Mruczanka Szkocka – Dzień Trzeci

Dzień trzeci, czyli 29. lipca.

Poranny prom na Harris i Lewis. Przeprawa trwała około dwóch godzin. Morze było spokojne, prom po drodze mijał kilka rybackich kutrów wracających z łowisk i parę jachtów.

Harris i Lewis to – wbrew pozorom – jedna wyspa. Harris to jej część południowa, Lewis – północna. Granica między Harris a Lewis nie jest w gruncie rzeczy jasno zdefiniowana: o ile nie ma wątpliwości co do „przynależności” południowych i północnych krańców wyspy, o tyle w połowie jej długości przeciętny turysta może mieć problem ze zdefiniowaniem, w której części się aktualnie znajduje. Mieszkańcy nie mają z tym natomiast najmniejszego kłopotu: jednoznacznie identyfikują się jako mieszkańcy tej lub tamtej części. Ot, taka lokalna specyfika.

Prom z Uig dopływa do Tarbert, „stolicy” Harris. Użycie cudzysłowu nie jest przypadkowe, bo… jakby to powiedzieć…

Myślałem, że Isle of Skye to wygwizdów i koniec świata, a miejsca takie jak Uig to już kompletne (pardon) zadupie Europy. Jakżem się mylił!

Na CAŁYCH Hebrydach Zewnętrznych (Harris i Lewis, Uist Północny, Benbecula, Uist Południowy, Barra i jeszcze trochę mniejszych wysepek) jest JEDNO miasteczko, które rzeczywiście – według naszych, europejskich standardów – zasługuje na tę nazwę. To Stornoway, „stolica” Lewis, miejsce w którym mieszka około 9 tysięcy ludzi. Jest tu port, jest mikroskopijny ryneczek i jakieś pięć uliczek dookoła (i, jak wszędzie, domki rozrzucone po okolicznych wzgórzach). Nie, żeby to była metropolia – ale można toto uznać za miasto. No dobrze, miasteczko. Bardzo małe, ale jednak miasteczko.

A reszta? W Tarbert – drugiej co do wielkości mieścinie – nie ma już w zasadzie ryneczku, a uliczki są mniej więcej cztery. Wszystkie pozostałe „miejscowości” leżą generalnie przy jednej drodze, jest w nich jeden sklepik, czasami jakaś stacja benzynowa (ale nie zawsze), kościółek. Wszystko. „Stolica” Uist Północnego – Lochmaddy – to po prostu wioseczka. Mała wioseczka.

Ale nie uprzedzajmy faktów…

***

Plan był prosty: z Tarbert od razu jadę na północ, rozbijam się na kempingu w Stornoway i resztę dnia poświęcam na włóczenie się po Lewis (a w kolejnych dniach ruszam na południe, ale o tem potem).

Do Stornoway dojechałem bardzo szybko – z poznanymi na promie Polakami. Para sympatycznych młodych ludzi od miesiąca podróżujących po Szkocji wielkim, czarnym pickupem. Kemping, namiocik, szybkie przebranie… I było dopiero południe. Czyli cały dzień przede mną.

Ruszyłem ze Stronoway na północ. Autostopem, rzecz prosta. Pięć minut machania – i proszę, zatrzymało się małe BMW. Za kierownicą – jak się później dowiedziałem – siedział Peter, nauczyciel fizyki z miejscowej High School. Przesympatyczny człowiek, który w ciągu czterdziestu minut wspólnej jazdy opowiedział mi dużo ciekawych historii o Lewis i jego mieszkańcach. O tym, że tu w zasadzie wszyscy się znają. Że nie jesteś w stanie zrobić szybkich zakupów, bo jak pójdziesz do jedynego w okolicy (a chyba także jedynego na całej wyspie) supermarketu, to zawsze spotkasz kogoś znajomego, z kim będziesz mógł pogadać. O tym, że zimą wieją tu północne wiatry z szybkością 90 mil na godzinę (jakieś 150 km/h) – ale nie na zasadzie kilkugodzinnego huraganu, jak u nas, tylko na przykład trzy czy cztery doby bez przerwy. I że dlatego właśnie na całej północy wyspy niemal nie rosną drzewa. I że dlatego przystanki autobusowe maja formę brzydkich, betonowych „grzybów” – bo każda inna konstrukcja po prostu odlatuje. I że plagą na północy Lewis są króliki, które rozmnożyły się tu jak głupie, ryją nory, spulchniają grunt i sprawiają, że budowa domów staje się bardzo kosztowna – bo fundamenty trzeba kopać bardzo głęboko, żeby domy się nie waliły.

I że zimą (kiedy akurat nie ma huraganu z północy…) w całej okolicy unosi się słodki, przyjemny zapach palonego torfu, który w wielu domach jest podstawowym źródłem ogrzewania.

Peter dowiózł mnie niemal „do końca drogi” – z parkingu na którym mnie wysadził w ciągu pół godziny doszedłem na Butt of Lewis – północny kraniec wyspy. Miejsce niezwykle „klimatyczne” – piękna latarnia morska z drugiej połowy XIX w. stoi na poszarpanych klifach. Tak to mniej więcej wygląda:

Zdjęcie nie jest może najlepsze, ale pokazuje całość z lotu ptaka, więc można sobie wyobrazić nastrój miejsca. Warto zwrócić uwagę, że poza klifami, latarnią i jej zabudowaniami w okolicy nie ma w zasadzie NIC. Łagodne wzgórza, trawy, torfowiska. Najbliższe domy znajdują się w odległości jakichś trzech kilometrów. A, no i oczywiście wszędzie pasą się owce (na zdjęciu akurat żadnej nie widać – to aż dziwne).

***

Spędziłem na Butt of Lewis jakieś dwie godziny. Mało. Za mało. Cały urok takich miejsc polega przecież na tym, że można siedzieć, myśleć (albo nie), roztapiać się w krajobrazie, szumie morza, krzyku ptaków. Że można na chwilę zapomnieć o Bożym świecie, zapomnieć „jaka epoka, jaki wiek…”. Że można po prostu być, obserwować zmianę koloru wody pod wpływem promieni słońca padających z innej strony, coraz głębsze cienie pod klifami, może w końcu także gwiazdy zapalające się nad głową… Niestety, nie tym razem. Chciałem dotrzeć jeszcze w kilka innych rejonów, a czasu miałem niewiele.

Ruszyłem dalej. No dobrze, może nie tyle dalej (bo dalej na północ już się nie da, jeśli się nie dysponuje łodzią…), ile w bok. Wracałem do Stornoway dookoła, przez Dail Beag, Carlabhagh, Callanish i Lochganvich.

Przepiękna droga – w dużej części już „klasycznie” szkocka, na szerokość jednego samochodu, z mijankami co dwieście metrów. Wokół wzgórza porośnięte trawą, pełne kamieni, wrzosowiska, torfowiska. Szum wiatru, jakieś mewy nad głową – i oczywiście wszechobecne owce, często stojące na środku drogi. Miałem czas, nie musiałem się spieszyć, więc szedłem po prostu przed siebie, machając od niechcenia na nieliczne przejeżdżające tamtędy samochody. Cisza. Taka szkocka cisza, pełna specyficznej muzyki. Kiedy się idzie przez takie tereny, łatwiej zrozumieć skąd wzięły się takie a nie inne motywy i rytmy w muzyce Szkocji i Irlandii, dlaczego słychać w niej otwartą przestrzeń, wiatr, szum morza z oddali.

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=69OWJpak57t&login=effien&width=450&bg=ffffff

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=4CEsR85RqEh&login=w304&width=450&bg=ffffff

Po jakiejś godzinie czy półtorej – trochę idąc, trochę jadąc – dotarłem do Callanish. Callanish to miejsce szczególne – kolejna wioszczyna, której w polskich realiach pewnie nawet nie zaznaczono by na mapie (bo trudno zaznaczyć na mapie kilkadziesiąt domków rozrzuconych w promieniu kilku kilometrów, stojących samotnie, bez żadnego „centrum”, bez konkretnej formy). Ale w Callanish jest coś, dla czego warto tam dotrzeć (niezależnie od całego piękna i nastroju okolicy).

Kamienny krąg celtycki – te słowa kojarzą się najczęściej z majestatycznym Stonehenge nieopodal angielskiego Salisbury. Fakt, Stonehenge to miejsce niezwykłe – ale jego niezwykłość skutecznie tłumią tabuny turystów przewijające się między wielkimi głazami od rana do nocy.

Takich kręgów jak w Calanish jest w Wielkiej Brytanii kilka, większość – właśnie na szkockich wyspach. To znacznie mniejsza budowla (najwyższe stojące pionowo głazy mają jakieś dwa – trzy metry wysokości), ale przez swoją lokalizację – na odludziu, „in the middle of nowhere”, w miejscu gdzie tłumy turystów nie docierają – robi po prostu piorunujące wrażenie. Przez cały czas jaki tam spędziłem – około godziny – przez teren kręgu przewinęło się może sześć osób.

Zdjęcie nie moje, ale klimat oddaje.

We Francji podziwiałem gotyckie i romańskie katedry. Średniowiecze. W Irlandii i Szkocji widziałem kościółki i kapliczki z ósmego wieku. A tu stałem między kamieniami które ludzie ustawili w ten sposób pięć tysięcy lat temu. Pięć tysięcy lat. Niezwykłe wrażenie.

***

Później jechałem dalej – miałem wrażenie, że mógłbym tak jechać całymi tygodniami przez to wietrzne odludzie. Jeden z kolejnych kierowców zaproponował, że podwiezie mnie kilka mil w bok od głównej drogi, gdzie można zobaczyć jedne z nielicznych zachowanych „czarnych chat” – kamiennych domów krytych darnią, niemal pozbawionych okien, w których mieszkańcy Wysp żyli jeszcze na początku XX w.

Zaoponowałem – powiedziałem, że nie chcę aby z mojego powodu tracił czas… Odpowiedział pogodnie, jak typowy Szkot z Wysp. – Czas? Czasu mam dużo, a jak szybciej wrócę do domu, to moja żona na pewno znajdzie mi coś do roboty.

Kiedy oglądaliśmy te chaty, zapytałem go czy to skansen. – Skansen? – zdziwił się. – Nie, jeszcze dziesięć lat temu w tym domku mieszkała tu pewna staruszka. Jej dzieci mieszkały o tam, w nowoczesnym domu, ale one nie chciała się przeprowadzić. Zmarła kilka lat temu. Miała sto dwa lata…

***

Z powrotem do Stronoway dojechałem pod wieczór. Wyprawiłem się jeszcze do „centrum”, żeby coś zjeść – stanęło na typowo szkockiej potrawie: miseczce ryżu smażonego z krewetkami u Bardzo Szkockiego Chińczyka 🙂

Z powrotem na kempingu byłem koło dziewiątej wieczorem. A potem poszedłem jeszcze na spacer wokół Stornoway, po okolicznych wzgórzach. Wróciłem przed północą i poszedłem spać…

 

Mruczanka Szkocka Dzień Drugi

Dzień drugi, czyi 28. lipca. Drugi – ale de facto pierwszy dzień właściwej włóczęgi, bo przecież dnia pierwszego dopiero do Szkocji przybyłem…

Zgodnie z planem wstałem o ósmej, szybka toaleta i zwinięcie namiotu i plecaka zajęły mi pół godziny. O dziewiątej byłem już na dworcu autobusowym w Inverness, zdążyłem jeszcze kupić jakąś kanapkę i coś do picia – i kwadrans po dziewiątej miałem autobus do Portree, czyli na Isle of Skye.

***

Dygresja – dlaczego akurat tam?

Za dawnych podróżniczych czasów (czyli w Epoce Przeddzieciowej) objeździliśmy z M. całą Szkocję dosyć dokładnie. Byliśmy na nizinach, poznaliśmy Highlands, podziwialiśmy przewspaniałą Północ i cudowne zachodnie wybrzeże, nawet wschodnie przejechaliśmy dosyć dokładnie. Mówiąc szczerze – niewiele jest w Szkocji miejsc (w każdym razie tych znaczących) w których nas nie było.

Jedyne rejony których nie udało nam się zwiedzić, to „wyspy zewnętrzne” – zarówno te na północy (Orkady i Szetlandy), jak te na zachodzie (Hebrydy Zewnętrzne, czyli Western Islands). Jeśli chodzi o zachód, to dotarliśmy tylko na Skye, bo wyspa Skye – jak widać na mapie – leży tuż przy brzegu „Mainlandu” (obecnie przejeżdża się na nią mostem, kiedy byliśmy po raz pierwszy most był jeszcze w budowie, ale prom płynął kwadrans i dla „backpackersów” był darmowy).

Dlaczego nie byliśmy na Wyspach? Z powodu równie oczywistego, co banalnego: bo nie było nas stać na bilety promowe. Kiedy ostatni raz byliśmy w Szkocji powrotny bilet promowy liniami Caledonian MacBrayne na Orkady kosztował jakieś …naście funtów, co wtedy (pomnożone przez dwa) było dla nas sumą ogromną. O Szetlandach nawet nie wspominam. Wyprawa na Western Islands wiązała się z podobnym wydatkiem.

Kiedy planowałem tę samotną (niestety) wyprawę, musiałem – z uwagi na ograniczony czas – dokonać trudnego wyboru:

– Czy po prostu powłóczyć się po Highlands i Północy? Idea kusząca, bo tereny to przepiękne i w jakimś sensie stanowiące „serce Szkocji” – ale tam już byłem.

– Czy wybrać się na Orkady i Szetlandy? Początkowo o tym myślałem… Problem polega na tym, że żeby pojechać na oba archipelagi, trzeba by się (znowu) bardzo sprężać w czasie, bo sam rejs na Szetlandy (z Aberdeen) zajmuje całą noc – bądź co bądź to jakieś 150 kilometrów od północnych wybrzeży Szkocji. A potem trzeba jeszcze wrócić, a czasami zgranie promów nie jest takie łatwe.

– Czy też postawić na Western Islands – miejsce co najmniej równie magiczne, a jednak łatwiej dostępne?

Ostatecznie więc stanęło na tym trzecim. Zwłaszcza, że kiedy sięgnąłem do paru książek żeby przypomnieć sobie co nieco z historii Szkocji, uświadomiłem sobie że Szetlandy (Orkady też, choć nieco mniej) to kulturowo i historycznie miejsce znacznie bliższe Skandynawii (Wikingowie!) niż Celtom.

***

Tak więc jechałem na Skye – głównie po to, aby przejechać z Portree do Uig i złapać prom na Harris i Lewis.

Droga z Inverness do Portree… Dla samej tej drogi warto przyjechać do Szkocji. Bardziej szczegółowo pisałem o niej TUTAJ. Zastanawiałem się, czy z okien autobusu będzie wyglądać równie wspaniale, jak z perspektywy autostopowicza – ale obawy okazały się bezpodstawne. Loch Ness w typowo szkocki, lekko zachmurzony dzień wyglądało tak samo pięknie, jak zwykle. Potem most w Shiel, Loch Duich, Eilean Donan Castle… Mógłbym tak jechać godzinami. Oczywiście, jeszcze wspanialej byłoby móc podróżować tą drogą piechotą, z plecakiem, zatrzymywać się gdzie bądź, cieszyć widokami… Ale na to, rzecz prosta, czasu miałem za mało.

Więc autobus, Kyle of Lochalsh, most nad cieśniną – i wreszcie Isle of Skye. O Skye też pisałem – z M. spędziliśmy na niej w sumie około tygodnia i bardzo te wspomnienia lubimy. Szczegóły – TUTAJ.

Dojechałem do Portree, stolicy wyspy. Portree powitało mnie mało przyjaźnie – deszczem. Deszcz zaś był typowo szkocki, czyli w kratkę. Dziesięć minut padania, kwadrans przerwy – i właśnie kiedy człowiek czuł, że zaczyna wysychać, zaczynało się kolejne dziesięć minut na mokro. Klasyka.

Początkowo myślałem, że przenocuję w Portree, a następnego dnia pojadę do Uig (skąd pływają promy na Hebrydy Zewnętrzne). Ale pogoda mnie do tego pomysłu zniechęciła – pokręciłem się po miasteczku dwie czy trzy godziny (zapewniam, że od strony „zwiedzania” to czas absolutnie wystarczający…) i złapałem autobus do Uig kwadrans po piątej.

Portree to miasteczko typowe dla Szkockiej Północy: kilka uliczek, uroczy ryneczek, mały port rybacki z kolorowymi kamieniczkami nad zatoką i… koniec. Mieszka tu jakieś 2,5 tysiąca ludzi, z czego mniej więcej połowa – rozproszona w domkach na okolicznych wzgórzach. No i oczywiście są tu co najmniej dwie galerie sztuki wystawiające prace miejscowych artystów (i nie mówię o taniej „cepelii” dla turystów), bodaj ze cztery dobre restauracje, kilka fajnych pizzerii i co tam jeszcze… Nie wspominając o publicznych toaletach, które (w takiej „dziurze”…) są czyste, z kranów płynie ciepła woda a pojemniki z mydłem w płynie są pełne. No, zwykle. 🙂

Ale ja – jakem napisał – już pod wieczór wylądowałem w Uig. I dobrze, bo okazało się że prom o który mi chodziło odpływa nazajutrz koło dziewiątej rano. Czyli gdybym nocował w Portree, to bym na niego nie zdążył.

Uig… O Uig także pisałem TUTAJ, nie chcę się powtarzać :-). Dodam, że od ostatniego naszego pobytu nic się nie zmieniło. Te same domki rozsiane na wzgórzach, ten sam port, ten sam jeden jedyny mały sklepik na stacji benzynowej czynnej od dziewiątej do czwartej po południu… Totalny wygwizdów, absolutne „the middle of nowhere”. A w każdym razie tak mi się dotąd wydawało… W kolejnych dniach miałem się przekonać, jak bardzo się myliłem. Tak, bo moja wyprawa tak naprawdę dopiero się zaczynała.

Przenocowałem na kempingu w Uig (bardzo małym, bardzo tanim, bardzo mokrym i należącym do bardzo sympatycznych właścicieli). Wieczorem poszedłem do portu, posiedzieć na nabrzeżu i posłuchać morza. O siedzeniu i słuchaniu morza też jeszcze napiszę, ale później…

A rano wstałem i poszedłem z powrotem na nabrzeże, gdzie stał już wspaniały prom „Hebrides” linii Caledonian MacBrayne. Wśród krzyku mew wspiąłem się (to dobre określenie – trap był dosyć stromy…) na pokład i ruszyłem…

…Po raz pierwszy od dłuższego czasu ruszyłem w nieznane. Płynąłem gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem. W miejsca, o których marzyłem i które wyobrażałem sobie po wielokroć.

Czułem się jak święty Brendan Nawigator płynący na Wyspy Szczęśliwe. Znowu wędrowałem. Znowu byłem na Szlaku. Wyspy Zachodnie otwierały się przede mną – już po godzinie widziałem je na horyzoncie…

Mruczanka Szkocka – Dzień Pierwszy

Dzień pierwszy to był 27. lipca. Dwa dni po tym, jak Puchatek przekroczył wiek lekkopółśredni i stał się Oficjalnym Czterdziestolatkiem. Kocia Twarz.

Wstać trzeba było o czwartej rano, żeby odbyć niezwykle skomplikowaną podróż: najpierw kolega (się zlitował chłopak…) podwiózł mnie na dworzec w G., skąd pociągiem o niechrześcijańskiej godzinie piątej pięć (czy coś kole tego) ruszyłem do Stolicy. W stolicy złapałem pociąg do grodu Kraka (nota bene – pociąg jadący przez G., ale bez zatrzymywania… No, bo przecież powiatowe miasto G. to niewarta uwagi dziura, raptem 30 tysięcy mieszkańców, nie to co metropolia taka jak Włoszczowa, prawda?). W Krakowie za pomocą specjalnego połączenia kolejowego (no proszę, da się… Ale nie w Warszawie, prawda?) dojechałem na lotnisko Balice. A na lotnisku Balice – po przejściu wszystkich stosownych kontroli – wsiadłem na pokład samolotu Boeing 737 Niezbyt Ekskluzywnych Linii Lotniczych, których nazwy wymieniać nie będę, bo mi za reklamę nie płacą.

Mój Boże… Kiedy za czasów „przed-dzieciowych” jeździliśmy z M. do Szkocji, tanie linie lotnicze jeszcze nie istniały. Żeby za zdroworozsądkowe pieniądze dostać się na wyspy (na „normalne” bilety lotnicze oczywiście nie było nas wtedy stać…) trzeba było jechać autobusem do Londynu. Dwadzieścia cztery godziny, nie licząc późniejszego dojazdu na Północ. Miało to oczywiście swój urok (doba w autobusie z Ukochaną Kobietą, prom przez kanał La Manche, białe skały Dover…) – ale w przypadku wyprawy na kilka dni poświęcanie doby na przejazd w jedną stronę byłoby kłopotliwe. A tu proszę – za te same pieniądze w ciągu dwóch i pół godziny pokonałem drogę z Krakowa do Edynburga.

Kiedy samolot podchodzi do lądowania w Edynburgu, wlatuje najpierw nad zatokę Firth of Forth, gdzie zawraca dużym łukiem nad lotnisko – widok miasta z lotu ptaka naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza że stolica Szkocji jest wyjątkowo pięknym miejscem (niektórzy twierdzą, że to w ogóle najładniejsze i najbardziej „przyjazne dla użytkownika” miasto na Wyspach). O Edynburgu jednakowoż będzie później – w ostatni dniu Wyprawy.

Lądowanie, formalności skrócone do minimum (układ z Schengen to jednak fajna sprawa – machnięcie dowodem osobistym i „Next, please”). Bagaż z karuzeli, przejście przez sale przylotów i…

I po wyjściu z budynku nagle poczułem, że… Nie bardzo wiem, jak to opisać. Poczułem, że wróciłem. Właśnie tak – nie „przyjechałem”, ale wróciłem.

Piętrowy autobus (niebieski co prawda, ale zawsze) w ciągu dwudziestu minut dowiózł mnie do centrum Edynburga. Lewą stroną ulicy, rzecz prosta.

Korciło mnie, żeby połazić po mieście – wiedziałem jednak, że ostatniego dnia wyprawy i tak spędzę tu co najmniej kilka godzin, a teraz chciałem jak najszybciej pojechać dalej. Na Północ.

Dworzec autobusowy. Kiedy odjeżdża najbliższy autobus o Inverness? Za pół godziny? Wspaniale. Kupiłem bilet i poszedłem do dworcowego baru, bo od czwartej rano nic nie jadłem, a była już druga po południu.

Kiedy po dużej, podgrzewanej kanapce wróciłem do „bramki”, autobus już stał. Siadłem (z samego przodu, z widokiem przez panoramiczną przednią szybę, tak mi się poszczęściło!) i kiedy ruszyliśmy, pomyślałem że pewnie zaraz zasnę (bądź co bądź wstałem bardzo wcześnie i spędziłem dzień dosyć intensywnie). Nic z tego. Widoki tak mnie wciągnęły, że mimo zmęczenia siedziałem z wytrzeszczonymi oczyma, wspominając kolejne mijane miejsca, które – choć od ostatniej wyprawy do Szkocji minęło jedenaście lat! – pamiętałem doskonale.

Autobus jechał ponad trzy i pół godziny – ale nawet nie zdążyłem się zmęczyć.

Pod wieczór byłem już w Inverness. Po jedenastu latach nie musiałem nawet pytać o drogę na kemping – po prostu wysiadłem z autobusu, zarzuciłem plecak i poszedłem przez główny most, a potem na zachód wzdłuż rzeki Ness, jakieś dwa-trzy kilometry. Jakbym był w domu.

Kemping nic się nie zmienił – nawet ceny chyba nie wzrosły… Rozbiłem namiocik (tak, ja też nie lubię zdrobnień, ale to coś co przywiozłem ze sobą na miano „namiotu” raczej nie zasługiwało; „namiocik” to właśnie stosowne określenie. Historię namiociku też opowiem, bo jest zabawna – ale za chwilę.

A potem poszedłem się trochę umyć, a potem – choć była już niemal dziewiąta wieczorem i zmęczony byłem jak pies – nie mogłem się powstrzymać przed pójściem z powrotem do miasta. I nie chodziło mi nawet o jedzenie, nie chodziło o zwiedzanie (Inverness jest urocze, ale jak się w nim raz było, to wszystkie jego zabytki człowiek zna na pamięć – a ja byłem w nim razy kilka…). Chciałem po prostu poczuć klimat „ostatniego większego miasta u progu Highlands”. Chciałem popatrzeć na ludzi siedzących w kafejkach i pijących ciemne piwo, whisky i kawę, na rozgadanych Szkotów śmiejących się na rogach ulic z opowiadanych dowcipów i patrzących z życzliwym uśmiechem (naprawdę!) na snujących się turystów. Chciałem przejść się nad lekko zamgloną Ness, poczuć na twarzy chłodną wilgoć, usłyszeć „Quite a cool evenig, isn’t it?” od przypadkowego przechodnia z psem…

Coś, co zawsze fascynowało mnie w Wielkiej Brytanii (nie mówię o Londynie, który jest pod tym względem podobny do większości Wielkich Miast na świecie…), to życzliwość, otwartość i uśmiech tak zwanych „zwykłych ludzi” spotykanych na ulicy w mniejszych miasteczkach czy na prowincji. Uśmiech, kilka słów, choćby „How are you” czy proste „Good luck” kiedy stoisz przy drodze i łapiesz okazję… Charakterystyczna rzecz: próbowaliście kiedyś w Polsce „łapać stopa” w rejonach turystycznych? Nad morzem, w Tatrach, na Mazurach? Owszem, da się – ale kto zabiera takich autostopowiczów? Najczęściej – inni turyści. Miejscowi raczej się nie zatrzymują. Owszem, zdają sobie sprawę że turyści to pieniądze, więc szanują ich, ale… Jakby to powiedzieć… Raczej właśnie ich „cenią”, niż lubią.

Tam jest odwrotnie. Kiedy łapie się okazję – czy to na wylocie z Edynburga, czy na głuchej drodze głęboko w Highlands – zatrzymują się właśnie miejscowi. Życzliwi, sympatyczni, zwykli ludzie…

***

Wróciłem na kemping po dziesiątej wieczorem, poszedłem pod prysznic, po czym zakopałem się w śpiworze i zasnąłem w ciągu pięciu sekund.

A następnego dnia znowu musiałem wstać w miarę wcześnie (choć nie o czwartej rano), bo kwadrans po dziewiątej miałem autobus z dworca autobusowego w Inverness do Portree na wyspie Skye.

Ale o tym już w następnym odcinku…

***

A, jeszcze miało być o namiociku… Kiedyś chyba – jako „prawdziwy turysta” – wstydziłbym się przyznać, ale dziś jako szacowny czterdziestolatek mam w głębokim poważaniu, co o mnie ktoś pomyśli…

Historia namiociku jest zabawna. Kiedy jeździliśmy z M. autostopem po Europie, mieliśmy ze sobą Dobry Namiot. Ale taki Naprawdę Dobry Namiot. Salewa, model Sierra Leone, jakby kto pytał. Znakomita rzecz – wygodna dwójka, dosyć lekka, z dwoma niewielkimi przedsionkami pod tropikiem w sam raz na plecaki. No i rewelacyjnie nieprzemakalna (nominalna wytrzymałość tropiku – 10 000 mm słupa wody!). Ten namiot nigdy nas nie zawiódł. Po najgorszych nocnych ulewach i nawałnicach wychodziliśmy z niego w stanie równie suchym, jak wchodziliśmy poprzedniego wieczoru. Po nocy na klifach przy bardzo silnym wietrze nie tylko nie odleciał, ale nawet maszty się nie odkształciły ani na milimetr.

Ten namiot leży sobie grzecznie w piwnicy – ale kiedy planowałem Wyprawę, od razu wiedziałem, że go nie wezmę. Był za duży na jedną osobę, ważył prawie 3 kilogramy – to niedużo jak na taki namiot, ale sporo jak na limit 15 kilo bagażu w samolocie… Najpierw pomyślałem, że kupię sobie dobry jednoosobowy namiot typu „ultra-light”. Niestety, superlekkie namioty dzielą się na dwa zbiory nie posiadające części wspólnej: są albo dobre, albo tanie. Te dobre to wydatek rzędu (przy odrobinie szczęścia…) około 500 złotych, a zwykle więcej. Pomyślałem, że wydawanie takiej sumy na sprzęt potrzebny na jednorazową, kilkudniową wyprawę to przesada. Pożyczenie takiego namiotu też okazało się trudne – bądź co bądź był to środek wakacji.

Postanowiłem zatem kupić tani namiocik. Rumienię się, gdy to piszę: kupiłem go w supermarkecie. Za 35 (słownie: trzydzieści pięć) złotych. Jadnowarstwowy, bez tropiku. W normalnych warunkach nie odważyłbym się pojechać z czymś takim w rejony, gdzie pogoda bywa kapryśna. Ale…

Ale doszedłem do wniosku, że:

a. Czasy się zmieniły, pieniędzy mam trochę więcej, jakby co zawsze mogę zamiast na kemping pójść do hostelu czy do B&B.

b. Jadę sam, o nikogo nie muszę się troszczyć, więc jak zmoknę – to będę mokry, a potem wyschnę. A jak pogoda będzie na tyle fatalna, że trudno będzie wyschnąć, to patrz punkt a.

Namiocik sprawdził się zupełnie nieźle – wadą konstrukcji jednowarstwowej jest fakt, że na ściankach osadza się wilgoć z oddechu, ale ponieważ byłem sam, mogłem ułożyć się w środku i wilgotnych ścianek nie dotykać. A przy wszystkich wadach miał jedną gigantyczną zaletę, która miała znaczenie nie tylko w samolocie: ważył ciut powyżej kilograma.

A ostatniego dnia w Edynburgu zostawiłem go w hostelu (kemping był za daleko od centrum, a ja musiałem być na lotnisku o szóstej rano…) z karteczką, że jak komuś potrzebny namiot, to niech go sobie weźmie. Nie chciało mi się wozić go z powrotem do Polski. 🙂

c.d.n.

Mruczanka Nadmorska

Tak, jesteśmy nad morzem. Polskim zupełnie. Będziemy się BYCZYĆ. Totalnie, absolutnie i całkowicie.

Ale zdaję sobie sprawę, że jestem Wam winien relację z mojej urodzinowej wyprawy szkockiej. Relacja będzie, słowo. Tyle, że na razie nie zdążyłem. Wróciłem we wtorek 3. sierpnia i miałem czas intensywnego nadrabiania życia rodzinnego. Do komputera prawie nie siadałem (i nie mogę powiedzieć, żeby mi tego szczególnie brakowało…).

Będzie opis. Dzień po dniu. Dziś powiem Wam tylko, że w ciągu siedmiu dni (dzień ósmy to już był tylko samolot powrotny) pokonałem trasę Edynburg – Inverness – Skye – Lewis – Harris – North Uist – Benbecula – South Uist – Barra – Oban – Sterling – Edynburg.

I powiem Wam jeszcze, że to najpiękniejsze miejsca na Ziemi (w subiektywnym rankingu, rzecz prosta).

Mruczanka Przed-Podróżna

Skończyłem. O dzień wcześniej niż myślałem – skończyłem tę cholerną książkę. Dziś (miało być jutro, będzie niespodzianka 🙂 jadę na Drugi Koniec Polski, gdzie M. z Potworami bawi u rodziny.

Wracamy w poniedziałek. A we wtorek…

We wtorek wstaję o czwartej rano wsiadam w pociąg, potem w drugi, wysiadam w Krakowie, jadę na Balice i…

I lecę. W ramach prezentu na czterdzieste urodziny robię sobie tygodniową wyprawę, zupełnie sam. Niech żyją tanie linie lotnicze.

Lecę do Edynburga. z Edynburga przejeżdżam na północ, do Inverness. Z Inverness… Jeszcze nie wiem. To będzie zależało od pogody i paru innych czynników. Na Szetlandy raczej nie dotrę (za daleko, za drogo, za mało czasu). Ale dotrę albo na Orkady, albo na Hebrydy Zewnętrzne (Harris i Lewis).

3. sierpnia będę z powrotem w domu.

I co, szczęki Wam opadły? 🙂

Trzymajcie kciuki, żeby się wszystko dobrze udało. Jak wrócę, wszystko opowiem. I zdjęcia pokażę. Słowo.

Scotland, here I come!

 

 

…czasami…

Czasami jest tak, że się czeka, choć się nie wie na co. Albo wie się na co, ale też wie się, że to się nie wydarzy – ale i tak się czeka. Podświadomie choćby.

Przychodzi e-mail – pojawia się w skrzynce i… Jakiś błysk, że to pewnie Ta Wiadomość, coś Niezwykle Ważnego,  Przełomowa Informacja Zmieniająca Całe Życie (oczywiście Na Lepsze)…

„Witam, przesyłam wysokość składek ZUS do zapłacenia za ubiegły miesiąc. Księgowy”.

No i sami powiedzcie, do cholery, czy to nie jest do bólu prawdziwa metafora życia? 🙂

Mruczanka Powyborcza

Nie, analiz nie będzie. Powtórzę tylko to, co napisałem w 2005 r., z dodanym zakończeniem:

 

W roku 1990 głosowałem na Mazowieckiego. Przegrał.

***

W roku 1995 głosowałem na Gronkiewicz-Waltz. Przegrała.

***

W roku 2000 głosowałem na Olechowskiego. Przegrał.

***

W roku 2005 głosowałem na Tuska. Przegrał.

***

Kocia Twarz, po raz pierwszy od 1989 r. wygrał „mój kandydat”. Nie, żebym był ostrym fanem PO (nie jestem), nie żebym uważał Komorowskiego za idealnego prezydenta (nie uważam). Nie mam jednak wątpliwości, ze z tych kandydatów to był najsensowniejszy wybór.

Mruczanka Muzyczna

Słucham i słucham, już od jakiegoś czasu słucham. I muszę napisać – w kategorii „Puchatek Poleca”, oczywiście.

Katie Melua, „The House”. Czytelników którzy trafią tu za sprawą wujka Google’a szukając jakichś informacji o doktorze Gregorym Housie muszę rozczarować – nie o niego tu chodzi.

O tym, że Katie Melua jako taka należy do kategorii „Puchatek Poleca”, czytelnicy tych zapisków wiedzą doskonale. Prywatnym Puchatka zdaniem ta Pani to największe, co wydarzyło się w muzyce popularnej w ciągu ostatnich kilku lat. Po śmierci Elli Fitzgerald jakiś zasmucony krytyk napisał, że „…odeszła ostatnia Wielka Dama piosenki – teraz zostały już tylko śpiewające modelki”. Przesadzał, rzecz prosta – bądź co bądź śpiewają jeszcze i Aretha Franklin, i Cassandra Wilson, a i takie panie (że sięgnę do bardzo różnych stylów muzycznych) jak Annie Lennox czy Barbara Streisand trudno nazwać „śpiewającymi modelkami”. Ale fenomen Katie polega na tym, że także w najmłodszym pokoleniu (mój Boże, ona jest ode mnie o czternaście lat młodsza!) jest jeszcze czego szukać.

Fascynujące jest to, że każda jej płyta jest inna. Skakanie po stylach, wydawałoby się – muzyczny miszmasz, a jednak całość jest konsekwentna i przemyślana. Jest tu jazz, jest blues (i to jaki!), jest trochę amerykańskiej klasyki, zabawne przeróbki bardzo znanych rzeczy… Niesamowite jest to, że dziewczyna która ma raptem dwadzieścia sześć lat potrafi być tak muzycznie dojrzała i świadoma – czy śpiewa piosenkę Guthriego, czy song Cohena, czy „Moon River” – pozostaje sobą, nikogo nie udaje (a to dziś naprawdę rzadkie zjawisko).

A nowa płyta? Zaczyna się od bardzo delikatnej piosenki „I’d Love To Kill You” (to aż nie do pomyślenia, że w epoce MTV można zacząć płytę od czegoś tak subtelnego i miękkiego). „The Flood” – zaskakująca, dynamiczna. A potem energetyczna „Happy Place”, liryczna „Red Balloons” czy „A Moment of Madness” utrzymana trochę w konwencji starego wodewilu (łącznie, jeśli dokładnie wsłuchać się w tło, z trzeszczeniem starej, winylowej płyty!). Zabawa konwencjami, zabawa stylami. Tu nie ma rejonów zakazanych, nie ma „off limits”.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że w każdym z tych stylów, w każdym klimacie, w każdym nastroju Katie Melua jest równie dobra – i wyraźnie czuje się równie swobodnie.

***

I coś, co dla mnie zawsze jest bardzo ważne: teksty tych piosenek są równie mocną stroną płyty co sama muzyka i głos wokalistki. To są naprawdę dobre teksty. Poetyckie, wieloznaczne, znakomicie napisane. Intrygujące. Zmuszające do myślenia. A w dodatku – i tu moje wielkie brawa – autorką większości tych tekstów jest sama piosenkarka.

I wiecie co? Moim zdaniem tu właśnie – cytując klasyków – jest pies pogrzebany.

Bo Katie Melua nie jest po prostu piosenkarką. Nie jest „dobrym głosem”, który odtwarza cudze teksty i melodie. Ona należy do kategorii, na którą po polsku nie ma prostego określenia – po angielsku to się nazywa „singer-songwriter”. Po polsku mówimy o piosence autorskiej, ale na co dzień to określenie kojarzy się raczej z poezją śpiewaną i tego typu klimatami. A „singer-songwriter” może reprezentować dowolny styl muzyczny – do tej kategorii należy przecież i Bob Dylan, i Leonard Cohen, i Paul Simon, ale także Suzanne Vega czy Tracy Chapman, Bruce Springsteen…

To piosenkarze i piosenkarki,  których największą siłą – niezależnie od znakomitej muzyki i warsztatowego profesjonalizmu, rzecz prosta – są właśnie teksty.

Kiedy Katie śpiewa „I’d love to kill you with a kiss”, słuchacz jej wierzy. Kiedy wyznaje „I’m twisted” – człowiek zastanawia się, jaka jest naprawdę. A kiedy śpiewa „Who is in that house? 
I opened the door to see…” – dreszcze chodzą po plecach.

Ona jest prawdziwa. Nie udaje, nie „odtwarza” muzyki. Jej muzyka żyje. To chyba cała tajemnica.

I jeszcze jedno: są piosenkarze i piosenkarki, którzy – choć sławni, wielcy i utytułowani – są w zasadzie nierozpoznawalni. Co mam na myśli? Kiedy słyszę w radiu „nową piosenkę Madonny”, to jeśli nikt jej nie zapowie (albo RDS się nie wyświetli) nie mam pojęcia, kto to śpiewa. Bo prawda jest taka, że 99 procent piosenek takiej Madonny (to tylko przykład, rzecz prosta) mógłby śpiewać dokładnie ktokolwiek, z tym samym efektem.

Ale kiedy śpiewa Cohen, Dylan, Suzanne Vega czy Annie Lennox – po pierwszych zaśpiewanych linijkach wiadomo, kto zacz – nawet, jeśli piosenki w życiu się nie słyszało.

Katie Melua też należy do tego grona. A to – w każdym razie z mojej strony – naprawdę duży komplement.

Mruczanka – Thriller

Uwaga – opowieść dla czytelników o mocnych nerwach.

Miał Puchatek pisać o wczorajszych przyjemnościach, jako że Puchatki wczoraj świętowały fakt, że już jedenaście lat ze sobą wytrzymują. Potwory zostały na pół dnia sprzedane do znajomych, a Puchatki były w kinie i na randce zupełnie same dwa. A po południu – już razem z Potworami – pojechały na duże rodzinne lody. Czyli generalnie dzień był miły i spokojny…

…do czasu.

Około godziny dziesiątej (wieczorem, rzecz prosta) M. pławiła się w wannie a Puchatek usypiał potwory. Nagle… (w thrillerach zawsze jest jakieś „nagle”, prawda?) sprzed Chatki dobiegł wyraźny odgłos (charakterystyczny bardzo) otwieranej i zamykanej furtki. I otwieranej i zamykanej jeszcze raz. I jeszcze. Furtka na noc jest zwykle zamykana na klucz, ale o tej porze jeszcze nie była.

Nie powiem, trochę się był Puchatek zdziwił. Owszem, są wśród znajomych ze dwie czy trzy osoby które wchodzą przez puchatkową furtkę bez pukania, ale zwykle po uprzednim telefonie i raczej nie o tej porze.

Wyjrzał Puchatek przez okno – furtka otwarta (w sensie – prawie na oścież) a koło domu w ciemności wyraźnie ktoś był. Postać która zamajaczyła była męska, duża i zdecydowanie nieznajoma. Zamajaczyła – i zniknęła za węgłem wyraźnie kierując się do drzwi wejściowych.

Puchatek ma taką specyficzną cechę, która już parę razy w życiu bardzo mu pomogła (a ze dwa razy nawet to życie uratowała, bez przesady i przenośni). Jak Puchatek się przestraszy, to nie panikuje, nie staje sparaliżowany, tylko działa szybko, sprawnie i z wyjątkowo jasnym umysłem. Ot, taki dar Boży.

Co więc Puchatek zrobił? Z prędkością podświetlną zbiegł na dół i… zasunął zasuwę w drzwiach wejściowych, oddzielających przedsionek od domu. A w przedsionku wyraźnie ktoś był…

Wyjrzał Puchatek przez balkon – ale przedsionek „za rogiem”, z balkonu niewidoczny. Wyjrzał Puchatek przez małą szybkę w drzwiach wejściowych – ciemno, nic nie widać. Ale wyraźnie ktoś tam jest.

W pierwszym odruchu chciał Puchatek wyjść i sprawdzić, ale… zdecydował, że jednak nie. Cholera wie kto to, ilu ich i jakie ma(ją) zamiary. A Puchatek jest jeden i zdecydowanie nie jest Chuckiem Norrisem.

Co więc Puchatkowi zostało? Broń potężna: telefon. Zadzwonił Puchatek na 112 i rzeczowo zrelacjonował sytuację. Pan policjant powiedział, że wysyła patrol i doradził, żeby jednak z domu nie wychodzić, tylko poczekać na kolegów. Na jego kolegów, znaczy się.

Koledzy zjawili się po kilku minutach, które to kilka minut Puchatek spędził stojąc na balkonie i nasłuchując, co się dzieje. Nie działo się generalnie nic, ale na dole (w przedsionku) w dalszym ciągu wyraźnie ktoś był.

Wreszcie zjawili się Stróże Prawa. Puchatek zamachał do nich radośnie z balkonu. Panowie weszli przez furtkę. Puchatek (czując się zdecydowanie pewniej w obecności dwóch bądź co bądź uzbrojonych policjantów) otworzył drzwi od środka.

No i rzeczywiście – był tam Pewien Pan. Pan był w stroju niekompletnym (czyli ubrany tylko od pasa w dół, że się tak wyrażę – topless). Wysoki. Łysy. Wytatuowany.

A wiecie co robił?… (tu następuje wzrost napięcia)

Spał. Spał sobie na linoleum w puchatkowym przedsionku.

Tak, jak się zapewne część czytelników domyśla, pan był w stanie wskazującym. W rozmowie z policjantami (kiedy już go dobudzili) okazało się, że pan zdecydowanie nie miał złych zamiarów.

Pan okazał się być robotnikiem, który przyjechał z jakiegoś Podlasia jako członek ekipy budującej czy remontującej jakiś dom w okolicy. Przyjechał był tego dnia rano – a że była sobota, to wieczorem wyszedł zabalować i… się zgubił. Nie wiadomo, gdzie zostawił koszulę, ale ponieważ był w stanie jak wyżej, kompletnie nie mógł trafić do domu (tzn. do miejsca, gdzie wraz z kolegami miał pracować). A że puchatkowa brama wydała mu się znajoma, więc wszedł i chciał spokojnie do rana pospać.

Puchatek razem z panami z policji chyba kwadrans głowili się, gdzie tu w okolicy ktoś „buduje czy remontuje takie dwa połączone mieszkania”. Było to o tyle trudne, że z pana trudno było wyciągnąć jakiekolwiek precyzyjne informacje z uwagi na stan.

Skończyło się na tym, że Puchatek skargi nie wniósł, policjanci pana puścili wolno, pouczywszy w krótkich żołnierskich słowach, żeby bez dzwonienia czy pukania na obce posesje nie właził.

A Puchatek na pożegnanie dał panu starą (ale w dobrym stanie…) ocieplaną koszulę, bo noc była zdecydowanie zbyt chłodna na poszukiwanie kwatery topless.

***

Ale wiecie, co w całej tej historii jest najbardziej wkurzające? Postawa Dzielnego Psa Obronnego rasy malamut alaskański.

Bo kiedy pan Zagubiony spał sobie smacznie w puchatkowym przedsionku, to Dzielny Pies Obronny… spał sobie spokojnie obok niego, na swoim kocyku.

– Ależ pan ma dzielnego psa stróżującego! – pokiwał ironicznie głową Stróż Prawa, kiedy się już z Puchatkiem żegnał.

– A daj pan spokój – odparł Puchatek z ciężkim westchnieniem. Bo cóż innego zostało do powiedzenia…

Kocia Twarz, następnym razem kupię jamnika. Jamniki przynajmniej drą gęby.

Mruczanka (szybko) bieżąca

I co ja mam pisać… Że jestem zmęczony? Że mam już strasznie dosyć tego roku (szkolnego, znaczy się)? Że marzę o wyjechaniu gdzieś? Nie, nie o „wyjechaniu” – marzę o Wędrówce. Takiej prawdziwej.

Siedzę i pracuję – i z każdą zapisaną stroną czuję się bardziej wypompowany. Coś, co normalnie robię w godzinę – teraz zajmuje mi dwie. A – jak na złość, oczywiście – pracy w tym przedwakacyjnym okresie mam tyle, że powinienem raczej robić ją dwa razy szybciej.

Mam takie poczucie, że nic mi nie wychodzi. Że za cokolwiek się złapię – idzie nie tak, jak powinno. A w każdym razie nie tak, jak ja bym chciał. Obiektywnie rzecz biorąc to oczywiście nieprawda… No i co z tego.

Potrzebuję wakacji. BARDZO potrzebuję. I będą, nawet się zapowiadają bardzo pozytywnie (o tym niżej albo następnym razem), ale najpierw jeszcze miesiąc roboty. A ja mam poczucie, że to właśnie o ten miesiąc za dużo.

***

Tak, dzieje się też dużo dobrych rzeczy.

Starsze Potwory dostały się do szkoły muzycznej. Oba. Było bodaj 30 miejsc i około 300 chętnych. Piłka będzie grała na swoim wymarzonym flecie poprzecznym – już podskakuje z radości na samą myśl, na razie piłując flet prosty, z którym w zasadzie się nie rozstaje. Pietruszka (z przyczyn bliżej niewyjaśnionych) od roku mówił, że chce grać na… klarnecie. I dostał się na ten klarnet, jako jedyny (nauczyciel mógł wziąć tylko jednego nowego ucznia).

W dodatku oboje nauczyciele są sympatyczni, młodzi i wyluzowani (co, jak wiadomo, w szkołach muzycznych daleko nie zawsze tak wygląda…).

Minusem te historii jest to, że od września poza „normalnym” jeżdżeniem do szkoły i w parę innych miejsc trzeba będzie Potwory wozić jeszcze do szkoły muzycznej. Przydałoby się może szofera wynająć?…

BTW: Pietruszka na egzaminie miał maksymalną ilość punktów w obu komisjach: „słuchowej” i „manualnej”. O ile to pierwsze nie dziwi (pani A., która uczy Piłkę fletu, twierdzi że Pietrucha ma słuch absolutny…), o tyle to drugie nieco nas zaskoczyło (na plus, rzecz prosta). Rozwija się człowiek.

***

Jak już o genialnych dzieciach: Pietruszka pisał test na zakończenie pierwszej klasy (nie ma on żadnego wpływu na dalszą szkolną karierę, jest tylko formą sprawdzenia ucznia i nauczyciela, który go uczył). Maksymalnie można było dostać 60 punktów. I tyle właśnie Pietruszka zdobył. Jako jedyny w klasie. No, po prostu mutant jakiś.

Ja chyba nigdy z żadnego „dużego” testu czy sprawdzianu nie dostałem maksymalnej ilości punktów. Zadzwoniłem zatem do Osobistego Ojca z tekstem: „A ja mam mądrzejszego syna niż Ty!”.

Obśmiał się jak norka.