Mruczanka Jesienna (a Fuj!!)
Puchatek najmocniej przeprasza, ale kończył był książkę. Dobrą, ciekawą, dobrze napisaną… Szczegółów na razie podać nie może, ale jak się ukaże, to da znać.
Mruczanka Z Jabolem
Jabol przybył! Jest cały czarny, szybki jak jasny gwint (procesor Intel Core Duo 2,4 GHz) i absolutnie jabolowy. Nic się nie wiesza, nic nie odmawia współpracy, wszystko chodzi jak burza.
Mrrrruczanka Nieprrrawdopodobna
Nie. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają – chyba, że w kiepskich komediach klasy B. Albo w reklamach („9 na 10 wypadków zdarza sie w domu. Lion radzi: nie siedź w domu!”).
Osobista mama Puchatka miała kiedyś takie szczęście: ileś tam razy łamała sobie a to nogi, a to ręce we własnym domu. Nie w górach, nie na nartach – raz się potknęła o zawinięty róg dywanu, innym razem pies jej wlazł pod nogi jak niosła garnek z zupą…
Ale, do jasnej karbidówki, nawet ona nie była taka zdolna, żeby zrobić sobie krzywdę we własnym łóżku.
A Puchatek – i owszem.
***
Wczoraj wieczorem leżał już Puchatek w wyżej wzmiankowanym łóżku. Ale był sobie o czymś przypomniał, więc się podniósł i – sięgając po coś, o czym zapomniał – uklęknął na chwilę na tymże łóżku.
– CHRRRRUP!!! AUUUUUUUUUUU!!!
Powiedziało donośnie kolano Puchatka. Lewe. Bolało jak [ – Ustawa o zachwowywaniu kultury języka polskiego]. Niby staw zginał się normalnie, ale każdy ruch… Uff. W dodatku po lewej stronie rzepki, pod skórą, czuło się drobną deformację. Jakby ktoś tam wepchnął mały kamyczek.
Piątek. Jedenasta w nocy. Jedyne wyjście – szpital w G., urazówka.
Ubrał się Puchatek POWOLI (…jak sie kochają żółwie?) i baaaardzo OSTROŻNIE (…jak się kochają jeże?) zszedł był przed dom, gdzie czekał już awaryjnie wezwany kolega A. z samochodem.
Szpital. Ludzi mało. Izba przyjęć. Miły pan ortopeda. Na rentgen proszę. Błysk, błysk.
Pan ortopeda najpierw pobieżnie rzucił okiem na zdjęcie Puchatkowego kolana (z profilu i en face, jeśli kolano ma face), a potem zaczął ugniatać, zginać, opukiwać, przekręcać. – Hmmm, dziwne – powiedział w końcu. – Mówi pan, że TU boli? Bo jakby to było (uczony_termin_medyczny), to powinno boleć tu. A jakby (inny_uczony_termin_medyczny), to tutaj. Ale jak TU boli, to ja nie bardzo rozumiem.
Podszedł pan ortopeda z powrotem do tablicy ze zdjęciem i zaczął się w nie wpatrywać uważnie. Po czym nagle, głosem wyrażającym najwyższe zdumienie, oznajmił:
– O K…., przecież pan ma igłę w kolanie!
– Jaką igłę?! – zdziwił się był Puchatek nieco histerycznie.
– A taką zwykłą, do szycia – odparł rzeczowo lekarz.
Rzeczywiscie. Rentgen nie kłamie. W rzepce puchatkowego kolana (lewego) tkwiła igła. Dokładnie – połówka igły. Nawet ucho było wyraźnie widać.
Ktoś musiał po jakimś szyciu zostawić igłę na łóżku. Igła wbiła sie w materac – cała – i leżała tam sobie Bóg raczy wiedzieć jak długo. Ostrym końcem w dół, uchem do góry.
I Puchatek właśnie wczoraj (a warto zaznaczyć, że dziś o trzeciej jest chrzest Pyszczaka…) uklęknął tak, że mu się cholera jedna wbiła w kolano – i złamała (czubek zapewne nadal siedzi gdzieś w głębinach materaca). Po uważnych oględzinach kolana pan doktor znalazł nawet miejsce, przez które się wbiła.
– No i co my z tym zrobimy? – zainteresował się był Puchatek.
– Ba – odparł rzeczowo pan doktor. – Pójdę się skonsultować z kolegami.
I poszedł. Wrócił po kwadransie.
– Widzi pan, są dwa wyjścia – oznajmił. – Możemy panu od razu próbować to cholerstwo wyciagnąć. Ale salę operacyjną będę miał wolną dopiero za dwie godziny, a poza tym nie mogę zagwarantować, czy uda się to zrobić szybko. Jak ją znajdziemy od razu, to dwa szwy i za osiem godzin pan wyjdzie. A jak będziemy musieli poszukać, to ze dwa dni pan potem musi tu zostać.
– Ale ja mam jutro chrzest dziecka – jęknął Puchatek rozpaczliwie.
– Drugie wyjście jest takie – kontynuował pan doktor. – Zostawiamy ją w czortu i na razie nie ruszamy. Końcówka wbiła sie w kość, więc ani się nie przesunie, ani żadnej więcej szkody nie zrobi. I czekamy ze trzy dni. Skoro na razie ułożyła się tak, że nie boli (…a, bo w tak zwanym miedzyczasie rzeczywiście prawie przestało boleć, z tym, że „prawie” robi wielką różnicę, jak wiadomo…), to jest taka możliwość, że organizm sam sobie z nią poradzi. Otorbi się i tyle. A jek będzie boleć albo przeszkadzać, to zapraszam pana we wtorek po południu, na czczo, z nastawieniem na dwa dni w szpitalu.
I w ten sposób Puchatek Z Igłą w Kolanie wrócił do domu. Chrzest nie został odwołany. Goście będą. Kolano boli (…bo i musi, powiedział pan doktor. Ciało obce. Stan zapalny. Lód proszę przykładać.), ale chodzić się da i w sumie nawet Puchatek specjalnie nie kuleje.
A zatem: dziś chrzest. Jutro niedziela. W poniedziałek pan kurier ma przywieść Jabola (o Jabolu opowiem później). A potem zobaczymy. Jak będzie dalej bolało, to we wtorek pod nóż.
Call me igłana. 😉
Mruczanka Katastroficzna
Pojechały Puchatki wczoraj do Znajomych mieszkająych w Starych Babicach, przez płot z Puszczą Kampinoską. Córka znajomych jest puchatkową chrześnicą, a trzy dni temu miała urodziny (nie wspominając już o tym, że jej mama jest chrzestną mamą Pietruszki…). Był obiadek, był tort i w ogóle było bardzo sympatycznie.
Gdzieś tak po siódmej Puchatki zaczęły się zbierać. Zebrały się już przed ósmą. Na dworze jakoś tak pociemniało i zaczęło padać. MOCNO padać. Ale nic to, deszcz Puchatkom nie straszny. Jedziemy. Do domu jakieś 50 kilometrów.
I to był błąd. Trzeba było zostać na noc.
Dwa kilometry od domu Znajomych deszcz przeszedł. W ulewę. Ulewa przeszła w oberwanie chmury. Oberwanie chmury… Nie, Puchatek nie zna stopnia wyższego. Defnicja opisowa: lało tak, że niezależnie od tempa pracy wycieraczek widoczność wynosiła jakieś półtora metra. Widczoność przez przednią szybę, bo przez boczne nie było widać nic.
Trzy razy stawały Puchatki przeczekując „najgorsze”, które za każdym razem okazywało się być jeszcze nie tym najgorszym, bo każde następne najgorsze było jeszcze gorsze. W poprzek drogi leżały zwalone drzewa, fruwały jakieś połamane gałęzie i (tak, tak…) kawałki jakichś dachów. Potwory uznawały to za świetną zabawę („Ale suuuper wieje, co?!”), ale Puchatki były mocno przerażone.
To, że w końcu dojechaliśmy w całości graniczyło z cudem.
W domu – oczywiście, jakżeby inaczej… – nie było prądu. Włączyli go (tzn. naprawili spalony transformator czy jakie inne ustrojstwo) dopiero dziś o trzeciej po południu.
Uff.
***
A dziś w pewnym centrum handlowym Puchatki spotkały Starą Znajomą z mężem. Niektórzy ludzie się w ogóle nie zmieniają. Niesamowite 🙂
Mruczanka z Dużym „X”
Miało być o wakacjach (w tym także o zgrzytach) – i będzie, ale potem.
Bo na razie słów kilka o filmie, który Puchatek był w kinie obejrzał. Tak, tak – chodzi o „Z Archiwum X – Chcę wierzyć”.
O głębokiej miłości do serialu „Z Archiwum X” pisał już Puchatek TUTAJ. A teraz poszedł był sobie do kina na wyżej wymieniony film. No i – czuje się w obowiązku swoje trzy grosze dodać.
***
Większość recenzji – fatalna. Że nie to, że nie ten klimat, że nie ci sami Mulder i Scully, że brak tego, że za dużo tamtego. A ja się ośmielę z tego zgodnego chóru wyłamać. Mnie się film podobał.
Z czego to wynika? Po części zapewne z tego, że – jak pisałem wcześniej – na cały serial patrzyłem chyba nieco inaczej niż większość fanów. Że wszystkie „paranormalne” historie i teorie spiskowe były dla mnie nie treścią, ale nośnikiem znacznie głębszych treści. Bo przecież „X Files” to w gruncie rzeczy serial o mitologii, o spotkaniu z nieznanym drzemiącym nie w kosmosie, ale w nas samych. O archetypach. O zbiorowej podświadomości. I tak dalej…
Ale jest też inny powód, dla którego patrzę na ten film inaczej, niż większość recenzentów. Otóż na kilka dni przed wyprawą do kina skończyłem właśnie oglądać CAŁY serial na DVD. Między innymi Sezon Dziewiąty (a niech mnie puryści językowi poprawiają – zgodnie z logiką amerykańskich seriali to właśnie „sezon”, a nie „seria”).
Sezon Dziewiąty, którego – jak dotąd – żadna polska stacja telewizyjna nie wyemitowała. Dlaczego? Zważywszy że serial do końca miał dosyć wysoką oglądalność, jest to zagadka godna Archiwum X…
***
Recenzenci wieszający psy na filmie mają oczywiście w paru sprawach rację… Ale nie da się ukryć, że ich podstawowym zarzutem jest – jak napisałem na początku – „brak klimatu” i zupełnie „inne” postaci głównych bohaterów.
A ja – tuż po zakończeniu oglądania serialu – uważam, że inaczej być nie mogło. Fani serialu czekali albo na kontynuację „głównego wątku”, albo na rozbudowany do rozmiarów filmu kinowego odcinek typu „stand-alone”. Tak czy inaczej czekali po prostu na kolejny odcinek „Z Archiwum X”.
A przecież to niemożliwe…
Od wydarzeń opisanych w Sezonie Dziewiątym – od przejmującego zakończenia w podwójnym docinku „The Truth” – minęło (mówię o czasie ekranowym) sześć lat. Mulder i Scully to już zupełnie inni ludzie. Wszystko to, co przeżyli i przez co przeszli (zwłaszcza w ostatnich odcinkach serialu), wszystko to, co już wiedzą sprawia, że to już po prostu NIE SĄ ci sami bohaterowie, których oglądaliśmy wcześniej. Gdyby Carter udawał, że tamto się po prostu nie wydarzyło, gdyby zaserwował nam kolejny odcinek typu „Monster Of The Week” („Stój! Jestem agentem federalnym!” 😉 – byłoby to sztuczne i nieprawdziwe.
Zamiast tego mamy (w gruncie rzeczy) historię o dwojgu bardzo samotnych ludzi, którzy – każde na swój sposób, każde w swojej sytuacji – bardzo „chcą wierzyć”. Cała historia stamowiąca główny wątek filmu – makabryczne zbrodnie, „widzący” były ksiądz etc. – to tylko tło. Z perspektywy zakończenia serialu ten film jest właśnie o tym, jak bardzo zmienili się główni bohaterowie.
Ciekaw jestem, czy Chris Carter rzeczywiście zdoła nakręcić jeszcze jeden film… Z premierą 22 grudnia 2012 roku. 🙂 To by było coś.
Mruczanka Postwyjazdowa i Nie Tylko
No bo jak się chwilę nie pisało, to potem chce się napisać o wszystkim, co – rzecz prosta – dla przeciętnego czytelnika jest nie do strawienia.
Na szczęście wiem, że wszyscy czytelnicy są absolutnie nieprzeciętni 😉 Ale spróbuję się streszczać.
*
Raz, że Puchatki wyjeżdżały. Do rodziny M., na Drugi Koniec Polski. Bardzo było miło – jak zwykle tamże. Potwory Starsze bawiły się z Ulubioną Kuzynką, wszystkie ciocie dopieszczały M., którą widują dwa razy w roku, Pradziadek zachwycał się Nowym Prawnukiem – no, sielanka po prostu. Zgrzyt był jeden, ale o nim napiszę oddzielnie, bo mam pewną zakawyczkę…
Ponieważ Drugi Koniec Polski (niech będzie, uchylę rąbka…) leży na Dolnym Śląsku, pewnego dnia Puchatki wybrały się na jeden dzień w Karkonosze. Szklarska Poręba i okolice. Pyszczak zaliczył pierwszą w dwumiesięcznym życiu wycieczkę Prawie Górską – dotelepał się w nosidełku do wodospadu Kamieńczyka. I wyglądał na bardzo zadowolonego.
*
Dwa, że sprawa mieszkania teścia została ostatecznie zamknięta. Nasza pani mecenas poinformowała nas, że termin odwołania minął, miasto odwołania nie wniosło, wyrok jest prawomocny. Teraz już tylko zostały jakieś formalności (trzeba reaktywować umowę najmu etc.), ale to już tylko kwestia czasu i papierków, bo wyrok jest jednoznaczny i miasto odmówić nie może. Cholera jasna (pardon), to trwało ponad rok. Ulga.
*
Trzy, że tydzień przerwy w pracy na nowo uświadomił mi, że lubię to, co robię 🙂 Lubię tłumaczenie, lubię redakcję tekstów. Lubię bawić się językiem, lubię ten szum kółeczek zębatych w mózgu towarzyszący zastanawianiu się „…a jak to oddać po polsku, żeby było zrozumiałe, dobrze brzmiało, a w dodatku było równie zabawne, zakręcone i dwuznaczne jak w oryginale”.
Jasne, czasami jestem zmęczony. Czasami się wściekam. Czasami się boję, bo taka praca – choć to nie kamieniołomy – powoduje konkretne problemy ze zdrowiem (kręgosłup… i nie tylko…). Czasami zastanawiam się, skąd wziąć pieniądze na „inwestycje” (poza nowym komputerem, o czym pisałem wyżej, muszę jeszcze w tym roku kupić nowy fotel do pracy – właśnie ze względu na kręgosłup).
Ale to wszystko problemy – powiedzmy – natury technicznej. Generalnie – robię to, co lubię i lubię to, co robię. 🙂
*
Cztery, że jest zadanie na najbliższe miesiące: muszę wreszcie zrzucić parę kilo. Siedząca praca w połączeniu (nie oszukujmy się…) z łakomstwem to nie jest zdrowy układ. Docelowo – dziesięć do dwunastu kilogramów wypadałoby zostawić gdzieś na trasach rowerowych czy w lesie. I – uwierzcie mi – nie chodzi mi o względy estetyczne 😉
Chodzi niestety o zdrowie. I ten kręgosłup, i kilka innych rzeczy – wszystko mniej lub bardziej łączy się z faktem, że Puchatka jest trochę za dużo.
*
Jeszcze do niedzieli jesteśmy w domu. Potem jedziemy na tydzień ze znajomymi nad Narew, na ich działkę. Pełen luz. 🙂
Mruczanka Techniczno-Sprzętowa
Dziś Puchatek – humanista będzie mówił o komputerach 🙂
UWAGA: niniejsza Mruczanka NIE jest sponsorowana przez Znaną Firmę Sadowniczą…
Pamiętacie takie nalepki na samochodowych zderzakach – modne w latach osiemdziesiątych – z napisami w stylu „Następnym razem kupię sobie mercedesa”?
No więc Puchatek od jakiegoś czasu ma w głowie wirtualny odpowiednik takiej nalepki. Napis głosi:
„Następnym razem kupię sobie Maca”.
Mowa o komputerze, oczywiście. Decyzję już podjąłem. Po …nastu latach jestem już zmęczony pecetem. Jestem zmęczony uzależnieniem od Windows, które (w wersji XP) w zasadzie całkiem sprawnie funkcjonują, ale… ” ‚Prawie’ robi wielką różnicę”, jak wiadomo.
Jestem zmęczony tym, że choć całe oprogramowanie mam do obrzydliwości legalne, stale aktualizowane, chronione porządnym antywirusem i firewallem, a dysk defragmentowany, czyszczony i w ogóle pieszczony ponad miarę (o narzędzie pracy trzeba dbać…), i tak od czasu do czasu pojawiają się problemy typowe dla Windowsów: a to coś padnie bez zdania racji, a to coś się powiesi, a to w połowie pisania cały Word wyleci w kosmos i trzeba odzyskiwać ostatnie …naście minut pracy. I – oczywiście – zawsze daje się odzyskać, ale zawsze to dziesięć minut do tyłu….
Od kiedy mam ten komputer (cztery lata), musiałem już trzykrotnie reinstalować system, a wiem że to i tak nie najgorzej.
Różni znajomi informatycy proponowali mi jakieś wypasione wersje linuxa – że genialne, fantastyczne i niezawodne na 1150 proc. No i co z tego – skoro ja jestem humanista? Komputer jest moim narzędziem pracy, nie mogę sobie pozwolić na sytuację, w której z każdym głupim problemem będę musiał biec do znajomych informatyków, którzy umieją pracować na poziomie konsoli tekstowej. Nie mam także czasu ani ochoty (wiem, informatyków to bawi… 🙂 żeby siedzieć trzy dni i „dłubać” zmuszając jakiś programik żeby zechciał chodzić tak, jak JA chcę.
Pracowałem trochę na Apple’u i przekonuje mnie elegancja i logika tego systemu. Już jakiś czas temu myślałem o takiej przesiadce – ale nie było mnie na nią stać (niestety, Mac jest sporo droższy niż pecet…). Ale dosyć. W październiku przyjeżdżają K. z Ottawy. Kupią mi tam wybranego MacBooka, ja im tu oddam pieniądze – i zapłacę o niemal połowę mniej, niż w Polsce, czyli tyle, ile zapłaciłbym za dobrej klasy peceta (a i tak najdalej za półtora roku musiałbym już zmienić maszynę).
Ot, co.
Mruczanka na 4. Lipca
Dawno, dawno temu – dokładnie w roku Pańskim 1987 – jako siedemnastolatek byłem na miesięcznym obozie językowym. Końcówka PRL, już w zasadzie „odwilżowo” było…
Obóz prowadzili Amerykanie – jakaś grupa nauczycieli ze stanu Wisconsin zaangażowana w tego typu projekty. Co najważniejsze – przyjechali ze swoimi dziećmi, czyli amerykańskimi nastolatkami, dzieciakami w naszym wieku. Fantastyczne zderzenie kulturowe, naprawdę ciekawe (dla obu stron) doświadczenie.
Poza Amerykanami było tam kilkoro polskich „wychowawców” (czytaj: pilnowaczy), ale za bardzo się nie mieszali. Muszę powiedzieć, że Jankesi też się sporo nauczyli – przeszli Krótki Kurs Historii Bloku Komunistycznego z bardzo konkretnej (i zdecydowanie nieprawomyślnej w PRL) perspektywy 🙂
Piszę to ze względu na datę – bo przypomina mi się taki szczegół, który naprawdę pokazał mi różnicę w podejściu do świata – także do tak ważnych spraw jak patriotyzm i stosunek do włąsnej ojczyzny – między demoludami a wolnym światem…
Ponieważ obóz odbywał się w lipcu, tak się złożyło, że w czasie jego trwania przeżywaliśmy święta narodowe obu krajów: amerykańskie (czwartego lipca właśnie) i polskie (wówczas – dwudziestego drugiego lipca).
Na początku obozu Amerykanie sporządzili duży, ścienny „kalendarz” na całe 30 dni, z dużym „kratkami” – i zachęcali, aby wpisywać swpoje urodziny i inne ważne daty. Znalazły się tam także wpisy dotyczące obu świąt narodowych.
W kratce „July 22nd” polscy „wychowawcy” wpisali (cytuję): „Dwudziesty drugi lipca: Narodowe Święto Odrodzenia Polski, święto narodowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.”
W kratce „July 4 th” Jankesi wpisali dużymi, kolorowymi literami: „HAPPY BIRTHDAY AMERICA!”
🙂
***
A swoją drogą – jeszcze jeden obrazek. Kiedy Puchatek miał się urodzić, lekarze powiedzieli Puchatkowej Mamie, że przewidywana data porodu to 22. lipca. Na co Puchatkowa Mama powiedziała zdecydowanie i z przekonaniem:
– O, nie! Moje dziecko mi takiego świństwa nie zrobi! 🙂
No i nie zrobiło. Poczekało do 25. lipca 🙂
Mruczanka Matematyczna Poniekąd
Wpadł do Puchatkowa Dziadek P., czyli puchatkowy Osobisty Tata. Osobisty Tata ma to do siebie, że jest humanistą, polonistą i w ogóle człowiekiem Słowa, ale zawsze doskonale liczył i potrafił w myśli wykonywać takie operacje matematyczne, do których Puchatek potrzebował kalkulatora. Co najmniej.
No i zderzenie dwóch Mózgów nastąpiło. Czyli Mózgu dziadka P. z Mózgiem Pietruszki, który wprawdzie w tym roku idzie do zerówki, ale jego ulubioną zabawką jest… kalkulator.
– Dziadku, a wiesz ile sekund ma rok? – zapytał Pietruszka.
– No, tak na pamięć to nie wiem… Trzeba by policzyć – odparł dziadek, który pytanie Pietruszki wziął za dobrą monetę i sądził, że dziecko chce się od niego czegoś dowiedzieć (hłe, hłe, hłe).
– A ja wiem – odparł Pietruszka. – Trzydzieści jeden milionów pięćset trzydzieści sześć tysięcy – wyrecytował dumnie.
– Ano, bardzo być może, że mniej więcej tyle – odparł dyplomatycznie dziadek, który jeszcze nie załapał i myślał, że dziecko „strzela”.
– Jakie „mniej więcej”? – oburzył się Pietruszka. – DOKŁADNIE tyle.
Dziadek szybko dokonał w myślach stosownych obliczeń i ze zdumieniem stwierdził, że jego sześcioletni wnuk ma absolutną rację. Chcąc jednak ratować honor, zapytał na wszelki wypadek:
– Ale ciekawe, czy tyle sekund ma rok zwykły, czy przestępny…
Błąd. Wnuk spojrzał na dziadka z politowaniem i wygłosił (tak, nie powiedział, ale właśnie wygłosił):
– Zwykły, RZECZ PROSTA. Bo przestępny ma trzydzieści jeden milionów sześćset dwadzieścia dwa tysiące czterysta sekund.
No jasne, przecież każdy to wie. Łatwizna.