłeczki. Z pantutem. Piłeczka zobaczyła kurtkę i… W RYK!!!

„Ne!!! Ne!!!!!! Ne kujtka! Pantut!!! PANTUT!!!!!!”

Znaczy błąd. Fatal Error. Nie o ten pantut chodziło.

I tu M. po raz drugi wykazała się geniuszem zadając z rozpaczą (druga w nocy! Pietruszka też się zaraz obudzi, a to oznacza godzina przerwę w Najważniejszej Czynności Normalnego Człowieka!) pytanie ratunkowe:

– Piłeczko, a może tobie się chce pić?

ZADZIAŁAŁO! „Ta, ta, Piciu!” – rozdarła się dla odmiany Piłeczka – „Tało!!!” (Dla niewtajemniczonych: „tało” to kakao).

Aaaaa, tu cię mamy! Picie oczywiście było przygotowane, stało przy łóżku. Kubek. Z dziubkiem. Najskuteczniejsza Zatyczka Do Krzyczących Dzieci.

Dzióbek w dziób. Ciiiisza…. Co za ulga….

Cztery potężne łyki (czy raczej „wsysy”) i… śpi. Bez kaptura. Uffff….

…i po kim ona to ma?

Mruczanka Polityczna – Raz Na Jakiś Czas Można.

W pierwszej notce sprzed roku pisałem, że o polityce tu raczej nie będzie, ale czasami mogę nie zdzierżyć.

Właśnie nie zdzierżam.

Głosowałem na PO. Ich wizja ekonomii i gospodarki wydaje mi się sensowniejsza. Nie głosowałem ani na PiS, ani na Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. W zasadzie nigdy nie głosowałem na Kaczyńskich, tzn. na żadną partię czy ugrupowanie, które akurat reprezentowali (nie licząc oczywiście czerwca’89). Ale…

…ale zawsze uważałem, że panowie Kaczyńscy są ludźmi uczciwymi i prawymi. Tak, nie zgadzałem się z nimi w wielu sprawach, nie podobały mi się ich poglądy, drażniło mnie ich „rozwalactwo”, pęd do destrukcji, postawa konfrontacji ze wszystkim, co się rusza. Ale zawsze gdzieś we mnie siedziało przekonanie, że to ludzie uczciwi, że ich głównym celem jest jednak dobro wspólne, dobro Polski. Że w tym, co robią – nawet, jeśli ja się z tym nie zgadzam – są szczerzy i prawdziwi.

Dlatego przed wyborami – choć nie miałem wątpliwości, że zagłosuję na PO – byłem spokojny. Byłem pewien, że niezależnie od tego, która z partii będzie miała przewagę, powstanie sprawny, kompetentny i UCZCIWY rząd, mający w dodatku poparcie w silnej koalicji parlamentarnej, zwłaszcza, że opozycja wyglądała na słabą i podzieloną. Dlatego, kiedy usłyszałem o zwycięstwie PiS – nie zmartwiłem się zbytnio.

Oczywiście, wielu polityków przyzwyczaiło nas do tego, że słowo w
polityce nie znaczy nic – ale przecież tym właśnie PiS i PO miały się różnić od poprzednich rządzących.

Boże, jaki ja byłem naiwny.

Panowie Posłowie z PiS przeciwstawili się wyborowi na Marszałka Sejmu osoby wysuniętej przez PO nie dlatego, że byłaby złym marszałkiem czy szkodziła interesom Polski – a WYŁĄCZNIE z powodu międzypartyjnych animozji (co zostało jednoznacznie powiedziane). Tym samym narazili na klęskę jedyną rozsądną koalicję mogącą swtorzyć jedyny rozsądny gabinet.

Ja – choć może jestem w mniejszości w tym pięknym kraju – naprawdę uważnie śledzę prasę, radio, telewizję, słucham wypowiedzi polityków. PAMIĘTAM pana Kaczyńskiego mówiącego, że „stanowisko wicemarszałka sejmu dla pana Leppera nie wchodzi w grę!”. Pamiętam propozycję – WYSUNIĘTĄ PRZEZ PiS – że „zwycięska partia bierze tekę premiera, a ta druga obsadza stanowisko marszałka sejmu”.

Teraz już wiemy, ile są warte słowa panów Kaczyńskich.

Myliłem się jak jasna cholera. Panowie Kaczyńscy nie są uczciwymi i prawymi ludźmi. Są takimi samymi żądnymi władzy dupkami, jak znakomita większość tych, z którymi walczą.

Czy oni naprawdę uważają, że „Czwartą RP” da się zbudować pod rękę z panem Lepperem, będącym modelowym przykładem wszystkiego tego, co było najgorsze w tej „trzeciej”?

Czy partyjna prywata („X. nie będzie marszałkiem sejmu, bo go nie lubimy!”) naprawdę MUSI po raz setny okazywać się ważniejsza, niż dobro kraju? Czy zwycięstwo w wyborach pralamentarnych nad PO – zwycięstwo raptem o 2,5 proc. głosów! – naprawdę upoważnia panów z PiS do takiego pozimu arogancji i pychy?

Mówienie o „IV Rzeczpospolitej” od początku uważałem za chwytliwe hasło wyborcze – traktowanie go na serio byłoby potworną megalomanią (…bo jak inaczej nazwać sytuację, w której panom Kaczyńskim wydaje się, że fakt przejęcia przez nich włądzy jest wydarzeniem tej samej skali, co odzyskanie niepodległości w 1918 r. czy przełom 1989 r.?).

Teraz jednak, kiedy patrzę na nasz nowy sejm…

…Na pana posła Jurka w roli marszałka… Na pana wicemarszałka Leppera, wybranego głosami PiS… Na uśmiechniętą gębę pana Giertycha…

…widzę, że w gruncie rzeczy te wybory wygrali Rydzyk z Lepperem.

Czwarta Rzeczpospolita. Jak w mordę strzelił.

Może naprawdę pora się pakować?

***********************************

Post Scriptum – dopisane przed 22.00

Senat – głosami panów Senatorów z PiS – odrzucił kandydaturę Stefana Niesiołowskiego na wicemarszałka.
„Oczywiście, drzwi dla wicemarszałka z PO są otwarte, ale nie może to być Stefan Niesiołowski” – powiedzieli Senatorowie z PiS.

Dlaczego?

Ano dlatego, że „Stefan Niesiołowski to kandydat kontrowersyjny” (??? – w przeciweństwie do marszałka sejmu, pana Marka Jurka, jak rozumiem?)

Oraz dlatego, że pan Niesiołowski (cytuję) „zieje do PiS czymś w rodzaju nienawiści”.

O składni i polszczyźnie tego zwrotu już może nie będę się wypowiadał, bo i o czym tu mówić.
Ale sytuacja się powtarza: „On nie, bo go nie lubimy”. Koniec, kropka, pl.

A jutro znowu PO usłyszy od PiS, że przecież rozmowy o koalicji można kontynuować, że wspólny rząd etc.

Jaki jest sens żenić się z kobietą, która jeszcze przed ślubem ordynarnie cię zdradza z twoim największym wrogiem? Publicznie i bez cienia zażenowania?

Moim zdaniem – PO nie powinna w tę koalicję wchodzić. I tylko – cytując pana Komorowskiego – „…szkoda Polski”.

Jak jeszcze kiedyś uwierzę w coś, co powie któryś z panów Kaczyńskich, jak jeszcze raz powiem, że uważam ich za ludzi uczciwych, to

PRZYJDŹCIE TU I KOPNIJCIE MNIE W TYŁEK tak, żebym przetrzeźwiał.

Howgh.

😦

Mruczanka Po(?)wyborcza

W roku 1990 głosowałem na Mazowieckiego. Przegrał.

***

W roku 1995 głosowałem na Gronkiewicz-Waltz. Przegrała.

***

W roku 2000 głosowałem na Olechowskiego. Przegrał.

***

Teraz głosowałem na Tuska. Przegrał.

***

Psiakrew, może to ja przynoszę pecha kandydatom?

😦

*************

Choć głosowałem na Tuska, samego faktu wyboru Kaczyńskiego nie uważam za tragedię. Tak, propozycje PO były mi bliższe niż pomysły PiS, z Kaczyńskimi w wielu sprawach się nie zgadzam… Ale Kaczyńskich uważam za ludzi uczciwych. Wolałbym Tuska – ale cóż, da się przeżyć.

Za tragedię (bez przesady, za tragedię!) uważam natomiast to, że de facto te wybory zostały wygrane głosami elektoratu spod sztandarów Rydzyka i Leppera. Naprawdę, znakomite towarzystwo do budowy IV Rzeczypospolitej, tak szumnie zaopwiadanej przez Kaczyńskich…

Odechciewa mi się żyć w tym kraju.

😦

Mruczanka Okołopsychologiczna

Wiecie co to jest „bańka prywatności”? W literaturze fachowej można spotkać jeszcze kilka innych nazw… To taki wycinek przestrzeni wokół nas, do której Inni Ludzie nie mają dostępu.

Zauważcie – piszę „przestrzeni WOKÓŁ nas” – nie chodzi mi bynajmniej o przenośnię czy metaforę, bańka prywatności nie dotyczy (a przynajmniej nie bezpośrednio…) Świata Wewnętrznego.

Kiedy rozmawiamy z Drugim Człowiekiem, stopień bliskości wyrażony jest (między innymi) przez odległość, w jakiej od siebie stoimy. Kiedy rozmawiamy z przełożonym, dystans (dosłowny, mierzony w centymetrach…) jest większy, niż kiedy rozmawiamy z przyjacielem.

Ale nawet, kiedy rozmawiamy z przyjacielem, jest taki dystans, którego się nie przekracza, bo właśnie stanowiłby naruszenie tej „bańki prywatności”.

Są oczywiście Osoby (najczęściej – jest taka Jedna Osoba), które maja prawo naruszać tę przestrzeń. Ale te osoby maja takie prawo DLATEGO I TYLKO DLATEGO, że im na to pozwalamy.

Zauważcie – nawet, kiedy pozornie dochodzi do naruszenia tej przestrzeni, to zwykle sytuacja zaraz wraca do normy. Przychodzę do kogoś, kogo dawno nie widziałem – zostaję na powitanie objety, może nawet cmokniety w policzek… i zaraz odsuwam się z powrotem, zaraz dystans wraca.

Ludzie mają „bańki prywatności” bardzo różnych rozmiarów. Zależy do od wielu czynników – w większej mierze od wychowania, niż od „natury”.

Amerykanie – jako ludzie żyjący generalnie na większych przestrzeniach – mają „bańki prywatności” bardzo duże. A na przykład Japończycy – przywykli do ciasnoty i tłumu – bardzo niewielkie.

Któryś ze słynnych psychologów społecznych (bodaj czy nie sam Aronson) opisywał taką scenę, zaobserwowaną na jakimś zjeździe naukowym:

W czasie przerwy na kawę w dużym hallu rozmawiało ze sobą dwóch naukowców – Japończyk i Amerykanin. Japończyk cały czas przysuwał się do swojego rozmówcy, bo dla niego skracanie dystansu było naturalne. Amerykanin przeciwnie – cały czas cofał się, krok po kroku, żeby utrzymać większy, naturalny z kolei dla niego dystans. Obaj – rzecz prosta – robili to absolutnie nieświadomie. W końcu Amerykanin cofając się doszedł do ściany, oparł się o nią plecami – i nie miał już gdzie cofać się dalej.

Aronson (jeśli on to był) porozmawiał potem (niezależnie) z oboma, pytając co sądzą o swoim rozmówcy. Amerykanin (po wstępnych deklaracjach, że „to wspaniały naukowiec, wielki umysł” etc.) stwierdził, że nie rozmawiało mu się dobrze, bo japoński profesor sprawiał wrażenie „człowieka nachalnego i narzucającego się”.

Japończyk – jak się można domyśleć – opisał Amerykanina jako „chłodnego, wyniosłego, trzymającego dystans…”

Zabawne, prawda?

***

Ale dlaczego o tym piszę?

Moja „bańka prywatności” jest wyjątkowo duża. A osób, które mają prawo ją bezkarnie naruszać – wyjątkowo mało. W zasadzie są trzy takie osoby: M. i dwa Potwory.

Nie znoszę zatłoczonych autobusów i tramwajów, w których – siłą rzeczy – jadę wciśnięty między obcych ludzi.

Nie cierpię zgormadzeń, w czasie których ma się mniej niż – ja wiem – dwa metry kwadratowe na osobę.

Nienawidzę witać się z osobami, które maja w zwyczaju wylewnie całować się w oba policzki przy każdym powitaniu i pożegnaniu. Albo – co gorsza – robić tak zwanego „niedźwiedzia”.

Krótki, konkretny uścisk dłoni – to wszystko, czego oczekuję od osoby, z którą sie witam / żegnam.

Nie czuję się przy tym człowiekiem chłodnym, nie mam natury samotnika. Mam wielu Przyjaciół, jestem towarzyskim zwierzęciem, dobrze się czuję w grupie ludzi. Nie lubie tylko wymuszanej (czyimiś zwyczajami, konwenansami, bezmyślnością) fizycznej bliskości.

To jedna z przyczyn, dla których nie jestem miłośnikiem życia w Wielkim Mieście.

Jest jeszcze kilka innych – ale na razie starczy.

🙂

Mruczanka Antystołeczna

Nabiegałem się wczoraj po Mieście Stołecznem jak jaki dziki osioł. (Nie wiem właściwie, czy dizkie osły tak znowu dużo biegają, ale jakoś sie tak u mnie w domu mówiło – że jak ktoś dużo biega, to „jak dziki osioł”. Pozdrowienia dla dzikich osłów i Kłapouchego.)

Sto tysięcy spraw różnych, a każda – rzecz prosta – w innym punkcie miasta.

Nie lubię Warszawy. Coraz bardziej. Dopiero trzy i pół roku temu się zniej wyprowadziłem, a za każdą wizytą coraz bardziej jestem zadowolony z tego faktu…

Mruczanka Wkurzona Wrrrrrrrrr!!!!

Pewnie to niewiele pomoże, ale napiszę. Pod moją poprzednią notatką pojawił się następujący komentarz (nota bene w 16 egzemplarzach; pisownia oryginalna):

kasia2308
2005/10/14 10:21:45
  Cześć. Masz super blogaska, ale jak widzę nikt cię nie odwiedza i nie komentuje, a bardzo ciekawo piszesz. Nic trudnego, zgłoś się do ocenki bloga na (TU ADRES STRONY WWW) i zwieksz sxwoja popularnosc. Gwarantuje ci, że na pewno będzież miał/a 10 a może i wiecej komentarzów tygodniowo niż teraz….


Ponieważ ten komentarz należy do pewnej szerszej kategorii, czuję się zmuszonym napisać kilka słów.

Do jasnej, nagłej, niespodziewanej karbidówki! Szanowna kasiu2308!

Po pierwsze: guzik mnie obchodzi, ile osób czyta moje notatki. Liczy się jakość, nie ilość. Wiem, że czytuje je kilka Osób, które szanuję, cenię i poważam. Osób, które – na poziomie Rzeczywistości Wirtualnej – ośmielam się nazywać Przyjaciółmi. Te kilka osób zupełnie mi wystarcza.

Po drugie: szlag mnie trafia, kiedy znajduję komentarze świadczące o tym, że ich Autor nie zadał sobie trudu przeczytania notki, tylko wrzuca je taśmowo pod wszystkie napotkane blogi, żeby zwiększyć „czytalność” własnego. Takie komentarze będę kasował, natychmiast i bez skrupułów.

Po trzecie: bardzo proszę – jeśli już piszesz coś do mnie, PISZ PO POLSKU. Jeśli to przekracza Twoje możliwości – wrzuć napisany uprzednio tekst w Worda i każ mu sprawdzić błędy i literówki.

Po czwarte: jak widzę (lub słyszę) słowo „blogasek”, to nóż mi się otwiera w kieszeni, włosy stają mi dęba w napadzie szlachetnej wściekłości, na usta występuje mi piana a ręka sięga po najbliższy cieżki przedmiot. A jeśli w dodatku to kretyńskie, infantylne słowo pojawia się w zestawieniu ze słowem „super” („super blogasek”), to mam ochotę strzelać, mordować i palić.

Howgh.

😦

Mruczanka niemrucząca

A bo tak jakoś…

Nie mam ostatnio „weny” do pisania. Brak weny spowodowany jest wieloma czynnikami… Także tym, że nie o wszystkim mam ochotę pisać…

Ale czynnikiem podstawowym jest oczywiście fakt, że jak się siedzi siedem – osiem godzin dziennie przy klawiaturze w celach zarobkowych, to potem jakoś już się człowiek nie pali do spędzenia przy niej kolejnego kwadransa w celach rozrywkowych…

Nie lubię jesieni. Nie lubię zimy. Kiedyś już o tym pisałem. I nie chodzi o niskie temperatury (bo na nie akurat jestem bardzo odporny… Jak się ma odpowiedniej grubości tkankę tłuszczową, to mróz niestraszny ;).

Ale niech już będzie lato.

*****

Staramy się o kredyt. Kredyt na spłacenie kredytu. Bo jak te prawie cztery lata temu braliśmy kredyt na Chatkę Puchatków, to były inne czasy. Bo dziś banki oferują lepsze warunki, znacznie niższe oprocentowanie…

Jeśli się uda, to będzie naprawdę miło. Czas kredytu się nie zmieni, miesięczna rata trochę spadnie, a Nowy Bank w dodatku da nam kredyt większy, niż potrzebny do spłacenia starego – większy o tyle, że akurat wystarczy na to, żeby w przyszłym roku (w tym już niestety za późno…) ocieplić Chatkę i wymienić instalację grzewczą. Nowy piec, nowoczesne grzejniki. W sumie do to ci najmniej 30 procent oszczędności na rachunkach za gaz w „sezonie grzewczym”. A może nawet do 50 procent.

Brzmi pieknie? Tak, tylko to wkurzające słowo na początku poprzedniego akapitu. „Jeśli”. Bo żeby się udało, to trzeba zgormadzić piętnaście milionów papierków, zaświadczeń, rachunków i innych takich. A i tak może się okazać, że bankowy analityk powie, że nic z tego. Ech.

*****

Bardzo Starsza Pani, która była – jakby to nazwać… – nianią Puchatka w jego latach wczesnopacholęcych, jest w szpitalu. Próbowała wstać z łóżka, kiedy była sama w domu, czego robić nie powinna. Upadła. Potłukła się. Okazało się, że nic się nie stało – ale przy okazji badań w szpitalu wyszło, że ma kilkanaście innych dolegliwości.

Bardzo Starsza Pani ma 97 lat (słownie – dziewięćdziesiąt siedem. I pół zresztą). Jeszcze do niedawna była całkiem sprawna. Niestety – przez ostatnie pół roku bardzo osłabła. Nie wstaje sama z łóżka. Opiekunka, która z nią mieszka, to przemiła osoba – troszczy się, pomaga, zależy jej. Niestety – musi (jak większość z nas) chodzić do pracy. A więc Bardzo Starsza Pani przez co najmniej osiem godzin dziennie leży w łóżku i patrzy w sufit. Albo w ścianę, jeśli akurat ma taką fantazję. Czytać nie może (oczy…), radia słuchać nie może (nie lubi), gęby do kogo otworzyć nie ma…

A Puchatek wpada do niej raz w tygodniu, jak akurat może przyjechać do Warszawy. Wpada na godzinę… I idzie… Bo ma sto tysięcy Naprawdę Bardzo Ważnych Spraw, a w domu Potwory i huk roboty.

Jakoś tak…

Ech.

😦