Przedrcenzyjnie

Czytam świetną książkę – „Cmentarz w Pradze” Umberto Eco (tak, była w prezentach choinkowych, ale tyle się działo że dopiero teraz się za nią zdołałem zabrać). Jak skończę, to coś napiszę – ale już widzę, że będzie o czym.

Słucham wspaniałej płyty – „Secret Symphony” Katie Melua. Też coś napiszę… Jak już mnie trochę odetka. Bo na razie zatkało. W sensie absolutnie pozytywnym.

Dobra literatura, dobra muzyka… Przyjemnie czasami przypomnieć sobie, że ten świat nie kończy się na idiotycznych kłótniach polityków.

Miło jest pomyśleć, że kiedy tych dzisiejszych kłótni nikt już nie będzie pamiętał (podobnie zresztą zapewne jak nazwisk tych, którzy w nich biorą udział…), ludzie nadal będą czytali dobre książki i słuchali dobrej muzyki.

To pocieszające. Mimo wszystko. 

Mruczanka Zaspamowana

Jakiś… dowcipniś (inne słowo cisnęło mi się na usta) zgłosił moje dane za pośrednictwem formularzy on-line do kilku instytucji (chodzi o formularze typu „zostaw swoje dane, a nasz konsultant się do ciebie odezwie”).

Dziś miałem już e-mail i telefon od Pewnej Szkoły Języków Obcych, w której podobno zgłaszałem chęć zapisania się na kursy, oraz od Znanej Firmy Udzielającej Szybkich Pożyczek Na Złodziejski Procent, z której konsultantem rzekomo pragnąłem się spotkać.

Obu paniom wyjaśniłem grzecznie, że o żaden kontakt nie prosiłem i że ktoś mi robi kawały.

Jeśli sytuacja będzie się ciągnąc, trzeba będzie podjąć jakieś działania. Dowcip dowcipem, można by powiedzieć – bądź co bądź krzywda mi się żadna nie stała…

…na razie. Bo, mówiąc szczerze, jestem zaniepokojony. „Dowcipniś” wypełniał formularze on-line podając nie tylko mój adres e-mail (który zdobyć jest oczywiście stosunkowo łatwo), ale także numer komórki i prawdziwe imię i nazwisko (bo obie panie dzwoniące po imieniu i nazwisku o mnie pytały).

To mogłoby sugerować, że „dowcipnisiem” jest ktoś kogo znam i kto mnie zna – ale Bogiem a prawdą jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z moich znajomych miał ochotę (i czas) na tak durne dowcipy. Fakt, robiliśmy sobie kiedyś różne numery… Niektóre przeszły do legendy (jak grające żarówki) – ale to były jednak numery inteligentne.

 A zatem?… Jakiś wkurzony forumowicz z jakiegoś forum, któremu zalazłem za skórę złośliwym komentarzem? Nie mam wrogów, nie kojarzę nikogo, kto mógłby o coś mieć do mnie żal czy pretensje do tego stopnia, żeby robić mi takie kawały.

Cóż, zobaczymy jak to się rozwinie. 

Drogowo (?)

Jeszcze tydzień temu wymienialiśmy jakieś maile. Ja potrzebowałem jakichś informacji na temat czegoś, co będzie się działo w jego okolicy, on mi napisał co i jak, obiecał że odezwie się do kogoś, kto wie więcej.

Słowa dotrzymał – ten „ktoś kto wie więcej” przysłał mi w sobotę późnym wieczorem maila ze wszystkimi informacjami, których potrzebowałem. Chciałem nawet napisać do X. z podziękowaniem, że moją sprawę poważnie potraktował, że przekazał, że dostałem wszystkie potrzebne dane…

Ale w sobotę wieczorem X. już nie żył. Zginął w piątek po południu, w wypadku samochodowym (nie ze swojej winy zresztą). A w mojej skrzynce mailowej nadal leżą sobie maile od niego. Zawsze uprzejme, zawsze pełne poczucia humoru i żartów.

***

A ja w sobotni wieczór, po spotkaniu, jechałem odebrać Potwory Starsze od kolegi. Była siódma, jeszcze zimowego czasu, ciemno. Nie wiem, dlaczego zamiast skrótem pojechałem dłuższą drogą, koło targu (o tej porze rzecz prosta pustego). Dojeżdżałem właśnie do ulicy, w którą miałem skręcić – więc zwolniłem (chwała Bogu). Właśnie wjeżdżałem na przejście dla pieszych, kiedy przed maską pojawił mi się Pan Rowerzysta.

Pan Rowerzysta miał (na oko) 70 lat i był (na oko) lekko wstawiony. A poza tym ubrany był w standardowy strój Pana Rowerzysty w tym wieku, czyli zgodnie z zasadą „każdy kolor jest piękny, pod warunkiem że jest czarny albo ciemnoszary”. I najwyraźniej wychodził z założenia, że oświetlenie roweru to zbędny wydatek, a światełka odblaskowe są dla dzieci. Co oznacza, że w ciemności zobaczyłem go w momencie, kiedy był jakieś dwa metry przede mną.

Pan Rowerzysta miał szczęście, że trafił na kierowcę obdarzonego naprawdę przyzwoitym refleksem. No i – co warto dodać – że przejeżdżał przez przejście dla pieszych tuż przed skrzyżowaniem. Bo gdybym miał trochę gorszy refleks, to bym go stuknął. A gdybym w tym momencie nie stawał właśnie przed skrzyżowaniem, tylko jechał normalne 50 km/h, to przy najlepszym refleksie na świecie i tak bym go rąbnął.

Zatrzymałem się (znowu – na oko) jakieś pięć centymetrów od niego. Gdybym nie miał zapiętych pasów, to pewnie straciłbym połowę zębów od walnięcia w kierownicę. Ale nawet go nie dotknąłem.

A Pan Rowerzysta przejechał jeszcze dwa metry (czyli wjechał już na chodnik) i… przewrócił się. Trudno mi ocenić, na ile był to efekt przestrachu (ja bym się w tej sytuacji przestraszył…), a na ile promili (niewielkich, ale jednak).

Wyskoczyłem z samochodu z adrenaliną cieknącą uszami (i lekkim bólem lewego barku od pasa bezpieczeństwa). Podniosłem Pana Rowerzystę i jego rower, sprawdziłem czy nic mu się nie stało (nic). Pan Rowerzysta, lekko przestraszony (choć na pewno nie tak jak ja…) potwierdził, że jest cały i że go nie dotknąłem. To akurat wiedziałem, ale NATYCHMIAST pojawiła się jakaś ciota rewolucji wrzeszcząc, że „przejechałem człowieka na przejściu dla pieszych”; na szczęście sytuacja była ewidentna, Pan Rowerzysta przewrócił się już za przejściem, a fakt że nie został nawet muśnięty potwierdzili także inni świadkowie zdarzenia. Ciota rewolucji burczała coś wprawdzie o wzywaniu policji, ale ludzie popukali się w głowy.

Jak już ochłonąłem, powiedziałem Panu Rowerzyście, żeby chociaż durny odblask sobie do szprych przyczepił – ale jakoś nie mam nadziei, że to coś da.

…A gdybym go stuknął? Choćby lekko? To oczywiście byłaby moja wina. Zwłaszcza, że na przejściu dla pieszych (i oczywiście nikt nie przejąłby się faktem, że zgodnie z kodeksem drogowym Pan Rowerzysta na przejściu nie miał prawa jechać na rowerze).

Ufff, jego anioł stróż świetnie się spisał. Mój zresztą też…

Mruczanka ze Światów Alternatywnych

Było o płycie, teraz będzie o książce.

O Harukim Murakamim już kiedyś pisałem, choć krótko i bez konkretów (o, TUTAJ). Od czasu „Kroniki ptaka nakręcacza” przeczytałem jeszcze kilka jego książek. Jedne podobały mi się bardzo, inne trochę mniej – ale generalnie muszę powiedzieć, że „jestem za”.

Pod ostatnią choinkę dostałem w prezencie (nie ukrywam, że „zamówionym”…) trzytomową powieść „1Q84”. Wciągnęło mnie. Przeczytałem. I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem.

Zwykle staram się nie czytać recenzji przed przeczytaniem samej książki. Nie lubię, kiedy ktoś tłumaczy mi o co chodziło autorowi i jak powinienem rozumieć to, co napisał. Tym razem – dość przypadkowo – trafiłem na kilka recenzji które (jak to w przypadku Murakamiego) były dość ambiwalentne.

Japoński pisarz ma swoich wiernych fanów – tacy każdą kolejną książkę przyjmą oczywiście z otwartymi ramionami… Ma też zagorzałych krytyków, którzy fatalnie oceniają całą jego twórczość. Nie należę ani do jednych, ani do drugich – ale po przeczytaniu „1Q84” mój szacunek dla autora wzrósł. Zdecydowanie.

Oceniając czysto obiektywnie – nie jest to książka bez wad. Tym co najbardziej „zgrzyta” jest fakt, że w kolejnych tomach pojawia się kilka wątków pozornie naprawdę istotnych, łączących różne wydarzenia i stanowiących sugestię co do innych – ale kiedy czytelnik zaczyna się w nie wgłębiać, kiedy wydaje mu się że już coś rozumie… Wątki znikają. Nie wiem, czy to słabość Murakamiego, czy też celowy, nieco postmodernistyczny zabieg literacki – wiem, że mnie to irytuje.

Doskonałym przykładem może być wątek matki Tengo Kawany: przez niemal całą powieść (trzy tomy) wraca historia jej „zniknięcia” z życia bohatera; od pewnego momentu wydaje się, że wyjaśnienie tej tajemnicy będzie miało kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia całego świata roku 1Q84. Pod koniec trzeciego tomu dowiadujemy się co się stało z matką, pada jedno czy dwa zdania na temat jej śmierci, okazuje się że zginęła dokładnie w ten sam sposób co przyjaciółka Aomame…

Przez chwilę jesteśmy przekonani, że oto odsłania się przed nami jakieś sedno, że śmierć matki Tengo i śmierć Ayumi są jakoś powiązane… Że choć te dwie tragedie dzieli wiele lat – to może ten czas odnosi się tylko to świata z jednym księżycem? Może w roku 1Q84 czas płynie zupełnie inaczej? Może to ten sam morderca? A może inny, ale jakoś powiązany? Może?…

Może. Nie dowiemy się tego, bo zaraz po informacji o śmierci matki Tengo wątek się urywa… I już nie wraca. Celowy zabieg? A jeśli tak, to co Murakami miał na celu? Zirytowanie czytelnika? Udowodnienie, że (przytaczane zresztą przez Tamaru) słowa Czechowa o strzelbie, która musi wypalić w ostatnim akcie rzeczywiście (jak sugeruje Aomame) nie muszą być prawdą? Nie wiem. Wiem, że mnie takie szczegóły jednak męczą. Może jestem za mało postmodernistyczny?…

Takich wątków, sytuacji i historii jest w powieści kilka. Tyle, że w kontekście całej opowieści to się właściwie nie liczy.

Bo ta książka ma coś, czego brakuje w wielu współczesnych powieściach. Ma bohaterów, z którymi czytelnik może się identyfikować. Ma w sobie jakąś głębszą historię, jakąś Opowieść która sprawia że czytelnik (a w każdym razie niżej podpisany czytelnik…) daje się porwać, płynie z prądem tej rzeki i uznaje wizję autora – nawet wtedy, kiedy jest ona niezupełnie zgodna z jego oczekiwaniami.

Światy równoległe to w ogóle motyw powracający w książkach Murakamiego – ale w tej książce ta równoległość rozgrywa się na wielu płaszczyznach i jest w gruncie rzeczy podstawowym tematem.

I nie chodzi tu tylko o „naszą” rzeczywistość z której wyrwani zostali bohaterowie i świat roku 1Q84, w którym się znaleźli. To także „równoległe” losy Tengo i Aomame, tak bardzo różne i tak bardzo podobne zarazem. Losy dwojga ludzi, którzy w dzieciństwie przeżywali bardzo podobne dramaty (choć z zupełnie różnych przyczyn), będąc zmuszanymi przez rodziców do „chodzenia po cudzych domach”; którzy w szkole czuli się bardzo podobnie wyobcowani (choć zupełnie inaczej sobie z tym radzili); którzy wreszcie tak samo się zbuntowali, a w dorosłym życiu byli tak samo samotni (choć w nieco inny sposób tę swoją samotność zagłuszali). Ich życia były naprawdę „żywotami równoległymi”, prostymi które przecinają się w nieskończoności.

„Równoległe” są w tej rzeczywistości także świadomość bohaterów i ich podświadomość. Historia – i jej skutki w teraźniejszości. Rzeczywistość – i wyobraźnia.

Poza wszystkim innym pełno tu Junga (który zresztą jest w książce kilka razy wymieniany). Bohaterowie są archetypiczni – a jednocześnie (równolegle…) są zaprzeczeniami archetypów. Aomame jest silna, samodzielna i samowystarczalna, uczy inne kobiety jak się bronić, potrafi zabijać – a jednak to ona gra tu rolę „księżniczki zamkniętej w wieży” (nawet jeśli tą wieżą jest nie tyle świat 1Q84, co jej własna samotność i alienacja). Tengo – choć wrażliwy, pozornie uległy wobec rozwoju wypadków – jest jednak rycerzem, który ratuje księżniczkę. Ushikawa to Cień, zwierzęca natura człowieka, odrzucająca dychotomię dobra i zła, myśląca czysto zadaniowo. Tamaru to wojownik, anioł-stróż Aomame – ale także po trochu mędrzec który uczy ją życia. No i Fukaeri – dziewica i Wielka Matka w jednej osobie, postać która jako jedyna naprawdę wie, o co chodzi i dokąd zmierza świat roku 1Q84. I która nie może tej wiedzy – w każdym razie pełnej i kompletnej – nikomu przekazać…

Świat który opisuje Murakami (przede wszystkim świat wewnętrzny bohaterów) jest chłodny. Całą piątkę najważniejszych postaci (poza Tengo, Aomame i Ushikawą są przecież jeszcze Fukaeri i Tamaru) mimo wszystkich różnic łączy jedna wspólna cecha: to ludzie bardzo głęboko świadomi własnych emocji, pragnień, dążeń, otaczającego świata. Świadomość – wbrew pozorom – gra tu ważniejszą rolę niż emocje.

Chłodna jest tu nawet miłość (nie zimna, podkreślam, ale właśnie chłodna) – jedynym nieco cieplejszym wątkiem jest uczucie łączące (ponad czasem i przestrzenią) Tengo i Aomame – ale nawet ono (nawet w kulminacyjnych, końcowych scenach) nie osiąga przecież wrzenia „prawdziwego romansu”. (Choć, co warto dodać, może to także być kwestia pewnych różnic kulturowych między tym, co za „wysoką temperaturę” uznaje Europejczyk, a co Japończyk).

Ba – chłodne są tu nawet relacje seksualne… Spotkania Tengo z jego „stałą kochanką”, spotkania Aomame z przygodnie poznanymi mężczyznami – wszędzie chłód i brak jakiejkolwiek głębi. To nie erotyka – to tylko zimne, czysto fizyczne spotkania mające zagłuszyć brak miłości, brak relacji, dać chwilową ulgę i zapomnienie. Dać namiastkę prawdziwego życia (której, rzecz prosta, nie dają).

Przyznam, że generalnie nie lubię w książkach opisów scen erotycznych – przede wszystkim dlatego, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć są one kompletnie zbędne, nic nie wnoszą do akcji, do charakterystyki bohaterów, niczego nie wyjaśniają i do niczego nie prowadzą. Dziś pisarz po prostu „musi” wrzucić w powieść jedną czy dwie sceny seksu, bo bez tego natychmiast jakiś krytyk określi jego książkę jako „niedojrzałą”, a bohaterów jako „niepełnych” (całkiem niedawno czytałem tego typu komentarz dotyczący „Władcy Pierścieni” – hobbici i inni są „niedojrzali”, bo nie ma w książce opisów seksu etc. No tak, w sumie opisów defekacji też nie ma, więc książka nie oddaje realiów, prawda?…). Ot, taka moda. U Murakamiego jest inaczej – tu o coś chodzi, coś z tego wynika, te sceny (a przede wszystkim sposób ich przedstawiania, użyte słownictwo, emocjonalny chłód…) pokazują bohaterów od strony, której w inny sposób pewnie pokazać by się nie dało.

Bo bohaterowie Murakamiego są przede wszystkim bardzo, bardzo samotni. Samotni są tu wszyscy – nie tylko Tengo i Aomame (którzy przynajmniej wyrywają się z tej samotności w ostatnich rozdziałach). Samotny był ojciec Tengo. Samotna jest Ayumi (tak bardzo, że próba zagłuszenia samotności prowadzi ją do tragedii). Samotna w swojej misji i wiedzy jest Fukaeri. Samotna jest Starsza Pani. Rozpaczliwie samotny jest Ushikawa. Nawet Tamaru, który teoretycznie żyje w szczęśliwym związku, w gruncie rzeczy jest samotny w swojej sile, w swoim trudnym doświadczeniu życiowym, w swojej pracy.

Może Murakami nie jest mistrzem precyzji i konsekwencji. Może jego Opowieść nie jest skonstruowana idealnie dokładnie, może można w niej znaleźć luki… Ale – przy wszystkich niedoskonałościach – jest to Opowieść którą chce się czytać; historia która nie pozostawia czytelnika obojętnym, która wgryza się w wyobraźnię.

Tak, zdecydowanie – mimo wszystkich „ale” – Puchatek Poleca.

Mruczanka Głębokim Basem…

Pierwszy z dwóch zapowiadanych wpisów z cyklu „Puchatek Poleca”.

Siedzę sobie w wolnych chwilach (czyli rzadko…) i słucham nowej płyty Cohena, „Old Ideas”. I muszę powiedzieć, że dawno nic mnie tak nie poruszyło… Trudno pisać o takiej poezji (i takiej muzyce) – ale kilka myśli krąży mi po głowie na tyle uparcie, że chyba muszę je zapisać.

Po pierwsze – wizja ogólna jest taka, że Cohen stworzył płytę z nastawieniem trochę podobnym to tego, które (jak sądzę i jak pisali krytycy) reprezentował Clapton w swoim ostatnim albumie. Że po prostu gra to, co mu na sercu leży. Że nic już nikomu nie musi udowadniać, że nie musi się już przejmować tym, co jaki krytyk o tym napisze, czy któraś piosenka znajdzie się na szczycie list przebojów, czy nie…

Od strony muzycznej płyta jest w pewnym sensie kontynuacją trendu wyraźnie widocznego w poprzednich albumach: Cohen coraz mocniej wraca do punktu wyjścia – do prostych, akustycznych brzmień. Tak śpiewał kiedyś, na pierwszych kilku płytach: gitara, ewentualnie niewielkie instrumentarium, i głos (a raczej GŁOS). Później zrobiło się bardziej bogato, na kilku płytach brzmiało to niemal popowo (zwłaszcza w przypadku albumów „Various Positions”, „I’m Your Man” i „The Future”). Kolejne płyty były odwrotem od tej tendencji i stopniowym „wyciszaniem” strony muzycznej. W „Old Ideas” (nomen omen) niewiele jest perkusji, niewiele elektroniki, słychać gitarę, ale też kapitalny fortepian, przy którym bas Cohena – wyraźnie naznaczony już wiekiem – brzmi tak, że ciarki chodzą po plecach. (Przy okazji: słuchałem ostatnio płyty z koncertu Cohena „Live in London”; sama w sobie warta skomentowania, ale może kiedy indziej. Kiedy Cohen śpiewa słynne „Tower of Song”, kiedy dochodzi do słów „I was born like this, I had no choice / I was born with the gift of a golden voice” – cała sala wybucha oklaskami. W jednej chwili, spontanicznie.)

Taka estetyka kapitalnie (i zapewne celowo) podkreśla to, co na tej płycie najważniejsze: tekst.

Poezja Cohena zawsze była bardzo osobista – ale ta płyta jest pod tym względem wyjątkowa. Dlaczego?

Im bardziej wsłuchuję się w słowa kolejnych ballad, tym bardziej odnoszę wrażenie (tak, to czysto subiektywne skojarzenie….) że ten album jest albumem pożegnalnym. Nie musi to oczywiście znaczyć, że więcej płyt nie będzie – ale wykluczyć się tego nie da: warto pamiętać, że Cohen skończy we wrześniu 78 lat i chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Głównym tematem tekstów z tej płyty jest przemijanie, odchodzenie, jakieś nieco melancholijne rozliczanie się z własną przeszłością… Nieustanne, powtarzające się zanurzanie się w pamięci, w życiu które w dużej części jest już przeszłością, powroty do najpiękniejszych chwil które były, dość gorzkie w gruncie rzeczy podsumowania dawnych miłości, jakieś rozrachunki z dawnymi dziejami…

Ale też spojrzenie w przyszłość, w to co jeszcze do przejścia. Są na tej płycie trzy piosenki niezwykle poruszające.

„Darkness” – ubrana w formę nieco mrocznego bluesa – wyraża jakiś niepokój, jakiś lęk przed przyszłością, przed tym co „po drugiej stronie”.

„Show Me The Place” – to zupełnie inny nastrój, takie staffowskie, melancholijne zaufanie i otwartość na to, co los (Los?) przyniesie, przy jednoczesnej świadomości tego, co miało miejsce w przeszłości i całej drogi, którą trzeba było przejść, aby dotrzeć do Tego Miejsca.

Ale najbardziej wzruszająca jest pierwsza piosenka na płycie – „Going Home”. „I love to speak with Leonard…” śpiewa Cohen – i nikt chyba nie ma wątpliwości, że śpiewa o sobie. Że to na siebie samego (i tego współczesnego, i tego sprzed lat…) patrzy z boku, z perspektywy czasu (z perspektywy Boga w gruncie rzeczy…), przez pryzmat doświadczenia, przez wszystkie przeżyte chwile i całą zdobytą mądrość. I że z sobą samym po trosze się żegna:

Going home Without my sorrow / Going home Sometime tomorrow / Going home To where it’s better Than before…

Cohen śpiewa te słowa niezwykle spokojnie – jak zresztą wszystkie teksty na tej płycie – a jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest w tym ocean emocji. Oto żegna się z nami (nawet, jeśli nie dosłownie i jeszcze nie w tej chwili) człowiek, który naprawdę kocha życie i naprawdę potrafi (potrafi z każdą chwilą bardziej…) docenić jego smak.

Paradoks: jak to jest, że człowiek naprawdę uczy się doceniać życie dopiero wtedy, kiedy zbliża się do jego końca?…

 

Lutowo

Gdyby nie rok przestępny, to już jutro byłby marzec. A marzec – wiadomo, to początek wiosny… A tak – jeszcze jeden dzień lutego. Brrr.

Dwie pozycje czekają do umieszczenia w kategorii „Puchatek Poleca”. Jedna płyta i jedna książka. Ale to nie dziś. Dziś jest lutowo, śnieżyście i obrzydliwie. Mokro i zimno. I z jeszcze paru innych powodów NIC MI SIĘ NIE CHCE. Amen.

Na Poważnie

Zastanawiałem się, czy o tym pisać…

Tekst o. Pawła Gużyńskiego OP pt. „Uwiedzenie” pojawił się w Internecie z wczorajszą datą – ja wpadłem na niego dziś rano podczas codziennego porannego „przeglądu newsów”, od którego zawsze zaczynam dzień pracy.

Przeczytałem – i aż mnie dreszcze przeszły. To już drugi tekst o sytuacji Kościoła w Polsce autorstwa polskich dominikanów, pod którego każdym słowem mogę się podpisać. Pierwszym był oczywiście głośny list o. Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza apostolskiego sprzed prawie dwóch lat. Coś jest w tych dominikanach… (I niech to będzie poczytane za prawdziwy komplement, zważywszy że jestem wychowankiem jezuitów 😉

Tekst o. Gużyńskiego jest znacznie ostrzejszy i bardziej bezpośredni (i trudno się dziwić – o. Wiśniewski to człowiek już prawie osiemdziesięcioletni, podczas gdy Gużyński jest raptem o dwa lata starszy ode mnie).

Podejrzewam, że podobna różnica intensywności będzie także dotyczyła reakcji na ten tekst – w Radiu Maryja i otaczających je środowiskach o. Gużyński będzie zapewne „zniszczony” jako modelowy przykład zdrajcy Narodu i Kościoła, libertyn, mason i co tam jeszcze. Zwłaszcza, że tekst pojawił się na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”, co dla środowisk RM oznacza piekło i wrzącą smołę – i zwolnienie z jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji…

Nie zmienia to faktu, że jego diagnoza problemu RM jest moim zdaniem boleśnie prawdziwa. O. Gużyński zwraca uwagę na kilka aspektów – nie tylko ten stricte polityczny – i bezlitośnie rozprawia się z tezą o ogromnej roli Radia M. w procesie ewangelizacji i krzewienia wiary.

Dobrze, że ktoś to wprost napisał. Szkoda, że to zapewne nic nie da… Chociaż – czy ja wiem? Może da. Może nie od razu, ale… „Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo”, jak wiadomo.

Cały tekst znajdziecie TUTAJ. Przeczytajcie, moim zdaniem warto.

Powyjazdowo

Krótko, ale intensywnie.

Dobrze jest przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Dobrze uświadomić sobie na powrót podstawy, bazę na której buduje się pozostałe konstrukcje.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, z którymi na co dzień ma sie kontakt tylko drogą elektroniczną, albo – w najlepszym razie – telefoniczną.

Dobrze też – choć czasami niewygodnie… – uświadomić sobie, co jest nie tak, co powinno być inaczej, co trzeba by zmienić także tam, gdzie wydawało się, że wszystko jest z grubsza w porządku.

Mruczanka z Kotami w Roli Głównej

„The Cats”, Andrew Lloyd Weber. Klasyka. Kupiłem na Allegro. Miałem tylko na kasecie, a kaseta miała … lat. I pomyślałen, że warto odnowić starą znajomość.

Kiedyś – dawno, dawno temu – zachwyciłem się tym musicalem. Genialna muzyka Webera (choć wielu twierdzi inaczej, uważam że „Koty” to jego największe dzieło – ani „Józef…”, ani „Jesus Christ Superstar” to już nie to…) – a do tego genialne teksty Eliota.

Wiersze Eliota o kotach są tak surrealistyczne – i tak realistyczne zarazem… A Weber – najwyraźniej – usłyszał je bardzo głęboko i bardzo mocno trafiły w jego muzyczną wyobraźnię. Te teksty i ta muzyka w mojej świadomości zlały się w jedno – nie potrafię już czytać „Old Possum’s Book of Practical Cats” nie mając jednocześnie w głowie dźwięków musicalu „The Cats”. Rum Tum Tugger, Mungojerrie and Rumpelteazer, pan Bustopher Jones czy mroczny Macavity zawsze brzmią mi frazami z Webera.

No i genialne, wielkie „Memory”, które samo w sobie jest po prostu arcydziełem. Zwłaszcza, kiedy śpiewa je Barbara Streissand…

*

„Koty” były kiedyś jedną z moich większych fascynacji muzycznych. Kiedy podróżując po USA dojechałem wreszcie do Nowego Jorku, moja mieszkająca tam ciotka (de facto – ciotka mojej mamy) zaproponowała mi, że jeśli chce mi się stanąć w kolejce do Ticket Roll na Times Square (gdzie bilety zawsze były, ale trzeba było godzinkę po nie postać…), to ona funduje – mogę sobie wybrać dowolny musical który grają na Broadwayu i razem się na niego wybierzemy. Wybrałem „Koty”, rzecz prosta. Odstałem swoje, poszliśmy razem z ciotką.

Sam spektakl – fantastyczny, rzecz prosta… Ale sama wyprawa do teatru miała (jak dowiedziałem się po ładnych kilku latach…) swój ciąg dalszy.

Ciotka zachwyciła się „Kotami”, i potem jeszcze kilka razy je oglądała. Zaciągnęła na nie nawet wujka (czyli swojego męża), który generalnie był raczej miłośnikiem klasyki i poza nią niewiele go w muzyce interesowało.

A potem – jakieś trzy lata po mojej wizycie – ciotka zachorowała. Rak płuc. Za późno wykryty (tak, w USA też się tak zdarza…), nie dało się go już usunąć, pozostała chemioterapia i „przeciąganie czasu”, jak mówią niektórzy.

Ciotka była już podobno bardzo słaba, wiedziała że umiera. I jeszcze raz, w ostatnich dniach życia, wyciągnęła wujka na „Koty”.

I kiedy aktorka na scenie śpiewała „Memory” – piosenkę o tym, że noc się kończy, że niedługo nadejdzie świt który wszystko zmieni, że zostaną tylko wspomnienia pięknej przeszłości… – wujek trzymał ja za ręce i płakał jak dziecko. On, stary żołnierz, lotnik, cichociemny…

Ciotka zmarła bodaj tydzień później. A wujek – którego nigdy w życiu nie spotkałem (kiedy ja byłem w Nowym Jorku, on akurat był w Polsce…) za pośrednictwem innej ciotki przekazał mi, że jest mi bardzo wdzięczny za to, że dzięki mnie ciotka zobaczyła „Koty” – i że tam, w tym teatrze, mogli się tak pięknie pożegnać.

Ot, tak mi się przypomniało…

 

Mruczanka Zamordystyczna

Zima, jak wiadomo. Niedzielny wieczór. Na dworze osiemnaście stopni na minusie. Pies drapie w drzwi, że chce na dwór. Niby nic w tym dziwnego (co to jest -18 dla malamuta… Szelma spędza na dworze więcej czasu, niż w domu…). Tyle, że zaraza puchata PIĘĆ MINUT WCZEŚNIEJ drapała w te same drzwi z przeciwnej strony, że mianowicie chce wejść (coś jej tam widać z kuchni zapachniało).

Puchatek jest zirytowany – może malamuty lubią -18, ale Puchatki NIE LUBIĄ, a ciągłe otwieranie drzwi jak wiadomo utrzymaniu temperatury w domunie służy. Więc Puchatek, stojąc w przedpokoju, mówi mocno zirytowanym głosem do psa:

– Gdzie?! Zgłupiałaś?! Bez przesady, żadnego wychodzenia co pięć minut! Siedź w domu, gdzie cię znowu niesie!

Pucek w pokoju bawi się jakimis klockami. Słysząc tatę zadaje rzeczowe pytanie:

– Tatusiu, do kogo ty mówis?

– Do Szelmy, ozywiście – odpowiada zdziwiony Puchatek.

– A, bo ja MYŚLAŁEM ZE DO MAMUSI… – odpowiada dziecię.

No jasne…