3653

Dokładnie. Dziesięć lat, w tym trzy przestępne. Słownie trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt trzy dni. Dziś jest trzy tysiące sześćset pięćdziesiąty czwarty. I zanosi się na to, że też będzie w porządku 🙂

Mieliśmy dziś wyrwać się na wieś, w głuszę, w towarzystwie wyłącznie rodzinnym. Niestety, chyba nic z tego nie wyjdzie, bo Pietruszka wczoraj – po powrocie z zakończenia roku w zerówce – dostał gorączki. Wysokiej. Dziś jest nieco lepiej, ale musi go Pani Doktor zobaczyć…

No cóż, najwyżej będziey świętowali w domu. Dziesięć lat, kto by pomyślał. 🙂

Mruczanka o Szczęściu w Niezczęściu

Znajomi Puchatków przez długie lata jeździli starym nissanem micrą. To znaczy – z początku nie był stary, ale po dziesięciu czy dwunastu latach (szczegółów nie pomnę) każdy samochód jest stary. No i mały był: na zakupy wygodny, ale pojechać micrą na wakację w cztery osoby (dwójka dzieci) – to już było wyzwanie.

Trzy miesiące temu znajomym zdarzyła się wyjątkowa okazja: ktoś z rodziny tanio sprzedawał stosunkowo mało używane wielkie volvo combi. Duże, wygodne, z ogromnym bagażnikiem. Czteroletnie, czyli „jak nowe”. Mieli oszczędności, to kupili.

Micry nie sprzedali – przydawała się, jak były potrzebne dwa auta. I tylko żartowali, że teraz rzucają monetą, kto ma dziś jechać orłem, a kto reszt(k)ą.

Kilka dni temu znajoma jechała z Warszawy do G. po załatwianiu jakichś spraw. Na tylnym siedzeniu, w foteliku, siedział jej pięcioletni synek (starsza córka była w szkole).

Nie wiadomo, co się dokładnie stało – czy ktoś jej wyskoczył na drogę, czy czegoś się przestraszyła – nie pamięta. Dość, że z szybkością około 60 kilometrów na godzinę walnęła centralnie w słup czy inną latarnię.

Piękne volvo – do kasacji. Nie było czego naprawiać. Natomiast znajoma i jej synek wyszli z tego w zasadzie bez szwanku. Jakieś drobne potłuczenia, jakieś siniaki i otarcia od pasów bezpieczeństwa, kilka drobnych skaleczeń. Nawet ich w szpitalu nie zatrzymali.

Następnego dnia znajoma – już z grubsza spokojna – składała zeznania na policji. No i – między innymi – mówiła policjantowi z drogówki, że jest wściekła, że zdecydowała się jechać volvem. – Psia krew, mogłam wziąć stary samochód, przynajmniej nie byłoby szkoda! – narzekała.

– Jaki pani ma ten drugi samochód? Dziesięcioletnią micrę? – Policjant popatrzył na nią spod uniesionych brwi. – Nie wiem, czy pani sobie z tego zdaje sprawę, ale gdyby pani wczoraj jechała micrą, to prawdopodobnie oboje byście już nie żyli. A pani to na sto procent.

Strefy zgniotu, poduszki powietrzne, silnik automatycznie wbijający się pod samochód, a nie w nogi kierowcy – i parę innych bajerów. No cóż, nowoczesna technika to jednak nie jest taka głupia sprawa…

(UWAGA: wpis nie był sponsorowany  przez Ford Motor Company, producenta marki Volvo) 😉

Mruczanka Ku Końcowi

Ku końcowi roku szkolnego, oczywiście.

Jesteśmy zmęczeni. Oboje. Ja przez ostatnie miesiące – z powodów opisywanych wyżej – narobiłem sobie zaległości, które teraz intensywnie nadrabiam. M. ma za sobą fajny, satysfakcjonujący, niemniej męczący rok Przedszkola.

Jeszcze tydzień. Ba, niecały tydzień. W czwartek podwójne zakończenie roku – u M. w przedszkolu (a, jeszcze trzeba dyplomy podrukować…) i w pietruszkowej zerówce.

A w piątek Puchatki mają rocznicę ślubu. Dziesiątą! No, niemożliwe – ktos z Puchatkiem wytrzymał pod jednym dachem całe dziesięć lat i wcale nie mówi, że ma dosyć! Już samo to można uznać za cud…

***

Wakacje szkolno-przedszkolne nie oznaczają niestety wakacji puchatkowych. Puchatki wyjeżdżają w połowie lipca – ale do tego czasu Puchatek musi jeszcze skończyć to, co robi teraz i zdążyć zrobić następne. No, ale już nie będzie przedszkola, zerówki, nerwówki, budzika dzwoniącego (za) wcześnie rano.

Plany wakacyjne? Najpierw w Tatry. Puchatek w Tatrach nie był za długo! Jasne, z małymi Potworami wiele sie nie pochodzi, ale zawsze coś 🙂

Potem, w sierpniu, nad morze (polskie… Poniekąd dzięki pomocy Sia.si, oby żyła wiecznie).

Ja chcę już wyjechaaaaaać!!!!

No.

Mruczanka (nie)Finansowa

No i znowu to samo, Kocia Twarz. Jakby zsumować wszystko, co aktualnie są mi winni dwaj pracodawcy, to wyszłoby jakieś dwanascie tysięcy złotych. Polskich, nowych. Z tych dwunastu tysięcy pawie dziewięć miało być w ubiegły piątek. Ale nie było. I dzis znowu nie ma – czyli będą za tydzień. Miejmy nadzieję.

I jeszcze %&#@&%@!!! ZUS, który już o ponad tydzień spóźnia się ze zwrotem reszty należności za pogrzeb mojej Mamy. Tysiąc dwieście powinni przelać tydzień temu. Nie przelali.

Podsumowując – różne instytucje wiszą mi ponad trzynaście tysięcy.

Stan konta Puchatków: 800 złotych na minusie.

Cholery można dostać. 😦

Mrczanka Całkiem Rocznicowa

Dwadzieścia lat!

Tak, nie tylko od mojej matury… Rozmawialismy z Kolegami z Klasy (zjawiło się w sumie sześć osób, całkiem nieźle jak na pierwszy raz i termin ustalony właściwie z dnia na dzień…) ponad trzy godziny. Ustaliliśmy termin „oficjalnego”spotkania na październik.

Ale przecież te dwadzieścia lat temu nie tylko – i nie przede wszystkim – nasza matura była na tapecie…

Ja jestem z „dobrego rocznika” 1970. A to oznacza, że w 1988 skończyłem 18 lat. A to oznacza, że w 1989 już MOGŁEM GŁOSOWAĆ. I głosowałem 🙂

I wiecie co? Kurczę, to były niesamowite dni. To poczucie wolności, poczucie święta, świadomość że coś się bezpowrotnie kończy – a zaczyna coś zupełnie nowego. W sierpniu 1980 małem dziesięć lat, niewiele rozumiałem, niewiele pamiętam – więc w moim życiu to były PIERWSZE takie chwile.

Pamiętam tłumy pod „Niespodzianką” na Placu Konstytucji, kiedy czekaliśmy na wyniki wyborów z Żoliborza – i euforię, kiedy okazało się że jednak wygrał Kuroń.

Pamiętam dreszcz emocji kiedy szło sie po ulicy z egzemplarzem „Wyborczej” i przechodzący obok milicjanci patrzyli na nią złym wzrokiem.

Pamietam fiestę, która w zasadzie zaczęła się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, a potem narastała.

Pamiętam – NAPRAWDĘ pamietam! – Joannę Szczepkowską ogłaszającą koniec komunizmu.

Pamiętam hasło „wasz prezydent – nasz premier” i Mazowieckiego przemawiającego w sejmie.

Na moich oczach działa się historia – a ja mogłem w niej uczestniczyć. Niesamowite uczucie. I nie odbierze mi go ani Pan Prezydent wykorzystujący tę rocznicę wyłącznie do promowania partii swojego brata, ani tenże brat, nieustannie powtarzający jak bardzo jest źle, że to nie on rządzi, ani cały tłum krzykaczy i zadymiarzy, którzy dopiero po 1989 roku zrobili się „strrrasznie odważni”.

Niech krzyczą. Ja dziś świętuję! 🙂

Mruczanka (prawie) Rocznicowa

Dziś wieczorem Puchatek ma wychodne 😉

Grupka byłych kolegów (i koleżanek) z puchatkowej klasy postanowiła, że może by… jakby się udało… no, i gdyby wszyscy mogli… albo przynajmniej niektórzy… choćby ci, co mieszkają nie za daleko… to może by się spotkać. Z tej to mianowicie okazji, że w maju i czerwcu mija pełne dwadzieścia lat od naszej matury.

Puchatek jest pesymistą – jeśli wszystko będzie organizwane tak, jak zwykle było w tej klasie, to do Uroczystej Imprezy Rocznicowej raczej nie dojdzie 🙂 Ale mniej uroczyście – ot, żeby sobie pogadać – spotkać się można. No i dziś wieczorem właśnie się spotkamy.

Ile osób będzie? Kolega który rezerwował miejsca w Znanym Pubie zrobił rezerwację na 20 osób. Naiwny 🙂 Ale może parę osób się zjawi. „Dwadzieścia lat później”. Puchatek zda relację. I nawet postara się nie być złośliwy 😉

Pora się przekonać, „co się stało z naszą klasą” 😉 

Mruczanka Z Niepokojem

Wczoraj Pietruszka był ze swoją zerówką na wycieczce. Wycieczka do stadniny koni (!), z przejażdżką bryczką, jeżdżeniem na kucykach i pieczeniem kiełbasek na ognisku.

Wrócił szczęśliwy, zmęczony i brudny jak nieboskie stworzenie. No i dobrze – jak wiadomo „dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe”.

Wieczorem M. postanowiła wyprać jego plecaczek – nie ten, z którym na co dzień chodzi do zerówki, ale mniejszy, zabierany tylko na wycieczki (kanapka, jabłko, picie).

Z plecaczka M. wyjęła pustą butelkę po piciu, pustą torebkę po kanapkach, pusty pojemniczek po jabłku…

…i parę uroczych krótkich spodenek. Różowych, z koronkowym zakończeniem. Jednoznacznie dziewczęcych.

Cholera, to już? :-/

„Synu, musimy poważnie porozmawiać” ;-)))

Co oni na tej wycieczce robili?????!

Mruczanka Wcale Nie Polityczna

No, po prostu muszę Wam to pokazać.

Kiedyś już pisałem o tym, że Pyszczak od małego nie kryje swoich poglądów (o, TUTAJ). Opowiedziałem tam historię – rodzinną legendę! – o małym Puchatku, telewizorze i towarzyszu Gierku Edwardzie.

No więc to chyba jednak geny. Telewizor, politycy…

Pyszczak lubi telewizor. Jak tylko jest włączony (telewizor, znaczy), co u Puchatków zdarza się naprawdę rzadko, to Pyszczak natychmiast przychodzi, staje przed ekranem (zasłaniając Potworom Starszym dobranockę, ku ich zrozumiałemu oburzeniu) i radośnie chichocząc klepie w rzeczony ekran. Najbardziej lubi to robić w czasie niedzielnych „Kubusiowych opowieści”.

Wczoraj Puchatki były u Puchatkowego Teścia. Telwizor był włączony, bo Teść usiłował ustawić antenę (z kiepskim skutkiem zresztą, co tłumaczy kiepską jakość obrazu na zdjęciu). Leciał serwis TVP Info. Pyszczak uskuteczniał swoje „hi-hi – klap-klap”, co akurat nikomu nie przeszkadzało.

I wtedy, nagle, na ekranie pojawiła się Ta Twarz. A Puchatek akurat miał aparat w ręku i w reporterskim odruchu zdążył był pstryknąć.

Puchatek przysięga: to nie fotomontaż, nikt Pyszczaka nie straszył, nic mu się nie stało. To czysto reporterski zapis reakcj Potwora Najmłodszego na Tę Twarz.

 

 

Mruczanka Snująca

Wszystkie wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy sprawiły, że mam jakieś dzikie zaległości pracowe. Na szczęście redaktorka dla której tłumaczyłem poprzednią książkę też miała opóźnienia, bo „wepchnęli” jej coś dodatkowego. Czyli nasze opóźnienia się wyrównały, nikt nie miał przeze mnie przestoju w pracy etc.

Teraz robię już kolejną rzecz – nawet w miarę ciekawą. Tyle, że najchętniej rzuciłbym to choćby na parę dni i gdzieś wyjechał. Gdzieś w zieleń. Odpocząć, odreagować…

***

W niedzielę odbyła się Pierwsza Komunia mojego Drugiego Chrześniaka. Na szczęście na miejscu, w G. Rano msza (o tym później…), a potem uroczysty obiad i nie tylko.

Muszę Wam pwiedzieć, że to ma swój urok: świętować taki dzień w gronie ludzi, którzy rozumieją jego sens, dla których ilość (…i cena…) „komuninych prezentów” nie wyznaczają osi świata. A w ramach wspólnej, pokomunijnej wycieczki (taka tradycja w rodzinie Małego Komunisty 😉 odkrywaliśmy stary park w Petrykozach (o, TUTAJ). Parę zdjęć możecie zobaczyć w zakładce po lewej (…zdjęcia made by Puchatek).

Od Petrykozy, park

 

***

…A czasami szlag mnie trafia. Rozumiem, że Pierwsza Komunia to okazja do rodzinnych spędów. Rozumiem, że przyjeżdżają na nią także ludzie, którzy traktują ją jako wydarzenie czysto towarzyskie, a których strona religijna nie interesuje. Rozumiem – i szanuję – fakt, że kogoś obecność w kościele męczy i nuży. OK.

Ale to jest trochę jak w starym dowcipie:

– Rebe, ja nie wiem co robić! Mój syn nie umie pić i nie umie grać w karty!

– Ależ Mosze, przecież to wspaniałe! Każdy rodzic chciałby mieć takiego syna!

– Ach, rebe, ty nic nie rozumiesz… On nie umie pić, a pije… On nie umie grać, a gra… 

No właśnie. Czy ludzie, których nie interesuje strona religijna, którzy w kościele się nudzą i generalnie maja w nosie to, co się tam dzieje, nie mogliby po prostu do tego kościoła nie przychodzić? Po prostu przyjechać na koniec mszy albo poczekać sobie na dworze czy w pobliskiej cukierni? W tłumie ludzi i tak nikt nie zwróciłby uwagi na ich nieobecność…

A jeśli już są – choćby tylko z „poczucia obowiązku” – to czy nie powinni jednak zachowywać się kulturalnie i stosownie do miejsca, w którym się znajdują? Czy naprawdę msza pierwszokomunijna jest najlepszym miejscem do dyksuji o nowych modelach komórek, komentowania nowego samochodu Dziadka Stasia i przekazywania sobie Najlepszego Przepisu Na Tort Śmietankowy (…że wymienię tylko trzy z tematów, które doszły do moich uszu w trakce…)?

Czy do licha dorośli ludzie nie są w stanie – jeśli już, powtarzam, czują się w obowiązku być na miejscu – przez głupią godzinę po prostu nic nie mówić? Czy nie zdają sobie sprawy, że przeszkadzają, że psują uroczystość, że (poza wszystkim innym) zachowują się jak… No, wiadomo.

I nie mówcie mi, że to ma cokolwiek wspólnego z kwestią wiary lub jej braku. Mój Ojciec, osoba niewierząca, kiedy z powodów towarzysko-społecznych jest obecny na jakichś wydarzeniach „kościelnych”, jakoś potrafi się zachować. To nie jest kwestia wiary, podejścia do kościoła (i Kościoła), stosunku do Spraw Ducha. To jest kwestia zwykłej, elementarnej, banalnej kultury. Lub jej braku.

No, to sobie ponarzekałem. Starczy. Do roboty.

 

Time goes by and life goes on…

…jak śpiewał nieodżałowany Johnny Cash.

Pogrzeb był w poprzednią sobotę. Było spokojnie i normalnie – jeśli nie liczyć faktu, że ksiądz z kościelnym (…i jadący za nimi karawan, i siłą rzeczy połowa żałobników…) pojechali początkowo na inny cmentarz. Nieporozumienie. Na szczęście oba cmentarze w G. („Stary” i „Nowy”) leżą przy tej samej ulicy, w odległości około dwóch kilometrów, więc efekty nieporozumienia szybko się dało naprawić.

– A swoją drogą – powiedział później T. – …to całe to zamieszanie było bardzo w jej stylu. Jestem pewien, że jej by się to spodobało…

***

Dziś jest osiemnasty maja. Równo dwa tygodnie temu wiedzieliśmy już, że „jest źle” – ale nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że aż tak. Dwa tygodnie temu o tej porze czekałem na jakieś informacje od lekarza. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za tydzień będzie już po pogrzebie… Pewnie bym nie uwierzył.

A dziś, w dwa tygodnie później? Emocje opadły – w czym, nie da się ukryć, bardzo pomogła konieczność „załatwiania” wszystkich spraw związanych z pogrzebem i całą towarzyszącą temu wydarzeniu „papierologią”. Jeden urząd, drugi urząd, ZUS, śmus, parafia, cmentarz… Nie ma czasu na myślenie. I to jest plus, wbrew pozorom.

*** 

Myślenie przychodzi potem – ale wtedy emocje już nieco opadają. Potem przypomiają się różne sceny z przeszłości (bliższej i dalszej), różne wątpliwości, różne żale. Oczywiście są też myśli z gatunku „…a może mogłem zrobić coś więcej?”, albo „…dlaczego nie wsiadłem w samochód i nie pojechałem, kiedy usłyszałem, że jest źle?”.

Nie, nie będę do końca życia walczył z wyrzutami sumienia na kozetce u psychoanalityka. Realnie wiem, że nic więcej zrobić się nie dało.

Tyle, że na zawsze zapamiętam tamten czwartek, trzydziesty kwietnia. Dzień, kiedy przywieźliśmy ją do Józefowa. I kiedy tam została. I jej wzrok, nie do końca świadomy sytuacji, kiedy żegnałem się z nią, żeby jechać z powrotem. Nie miałem pojęcia, że widzę ją po raz ostatni (no, w każdym razie tutaj).

***

A teraz? Dzieciaki biegają, pracy dużo, ktoś coś opowiada, ktoś się z czegoś śmieje. Życie toczy się dalej. Toczy się płynnie, spokojnie, własnym rytmem. A ja się w nim zanurzam, płynę z tym prądem. Śmieję się, kiedy patrzę na wygłupy dzieciaków, opowiadam M. jakieś stare kawały.

„Making plans, shaking hands
try to prove that I’m a man
It’s hard to do but I must try
’cause life goes on and time goes by”.