O Wzroście i Głowach

– Tatusiu, a wies dlacego Tadzik jest ode mnie wyzsy? – pyta Pucek Bardzo Poważnym Głosem.

– No, dlaczego? – nadstawiam uszu zaintrygowany. (Obiektywnie Tadzik – młodszy o Pucka o miesiąc i trzy dni – jest wyższy po prostu dlatego, że ma takie a nie inne geny: tata Tadzika jest ode mnie wyższy o jakieś dwie głowy, czy coś koło tego…).

– Bo widzis, on ma taką dziubatą  głowę – wzdycha Pucek. – A ja mam taką bardziej kulatą. I to dlatego.

Jak mogłem na to nie wpaść… 

Chwila Oddechu, Chwila Biur(w)okracji

Wizyta kwalifikacyjna przebiegła sprawnie… Nieco mniej sprawnie przebiegło czekanie na nią, na które poświęciliśmy dobre półtorej godziny. Ale to na szczęście jednorazowa przyjemność. (Swoją drogą: czy naprawdę każda placówka medyczna musi zaczynać od początku, zakładając nowemu pacjentowi kartę, zadając pięćset pytań o pesel, przebieg choroby i tysiąc innych spraw? Czy w epoce Internetu naprawdę nie dałoby się założyć karty pacjenta „w systemie”, gdzieś on–line, i korzystać z niej w każdej placówce, w której pacjent się leczy? Ileż to by czasu oszczędziło – nie tylko pacjentom przecież…).

26. marca – w sam Wielki Wtorek – mamy pierwszą wizytę w celu „ustawienia” naświetlań. Szczegółowe badania, tomografia, „modelarnia” gdzie zaznaczają punkty do celowania… A od 8. kwietnia zaczynamy cztery tygodnie naświetlań. Dlaczego dopiero za miesiąc? Tak ma być – potwierdziła to nasza Pani Doktor, a do niej mamy pełne zaufanie. Podobno naświetlania powinny się zaczynać od 5 do 12 tygodni po operacji – więc trafiamy dokładnie w środek tego przedziału.

A to oznacza, że przez najbliższy miesiąc możemy odpocząć od leczenia, szpitali i codziennych wypraw do stolicy.

***

Teraz jeszcze tylko ZUS… No bo przecież jak donosiłem kolejne zwolnienia, to żadna z miłych skądinąd pań nie raczyła mi powiedzieć, że na zwolnieniu lekarskim można być tylko 182 dni. A potem? A potem, jak się jeszcze nie skończyło leczenia, to trzeba złożyć w ZUS podanie o „zasiłek rehabilitacyjny”. No i OK – tyle, że od złożenia podania do wezwania do lekarza orzecznika może minąć do 30 dni, a potem do wydania decyzji – drugie tyle.

A zwolnienie M. kończy się 25. marca. Co oznacza, że jak złożymy papierki w tym tygodniu, to orzeczenie możemy dostać np. za półtora miesiąca. A w tym czasie M. musi oczywiście płacić pełne składki ZUS.

– Proszę pana, przecież to podanie trzeba było złożyć już miesiąc temu, jak były cztery miesiące zwolnienia, a wiadomo było że to nie koniec! – powiedziała pani ze szczerą troską w głosie.

Niestety nie umiała mi powiedzieć, dlaczego nikt nie raczył nas o tym poinformować wcześniej. A przecież wszystkie kolejne zwolnienia składałem osobiście w lokalnym oddziale ZUS, a przecież kolejne przyjmujące je panie widziały w systemie, że zwolnienie jest kontynuowane od końca września…

No żesz…

(O tym, że aby w ogóle złożyć to podanie trzeba wypełnić kilogram makulatury i dołączyć dokumenty leczenia – „oryginały albo kopie potwierdzone przez lekarza” – to już nawet nie piszę. Bo i po co – przecież wiadomo. W ramach działań proekologicznych pójdzie kolejna ryza papieru. A co tam.)

Dalej. Ale może już Bliżej, niż Dalej?

Dziś byliśmy wreszcie u naszej Pani Doktor, która wróciła z urlopu. Pani Doktor to po prostu skała i oparcie: wystarczył kwadrans rozmowy, żeby M. się nieco uspokoiła. „Przecież od początku się tego spodziewaliśmy” – powiedziała tym swoim spokojnym, ułożonym głosem. „Guz był wieloogniskowy, więc nawet gdyby węzły były czyste, to i tak nie odważyłabym się puścić pani bez naświetlań. Oczywiście, wolelibyśmy żeby nowotworu w węzłach nie było – ale to od początku było bardzo mało prawdopodobne. Gdyby zajęte było powyżej dziesięciu węzłów, to byłoby dużo gorzej. A tak – gwarancji na razie nie ma, ale dramatu też.”

Wypisała skierowanie, odpowiedziała na wszystkie możliwe pytania (i kilka mniej możliwych też…), doradziła co i gdzie. Powiedziała że o długości naświetlań zadecyduje lekarz na Wawelskiej (w „naszym” szpitalu akurat naświetlań się nie robi…), ale najprawdopodobniej będzie to od czterech do sześciu tygodni. A po zakończeniu naświetlań mamy się zgłosić do niej i wtedy zadecydujemy, co dalej. A jakbyśmy w trakcie naświetlań mieli jakieś wątpliwości – to mamy dzwonić. Tak po prostu. Na komórkę.

Od razu pojechaliśmy na Wawelską, żeby się zapisać. Jutro mamy wizytę „kwalifikacyjną”, wtedy dowiemy się kiedy zaczynamy (ale raczej nie wcześniej, niż za dwa tygodnie). Pierwsza wizyta może potrwać dwie – trzy godziny, bo trzeba będzie zrobić wszystkie badania łącznie z tomografią. Ale kolejne – kwadrans, maksimum dwadzieścia minut łącznie z rozbieraniem i ubieraniem.

Damy radę. Bob Budowniczy zawsze da radę…

***

A jeszcze z kronikarskiego obowiązku: od niedzieli mamy w domu najprawdziwszego nastolatka. Pietruszka miał jedenaste (!) urodziny. Kocia Twarz, jak ten czas leci…

Jedenaście lat temu 3. marca też wypadł w niedzielę. Wróciłem do domu o siódmej rano, po dwóch nocach bez snu (Pietruszka zaczął się był wpraszać na świat w piątek w nocy, ale potem mu przeszło – i ostatecznie raczył się objawić dopiero w niedzielę, półtorej godziny po północy). Byłem nieprzytomny i tak zmęczony, że mimo całych emocji padłem na łóżko i zasnąłem w minutę. Ale nie dane mi było się wyspać – już o jedenastej obudziła mnie telefonem Taka Jedna Znajoma, która Absolutnie Koniecznie musiała dopytać „czy to już i w ogóle co i jak”. Myślałem, że ją zabiję – tylko nie wiedziałem, jak to zrobić przez telefon.

No i proszę – jedenaście lat minęło…

W niedzielę przeżyliśmy (to stosowne określenie) Najazd Hunów, dla niepoznaki nazwany Urodzinami. No i mamy nastolatka. Już się boję…

Jeszcze sporo przed nami…

Życie mnie przegania. Tak zwana codzienność zajmuje tyle czasu, że nie starcza go już na to aby tu zajrzeć i coś napisać…

Wyniki histopatologiczne nie są fajne. To znaczy: mogło oczywiście być sporo gorzej – ale mogło też być dużo lepiej.

Zła wiadomość jest taka, że w wyciętych węzłach chłonnych był nowotwór. Dobra – że nie we wszystkich.

Dobra wiadomość oznacza, że zaraza raczej nie poszła dalej (skoro nie zdążyła jeszcze zająć całych węzłów). Zła wiadomość oznacza, że przed nami niestety dalszy ciąg leczenia: radioterapia, czyli naświetlania (bo pozostawienie aktualnego status quo byłoby zbyt ryzykowne), a także być może jeszcze jakaś chemia (ale tego dowiemy się za tydzień).

Z jednej strony – w zasadzie spodziewaliśmy się że tak będzie (nasza Pani Doktor od początku mówiła, że „najprawdopodobniej” po operacji potrzebne będzie jeszcze dodatkowe leczenie).

Z drugiej strony… Gdzieś „z tyłu głowy” kołatała się jednak jakaś nadzieja, że tak nie będzie. Że okaże się że węzły są czyste (że były „tylko” powiększone) i że – w związku z tym – będzie można uznać, że to „koniec imprezy”. Że teraz już „tylko” rehabilitacja ręki i już.

Wiadomość że tak nie jest nie była tym, co chcieliśmy usłyszeć. Radioterapia to nie jest miłe leczenie (choć zwykle skutki uboczne są mniej męczące niż przy chemii, którą przecież M. znosiła bardzo dobrze). Za to cała strona „logistyczna” jest jeszcze bardziej skomplikowana: jeśli potwierdzi się to co wiemy dotąd (spotkanie ze specjalistką od naświetlań mamy jutro) to na te zabiegi trzeba jeździć codziennie przez pięć tygodni. Co, jak się łatwo domyśleć, dość mocno dezorganizuje życie codzienne. No, ale to już jest problem czysto techniczny – a problemy techniczne w tym wszystkim są naprawdę najmniej istotne.

Tymczasem M. ćwiczy rękę, w czym pomaga jej nasza Przyjaciółka i sąsiadka – mama Puckowej koleżanki – z wykształcenia rehabilitantka i fizjoterapeutka. Po raz kolejny okazuje się, że otaczają nas ludzie nie tylko dobrzy i gotowi do pomocy, ale jeszcze kompetentni akurat w tych dziedzinach, które są najbardziej potrzebne.

***

Niech już będzie wiosna, proszę…

 

Życie Się Turla

Przepraszam, że ostatnio nie piszę, ale trudno czas znaleźć – a jak już jest czas, to sił nie ma…

Skrótowo:

M. już w piątek po operacji (czyli tydzień temu) wróciła do domu. Czuła się – jak to po operacji, ale nie najgorzej. Tylko lewa ręka na razie bardzo mało sprawna: trzeba ciągle ćwiczyć, żeby się nie „zastało”, a przy ćwiczeniu boli.

Ja mam sytuację „pracowniczą” nieco mniej ciekawą, niż dotąd: Duży Portal dla którego obecnie tłumaczę postanowił – w ramach oszczędności etc. – obniżyć stawki dla tłumaczy. Jak powiedział, tak zrobił: obniżył. O ile samą obniżkę jestem w stanie zrozumieć (jak na takie rzeczy to płacili dość przyzwoicie), o tyle jej skalę uważam ze przesadę (z 40 brutto za stronę do 33…). A w dodatku od grudnia tekstów jest wyraźnie mniej, niż dotąd.

W związku z tym musiałem przeprosić się z wydawnictwem RD – i właśnie leży na moim biurku kolejna niezwykle ambitna pozycja typu poradnikowego (dość prosta, na szczęście). Wydawnictwo też obniżyło stawki (pisałem o tym parę miesięcy temu), ale – jak się okazało, po długich bataliach – mniej niż planowało.

Co to oznacza w praktyce? Mniej więcej tyle, że zapewne utrzymamy dotychczasowy poziom przychodów, ale (jak się łatwo domyśleć…) kosztem spędzania większej ilości czasu przy pracy.

Co samo w sobie jest oczywiście do zniesienia (muszę przyznać,że przez ostatnie kilka miesięcy nie czułem się „zarobiony”, spokojnie mógłbym robić nawet półtora raza tyle…) – tyle, że… No właśnie. Cała reszta „sytuacji życiowej” sprawia, że przymus siedzenia nad pracą dłużej niż dotąd niespecjalnie mi pasuje.

M. na razie (i tak będzie jeszcze przez jakiś czas) prawie nie wychodzi z domu. Nie jest w stanie zrobić zakupów, nie ma mowy o prowadzeniu samochodu (lewa ręka za słaba i za mało sprawna; za parę miesięcy pewnie to się zmieni, choć lekarze powiedzieli otwarcie że nie powinna już nigdy prowadzić na długich trasach wymagających na przykład kilku godzin za kierownicą). W domu większość rzeczy robi sama, ale jest trochę czynności które muszę robić ja, bo Ona zwyczajnie nie da rady.

Czyli: więcej pracy, więcej prac domowych, a do tego cała „logistyka” (zakupy, załatwianie spraw, dzieci do szkoły, ze szkoły, do muzycznej, na zajęcia… i tak dalej) wisi na mnie.

W tym wszystkim niemal nie do wiary wydaje się fakt, że finansowo stoimy (…na razie?) zupełnie spokojnie. Jest za co żyć, kolejne pieniądze już „wiszą” (czyli rachunek podpisany i „wpłyną na dniach”), książka którą zaczynam tłumaczyć będzie (jak już ją skończę…) całkiem sensownym zastrzykiem finansowym. Tyle, że jestem zmęczony – i pewnie będę coraz bardziej.

A przed nami jeszcze półtora tygodnia oczekiwania na wyniki i decyzję Pani Doktor „co dalej”.

***

Pietruszka dostał wczoraj w szkole walentynkę. Prawdziwą. Serduszko, jakieś dodatki… Napis głosił „Bardzo Cię lubię”, czy jakoś podobnie. Dostał ją od najładniejszej dziewczynki w klasie (no dobra, może są jeszcze ze dwie podobnie ładne – to znaczy naszym, rodzicielskim zdaniem ;–). Warto dodać, że autorka walentynki jest córką naszych serdecznych znajomych, z którą Pietruszka przyjaźni się także poza szkołą.

No i po tej walentynce był sprawdzian z polskiego – z czytania ze zrozumieniem, z czym Pietruszka generalnie (jak się łatwo domyśleć) nigdy nie miał problemów. Ale tym razem dostał „tylko” czwórkę z plusem. Pani od polskiego skomentowała, że był jakiś taki „rozkojarzony”.

No, ja mu się tam nie dziwię ;–)

M. zapytała go potem, czy jakoś na te walentynkę odpowie. – Chyba tak… – odpowiedział niepewnie. – Ale na pewno nie w szkole!

No jasne, jeszcze by koledzy zobaczyli… ;–)

 

Po…

Operacja za nami. Trwała niecałe dwie godziny. M. czuła się po niej zupełnie nieźle.

Teraz za jakiś czas zdjęcie szwów, potem być może jeszcze jakaś chemia, albo naświetlania, albo jedno i drugie – w zależności od wyników badań tego, co wycięli.

No i rehabilitacja ręki.

Ale to wszystko sprawy „techniczne”. Tak naprawdę najważniejsze będą właśnie wyniki tych badań w laboratorium (mikroskop plus histopatologia i jeszcze jakieś inne medyczne czary).

Mamy nadzieję, że będzie dobrze. Że – niezależnie od tych wszystkich „dodatków” – najgorsze już za nami.

Więcej dziś nie piszę, bo nie mam siły. Może jutro.

Zima. Ale Będzie Wiosna.

Smętny czas zimowy. Smętny, bo zimowy. Tak, wiem, część z Was zimę lubi. Ja nie lubię. Bo jest zimno, bo jest ciemno, bo trzeba odśnieżać. Do chrzanu.

No dobrze, to już ponarzekałem. Parę powodów pewnie by się jeszcze znalazło, ale nie będę Wam psuł humoru p…, eee, głupotami.

***

A ze spraw Ważnych: szósta, ostatnia chemia za nami. I znowu „dalsza poprawa w stanie miejscowym”.

Czwartego lutego jest Światowy Dzień Walki z Rakiem, wiedzieliście? Ano, myśmy też nie wiedzieli. Ale już wiemy – i, jak się okazuje, mamy się w jego przedłużone obchody czynnie włączyć. Czwartego będziemy świętować. Piątego M. idzie do szpitala.

Szóstego operacja.

Do wszystkich tych, co Trzymają Kciuki Tam Gdzie Trzeba i tych, co ciepło o nas myślą: to będzie Bardzo Ważny Dzień. Od tej operacji – i jej wyników – bardzo dużo zależy.

A potem – w zależności od tego, co lekarze wypatrzą w tym co wycięli – będzie pewnie jeszcze trochę chemii, pewnie jakieś naświetlania żeby „dobić gada”.

Chciałbym mieć to już za sobą.

Media o Mediach czyli „Dlaczego Jestem Idiotą”

„Znany dziennikarz sportowy” Krzysztof Stanowski opublikował w Internecie swoisty manifest o tym, że – mówiąc w uproszczeniu – media ogłupiają ludzi. Piszę „znany dziennikarz” w cudzysłowie, bo ja go akurat zupełnie nie znam (zapewne dlatego, że średnio interesuję się sportem w mediach).

Teza ogólna: media karmią nas papką, za to nie wiemy co się naprawdę dzieje na świecie, kto nim rządzi i co jest naprawdę ważne.

Próbka tekstu:

Wiem, że Anna Mucha jeździ mercedesem, a nie wiem, kto rządzi Izraelem.

Wiem, że Doda rozstała się z chłopakiem, a nie wiem, kto rządzi Izraelem. (…)

Wiem, że Ewa Farna tyje, ale nie wiem, kto rządzi Chinami.

Wiem, że nowy iPhone jest dłuższy niż stary, a nie wiem, kto rządzi Chinami.

Jestem idiotą.

Wniosek:

Coś jest nie tak z przekazem medialnym.

„Coś jest nie tak z przekazem medialnym”?

A może jednak coś jest nie tak z panem Stanowskim i tymi, którzy przyklaskują jego tezie?

Od kogo zależy to, co czytam i na co zwracam uwagę? Zawsze myślałem, że głównie jednak ode mnie. Nie mam pojęcia, czym jeździ Anna Mucha – wiem o tej pani tyle, że to aktorka którą widziałem w jednym chyba filmie (no cóż, może akurat gra w tym typie kina, który nie przyciąga mnie przed ekran). Ewa Farna? Słyszałem w radiu ze dwie jej piosenki, ale fakt że utyła jakoś umknął mojej uwadze.

A może nie „umknął”? Może po prostu nie czytam „Plotków”, „Pudelków”, „Faktu” i innych plotkarskich „mediów”?

Za to owszem, wiem kto jest premierem Izraela, wiem kto rządzi w Chinach i co się zmieniło w tym kraju po ostatnim zjeździe KPCh. Wiem też wiele innych rzeczy.

A przecież, panie Stanowski, mamy – jak sądzę – dostęp do tych samych informacji, do tych samych mediów, tych samych stron internetowych.

Więc jak – czy to wina mediów i dziennikarzy? Czy jednak dokonywanych przez nas każdego dnia wyborów?

Innymi słowy – proszę wybaczyć – trudno mi zrozumieć, dlaczego zwala Pan na media i dziennikarzy winę za własną głupotę i za to, że zamiast zainteresować się światem czyta Pan „Pudelki”… Z całego Pańskiego tekstu z jednym stwierdzeniem jestem zmuszony się zgodzić: rzeczywiście, czytając Pański manifest odnoszę wrażenie, że jest Pan idiotą.

Tylko czy to na pewno wina mediów?…

A przy okazji: „Pudelki” funkcjonują dlatego, że ludzie chcą je czytać. Nie oszukujmy się: nikt o tyciu młodocianej gwiazdki czy samochodzie popularnej aktorki nie pisze „dla idei”. Można się oburzać na „płytkie media”, ale gdyby nie było ludzi chętnych na tę papkę, to nikt by jej nie produkował.

„Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!” – że zacytuję klasyka…

 

 

Hobbit: Puchatek Jest Za

Na pierwszą część ekranizacji „Władcy Pierścieni” poszliśmy w pod koniec lutego 2002 r., z całą grupką znajomych. Specjalnie wybraliśmy kino „Luna” przy Marszałkowskiej, bo chyba tylko tam były wtedy w ostatnich rzędach dwuosobowe kanapy – a M. była w dziewiątym miesiącu ciąży i nie wiedzieliśmy jak zniesie taki długi seans (tydzień później urodził się Pietruszka…).

Ja, nie da się ukryć, do idei ekranizacji podchodziłem sceptycznie – uważałem (i zdania nie zmieniłem), że tej książki przenieść na ekran po prostu się nie da. Za dużo treści (nie mylić z wydarzeniami i akcją), za dużo myśli, za dużo symboliki, zbyt wiele warstw narracji…

Kiedy wyszliśmy z kina miałem mieszane uczucia. Z jednej strony – wszystkie moje zastrzeżenia pozostały („Widać, że Jackson uważnie przeczytał tę książkę!” – powiedział wówczas kolega T. Na co ja odparłem: „I że niewiele z niej zrozumiał.” – co oczywiście było pewną przesadą… Ale niewielką.).

Z drugiej – pomyślałem, że film idealnie sprawdza się jako… ilustracja do książki. Wizja Śródziemia – Zwłaszcza Shire’u czy Morii, a w kolejnych częściach także Gondoru (Minas Tirith!) była po prostu wspaniała. Ale jeśli ktoś książki nie czytał, to na ekranie zobaczył jakąś skądinąd ciekawą historię magiczno–przygodową i… niewiele więcej, niestety.

I nie chodziło mi nawet o to, że „elfy nie śpiewają” i że nie było Toma Bombadila – ale o to że nie było rzeczy dużo ważniejszej: głębi.

***

A teraz – z czystej ciekawości – poszedłem na „Hobbita”. I wiecie co? Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Paradoksalnie uważam, że pierwszy „Hobbit” to znacznie lepszy film niż „Władca Pierścieni”. Lepszy także pod tym względem, że lepiej oddaje to, co znajdowało się w literackim pierwowzorze. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że Jackson ma więcej czasu na te opowieść. Decyzja o rozbiciu historii na trzy filmy wynikała oczywiście (nie oszukujmy się…) z założeń czysto komercyjnych, ale bardzo filmowi pomogła. Wystarczy proste porównanie: Pierwszy tom „Władcy Pierścieni” w wydaniu Czytelnika z 1981 r. ma – bagatela – 548 stron. I te 548 stron trzeba było zmieścić w mniej więcej trzygodzinnym filmie.

„Hobbit” (Iskry, 1985 r.) ma raptem 234 strony – i te 234 strony Jackson ma pokazać w trzech filmach. Jest różnica, prawda?

Dzięki tej różnicy, jak napisałem, Jackson ma czas. Jest w filmie czas na pokazanie, jak młody Bilbo siada do kolacji (scena ma raptem ze dwie minuty, ale jest genialna!). Jest czas na pokazanie jego dialogu z Gandalfem („Dzień dobry? A cóż przez to rozumiesz?”). Jest czas na kapitalną kolację krasnoludów i Bilba, łącznie z piosenką o tłuczeniu talerzy (nota bene – scena sfilmowana po prostu genialnie, całe kino się śmieje!). Jest czas na śpiewaną przez krasnoludy pieśń o wyprawie po skarby. Na scenę, w której Bilbo chce wracać bo zapomniał chusteczki do nosa. Na historię o trzech trollach wyprowadzonych w pole i zamienionych w kamień. Na grę w zagadki z Gollumem – i tak dalej, i tak dalej.

To wszystko drobiazgi, szczegóły, scenki które – pozornie – niewiele wnoszą do akcji, ale budują coś, co jest niezwykle istotnym elementem prozy Tolkiena: nastrój, klimat, charakterystyczny oddech, poezję… Na takie drobiazgi zabrakło miejsca w ekranizacji „Władcy Pierścieni” – i ten film bardzo na tym stracił.

***

Ale jest też drugi poziom, który zadecydował o tym że „Hobbit” (a przynajmniej jego pierwsza część) jest lepszym filmem niż „Władca…”: otóż „Hobbit” (mówię o książce) to jednak znacznie prostsza historia. Jasne, są tu ważne myśli, są wątki pogłębiające, są odniesienia do Znacznie Większych Historii i tak dalej – ale sama fabuła „Hobbita” pomyślana była przez Autora jako (głównie…) opowieść dla dzieci. Nie ma tu takiej głębi, nie ma tak „dorosłych” dylematów, takiej filozofii, symboliki, odniesień do spraw Najważniejszych. Jest za to stosunkowo prosta opowieść o przygodzie i jej konsekwencjach.

I nie zmienia tego fakt, że Jackson nieco „udoroślił” tę historię (sceny bitew są dość brutalne i raczej nie dla małych dzieci, a orkowie i wargowie naprawdę mogą przyśnić się w nocy…). Prosta (wiem, powtarzam się…) baśń, po prostu idealny materiał na scenariusz.

W całym filmie – choć oczywiście pewne sceny i wątki są na potrzeby scenariusza nieco zmienione – nie było ani jednego momentu, w którym skrzywiłbym się z niesmakiem i pomyślał, że „to nie tak”. Ani jednej sceny, w której rzuciłoby się w oczy niezrozumienie przez reżysera filozofii Tolkienowskiego świata. Ani jednego prawdziwego zgrzytu. A w ekranizacji „Władcy…” takich zgrzytów było co najmniej kilka.

Jeśli kolejne części będą równie dobrze zrobione – to naprawdę będzie co oglądać.

***

Nieuczciwie byłoby nie powiedzieć o jeszcze jednej płaszczyźnie, która – niezależnie od tego co napisałem wyżej – jest chyba najmocniejszym atutem tego filmu. Cała strona wizualna, cała wizja plastyczna jest po prostu oszałamiająca. Shire jest jeszcze piękniejszy niż we „Władcy…”, Erebor wręcz zapiera dech w piersi. Krasnoludy są „przemyślane” do najdrobniejszego szczegółu, konie są takie jak powinny być (krasnoludy jeżdżą na zimnokrwistych kucach, elfy – na koniach gorącokrwistych!). Każdy szczegół stroju, każda klamra u paska, każdy obrazek na ścianie w Bag End…

No i wszystkie „normalne” krajobrazy Śródziemia, za które Nowa Zelandia powinna dostać oddzielnego Oscara… Dla samej uczty dla oka warto ten film zobaczyć.