Mruczanka z Murphym

Można się śmiać z praw Murphy’ego, ale jak już się przestaniemy śmiać, to każdy powie, że kiedyś doświadczył ich działania.

Choroba – każda choroba, a szczególna choroba szczególnie – generuje dodatkowe koszty. Leki kosztują. Dodatkowe wydatki też są. Jeżdżenia więcej, do tego setki drobnych spraw także pośrednio wynikających z choroby, do tego zwyczajniej mniej czasu i sił na pracę…

Myślałem, że po klasycznym wakacyjnym (czy raczej – powakacyjnym) niewielkim dołku do końca listopada będzie już normalnie. Niestety, nasz samochód miał inne plany: w czasie jednego z powrotów z Warszawy coś mu zaczęło stukać w silniku. Warsztat, zaufany pan mechanik o którym wiemy, że nas w trąbę nie robi… I co? I koło dwumasowe. Taka część związana z pracą skrzyni biegów i sprzęgła. Zużyło się, zaczęło latać. Wymiana. Samo to koło do naszego opelka kosztuje ponad półtora, do tego robocizna i parę drobniejszych części… Ponad dwa tysiące poszły się okopać, cytując klasyków. Ot, tak. I jesteśmy na styk. Nie, nawet nie na minusie – ale znowu na styk. Nie znoszę tego.

A w dodatku w listopadzie jakoś mniej pracy przychodzi… Niby nic w tym niezwykłego, przy takim trybie pracy tak już jest – są miesiące tłustsze i chudsze, wiadomo. I nie byłby to żaden problem, gdyby nie to, że zwiększone wydatki chorobowe plus naprawa auta – i gdyby nie to, że przyszły miesiąc to (nie zgadniecie!) grudzień. A grudzień oznacza zwiększone wydatki – bo Mikołaj, bo święta, bo urodziny Piłki i tak dalej. A właśnie w grudniu będą pieniądze za listopad – czyli mniej niż zwykle. No i powiedzcie – czyż Murphy nie miał racji?…

Po 11. listopada

I znowu to samo… Z jednej strony pani Szczuka, z drugiej pan Terlikowski – oboje tak absolutnie pewni swoich racji, oboje tak pełni oburzenia na drugą stronę, oboje święcie przekonani że są Jedynymi Sprawiedliwymi. Czy to taka „nowa, świecka tradycja” obchodzenia 11. listopada?

A ludzie tacy jak ja coraz mnie mają w tym wszystkim swojej przestrzeni. Wszystko się radykalizuje. Wszyscy mi wmawiają, że muszę być po ich stronie – bo inaczej jestem kanalią, draniem, idiotą (to w najlepszym wypadku). Bo jeśli nie jestem z nimi – to jestem z tamtymi, a to przecież niewybaczalne.

A ja nie jestem ani z tymi, ani z tamtymi.

Faszyzmem się brzydzę, nacjonalizm mnie śmieszy, nie uważam żeby patriotyzm musiał być skierowany „przeciwko” – ale nie pójdę tego ogłaszać z anarchistami i innymi lewakami.

Czuję się patriotą, kocham moją Ojczyznę, staram się dla Niej uczciwie pracować i robić wszystko Tak, Jak Być Powinno – ale nie pójdę tego manifestować w jednym szeregu z sympatykami ONR i kibolami. Nie, po prostu nie.

To, co pisałem w ubiegłym roku jest wciąż aktualne. I boję się,że z roku na rok będzie tylko gorzej…

Ostrożnie Pozytywne Newsy

Trzecia chemia za nami. M. blada, zmęczona – ale nic ponad to, co po poprzednich.

Tyle, że wreszcie – chyba po raz pierwszy od początku tej całej historii – otrzymaliśmy jednoznacznie pozytywną wiadomość.

Nasza Pani Doktor po zbadaniu M. przed chemią powiedziała, że jej zdaniem guz wyraźnie reaguje na leczenie. Zmienia konsystencję, robi się miększy. – Jestem zadowolona z tego, jak to działa – powiedziała. A w jej ustach to naprawdę dużo.

Teraz, za trzy tygodnie – przed kolejną chemią – będzie badanie USG, które ma potwierdzić że to prawda. A jeśli tak, jeśli to bydlę rzeczywiście reaguje i poddaje się leczeniu, to będzie już bardzo, bardzo dobra wiadomość.

Wtedy jeszcze kolejne trzy chemie (wroga trzeba złomotać tak, żeby nie śmiał się potem podnieść…) i operacja.

A wtedy powiemy panu guzowi TAK. Albo może TAK, jeśli kto nie lubi brzydkich słów.

Pardon, taki mam dziś nastrój. Bojowy.

Życie się toczy

Życie toczy się swoim rytmem. Tyle, że tym razem rytm wyznaczany jest nie tylko przez szkołę, zajęcia dzieci i pracę – ale przede wszystkim przez chemię.

Rytm dzieli się na odcinki trzytygodniowe. Tydzień Pierwszy, Drugi i Trzeci.

Tydzień Pierwszy – to tydzień bezpośrednio po chemii. W poniedziałek jest chemia, po południu M. wraca do domu z Puchatkowym Ojcem. Jest osłabiona, trochę blada. Je obiad i dość wcześnie kładzie się spać. Przez kolejne dni funkcjonuje dobrze, tyle że popołudniami nachodzi ją osłabienie i senność. W tym czasie nie bardzo może (zwłaszcza popołudniami) siadać za kierownicą, więc ja przejmuję całość zadań z zakresu transportu i logistyki.

Tydzień Drugi – samopoczucie lepsze, sił więcej… Ale to właśnie wtedy najbardziej spada odporność. Więc trzeba bardzo uważać, unikać większych skupisk ludzi, uciekać od każdego kto kicha czy kaszle. Bo złapanie infekcji może oznaczać przesunięcie kolejnej chemii, a tego trzeba uniknąć.

Tydzień trzeci – najspokojniejszy. Samopoczucie dobre, odporność już wraca, choć oczywiście nadal trzeba uważać. A potem przychodzi weekend, a po nim – poniedziałek. I cały cykl zaczyna się od nowa.

Nie da się nigdzie wyjechać – w tym roku nawet na Wszystkich Świętych nie pojechaliśmy do rodziny M. Za daleko – kilka godzin jazdy: w Tygodniu Pierwszym M. byłaby na to za słaba, w Drugim i Trzecim – za duże ryzyko związane ze spadkiem odporności. Na ferie też raczej nigdzie nie pojedziemy: M. nie da rady, a ja z Potworami nie pojadę, bo przecież nie zostawię jej na tydzień samej.

Trudno, w tym roku siedzimy w domu. Taki los. Jeszcze się w życiu najeździmy. Mam nadzieję.

Na Zakupach

Puchatkowa Ciocia zapragnęła była kupić coś w Sklepie Nie Dla Idiotów, który proponował właśnie (jak to ma w zwyczaju) swoje słynne „raty zero procent”. A że Ciocia jest osobą już starszą nieco, poprosiła Puchatka aby jej pomógł – dowieźć, załatwić, dotransportować zakup do domu.

Poszli zatem. Ciocia wzięła wszystkie potrzebne dokumenty (jako emeryt nie ma żadnego problemu z uzyskaniem takich rat na niewielkie sumy, zwłaszcza że kilka rzeczy już tak w życiu kupowała i zawsze wszystko spłacała co do grosza i w terminie).

Problem (choć właściwie nie jest to problem, przynajmniej nie dla Puchatka) polega na tym, że Ciocia jest osobą dość… Hmmm… Specyficzną. Wygląda jak najzwyklejsza w świecie kulturalna starsza pani (którą też w zasadzie jest), ale kiedy trafia między ludzi, budzi się w niej jakiś taki chochlik, który sprawia że załatwianie z Ciocią jakichkolwiek spraw w sklepie czy urzędzie jest kapitalnym doświadczeniem – jeśli tylko osoba towarzysząca ma poczucie humoru.

Tym razem trafiło na Sympatyczną Panią Od Załatwiania Rat.

Formularz który bank każe wypełniać zawiera tysiąc głupawych rubryczek – Sympatyczna Pani oczywiście nie jest temu winna, toteż Ciocia postanowiła uprzyjemnić jej tę dość nudną procedurę. Muszę przyznać, że Sympatyczna Pani pod koniec miała już poważne trudności z zachowaniem Profesjonalnej Powagi.

Na pytanie o to, czy mieszka w mieszkaniu własnościowym, Ciocia uraczyła Sympatyczną Panią krótką historią polskiej spółdzielczości i przekształceń własnościowych „od spółdzielni do hipoteki”, opowiedzianą w taki sposób, że Puchatek także musiał mocno pracować żeby się nie udusić ze śmiechu.

Na pytanie czy ma kogoś na utrzymaniu, odpowiedziała śmiertelnie poważnie, że kota. A na zapewnienie że „…kot się nie liczy”, odparła, że może dla banku się nie liczy, ale dla niej się liczy, a w ogóle to ma poważne podejrzenia że z punktu widzenia kota to w zasadzie bank się nie liczy.

Na pytanie o wykształcenie zrobiła zadumana minę i zapytała, jakie opcje są do wyboru. – Podstawowe, średnie, niepełne wyższe, pełne wyższe – odpowiedziała Sympatyczna Pani, na co Ciotka westchnęła ciężko (i nieco teatralnie) i powiedziała że jak na taki duży sklep to mają mały wybór, więc z braku ciekawszych propozycji zdecyduje się na wyższe (Ciotka jest profesorem zwyczajnym…).

A potem Sympatyczna Pani długo tłumaczyła zasady rat i ich spłacania, a kiedy skończyła, Ciocia grzecznie jej podziękowała, po czym zwracając się do Puchatka powiedziała teatralnym szeptem:

– To ty mi to wszystko potem powiesz w jakimś skrócie: ile mam płacić, kiedy i w jaki sposób, dobrze? Bo to strasznie skomplikowane.

Jeszcze gorzej (?) było jak już w odpowiednim papierkiem z rat poszliśmy do Pana Sprzedawcy ze stosownego działu. Pan dał nam to, co Ciocia chciała kupić i powiedział, że mamy pójść z tym do kasy.

– Ale jak to, już mamy to wziąć – „zdziwiła się” Ciocia. – Przecież jeszcześmy nie płacili…

– Bierzecie państwo towar i płacicie przy kasie – objaśniał Pan Sprzedawca cierpliwie.

– Ooo, proszę pana, to my teraz możemy to wziąć i NIE zapłacić, tylko szybko wyjść ze sklepu! – ucieszyła się Ciocia.

– Oj, to chyba nie wyjdzie – odparł z refleksem (i z uśmiechem) Pan Sprzedawca. – Bo przy wyjściu są bramki i będzie piszczeć.

– Głośno? – zafrasowała się Ciotka.

– Głośno – potwierdził Pan sprzedawca.

– No to chyba rzeczywiście się nie da – zmartwiła się Ciotka. – W końcu w moim wieku uciekać szybko nie będę, a samochód stoi dość daleko…

Przy kasie było podobnie.

Kiedy wychodziliśmy ze Sklepu Nie Dla Idiotów, można było odnieść wrażenie, że połowa obsługi była jakoś bardziej uśmiechnięta, niż pół godziny wcześniej…

Mruczanka (przed?)Zimowa

Śniegu na…waliło. W Warszawie – jak teść telefonicznie donosi – wszystko na ulicach topnieje: breja, bajoro, chlapa.

Ale w G. – a zwłaszcza na Puchatkowym Osiedlu – jest pięknie, biało i zimowo. Na drzewach – na każdziusieńkiej gałązce… – leżą piękne, obfite czapy śniegu…

…mokrego i ciężkiego. Dzięki czemu od wczoraj już trzy razy nie było prądu. A jak nie ma prądu, to nie ma ciepłej wody i ogrzewania (bo piec jest gazowy, ale sterowany elektronicznie i bez prądu nie dycha).

Pamiętacie, jak w ubiegłym roku wczesną wiosną ktoś wywiesił wielki plakat z subtelnym napisem: „Zimo, wyp…laj”?

No to ja go mogę wywiesić już teraz.

Budzi się we mnie niedźwiedzia część mojej natury. Mam ochotę zapaść w sen zimowy. Tak do marca.

Życie

Druga chemia za nami. Jak dotąd – wszystko tak samo, jak poprzednio: lekkie osłabienie popołudniami i nieco mocniejsze wieczorem. I to w zasadzie wszystko. Pani Doktor dała dodatkowe zastrzyki (do robienia w domu, samodzielnie) na „porost leukocytów”, żeby zmniejszyć ryzyko infekcji (a tym samym – ryzyko przesunięcia kolejnej chemii).

Co ciekawe – jeden z Genialnych Pomysłów teścia zyskał ostrożną aprobatę Pani Doktor. Powiedziała nam, że preparat był ostatnio prezentowany na zjeździe onkologów (a to podobno rzadkie, żeby tego typu prezentacje wpuszczano na takie konferencje) i zebrał bardzo pochlebne opinie. Podobno (to „podobno” Pani Doktor podkreśliła bardzo mocno, mówiąc absolutnie wprost że na razie nie jest nam w stanie potwierdzić, że to prawda) wspomaga chemioterapię i pomaga zwalczać komórki nowotworowe. Natomiast na pewno (potwierdzone w badaniach klinicznych) bardzo silnie wzmacnia odporność i cały organizm – z tego co wiadomo, lepiej niż większość znanych leków. A przy chemii odporność to kwestia bardzo delikatna – jak pisałem wyżej, głupia infekcja typu przeziębieniowego może bardzo szybko pójść w gorączkę i poważniejszą chorobę, co (poza wszystkim innym) może opóźnić kolejną chemię. A to by było niedobrze.

Więc Pani Doktor powiedziała, że „może warto spróbować”. Więc próbujemy. Niestety (co skądinąd było do przewidzenia…) w przeciwieństwie do rożnych Tołp i innych vilcacor to akurat jest dość drogie (może dlatego, że działa?…). Nazwy nie podam (producent za reklamę mi nie płaci…), ale postanowiliśmy spróbować.

***

A poza tym życie idzie zwykłym (w miarę…) trybem. Potwory przyzwyczaiły się szybko do widoku Mamy w chusteczce i stosiku pigułek na spodeczku przy śniadaniu. Dzieci mają niesamowite zdolności adaptowania się do każdej sytuacji, naprawdę…

Pietruszka rozwala kolejne klasówki, w całej szkolnej karierze raz chyba zdarzyło mu się dostać czwórkę. Piłka niby nie ma aż takiego łba – ale też same piątki i szóstki, bo jest ambitna, ciekawa świata, bo bierze udział w każdym konkursie i robi każdą nadobowiązkową pracę. Bo ją to bawi. Pucek (który od drugiego roku życia pięknie mówi „RRR„, za to do dziś nie mówi „sz” i „cz”…) maszeruje do przedszkola i umie już liczyć. Do trzydziestu przynajmniej.

Ot, życie.

***

Jedno muszę jeszcze napisać: taka sytuacja – poważna choroba, jakiś poziom niepewności co do przyszłości… – naprawdę kompletnie przewartościowuje spojrzenie na świat. Nie, my nigdy chyba nie byliśmy przesadnymi materialistami i zawsze (tak mi się przynajmniej optymistycznie wydaje…) mieliśmy w życiu dość rozsądną hierarchię wartości. Ale teraz nagle okazuje się, że milion spraw które jeszcze niedawno wydawały się takie ważne, takie istotne, wywoływały takie emocje – dziś po prostu nie istnieje. Czytam – bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości – jakieś newsy „z kraju i ze świata”. Ktoś coś zawalił, coś się nie udało (albo właśnie udało), jakiś polityk powiedział coś głupiego (albo coś mądrego, wbrew pozorom i tak się zdarza, choć chyba rzadko), ktoś kogoś zmieszał z błotem, ktoś ma jakieś wyniki w sondażach… Setki informacji, które jakiś czas temu może nie były treścią i sednem mojego życia, ale jednak poruszały, wywoływały jakieś emocje, wydawały się ważne.

A dziś?… Nagle widzę, jak bardzo to wszystko nie ma znaczenia. Jak to jest kompletnie nieistotne. Jak głupie, małe, żałosne są kłótnie naszych polityków, jak bardzo nie mają nic do powiedzenia.

OK, możecie powiedzieć że to nie jest odpowiedzialna postawa obywatelska. Nic nie poradzę – w konfrontacji z prawdziwymi problemami tak to właśnie postrzegam.

Może to cenna lekcja, swoją drogą…

***

A do naszego ogródka przychodzi coraz częściej kot. Młody, czarny z białym krawatem. Zostawiamy mu czasami jakieś resztki.

A na sumaku za oknem regularnie siada sobie sójka. Ciekawe, czy to ta sama

Kogo Chcą Szkolić Analfabeci

Moja Żona, jak większość z Was wie, jest pedagogiem. Prowadzi własne montessoriańskie mini-przedszkole. Aby je prowadzić – musiała oczywiście założyć firmę. Siłą rzeczy na firmowy adres e-mail przychodzą całe tony – mówiąc wprost – spamu reklamowego, najczęściej dotyczącego jakichś Niezwykle Interesujących Szkoleń i Konferencji za Duże Pieniądze na Kompletnie Nieistotne Tematy. Nikt z nadawców nie zwraca uwagi na to, że może nie ma sensu wciskać przedszkola na listę mailingową informującą o szkoleniach przeciwnarkotykowych dla nauczycieli starszych nastolatków czy proponującą organizację „zielonej szkoły” dla klas 4-6.

Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić – niechciane maile lądują w koszu i wszyscy są zadowoleni.

Ale nawet wśród tych Fascynujących Propozycji zdarzają się kurioza. I takie kuriozum przyszło właśnie dziś.

Poniżej zamieszczam pełną treść e-maila ze skrzynki M. – łącznie z telefonami, adresami e-mail i nazwiskiem pana, który to firmuje: skoro przysyła swoje rewelacje nieproszony, pewnie nie będzie miał nic przeciwko temu.

I ogłaszam konkurs z nagrodami dla Wiernych Czytelników. Nagrodę w postaci Szerokiego Uśmiechu Puchatka otrzyma ten, kto w przytoczonym poniżej tekście znajdzie najwięcej błędów językowych. Liczą się wszystkie błędy: ortografia, gramatyka, interpunkcja, składnia. Dla zaawansowanych – może być też styl.

Że ktoś jest analfabetą funkcjonalnym – to przykre. Ale jeśli taki analfabeta chce kogokolwiek szkolić, to już jest po prostu żałosne.

Maila cytuję dosłownie (jak piszą dziennikarze – zachowuję pisownię oryginału, z dokładnością do umiejscowienia przecinków), metodą kopiuj-wklej, aby nie uronić nic z jego uroku.

A zatem:

 

Witam Lider Edukacji Coachem,

Mamy jeszcze wolne miejsca na akredytowany i dofinansowany program coachingowy „Lider Edukacji Coachem” dla pedagogów, terapeutów, psychologów, nauczycieli – wychowawców, dyrektorów placówek oświatowych.

Program rozpocznie się dwudniowym warsztatem 08-09 listopada 2012r w Warszawie ul. Konstruktorska 11a godz. 09.00-18.00 – detale prześlemy w Karcie Zgłoszenia.

Zapraszam do zapoznania się z programem na: http://www.adeptus.com.pl „Lider Edukacji Coachem” jest jedynym w Polsce programem akredytowanym przez ICF w tej cenie koszt brutto 600 zł koszt podobnych programów coachingowych to 2500-10000 zł ale nasza cena jest tylko dla nauczycieli, trenerów, doradców metodycznych, którzy chcą zastosować coaching w aktualnie pełnionej roli zawodowej, a także daje podstawy do podjęcia roli coacha zgodnie ze standardami ICF.

Zainteresowany? – wyślij emaila – przyślemy Ci „Kartę Zgłoszenia”

.MOŻE CHCESZ ZORGANIZOWAĆ KURS U SIEBIE ??? – ZAPRASZAMY ! !

Akademia Szkoleń Adeptus

Leszek Bajeński 509 215 612

info@adeptus.com.pl

http://www.adeptus.com.pl

Dalej

Powoli. Do przodu.

Dobre wiadomości: wszystkie badania, jakie zaleciła Pani Doktor „na wszelki wypadek” absolutnie nic nie wykazały. Nie ma cienia zmian w narządach wewnętrznych, w kobiecych, w płucach, nigdzie. Dziś było ostatnie badanie (formalność, jak to Pani Doktor określiła…) czyli scyntygrafia kości – i wszystko jest OK.

Czyli – jest tylko jeden gad, którego trzeba ubić i który nie zdążył się dochować potomstwa. I już nie zdąży…

M. generalnie znosi chemię bardzo dobrze. Przez pierwsze kilka dni wieczorami czuła się osłabiona, trochę Jej się kręciło w głowie – i to wszystko.

Za to pod koniec drugiego tygodnia – kiedy najbardziej spada odporność – złapała jakąś infekcję. Głupstwo, z którym normalnie nawet do lekarza by się pewnie nie poszło – ale przy tak osłabionym organizmie od razu gorączka i tego typu atrakcje. Leki, antybiotyk, Specjalne Zastrzyki „na porost leukocytów” – i pod dwóch dniach było po wszystkim.

Generalnie (na razie…) jest dużo lepiej, niż się obawialiśmy.

Jutro znowu jakieś badania krwi, w poniedziałek (albo dzień – dwa później, jeśli morfologia po infekcji jeszcze się nie uspokoi…) druga chemia. Ofensywa trwa (czy raczej – na razie – przygotowanie artyleryjskie i bombardowanie pozycji wroga).

A potem będzie desant i – cytując klasyków – zrobimy mu z d… jesień średniowiecza. Howgh.

***

Dla mnie osobiście najbardziej męczący jest w tym wszystkim mój teść.

Z jednej strony – rozumiem go. Pochował żonę po długiej i ciężkiej chorobie, chorobie która pozostawiła w nim ranę tak głęboką, że pewnie nigdy się do końca nie zagoi. A teraz na to samo cholerstwo zapadła jego córka. Martwi się jak cholera, przeżywa to strasznie.

Tyle, że niestety jego przeżywanie idzie w najmniej rozsądną stronę. Siedzi w Internecie i szuka. I średnio raz na kilka dni dzwoni albo wpada z kolejna genialną, jedyną, niepowtarzalną i stuprocentowo skuteczną cud–terapią którą znalazł w sieci. Mamy już za sobą dyskusję na temat Tołpy i vilcacory, teraz na tapecie jest bio–bran.

M. powiedziała mu już przy pierwszej „rewelacji” jednoznacznie: „Nie wezmę i nie zrobię nic, czego wcześniej nie zaakceptuje mój lekarz.”

A Pani Doktor – z całym spokojem, taktem i cierpliwością – kolejne tatowe rewelacje kasuje. „Odradzam” – mówi zwykle tym swoim opanowanym głosem. „Osobiście nie słyszałam, żeby to komuś pomogło” (choć np. ideę jedzenia i picia w postaci soków dużej ilości surowych warzyw, najlepiej ciemnozielonych – bioflawony! – jak najbardziej poparła).

Ale teścia to nie zraża – za kilka dni dzwoni z kolejnym objawieniem.

Problem ma trzy poziomy.

Pierwszy – to charakter mojego teścia, człowieka który nie ufa nikomu (no, może własnej córce; ale jej mężowi już nie…) i jest w stanie uwierzyć w każdą chyba teorię spiskową („…bo firmy farmaceutyczne świetnie wiedzą, że preparat z liści X leczy raka, ale nie chcą tego rozgłaszać, bo zarabiają na chemii”. To oczywiście duże uproszczenie, ale generalnie w tę stronę to idzie).

Drug poziom – to straszne wspomnienia z choroby żony i jej śmierci, które sprawiają że kiedy mowa o raku, temu skądinąd inteligentnemu i rozsądnemu facetowi kompletnie wyłącza się racjonalne myślenie. Pstryk – i już.

Trzeci – że przy całej swojej inteligencji etc. on po prostu nie ma tego „aparatu krytycznego”, który pozwalałby przy przeglądaniu „największego śmietnika na świecie” jakim jest Internet na wejściu różnicować znalezione informacje na podstawowe kategorie: „Wygląda ciekawie, warto sprawdzić” i „Widać, że to g…”.

Próbowałem mu zasugerować, że lepiej by zrobił dzwoniąc do Niej i opowiadając Jej świeże dowcipy czy zabawne historyjki z pracy dla poprawy nastroju – ale to jednak nie do przeskoczenia. Siedzi, szuka, dzwoni – i ma poczucie, że coś robi. No i OK., tylko to trochę męczące. Dobrze, że M. jest na to całkowicie odporna. Szkoda, że ja mniej.

Na Sportowo

Życie się toczy. Toczy się nie tylko wokół choroby i leczenia.

Pietruszka wrócił ze szkoły szczęśliwy jak cielę w grochu – on, intelektualista, matematyk, mózgowiec, okazał się najlepszy w klasie w dziedzinie zupełnie fizycznej, mianowicie… w biegach. Nie, nie w sprincie, bo na 60 metrów był raczej jednym z ostatnich chłopców w klasie – ale w biegach długodystansowych. Na kilometr mianowicie.

Trzy dni nie mówił o niczym innym. Wystartował powoli, wszyscy koledzy z klasy go wyprzedzili… Ale pod dwóch okrążeniach spuchli – a on spokojnie biegł dalej. I dobiegł do mety pierwszy, pierwszy, PIERWSZY!

Trochę mnie to zaskoczyło – ja sam w szkole podstawowej naprawdę nieźle biegałem na krótkie dystansy, natomiast wszystko powyżej 200 metrów było dla mnie rodzajem wymyślnej tortury. Ot, taka konstrukcja fizyczna. A on, proszę bardzo, odwrotnie: zrywu nie ma, przyspieszenie takie sobie, refleks, nie da się ukryć, nieco… matematyczny, ale jak już zacznie biec, to biegnie.

Mam prywatną teorię na temat tego, co robi z niego dobrego biegacza długodystansowego. Po pierwsze – budowa. Jest chudy jak patyk (w przeciwieństwie, nie da się ukryć, do kilku kolegów z klasy… i do tatusia też…). A to oznacza, że nie musi dźwigać paru kilo zbędnego sadła, więc biega mu się lżej. Ale to nie wszystko. Moim zdaniem on wygrał ten bieg bo myślał. Nie rzucił się jak głupi do przodu, wziął od razu poprawkę na to, że okrążeń będzie pięć, potrafił to sobie wyobrazić. No i – poza wszystkim innym (i także, nie da się ukryć, w przeciwieństwie do większości chłopców z klasy…) słuchał tego, co nauczycielka wcześniej mówiła. Że trzeba rozkładać siły, że takie–to–a–takie są zasady, że organizm tak–a–tak reaguje na dłuższy wysiłek… Słuchał, zrozumiał, zapamiętał i wykorzystał. Nie potraktował tego, co mówiła nauczycielka jako nudnego gadania („Kiedy wreszcie pobiegamy, po co ona jeszcze gada?”).

Jeszcze jeden dowód na to, że myślenie pomaga. Nawet w sporcie…