Mruczanka Szkocka Dzień Drugi

Dzień drugi, czyi 28. lipca. Drugi – ale de facto pierwszy dzień właściwej włóczęgi, bo przecież dnia pierwszego dopiero do Szkocji przybyłem…

Zgodnie z planem wstałem o ósmej, szybka toaleta i zwinięcie namiotu i plecaka zajęły mi pół godziny. O dziewiątej byłem już na dworcu autobusowym w Inverness, zdążyłem jeszcze kupić jakąś kanapkę i coś do picia – i kwadrans po dziewiątej miałem autobus do Portree, czyli na Isle of Skye.

***

Dygresja – dlaczego akurat tam?

Za dawnych podróżniczych czasów (czyli w Epoce Przeddzieciowej) objeździliśmy z M. całą Szkocję dosyć dokładnie. Byliśmy na nizinach, poznaliśmy Highlands, podziwialiśmy przewspaniałą Północ i cudowne zachodnie wybrzeże, nawet wschodnie przejechaliśmy dosyć dokładnie. Mówiąc szczerze – niewiele jest w Szkocji miejsc (w każdym razie tych znaczących) w których nas nie było.

Jedyne rejony których nie udało nam się zwiedzić, to „wyspy zewnętrzne” – zarówno te na północy (Orkady i Szetlandy), jak te na zachodzie (Hebrydy Zewnętrzne, czyli Western Islands). Jeśli chodzi o zachód, to dotarliśmy tylko na Skye, bo wyspa Skye – jak widać na mapie – leży tuż przy brzegu „Mainlandu” (obecnie przejeżdża się na nią mostem, kiedy byliśmy po raz pierwszy most był jeszcze w budowie, ale prom płynął kwadrans i dla „backpackersów” był darmowy).

Dlaczego nie byliśmy na Wyspach? Z powodu równie oczywistego, co banalnego: bo nie było nas stać na bilety promowe. Kiedy ostatni raz byliśmy w Szkocji powrotny bilet promowy liniami Caledonian MacBrayne na Orkady kosztował jakieś …naście funtów, co wtedy (pomnożone przez dwa) było dla nas sumą ogromną. O Szetlandach nawet nie wspominam. Wyprawa na Western Islands wiązała się z podobnym wydatkiem.

Kiedy planowałem tę samotną (niestety) wyprawę, musiałem – z uwagi na ograniczony czas – dokonać trudnego wyboru:

– Czy po prostu powłóczyć się po Highlands i Północy? Idea kusząca, bo tereny to przepiękne i w jakimś sensie stanowiące „serce Szkocji” – ale tam już byłem.

– Czy wybrać się na Orkady i Szetlandy? Początkowo o tym myślałem… Problem polega na tym, że żeby pojechać na oba archipelagi, trzeba by się (znowu) bardzo sprężać w czasie, bo sam rejs na Szetlandy (z Aberdeen) zajmuje całą noc – bądź co bądź to jakieś 150 kilometrów od północnych wybrzeży Szkocji. A potem trzeba jeszcze wrócić, a czasami zgranie promów nie jest takie łatwe.

– Czy też postawić na Western Islands – miejsce co najmniej równie magiczne, a jednak łatwiej dostępne?

Ostatecznie więc stanęło na tym trzecim. Zwłaszcza, że kiedy sięgnąłem do paru książek żeby przypomnieć sobie co nieco z historii Szkocji, uświadomiłem sobie że Szetlandy (Orkady też, choć nieco mniej) to kulturowo i historycznie miejsce znacznie bliższe Skandynawii (Wikingowie!) niż Celtom.

***

Tak więc jechałem na Skye – głównie po to, aby przejechać z Portree do Uig i złapać prom na Harris i Lewis.

Droga z Inverness do Portree… Dla samej tej drogi warto przyjechać do Szkocji. Bardziej szczegółowo pisałem o niej TUTAJ. Zastanawiałem się, czy z okien autobusu będzie wyglądać równie wspaniale, jak z perspektywy autostopowicza – ale obawy okazały się bezpodstawne. Loch Ness w typowo szkocki, lekko zachmurzony dzień wyglądało tak samo pięknie, jak zwykle. Potem most w Shiel, Loch Duich, Eilean Donan Castle… Mógłbym tak jechać godzinami. Oczywiście, jeszcze wspanialej byłoby móc podróżować tą drogą piechotą, z plecakiem, zatrzymywać się gdzie bądź, cieszyć widokami… Ale na to, rzecz prosta, czasu miałem za mało.

Więc autobus, Kyle of Lochalsh, most nad cieśniną – i wreszcie Isle of Skye. O Skye też pisałem – z M. spędziliśmy na niej w sumie około tygodnia i bardzo te wspomnienia lubimy. Szczegóły – TUTAJ.

Dojechałem do Portree, stolicy wyspy. Portree powitało mnie mało przyjaźnie – deszczem. Deszcz zaś był typowo szkocki, czyli w kratkę. Dziesięć minut padania, kwadrans przerwy – i właśnie kiedy człowiek czuł, że zaczyna wysychać, zaczynało się kolejne dziesięć minut na mokro. Klasyka.

Początkowo myślałem, że przenocuję w Portree, a następnego dnia pojadę do Uig (skąd pływają promy na Hebrydy Zewnętrzne). Ale pogoda mnie do tego pomysłu zniechęciła – pokręciłem się po miasteczku dwie czy trzy godziny (zapewniam, że od strony „zwiedzania” to czas absolutnie wystarczający…) i złapałem autobus do Uig kwadrans po piątej.

Portree to miasteczko typowe dla Szkockiej Północy: kilka uliczek, uroczy ryneczek, mały port rybacki z kolorowymi kamieniczkami nad zatoką i… koniec. Mieszka tu jakieś 2,5 tysiąca ludzi, z czego mniej więcej połowa – rozproszona w domkach na okolicznych wzgórzach. No i oczywiście są tu co najmniej dwie galerie sztuki wystawiające prace miejscowych artystów (i nie mówię o taniej „cepelii” dla turystów), bodaj ze cztery dobre restauracje, kilka fajnych pizzerii i co tam jeszcze… Nie wspominając o publicznych toaletach, które (w takiej „dziurze”…) są czyste, z kranów płynie ciepła woda a pojemniki z mydłem w płynie są pełne. No, zwykle. 🙂

Ale ja – jakem napisał – już pod wieczór wylądowałem w Uig. I dobrze, bo okazało się że prom o który mi chodziło odpływa nazajutrz koło dziewiątej rano. Czyli gdybym nocował w Portree, to bym na niego nie zdążył.

Uig… O Uig także pisałem TUTAJ, nie chcę się powtarzać :-). Dodam, że od ostatniego naszego pobytu nic się nie zmieniło. Te same domki rozsiane na wzgórzach, ten sam port, ten sam jeden jedyny mały sklepik na stacji benzynowej czynnej od dziewiątej do czwartej po południu… Totalny wygwizdów, absolutne „the middle of nowhere”. A w każdym razie tak mi się dotąd wydawało… W kolejnych dniach miałem się przekonać, jak bardzo się myliłem. Tak, bo moja wyprawa tak naprawdę dopiero się zaczynała.

Przenocowałem na kempingu w Uig (bardzo małym, bardzo tanim, bardzo mokrym i należącym do bardzo sympatycznych właścicieli). Wieczorem poszedłem do portu, posiedzieć na nabrzeżu i posłuchać morza. O siedzeniu i słuchaniu morza też jeszcze napiszę, ale później…

A rano wstałem i poszedłem z powrotem na nabrzeże, gdzie stał już wspaniały prom „Hebrides” linii Caledonian MacBrayne. Wśród krzyku mew wspiąłem się (to dobre określenie – trap był dosyć stromy…) na pokład i ruszyłem…

…Po raz pierwszy od dłuższego czasu ruszyłem w nieznane. Płynąłem gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem. W miejsca, o których marzyłem i które wyobrażałem sobie po wielokroć.

Czułem się jak święty Brendan Nawigator płynący na Wyspy Szczęśliwe. Znowu wędrowałem. Znowu byłem na Szlaku. Wyspy Zachodnie otwierały się przede mną – już po godzinie widziałem je na horyzoncie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s