Mruczanka Na Granicy Obłędu

Żyjemy w kraju chorej biurokracji, nienormalnego prawa, wszechobecnego urzędniczego niemogizmu. W dodatku nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić, bo nasi Szacowni Ustawodawcy mają na głowie poważniejsze rzeczy, niż robienie dobrego prawa. W teczkach się trzeba grzebać, lustrować się trzeba, o – to są ważne sprawy. A nie jakieś tam ustawy i prawo pomagające ludziom żyć.

Przedszkole – bo o nim mowa, rzecz prosta – nadal nie działa. Lokal jest skończony, dom „odebrany”, pani z SANEPiDu podpisała bez zastrzeżeń (!!!).

O co zatem chodzi?

Ano, właśnie o durny, biurokratyczny problemik.

Przedszkole znajduje się (…ma się znajdować…) w lokalu wynajętym w prywatnym domku jednorodzinnym (całe pięterko). Kiedy właściciel rzeczonego domku uzyskał już jego odbiór techniczny (to też zresztą długa historia, ale innym razem…) udał się był do gminy, żeby dokonać „zmiany spsobu użytkowania budynku”, czyli – mówiąc po polsku – uzyskać zgodę na prowadzenie w tym budynku działalności gospodarczej (czyli – w tym wypadku – przedszkola). Pani architekt zażądała planów przedszkola. A po ich obejrzeniu powiedziała, że… nie może wydać zgody.

Dlaczego?

Ponieważ istnieje jakiś przepis (ustawa bodaj z lat sześćdziesiątych), który stanowi, że jeśłi w domu zbudowanym jako mieszkalny prowadzona jest działąlność gospodarcza, to na tę działalność (niezależnie od jej charakteru) NIE MOŻE BYĆ PRZEZNACZONE WIĘCEJ, NIŻ 30 PROC. POWIERZCHNI BUDYNKU.

A nasze przedszkole zajmowałoby około 50 proc.

No i klops – nagle nikt nic nie może, bo taka ustawa i już.

Jutro po raz setny idziemy do burmistrza – może burmistrz coś wymyśli.

DLACZEGO, u licha, państwo pakuje się z butami w prywatną posesję Pana K. i dyktuje mu, ile procent domu BĘDĄCEGO JEGO WŁASNOŚCIĄ ma prawo przeznaczyć na cokolwiek?!

Przepraszam, czy jest na sali prawnik? Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, ma może jakieś doświadczenia lub stosowną wiedzę, która pomogłaby wyjść z tej sytuacji? Czy ktoś wie, jak „przeskoczyć” tę durną ustawę?

„Wszystkim zależy na przedszkolu”. Nam – wiadomo. Rodzicom – bo w mieście G. brakuje 150 (!!!) miejsc przedszkolnych a na budowę nowego gminnego przedszkola się nie zanosi. Gminie – bo… patrz wyżej.

Wszystkim zależy. Wszyscy chcą. Wszyscy chętnie by pomogli.

I NIKT NIC NIE MOŻE ZROBIĆ.

To jest chory kraj, chore prawo, chora rzeczywistość.

Mruczanka Listopadowo-Senna z Ostrym Akcentem Humorystycznym

Jak zwykle o tej porze roku Puchatek jest pełen uznania dla niedźwiedzi (z wyjątkiem polarnych), które kompromisów nie uznają i po prostu idą spać.

Puchatek też by najchętniej poszedł w ich ślady, czyli uderzył w kimono gdzieś tak do początków marca. Z krótką pobudką na Boże Narodzenie rzecz prosta.

Ech.

***

Rodzina M. – ta, co to mieszka Na Drugim Końcu Polski – miała do niedawna małego pieska, stuprocentowego kundelka, o jakże oryginalnym imieniu Misiek. Misiek był juz stareńki i jakiś czas temu przeniósł się do Krainy Wiecznych Serdelków, a jego kocyk świecił pustkami.

Wczoraj M. dzwoniła do rodziny i dowiedziała się (między innymi), że na ulicy Słonecznej pojawił sie następca Miśka. A w zasadzie – nawet dwóch następców.

Rodzina dostałą skądsiś dwa małe pieski, kundelki rzecz prosta – i teraz wszyscy są zadowolenia, bawią się z nimi, zachwycają się nimi. Wszystko w normie.

– A jak się będą wabiły? – zapytała M. swoją ciocię

– No, jeden nazywa się Chuck, a drugi – Norris. – odparła ciocia, śmiejąc się w słuchwakę. – Bo takie są bojowe! – dodała.

Padłem, leżęi szybko nie wstanę.

Puchatek (z podłogi).

Mruczanka Po Trzęsieniu Ziemi

Trzęsienie ziemi trwało dwa tygodnie, jakem pisał. Skończyło się w sobotę po południu, ale dopiero dziś zdołał sie Puchatek zebrać na tyle, żeby coś napisać.

Potwory zniosły Trzęsienie nadspodziewanie dobrze. „Gdzie jest mama?” – padało sakaramentalne pytanie późnym popołudniem. „Pojechała na kurs” – odpowiadał Puchatek równie sakramanetalnie. „Ooooo, to zaraz pójdziemy na spacer?” – cieszyły się potwory.

I szliśmy.

Dobrze, że październik w tym roku piękny… I – podobno – najcieplejszy od 227 lat. No, coś w tym być musi – dziś jest 25 października, a Puchatki jeszcze nie odpaliły ogrzewania!

***

Nie uwierzycie, co Puchatek aktualnie czyta…

Zajrzał był Puchatek do księgarni i zobaczył na półce książkę, która natychmiast obudziła w Puchatku Wspomnienia. A że kreskówka, którą nakręcono na podstawie książki, bardzo się Potworom podoba, więc sobie Puchatek pomyślał, że książkę nabędzie drogą kupna i Potworom poczyta.

Po przytaszczeniu rzeczonego dzieła do domu i przejrzeniu (pobieżnym) jego zawartości okazało się jednak, że dla potworów książka jest jednak nieco zbyt dorosła. No i nawet nie ma kolorowych obrazków…

Więc poczeka. A tymczasem Puchatek czyta ją sam – nieco się z siebie podśmiewając, ale też wzruszając głęboko przy każdym kolejnym fragmencie. I odkrywa, jakie MĄDRE książki czytał, kiedy był dzieckiem.

Tove Jansson, „Opowiadania z Doliny Muminków”.

🙂

***

Z cyklu „Made by Pietruszka”

– Mamo, co to jest?
– To jest dziadek do orzechów.

Chwila niedowierzania. Zmarszczone czoło. Intensywny proces myślowy.

– Nieeee, pseciez dziadek jest ludź…

Mruczanka Podjesienna

Ano, październik…

Dobrze, że przynajmniej jesień jest złota (na razie). M. jeździ na Kurs do Warszawy – czyli codziennie wychodzi z domu przed czwartą (po południu, rzecz prosta) a wraca ciemną nocą. Puchatek siedzi z Potworami…

***

Puchatkowe autko – co to od dwóch tygodni funkcjonuje – musiało pójść do warsztatu. Nie, nie zepsuło się – po prostu parę rzeczy trzeba w nim zrobić (wiadomo, jak się kupuje używany samochód…). Trzeba wymienić klocki i tarcze hamulcowe, rozrząd, jakieś świece, trzeba doregulować silnik, bo przygasa na niskich obrotach – i jeszcze kilka tego typu… drobiazgów.

Części i robocizna – siedemset złotych. Uffff. A jeszcze przed zimą przydałoby się wymienić przednie amortyzatory – kolejne trzy-cztery stówy… Ale to najwcześniej za miesiąc, bo chwilowo konto Puchatków świeci pustkami, świeci coraz silniej 😉

A jeszcze trzeba by kupić foteliki dla Potworów, bo jeden jest pożyczony i niedługo trzeba będzie go oddać, a drugi jest stary i… nie ma klamry, więc pasy trzeba związywać (!!!). Na lokalne jazdy po mieście G. z szybkością 50 km/h wystarcza, ale jakby jechać dalej… Lepiej nie.

A może ktoś z Was ma jakiś używany fotelik do oddania / pożyczenia na parę miesięcy? 🙂

***

Przedszkole ciągle „czeka”. Niby wszystko już jest gotowe – ale teraz musi nastąpić (uwaga, uwaga!) odbiór techniczny budynku. Bez odbioru – nie można zgłosić prowadzenia w budynku działalności gospodarczej (jakiejkolwiek). A bez tego – nie można zaprosić pani z sanepidu i strażaków, żeby dokonali swoich „odbiorów”.

Papiery do odbioru zostały już złożone. Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego ma na odbiór 21 dni. „Jeśli w tym czasie nikt nie przyjdzie, to będzie znaczyło, że odbiór został dokonany na podstawie dokumentów. Proszę się wtedy zgłosić po zaświadczenie i pieczątki”.

21 dni! M. chciała złożyć w rzeczonym inspektoracie pismo z prośbą o przyspieszenie tej procedury. Wydawało nam się (naiwnie), że skoro w gminie brakuje przedszkoli, to wszystkim będzie zależało na tym, żeby nowe (choćby niewielkie) powstało jak najszybciej – bądź co bądź mamy październik…

– Wie pani – zmarszczył brwi Ważny Urzędnik – ja bym pani odradzał składanie takiego podania. Bo tak, to pani poczeka i za te trzy tygodnie będzie z głowy. A jak by trzeba szybciej, zwłaszcza jeśli oficjalnie dowiemy się, że tam ma być przedszkole, to sama pani rozumie, że będziemy musieli BARDZO DOKŁADNIE wszystko sprawdzić… A jak coś znajdziemy, to każemy poprawiać i od tego momentu znowu będziemy mieli 21 dni na odbiór…

Co można przetłumaczyć na język polski:

– Niech nam pani da święty spokój, my sobie posiedzimy i pop…dzimy w stołki, a za trzy tygodnie damy pieczątkę. A jak pani nas będzie chciała zmusić do roboty, to my pani pokażemy, że nie było warto…

No więc czekamy.

Mruczanka z Anginą i Potworami

Puchatek w dniu wczorajszym (!) odebrał był w Urzędzie dokument uprawniający do poruszania się po drogach publicznych. A że limuzyna pod domem stoi (…), to od wczoraj Puchatek może jeździć.

Niestety, pierwszy poważniejszy wyjazd odbył się już dzisiaj rano – z Potworem Starszym, czyli Pietruszka do Pani Doktor. Bo Pietruszka od wczoraj chory – gorączka i w ogóle, a w nocy sie budził i płakał, że go boli gardło…

Pani Doktor obmacała Pietruszce gardło z zewnątrz, zajrzała do środka, westchnęła cieżko i wydała wyrok:

– Angina. I zapalenie migdałków.

No i niestety – bez antybiotyku ani rusz.

Puchatek jak był mały, to NIGDY na anginę nie chorował, choć generalnie gardło ma słabe. Za to M. podobno – owszem, dwa razy do roku…

Siedzi teraz Pietruszka biedny taki, gorączka go męczy, oczka ma szkliste, jeść nie chce („…ja bym też nie chciała, jakbym miała tak zawalone gardło” – uspokoiła Pani Doktor…). Żal mi go jak nie wiem co. 😦

***

Dla poprawy nastroju – ostatnie teksty made by Potwory:

Córka znajomych (sześciolatka) oznajmiła, że jak dorośnie, zostanie fryzjerką.
– A ty kim będziesz? – zwróciła się M. do Piłeczki (lat dwa i ponad pół).
– Ja bendem aniołkiem – oznajmiła radośnie Piłeczka (strój aniołka, bal przebierańców i te klimaty).
– A ty, Pietruszko? – zapytał Puchatek nieopatrznie.
– Ja będę… cienzalówkom – odparł Pietruszka rozmarzonym głosem…

To tyle, jeśłi chodzi o plany kariery…

Pietruszka patrzy na swoje zdjęcie, zrobione w szpitalu, kilka godzin po urodzeniu. Dostrzega, że na zdjęciu ma na łapce białą, szpitalną „bransoletkę” z danymi.
– Co to jest? – pyta.
– To jest taka bransoletka, którą się zakłada urodzonym w szpitalu dzieciom, żeby się nie pomyliły.
– Mamo, mamo, a jak siem ulodziłem, to miałem na lęce taką blansoletke! – woła Pietruszka do mamy.
– Pietruszko, mama o tym przecież wie! – uśmiecha sie Puchatek.
Pietruszka, zdziwonym głosem:
– A to ona tez tam była?

Mruczanaka Literacka (?)

Dorota Masłowska dostała nagrodę „Nike”. Tak, TĘ SAMĄ nagrodę, którą dostał wcześniej na przykład Miłosz za „Pieska przydrożnego”.

Ja naprawdę nie mam nic przeciwko literaturze eksperymentalnej, choć czasami przy tym zestawie słów przypomina mi się słynny tekst wygłoszony (podobno) przez Erica Claptona na temat rapu (dawno temu). Otóż Clapton miał powiedzieć, że „…bardzo to fajne, nie do końca tylko rozumiem, dlaczego ludzie upierają się nazywać to muzyką…”.

Rozumiem jakis „konkurs dla młodych talentów” albo dodatkową nagrodę w kategotri „eksperymenty literackie”. Ale „NIke” dla „Pawia królowej”? Ta sama nagroda – powatrzam – którą wczesniej dostawali Miłosz, Barańczak, Różewicz, Pilch, Rymkiewcz czy Stasiuk (Stasiuka nie lubię, ale pisać to on umie…)?

Cytując reklamę pewnego banku: „Nie kuka!”.

Jakieś dwa lata temu rozmawiałem (zupełnie prywatnie) z jednym z członków jury przyznającego „Nike”. Juz wtedy Masłowska kandydowała do tego wyróżnienia. Juror ów – poeta, człek wyrafinowany, typowy „wykształciuch”, cytując Władze Nasze Ukochane – powiedział mi wtedy (prywatnie), że „…jeśłi Masłowskiej dadzą tę nagrodę, to on się z tej zabawy wypisuje”.

Z ciekwaości zajrzałem do aktualnegio składu jury – i rzeczywiście, Tego Pana już tam nie ma… A szkoda.

Skojarzenie DOmorosłego Satyryka Czasów Popkultury:

Nagroda „Nike” (czyt. nike), czy już nagroda „Nike” (czyt. „najki”)?

Mruczanka O Pewnym Marku

Marek ma trzy i pół roku. Do czasu, kiedy przedszkole ruszy oficjalnie, Marek spędza czas u nas w domu razem z Potworami – rodzice prosili, czy mogliby już go „przedszkolnie”zostawiać, bo praca i w ogóle. Ano, czemu nie.

Marek nie ma na imię Marek, zmieniłem imię, żeby… Na wszelki wypadek.

Rodzice Marka to ludzie stosunkowo zamożni, eleganccy, zapracowani. Kiedy mama Marka pierwszy raz rozmawiała z M. o przyprowadzeniu Marka do przedszkola, przyszła jeszcze bez dziecka. Opowiadała o Marku – i już wtedy M. zapaliła się czerwona lampka.

– Marek to leniuszek – mówiła mama. – Na przykład nie chce mu się mówić, więc woli przyjść, wziąć dorosłego za rękę i pociągnąć za sobą. No i nie chce mu się siadać na nocnik, więc ciągel jeszcze chodzi a pampersie…

Teraz Marek jest z nami – od wczoraj. No i mamy problem.

Bo Marek nie jest „leniuszkiem”. Marek ewidentnie jest „do tyłu” rozwojowo.

To, że trzyipółletnie dziecko prawie nie mówi, może mieścić sie w granicach normy. Jedne dzieci zaczynają mówić wcześniej, inne później. W tym wieku wypowiadanie zaledwie kilku słów – i to niewyraźnie – może niepokoić, ale nie jest jeszcze świadectwem poważnego problemu (choć gdyby chodziło o moje dziecko, dawno skonsultowałbym się przynajmniej z logopedą).

To, że trzyipółletnie dziecko siusia w pieluchę i nie chce siadać na nocniku czy sedesie – także samo w sobie nie jest objawem niepokojącym. Znamy dzieci, które jeszcze później opanowały tę trudną sztukę.

Ale jeśli połączymy jedno i drugie…

…jeśli dodamy do tego fakt, że trzyipółletnie dziecko przychodzać PIERWSZY RAZ W ŻYCIU do obcego domu potrafi siąść sobie w kąciku z jakimś misiem i siedzieć przez pół godziny niczego od nikogo nie chąc, zachowując się tak, jakby nie robiło mu różnicy, gdzie jest…

…jeśli dziecko przy próbie pójścia z nim do łazienki włącza energiczny protest i zachowuje się tak, jakby się tej łazienki bało…

…jeśli w dodatku – klasyka klasyki – unika kontaktu wzrokowego, „uciekając” wzrokiem na bok…

…to wszystko razem wygląda niepokojąco. Zwłaszcza, że Marek ma młodszego brata, który jest zupełnie inny i rozwija się prawidłowo.

Marek na pewno nie jest autystyczny w sensie klasycznego, kannerowskiego autyzmu, ale jak na moje oko – a zwłaszcza na bardziej fachowe oko M. – ewidentnie ma jakieś rysy „spektrum autystycznego”. Nie wiadomo – czy to „chwilowe” i „wyrośnie”, czy też warto by jednak jakąś formę terapii uruchomić.

Najgorsze w tym wszystkim jest (będzie…) „zderzenie” z rodzicami – M. miała już takie przypadki (niestety także wśród znajomych), że rodzice absolutni blokowali możliwość przyjęcia do wiadomości takiej informacji, czasami reagując nawet agresją. No bo jak to – MOJE dziecko ma być CHORE? Przecież ono tylko mało mówi… O co pani w ogóle chodzi…

Zobaczymy. Trzeba jeszcze poobserwować.

Malowaliśmy wczoraj dolny korytarz w przedszkolu. Puchatek malowania nie lubi, woli inne prace fizyczne (dłubanie w drewnie na przykład). Natomiast kolega T. – prywatnie doktor fizyki, w trakcie habilitacji – powiedział, że lubi sobie od czasu do czasu pomalować ściany. „Można się odprężyć, bo nie trzeba myśleć”.

Tak, czasami człowiek potrzebuje jakiejś odskoczni. Zajęcia się czymś, co pozowli mu choćby przez kilka chwil po prostu być. Nie myśleć, nie analizować, nie zastanawiać się nad jutrem, nie rozpamiętywać dnia wczorajszego.

Szczęśliwi ci, co mogą taką chwilę złapać przy malowaniu czy kopaniu ogródka. Przy zamiataniu czy prasowaniu.

Ja nie potrafię. Ja takie chwile „przepływu” łapię właściwie tylko w dwóch sytuacjach.

Kiedy słucham muzyki – ale to mnusi być konkretna muzyka i konkretne okoliczności. Muszę mieć tak zwany „święty spokój” i ciszę, któa umożliwia zanurzenie się w muzyce. Na co dzień to bardzo trudne, zwłaszcza, że…

No i – kiedy wędruję. Kiedy idę przez góry, czy choćby przez pola jakieś, przez las. Kiedy droga przesuwa się do tyłu, a cały świat wycisza się i otwiera.

Tak, wiadomo, zbliża się jesień, liście zaczynają się złocić, noce już chłodne – to Czas Wędrowania. Jestem jak Włóczykij (ten z Doliny Muminków) – są takie pory roku, kiedy rozpaczliwie potrzebuję wędrówki. Choćby niewielkiej, choćby jej namiastki.

A droga wiedzie w przód i w przód…

A ja nie mam czasu, możliwości i warunków, żeby pójść nią choć krótki kawałek.

Jasne, przeżyję.

Mruczanka Do Załamania I Z Powrotem

W zasadzie miało być o tym, że Puchatek wczoraj został był wreszcie uznany za uprawnionego do prowadzenia pojazdów mechanicznych po drogach publicznych. Pojazdów o masie całkowitej do trzech i pół tony, żeby nie było.

Ale wczoraj działo się tyle, że to skądinąd radosne wydarzenie zeszło było na drugi (trzeci? ósmy?) plan.

Przedszkole…

Cały czas wydawało nam się, że głównym „stoperem” jest / będzie sanepid. Ale wczoraj zjawili się panowie strażacy z wydziału prewencji – i okazało się, że sanepid to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że pan rzeczoznawca, który opiniował projekt pod względem przewpożarowości (czy jak to się tam nazywa fachowo…) wyraził się (także na pismie) nieco nieprecyzyjnie.

To, że w takich warunkach (sala przedszkolna na piętrze i określona długość drogi ewakuacyjnej) wymagane jest odcięcie klatki schodowej z obu stron drzwiami przeciwpożarowymi (takie duże, ciężkie, blaszane, żeby broń Boże w razie pożaru małe dziecko nie było w stanie ich samo otworzyć…) – to już M. wiedziała i zaakcpetowała, i wliczyła w koszty. Drzwi są kupione, czekają na montaż – choć prywatnie Puchatek uważa, że pomysł jest z kilku powodów absolutnie bezsensowny.

Okazało się jednak, że NIEZALEŻNIE od tych drzwi wymagane jest zamontowanie na klatce schodowej (cytuję) „…czujki przeciwdymowej z siłownikiem hydraulicznym”, czyli takiego ustrojstwa, które, kiedy wyczuje dym, automatycznie otwiera okno, żeby ten dym wywiało.

Panowie Strażacy Prewencyjni nie potrafili Puchatkowi odpowiedzieć na żadne z trzech logicznych pytań:

– Jeśli klatka schodowa odcięta jest z obu stron ognioodpornymi drzwiami, to skąd mianowicie ma się wziąć na niej dym?

– Jeśli klatka schodowa odcięta jest z obu stron ognioodpornymi drzwiami, a znajduje się na niej jedno okno, to jakim cudem po jego otwarciu dym ma się ulotnić? (Osobom nie rozumiejącym proponuje Puchatek eksperyment: spróbujcie nadymić w małym, zamkniętym szczelnie pomieszczeniu, a następnie wywietrzyć to pomieszczenie przez otwracie JEDNEGO okna z JEDNEJ strony. Powodzenia.)

– Co mianowicie miałoby się palić na klatce schodowej, składającej się z ośmiu schodków, podestu i kolejnych ośmiu schodków? Płytki ceramiczne? Tynk na ścianach? Czy może metalowa poręcz?

Okazało się jednak, że logika nie ma tu nic do rzeczy – urządzenie być musi i koniec, bo takie są przepisy.

A takie urządzenie (czujka + siłownik + elektronika + centralka ze sterującym mikroprocesorem + kable + projekt + odbiór) to koszt rzędu 7 – 8 tysięcy złotych polskich. Nowych. Do tego hydranty i parę innych atrakcji – razem jak obszył 10 tysięcy. Nowych. Polskich.

Po pierwsze – ani Puchatki, ani Współpracownicy Współprzedszkolni takich pieniędzy nie mają.

Po drugie – niby nie problem, znalazłyby się możliwości pożyczenia i w ogóle… Ale weź człowieku i podejmij decyzję wpakowania (bezpowrotnego…) 10 tysięcy w cudzy (bądź co bądź) budynek.

M. się po prostu załamała. „Po co mi to było?”

Zadzwoniliśmy do pana rzeczoznawcy, który (parę miesięcy temu) tenm nieszczęsny projekt zatwierdził (za co wziął był trzy stówy, choć zajęło mu to kwadrans). Pan rzeczoznawca dziś rano przyjechał powtórnie. Zaczęły się debaty.

I co? I okazało się, że w ciągu pół godziny dało się znaleźć „furtkę” w przepisach. Że można uznać, że jest drugie wyjście z budynku, a wtedy już nie trzeba tych oddymiaczy i tak dalej.

Wniosek – w cywilizowanym świecie urzędnicy są od tego, żeby ludziom pomagać.

W Polsce ich jedynym zadaniem jest egzekwowanie przestrzegania przepisów. Jak powiedział Puchatkowi znajomy architekt, kiedy usłyszał całą historię łącznie z żalami Puchatka na brak logiki:

„Stary, jaka logika? Tu chodzi o paragrafy i przepisy. Zrozum, rzecz nie polega na tym, żeby budynek się nie spalił, ale na tym, żeby spalił się – choćby do fundamentów – zgodnie z przepisami”.

Nic dodać, nic ująć…

Mruczanka Krawiecka Poniekąd…

Tak, tak, ubiegły tydzień dostarczył Puchatkom wrażeń niezapomnianych. Najpierw sanepid-blues, a potem – konkretnie w piątek wieczorem – Piłeczka raczyła była złomotać się z rowerku prosto na metalowy płotek pod sklepikiem.

Eefekt: Piłeczkę trzeba było zawieźć do szpitala, gdzie pocerowali jej czaszkę. W pierwszej chwili wyglądało to strasznie: jakieś litry krwi lejące się z głowy jak na tanim horrorze. W szpitalu okazało się – rzecz prosta – że w zasadzie nic jej nie jest. Ot, przecięła sobie skórę na głowie (dwa szwy), ale nic poza tym.

Zdolne dziecko.

Jeśłi talent do rozbijania sobie łepetyny odziedziczyła po Babci Małgosi, czyli Puchtka Osobistej Mamie – to Puchatek dziękuje bardzo i czeka z utęsknieniem na moment, w którym Piłeczka znajdzie sobie mężczyznę i wyjdzie za mąż. I niech ją mąż wozi do szycia… 😉

No i mamy Piłeczkę Skancerowaną. Pod włosami, na szczęście.