To All Whom It May Concern

Tydzień po zakończeniu naświetlań poszliśmy do naszej Pani Doktor. Spodziewaliśmy się jakichś piętrowych badań i innych tego typu atrakcji – ale nie. Pani doktor wypytała M., zbadała ją dokładnie, uważnie (kto nie widział Pani Doktor, ten nie wie co to znaczy „uważnie”…) przeczytała wszystkie wyniki badań ze szpitala w którym były naświetlania, nawet trochę pożartowała.

Potem odpowiedziała na naszą listę pytań. Potem powiedziała, na co trzeba uważać i na co zwracać uwagę. A potem zakończyła z typową dla siebie ostrożnością i uczciwością:

Na razie jest pani czysta. Widzimy się za trzy miesiące.

Co oznacza, że na razie mamy spokój. Czy na zawsze? Czy na długo? Tego oczywiście nie wiemy. Ale na razie jesteśmy czyści. Tu i teraz.

A Was prosimy o dalsze wsparcie duchowe. Żeby to na razie trwało i trwało.

No. Coś więcej napiszę może jutro – dziś już chyba się nie zbiorę.

Spałem w Spale, nie piłem w Pile

No i proszę – na ostatnie dwa dni Najdłuższego Weekendu Nowoczesnej Europy udało nam się pojechać do Spały*. Widzieliśmy hodowlę żubrów w Smardzewicach, jedliśmy lody, „zwiedzaliśmy” targ staroci – no i oczywiście spłynęliśmy kajakami na trasie Spała – Inowłódz (to najkrótsza trasa z możliwych, ale z uwagi na słabszą rękę M. nie chcieliśmy na razie ryzykować dłuższej).

Choć raz, choć na chwilę wyrwaliśmy się z domu trochę dalej, niż do Warszawy…

Jutro ostatnie naświetlanie. Co dalej – zobaczymy po wizycie i naszej głównej Pani Doktor.

* Uwaga: każdego, kto w ewentualnym komentarzu chciałby poczuć się oryginalny i nawiązać do znanej piosenki Artura Andrusa spieszę poinformować, że przed nim zrobili to już (na wieść o naszych planach) wszyscy nasi znajomi, a także Puchatkowy Ojciec i ksiądz Maciej, wikariusz w Puchatkowej Parafii. Piłem w Spale, spałem w Pile, i to jak na razie tyle. Howgh.

Poetycko (?)

Piłka ma w szkole konkurs recytatorski. A ponieważ jest rok Tuwima, wiersze mają być Tuwima właśnie. Uczestnicy maja sami sobie wybrać wiersz, który chcą recytować. Nauczycielka która organizuje konkurs podkreśliła podobno, że to nie muszą być wiersze „dla dzieci”. Po prostu dowolny wiersz Tuwima, byle miał co najmniej cztery zwrotki. No i Piłka przyszła do taty, żeby jej coś zaproponował. „Bo ty przecież tego Tuwima tak lubisz”…

W pierwszym odruchu pomyślałem oczywiście o słynnym „Wierszu, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”… Moja (chora?) wyobraźnia podsunęła mi obraz grzecznej, na galowo ubranej dziesięciolatki która wychodzi na szkolnym konkursie recytatorskim i mówi taki tekst. No, ale sami rozumiecie, że nie mógłbym własnej córce tego zrobić… Na razie…

A potem przyszedł mi do głowy „Śmierdziel” – rzecz zabawna i efektowna. Niestety, Piłka popatrzyła na mnie z głęboką dezaprobatą i powiedziała, że takich rzeczy to ona recytować nie będzie. Może to i lepiej… Niech z tym poczeka przynajmniej do gimnazjum.

No i teraz siedzę w wolnych chwilach i przeglądam „Dzieła zebrane” Tuwima (co samo w sobie jest zajęciem wielce przyjemnym) szukając odpowiedniego wiersza. Głębokie wyznania miłosne odpadają, zbyt ostre teksty też. Trzeba mi czegoś, co byłoby zabawne, z jajem, ale odpowiednie w ustach dziesięciolatki. Jak znajdę, napiszę.

Się toczy

Nie piszę, bo nie mam kiedy.

Naświetlamy się. Na razie – po pierwszym tygodniu – względnie bezproblemowo (choć dziś w badaniu krwi wyszło, że nastąpił spadek leukocytów – jak do jutra nie przejdzie, to trzeba będzie jakieś sterydy brać…).

M. – już od ubiegłego wtorku – jeździ do Warszawy sama, bo tak jest po prostu najszybciej: gdybyśmy chcieli najpierw rozdysponować Potwory, a potem jechać – bylibyśmy na Wawelskiej koło dziesiątej. A wtedy jest więcej ludzi i dłużej się czeka. A jak M. pojedzie poranną kolejką (mnie zostawiwszy rozwożenie menażerii), to jest na miejscu przed dziewiątą, kwadrans później wychodzi – i na dziesiątą jest już z powrotem w G.

A co poza tym? No cóż – mówiąc szczerze właściwie nic poza tym. Szkoła, przedszkole, szkoła muzyczna, praca, obiad, praca, spać. I tak jeszcze przez jakiś czas.

Pytanie do Specjalistów

Mam pytanie a propos globalnego ocieplenia. Czy są tu jacyś specjaliści w tej dziedzinie? Przydałby mi się ktoś, kto naprawdę się na tym zna i wie więcej, niż statystyczny czytelnik gazet.

Jeśli ktoś taki czyta przypadkiem moje zapiski, bardzo proszę o odpowiedź – może być w komentarzach, może być na email. Pytanie jest bardzo konkretne:

Czy jest jakaś metoda, żeby to cholerne globalne ocieplenie  TROCHĘ PRZYSPIESZYĆ?!

O Tym, że Świat Się Zmienia

Pietruszka (klasa czwarta, jakby co) miał coś w szkole o stylach w architekturze. Lekcje odrabiał – i nie był pewien, więc przyszedł zapytać: czy kościoły romańskie to „okrągłe łuki”, a gotyckie – „ostre łuki”, czy odwrotnie?

Odpowiedziałem mu, rzecz prosta, ale potem – odruchowo, automatycznie – rzuciłem przykładami. Przykładami, które Pietruszka widział na własne oczy.

– Pamiętasz katedrę w Spirze? Grube mury, niewielkie okna z „normalnymi” łukami… To jaka to była katedra?

– Romańska – odparł, i słusznie.

– A katedra w Orleanie? Lekka, pełno światła, wielkie okna z witrażami, ostre łuki?

– Gotycka – odpowiedział Pietruszka i widać było, że łapie o co chodzi. Że już gotyku z romańszczyzną nie pomyli. Bo był, bo widział – nie tylko na zdjęciu, ale „na żywo”. Bo wszedł do środka, bo patrzył zadzierając głowę, bo słyszał jak się dźwięk rozchodzi i jak światło pada przez okna…

Zdałem sobie sprawę, jak bardzo jego dzieciństwo różni się od mojego. Że to wszystko co on już widział – mając lat jedenaście! – ja odkrywałem dla siebie dopiero na studiach.

Wspaniałe.

Habemus Papam. Franciszek

Kilka myśli nie daje mi spokoju po wyborze papieża Franciszka…

„Jezuita papieżem! Może rzeczywiście koniec świata jest bliski?” – szybka wymiana maili z Jednym Nieparzystokopytnym Znajomym. Żart, oczywiście, zresztą ciepły – kto mnie zna, wie że do jezuitów mam generalnie stosunek bardzo pozytywny.

Zaskoczenie – na pewno. Nie wymieniano go tym razem wśród „papabile”. Z tych, których wymieniano, najbliższy chyba był mi kardynał O’Malley z Bostonu – ale kiedy po ogłoszeniu nazwiska nowego papieża rzuciłem się do Internetu żeby się czegoś więcej o nim dowiedzieć, okazało się, że w zasadzie ma wszystkie te cechy, które najbardziej podobały mi się w O’Malleyu.

Imię jakie wybrał… Przyznam, że aż mnie na chwilę zatkało (kto mnie zna, ten wie że to rzadki przypadek…). Franciszek! Od początku – po jego zachowaniu, po tym „Bracia i siostry, dobry wieczór!” – byłem pewien, że chodzi o Franciszka z Asyżu. Dużo o tym imieniu teraz piszą – o tym, co ono znaczy i co znaczyć może… – ale głównie skupiają się na „biedaczynie”, na skromności, na ubóstwie etc. Ja mam chyba skojarzenie nieco szersze.

Nie wiem, czy sobie z tego zdajecie sprawę, ale na początku XIII w. sytuacja Kościoła była (toutes proportions gardées) bardzo podobna do współczesnej. Jakieś zatrzymanie, zahamowanie dynamiki ewangelizacyjnej i misyjnej, jakieś trochę zamknięcie we własnym sosie. Problemy na poziomie instytucji, która „obrosła w piórka” i zaczęła po trochu wystarczać sama sobie… Afery finansowe… Afery obyczajowe na najwyższych szczeblach… Znamy to skądś?

I wtedy właśnie pojawił się Franciszek. Biedaczyna. Człowiek znikąd. I postawił wszystko na głowie. I nadał Kościołowi nowy rozpęd, nową dynamikę która starczyła na dobre dwieście lat.

Czy papież Franciszek miał także to w głowie, kiedy przyjmował to imię? Czy ma taką wizję teraz?

Nie wiem. Na razie jego skromność, zwyczajność, uśmiech i poczucie humoru – połączone z wielką wiarą i pokorą – robią na mnie ogromne wrażenie.

Zarzutu (pojawiającego się od pierwszych chwil) że „za stary” nie traktuję poważnie. Jan XXIII był w tym samym wieku, kiedy został papieżem. Był nim „tylko” pięć lat – a jak zdążył zamieszać! Jeśli Franciszek zamiesza tak samo – to za 10 lat możemy się obudzić w zupełnie innym Kościele. To znaczy – w tym samym, oczywiście, ale jednak zupełnie innym.

***

Zarzuty do nowego papieża – nie mogę o tym nie napisać… – o rzekomą współpracę z argentyńską juntą w latach siedemdziesiątych. Piszę „rzekomą” – bo dowodów nie ma. Są zarzuty, że podobno „wydał” dwóch lewicujących księży (zresztą współbraci zakonnych). Sam kard. Bergoglio kilkakrotnie i jednoznacznie temu zaprzeczał. Bronią go także ludzie tacy jak Adolfo Pérez Esquivel (laureat pokojowego Nobla właśnie za obronę praw człowieka w czasach dyktatury Videli). Głównym „dowodem winy” są zeznania jednego z tych „zdradzonych” księży. Ale przecież i u nas, w Polsce, ubecy wmawiali wielu aresztowanym opozycjonistom, że wydali ich współpracownicy – to stara jak świat metoda rozbijania zaufania i więzi.

Jak było naprawdę – trudno powiedzieć. Argentyńska junta ma na sumieniu rzeczy podłe i wyjątkowe draństwa. Z drugiej strony ci z którymi junta walczyła też aniołkami nie byli – przed objęciem władzy przez Videlę zamachy terrorystyczne i morderstwa polityczne były w Argentynie na porządku dziennym (żeby było jasne: w niczym to nie usprawiedliwia późniejszego mordowania, porywania i torturowania przeciwników junty; kiedyś już o tym pisałem: największą klęską w walce ze złem jest stać się takim samym jak ci, których się zwalcza…). Jaką rolę odegrał w tym wszystkim kard. Bergoglio? Nie wiem, oczywiście – ale pewnie historycy to wyjaśnią.

Dziwnie mi się jednak robi, kiedy patrzę na reakcje części (no dobrze, lewej części) polityków w Polsce i Europie. Oburzają się, wyciągają tę rzekomą współprace z juntą ci sami ludzie, którzy w naszych, polskich realiach oburzają się kiedy kogoś oskarża się o współpracę z bezpieką w czasach PRL. Sytuacja jest podobna: tu i tu są oskarżenia / pomówienia (nie wiemy, jak jest / było naprawdę), tu i tu nie ma dowodów. Czyli co: jak kogoś oskarża się o współpracę z komunistyczną bezpieką – trzeba go bronić, odwoływać się do zasady domniemania niewinności, oburzać się że stawia się zarzuty bez dowodów. A jak kogoś oskarża się o współpracę z prawicową bezpieką – z równie małą ilością dowodów – to należy tego kogoś skrytykować, nawymyślać mu, wypomnieć.

O co chodzi? Czy tortury w imię ideałów lewicowych różniły się od tortur w imię ideałów prawicowych? Czy śmierć z ręki komunistycznej bezpieki różniła się od śmierci z rąk bezpieki Videla?

Pani dyrektor Teatru Ósmego Dnia na swoim facebookowym profilu napisała, że „Wybrali ch…ja, który donosił”.

Nie wiadomo czy donosił, nie wiadomo co i jak, nie ma pewności, nie ma dowodów – ale pani dyrektor już zdążyła podzielić się ze wszystkimi swoim głębokim przemyśleniem.

Dawno już mówiłem, że facebookowa „ściana” (czy jak to się tam fachowo nazywa) to taki odpowiednik płotu czy muru sprzed kilku dekad: wystarczy kawałek kredy i każdy może swoje zdanie napisać. I w zasadzie przejmować się tym należy tak samo, jak napisem „dupa” kredą na płocie… Tyle, że jeśli to „dupa” pisze ośmioletni Jacuś, który dorwał kawałek kredy i jest zachwycony swoim dziełem; albo pijany pan Miecio spod monopolowego, zamroczony kolejnym jabolem – to jestem w stanie to zrozumieć i moją jedyną reakcją będzie wzruszenie ramion.

Ale jeśli wielkie „dupa” wypisuje na tym płocie osoba kulturalna, wykształcona, dyrektor znakomitego teatru, człowiek ze świata Sztuki… To jakoś smutno mi się robi.

Dyrektorzy teatrów mówiący językiem meneli. Hurra–oskarżyciele, korzystający z każdej wątpliwości, żeby pokazać że Kościół jest be.

A może by tak zajrzeć do dzisiejszej Ewangelii?… (Podpowiem: J 8, 1–11).

Politycznie (…Ale Czy Na Pewno?)

Taka refleksja mnie naszła (że pozwolę sobie zacytować polityków biorących udział w programach publicystycznych).

Jeśli powiem, że w Polsce  scena polityczna jest „silnie spolaryzowana”, to będzie banał. Nie ma u nas prawdziwego dialogu politycznego, nie ma uczciwej (choćby ostrej) dyskusji. Jest wyłącznie walenie się cepem po głowach – z obu stron, żeby nie było…

Patrzę sobie na Stany Zjednoczone – tam jednak zwolennicy Republikanów i Demokratów dyskutują. Spierają się, wbijają sobie szpile, prawią złośliwości, bezlitośnie punktują wpadki przeciwnika – ale też dyskutują. Dyskutują eksperci, spierają się think-tanki, nawet politycy i przywódcy potrafią ze sobą dyskutować – czasami bardzo ostro, ale wciąż jeszcze merytorycznie. A przecież, nie oszukujmy się, różnice dzielące Republikanów i Demokratów są znacznie (znacznie!) większe niż te, które u nas dzielą na przykład PO i PiS.

A u nas? Weźmy choćby głośną kwestię obchodzenia 11. listopada czy niedawną „dyskusję” na temat związków partnerskich. Może jakieś echa rzeczowej dyskusji pojawiły się w tygodnikach opinii (ale też bez przesady). A poza tym? Nie ma dyskusji, nie ma jakiegokolwiek dialogu. Bo przecież wiadomo, że jak do studia zaprosi się z jednej strony panią Szczukę, a z drugiej pana Terlikowskiego, to żadnej dyskusji nie będzie – będzie pyskówa i awantura. Albo jeśli przy jednym stole w studiu telewizyjnym usiądą poseł Biedroń i Janusz Korwin-Mikke, to o jakiej dyskusji można mówić? To tak, jakby wypuścić na tor wyścigowy dwa wkurzone pitbulle i oczekiwać, że będą się ścigać. Nie będą – rzucą się sobie do gardeł. I coraz częściej mam wrażenie, że tylko o to chodzi: bo gdyby ktoś chciał dyskusji, zaprosiłby zupełnie innych dyskutantów. Bo na torze ścigają się greyhoundy, a nie pitbulle, że tak twórczo rozwinę wcześniejsze porównanie…

Nasza scena polityczna przypomina dwa plemiona ludożerców w stanie totalnej wojny. Tego tematu nie rozwijam, bo jak jest – każdy widzi i kilometry papieru już na ten temat zapisano.

Ale w czasie takiej totalnej wojny najgorzej mają ci, co z żadnym z plemion nie czują się mocniej związani. W wojnie totalnej nie da się być neutralnym – bo obie strony uznają cię za wroga.

Zdarza mi się brać udział w dyskusjach na forach internetowych (tak, wiem, to błąd – tysiąc razy obiecywałem sobie, że to ostatni raz, ale wciąż zdarza się, że się nie mogę powstrzymać i coś skomentuję). Z zasady nikogo nie obrażam (choć bywam nieco złośliwy…) , staram się rzeczowo argumentować, być racjonalnym, uzasadniać swoje opinie. I co? I niestety, jako osoba o poglądach centrowych dostaję po głowie… z obu stron.

Kiedy sprzeciwiam się nacjonalizmowi, brzydzę się antysemityzmem i rasizmem, uważam że każdy człowiek ma prawo do szacunku niezależnie od swojego pochodzenia / wyznania / stanu zdrowia / poglądów etc. – natychmiast znajdzie się jakiś idiota, który nawymyśla mi od lewaków.

Kiedy piszę że jestem przeciwny liberalizacji aborcji i nie przemawia do mnie idea legalizacji związków jednopłciowych, albo że zabieranie ludziom ich własności poza sytuacjami ekstremalnymi jest złodziejstwem – natychmiast znajduje się inny idiota, który wyzywa mnie od faszystów albo (w najlepszym razie) od „korwinistów”.

Nie podoba mi się agresja kiboli, nie akceptuję wyrażania patriotyzmu przez poniżanie innych nacji, wytykam nieścisłości i brak logiki w kolejnych jedynie słusznych tezach na temat „zamachu w Smoleńsku” – więc natychmiast staję się lemingiem, POpaprańcem, pieskiem Tuska i Putina, zdrajcą Ojczyzny.

Ale kiedy w chwilę później protestuję przeciwko nazywaniu każdego księdza pedofilem, mówię że pornografia to poniżanie ludzkiej godności, nie podoba mi się że wieloletni członek PZPR nazywa Kościół „okupantem” – pstryk! I już jestem PiSdzielcem, moherem, ciemnym bucem z głębokiego średniowiecza.

A im mniej „dyskutanci” mają argumentów, tym grubsze padają obelgi i inwektywy.

I wszyscy mi wmawiają, że „albo-albo”. Że albo muszę poprzeć jednych – albo drugich. Że nie mogę być Polakiem, patriotą (i katolikiem) nie wierząc w zamach w Smoleńsku i nie maszerując w Marszu Niepodległości u boku oenerowców i wszechpolaków, sprzeciwiając się lewactwu. Że nie mogę być człowiekiem otwartym i światłym, jeśli nie uznaję aborcji za podstawowe prawo człowieka, nie krytykuję Kościoła i nie idę w kontrmanifestacji blokującej faszystów. 

A ja – wybaczcie – mam im wszystkim ochotę zacytować wieszcza (tak, wiem to brutalne – ale kurczę, jakże celne…). Bo to nieprawda: nie muszę. Nie muszę być ani po jednej stronie, ani po drugiej. I to że nie jestem po jednej, naprawdę nie znaczy, że automatycznie jestem po drugiej.

No, to sobie pogadałem. Dobrze, że mój sweet blogasek nie należy do ekstremalnie popularnych, bo pewnie zaraz w komentarzach można by zobaczyć bolesne potwierdzenie tego, com wyżej napisał…