Życie Się Turla

Przepraszam, że ostatnio nie piszę, ale trudno czas znaleźć – a jak już jest czas, to sił nie ma…

Skrótowo:

M. już w piątek po operacji (czyli tydzień temu) wróciła do domu. Czuła się – jak to po operacji, ale nie najgorzej. Tylko lewa ręka na razie bardzo mało sprawna: trzeba ciągle ćwiczyć, żeby się nie „zastało”, a przy ćwiczeniu boli.

Ja mam sytuację „pracowniczą” nieco mniej ciekawą, niż dotąd: Duży Portal dla którego obecnie tłumaczę postanowił – w ramach oszczędności etc. – obniżyć stawki dla tłumaczy. Jak powiedział, tak zrobił: obniżył. O ile samą obniżkę jestem w stanie zrozumieć (jak na takie rzeczy to płacili dość przyzwoicie), o tyle jej skalę uważam ze przesadę (z 40 brutto za stronę do 33…). A w dodatku od grudnia tekstów jest wyraźnie mniej, niż dotąd.

W związku z tym musiałem przeprosić się z wydawnictwem RD – i właśnie leży na moim biurku kolejna niezwykle ambitna pozycja typu poradnikowego (dość prosta, na szczęście). Wydawnictwo też obniżyło stawki (pisałem o tym parę miesięcy temu), ale – jak się okazało, po długich bataliach – mniej niż planowało.

Co to oznacza w praktyce? Mniej więcej tyle, że zapewne utrzymamy dotychczasowy poziom przychodów, ale (jak się łatwo domyśleć…) kosztem spędzania większej ilości czasu przy pracy.

Co samo w sobie jest oczywiście do zniesienia (muszę przyznać,że przez ostatnie kilka miesięcy nie czułem się „zarobiony”, spokojnie mógłbym robić nawet półtora raza tyle…) – tyle, że… No właśnie. Cała reszta „sytuacji życiowej” sprawia, że przymus siedzenia nad pracą dłużej niż dotąd niespecjalnie mi pasuje.

M. na razie (i tak będzie jeszcze przez jakiś czas) prawie nie wychodzi z domu. Nie jest w stanie zrobić zakupów, nie ma mowy o prowadzeniu samochodu (lewa ręka za słaba i za mało sprawna; za parę miesięcy pewnie to się zmieni, choć lekarze powiedzieli otwarcie że nie powinna już nigdy prowadzić na długich trasach wymagających na przykład kilku godzin za kierownicą). W domu większość rzeczy robi sama, ale jest trochę czynności które muszę robić ja, bo Ona zwyczajnie nie da rady.

Czyli: więcej pracy, więcej prac domowych, a do tego cała „logistyka” (zakupy, załatwianie spraw, dzieci do szkoły, ze szkoły, do muzycznej, na zajęcia… i tak dalej) wisi na mnie.

W tym wszystkim niemal nie do wiary wydaje się fakt, że finansowo stoimy (…na razie?) zupełnie spokojnie. Jest za co żyć, kolejne pieniądze już „wiszą” (czyli rachunek podpisany i „wpłyną na dniach”), książka którą zaczynam tłumaczyć będzie (jak już ją skończę…) całkiem sensownym zastrzykiem finansowym. Tyle, że jestem zmęczony – i pewnie będę coraz bardziej.

A przed nami jeszcze półtora tygodnia oczekiwania na wyniki i decyzję Pani Doktor „co dalej”.

***

Pietruszka dostał wczoraj w szkole walentynkę. Prawdziwą. Serduszko, jakieś dodatki… Napis głosił „Bardzo Cię lubię”, czy jakoś podobnie. Dostał ją od najładniejszej dziewczynki w klasie (no dobra, może są jeszcze ze dwie podobnie ładne – to znaczy naszym, rodzicielskim zdaniem ;–). Warto dodać, że autorka walentynki jest córką naszych serdecznych znajomych, z którą Pietruszka przyjaźni się także poza szkołą.

No i po tej walentynce był sprawdzian z polskiego – z czytania ze zrozumieniem, z czym Pietruszka generalnie (jak się łatwo domyśleć) nigdy nie miał problemów. Ale tym razem dostał „tylko” czwórkę z plusem. Pani od polskiego skomentowała, że był jakiś taki „rozkojarzony”.

No, ja mu się tam nie dziwię ;–)

M. zapytała go potem, czy jakoś na te walentynkę odpowie. – Chyba tak… – odpowiedział niepewnie. – Ale na pewno nie w szkole!

No jasne, jeszcze by koledzy zobaczyli… ;–)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s