…i od nowa…

Dziś byliśmy u naszej Pani Doktor z wynikami badań. No i niestety jest kiepsko: to „coś” okazało się jednak wznową nowotworu.

Sytuacja jest średnia – tragicznie nie jest, ale fajnie też nie… Pani Doktor powiedziała, że akurat tego typu wznowa (tylko skóra i tkanka podskórna) jest stosunkowo łatwa do leczenia i kontrolowania – znacznie gorzej byłoby gdyby to szło „do środka”.

– Wie pani – powiedziała tym swoim rzeczowym, spokojnym głosem – powiem brutalnie: rzecz jest męcząca i kłopotliwa, powoduje dyskomfort, ale umrzeć się na to nie da.

Tyle, że oczywiście gdzieś w powietrzu zawisło niedopowiedziane „na razie…”.

M. jest na razie strasznie rozbita. To miał być rok odpoczynku po tym poprzednim koszmarze…

W najbliższym czasie czekają nas albo naświetlania, albo chemia (tyle, że – jak powiedziała Pani Doktor – już znacznie mniej uciążliwa etc.), a najprawdopodobniej – jedno i drugie (to znaczy – najpierw jedno, potem drugie).

Dziś nie mam siły pisać nic więcej. Pamiętajcie o nas, bardzo tego potrzebujemy.

Czerwone i Czarne

Przyszły pocztą ostatnie zamówione podręczniki. Między innymi – do religii dla Pietruszki (piąta klasa). Wyjmuje z paczki, otwieram, przeglądam tematy, kiedy nagle moje czujne, zawodowe tłumacko–redaktorskie oko wyłapuje pewną drobną nieścisłość.

Patrzę z jednej, z drugiej – no jak byk stoi:

„Przejście przez Morze Czarne (…)”

Przyznam, że wizja Mojżesza prowadzącego Izraelitów na słoneczne plaże Bułgarii zwaliła mnie z nóg.

(Dalej w tekście było już poprawnie – ot, głupia pomyłka i nic więcej. Małe, a cieszy. Napisałem do wydawnictwa, żeby nie powtórzyli tego w kolejnych wydaniach…).

I Dalej Czekamy…

No i co? No i nic. Pojechaliśmy, ale skończyło się na zdjęciu szwów, bo wyników jeszcze nie ma. To się zdarza – te dwa tygodnie to termin orientacyjny, który często się o dwa–trzy dni przeciąga.

Z jednej strony – to może i lepiej, bo w poniedziałek za tydzień będzie już nasza Pani Doktor, więc od razu z wynikami pójdziemy do niej.

Tyle, że to oznacza kolejny tydzień nerwówki. Ech…

Żesz Do Cholery, No…

Paskudztwo które miało zejść po antybiotyku – nie zeszło. Ni cholery.

Co oczywiście nic nie musi oznaczać. Ale może. Oczywiście.

Pani Doktor popatrzyła, pooglądała, podumała, poprosiła o konsultację kolegę – chirurga (tego samego, u którego byliśmy na samym początku, rok temu).

Oboje zadecydowali, że „czekanie czy samo zniknie” byłoby zbyt ryzykowne. (– Gdyby nie pani historia choroby, to byśmy spokojnie poczekali jeszcze z miesiąc, i pewnie by zeszło – powiedziała Pani Doktor. – Ale w tej sytuacji nie ma co ryzykować).

Więc od razu do ambulatorium – i jedną taką „grudkę” pan chirurg wyciął (na miejscu, trwało to pięć minut…) żeby ją zbadać mikroskopowo i mieć pewność, o co chodzi. Wyniki badań laboratoryjnych będą za dwa tygodnie (może ciut dłużej). Więc czekają nas dwa tygodnie nerwów…

Jak powiedziała Pani Doktor – to może być „wszystko”, od jakiejś bakterii po stan zapalny w skórze – ale (choć to dość mało prawdopodobne) może też być „wznowa miejscowa”, czyli powrót nieproszonych gości…

Dwa tygodnie. No, cholera jasna, czy nie mogłoby być wreszcie normalnie?…

Mruczanka Zachwycona

Dawno, dawno temu poświęciłem notkę na tym blogu pewnej piosence, na której suchej nitki nie zostawiłem. Notka TUTAJ. Chodziło o super–hiper–mega przebój zespołu Feel z 2007 r. pt. „Jest już ciemno”.

Zdania o tej radosnej TFUrczości nie zmieniam – fanów Feela uprzejmie przepraszam, ale piosenka była badziewiem niezwykłym, tak od strony muzycznej, jak i tekstowej. Tekst bolał mnie szczególnie (zboczenie zawodowe…) – nędzna pseudo–poezja, grafomania potworna.

Piosenka (na szczęście) z grubsza zanikła, w radio jej zbyt często nie puszczali (a jak już puszczali – to przecież radio ma genialny guziczek o nazwie „wyłącznik”, z którego natychmiast korzystałem).

Kilka dni temu jednakowoż usłyszałem ją ponownie. A w zasadzie – zobaczyłem. I chciałbym, żebyście Wy także to zobaczyli. Już wiem, po co powstała ta piosenka – dokładnie po to, aby Ireneusz Krosny mógł nagrać taką oto scenkę…

Fanów zespołu Feel ostrzegam: zastanówcie się dobrze przed obejrzeniem tego nagrania. Jeśli to zrobicie, już nigdy nie będziecie w stanie słuchać „Jest już ciemno” tak, jak dotąd. Zmieni się Wasz sposób postrzegania świata. Czujcie się ostrzeżeni… Resztę zapraszam. To trzeba obejrzeć kilka razy, żeby wypatrzeć wszystkie smaczki w rodzaju „zaufaj” czy „je, je, je”.

 

 

Dobrodziejstwa Bezpłatnej Edukacji

Właśnie za pośrednictwem Internetu zamówiłem dla moich Potworów podręczniki na nowy rok szkolny. Piłka idzie do czwartej klasy, Pietruszka do piątej. Co oznacza, że żadne z nich nie ma już pakietów do edukacji zintegrowanej – obojgu trzeba kupować podręczniki (i ćwiczenia, i atlasy…) do konkretnych przedmiotów.

Na szczęście cztery podręczniki po Pietruszce nadają się dla Piłki. Dzięki temu zapłaciłem jedynie 920 złotych polskich nowych.

A to tylko podręczniki. A jeszcze zeszyty, a ołówki, a kredki się wykredkowały, a piórnik się podarł, a kapcie, a śmapcie….

A za rok Pucek idzie do zerówki. Nosz, kurde…

Nic Nowego, Raczej

Wakacje, wakacje i po wakacjach. No, prawie.

Trochę przejechaliśmy, trochę–śmy widzieli. Najpierw byliśmy w Niemczech, na samym zachodzie (Nadrenia–Palatynat, 30 kilometrów od francuskiej granicy) u Starych Znajomych. Nocowaliśmy co prawda na kempingu, bo Starzy Znajomi niecały rok temu dochowali się piątego potomka, a domek mają niewielki i wszyscy byśmy się nie pomieścili. Ale był czas żeby razem posiedzieć, pogadać o Starych Dobrych Czasach (po polsku, niemiecku i angielsku…) pojeździć razem po okolicy. A okolica tam piękna jest naprawdę…

Potem byliśmy tydzień we Francji – po trzy dni na dwóch kempingach w Lotaryngii. Jakieś jeziora (z pływaniem), jakieś lasy, jakieś stare kościółki i spacerki rano do boulangerie po świeże bagietki na śniadanko… Z miejsc które udało nam się zobaczyć warto wymienić Wogezy – kolejny punkt na mapie Europy otagowany chorągiewką z napisem „Kiedyś trzeba tu przyjechać na dłużej”.

A na drugim kempingu widzieliśmy między innymi ponad 370 balonów na ogrzane powietrze wiszących na raz w powietrzu. Podobno pobito w ten sposób rekord świata. Widok był naprawdę imponujący.

Potem pojechaliśmy jeszcze do Holandii, gdzie puchatkowy Znajomy – naukowiec, fizyk – siedział przez całe lato, bo współpracuje z uniwersytetem w Lejdzie. Lejda jest uroczym miastem. Holandia… No cóż, nie jest to chyba miejsce gdzie chciałbym mieszkać na stałe, ale niewątpliwie jest tam co zwiedzać.

Drogę z Lejdy przez Niemcy do C. na Dolnym Śląsku (łącznie z objazdem pod Zgorzelcem – 950 kilometrów) pokonaliśmy w dziesięć i pół godziny. Z czego łącznie około godziny poświęciliśmy na postoje, co oznacza że średnia szybkość samej jazdy wynosiła 100 kilometrów na godzinę. Takie rzeczy – tylko w Niemczech.

***

A teraz, jak pisałem, jesteśmy już w domku. Dziś byliśmy u Pani Doktor. Generalnie – wszystko OK., ale M. dostała jakiejś (najprawdopodobniej) później reakcji alergicznej na skórze w okolicach miejsc po naświetlaniach, więc dostała leki i prikaz zgłoszenia się za dziesięć dni celem sprawdzenia, czy leki działają. Więc oczywiście się denerwuje – no bo przecież nie ma stuprocentowej pewności, czy te „grudki” to reakcja alergiczna i związany z nią stan zapalny, czy co gorszego; Pani Doktor powiedziała, że to normalne – przez jakiś czas po zakończeniu terapii WSZĘDZIE widzi się objawy wracającego raka. Ale cóż – nerwy są, bo dopóki przepisane leki nie zadziałają, to rzeczywiście stu procent gwarancji nie ma. A jak wiadomo „prawie” robi wielką różnicę, więc 99,5 procent to zupełnie nie to samo co 100… I tak to będzie jeszcze przez parę lat.

Źle się dzieje w państwie duńskim…

Śledzę (w mediach, rzecz prosta) kolejne odcinki telenoweli z ks. Lemańskim i abpem Hoserem w roli głównej. I im więcej wiem, tym bardziej jestem załamany.

Poznałem ks. Wojciecha Lemańskiego w 2001 r., kiedy (prawie) nikt jeszcze o nim nie słyszał. Był to czas najostrzejszych sporów o Jedwabne, a w redakcji w której pracowałem ktoś tam dowiedział się że w Otwocku jest „taki ksiądz, co troszczy się o pamięć o miejscowych Żydach i niegłupio o tym Jedwabnem mówi”. No i wysłali mnie, żebym z nim pogadał.

Tak, to ja byłem pierwszym dziennikarzem (w każdym razie z „dużych” mediów) który z ks. Lemańskim rozmawiał i go „światu pokazał”. Na plebanii w Otwocku–Ługach rozmawialiśmy ponad półtorej godziny. Rozmowa ukazała się w gazecie (na całą kolumnę), a to co mówił ks. Lemański było naprawdę mądre, spokojne, rozsądne i wyważone. Nie wdawał się w dyskusje polityczne, w ogóle nie interesowały go spory „polsko–żydowskie”. Zamiast tego stawiał dwa pytania: „Co ci ludzie (Polacy i Żydzi) wtedy czuli?” i „Co ja bym zrobił na ich miejscu?”. Bardzo mnie to uderzyło – bo też były to w gruncie rzeczy jedyne pytania, na których – moim zdaniem – warto się było w tych sprawach zatrzymywać.

Później przez lata o ks. Lemańskim było coraz głośniej. Najpierw o jego zaangażowaniu w dialog chrześcijańsko–żydowski, później o kolejnych wypowiedziach (czasami ostrych, czasami pewnie nawet zbyt bezpośrednich…) na różne kontrowersyjne tematy. Kwestie pedofilii w Kościele i stosunku do ofiar, kwestia (najogólniej mówiąc) in vitro i sposobu, w jaki w polskim Kościele się o niej mówi…

Ja jestem – jak wiedzą ci, co mnie znają – uważnym czytelnikiem. Uważnie też czytałem wszystkie wypowiedzi ks. Lemańskiego, uważnie wsłuchiwałem się w jego słowa kiedy pojawiał się w telewizji czy w programach radiowych. Oglądałem (co prawda post factum, na YouTube) głośny program w którym u Tomasza Lisa „zderzał się” z Tomaszem Terlikowskim, coraz częściej najwyraźniej cierpiącym zresztą na tzw. „syndrom eksperta” („Ekspert nie myśli, ekspert WIE”).

Faktem jest, że ks. Lemański dyplomatą nie jest. Mówi to co myśli, czasami zbyt bezpośrednio, czasami może zbyt ostro. Mówi czasami za dużo – zdarza się, że mówi rzeczy które niewiele do sprawy wnoszą, a podnoszą napięcie i powodują emocjonalne reakcje. Ale przy tym wszystkim muszę powiedzieć, że nigdy, ani razu nie powiedział nic, co byłoby sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Krytykował pewne formy, absolutnie nie negując treści. I ze sporą częścią tej jego krytyki się zgadzałem. Mnie także nie podobał się ton i forma wypowiedzi biskupów w sprawie in vitro. Mnie także nie odpowiada to, że tak łatwo omija się w Kościele trudne tematy.

I jeszcze jedno: kiedy z nim rozmawiałem, byłem pewien (jeśli na tym świecie czegokolwiek można być pewnym…) że przy wszystkich swoich wadach – braku dyplomacji, porywczości, odruchu walenia prawdą po głowie – jest to człowiek uczciwy i w pełni oddany Kościołowi.

Teraz okazuje się, że jego problemy – poza faktem, że mówił czasami rzeczy niewygodne – mają także inne podłoże. O tym, że za swoje zaangażowanie w dialog z judaizmem ks. Lemański dostawał po głowie, plotki krążyły od dawna – choć Bogiem a prawdą nie wyobrażałem sobie, że mogło to osiągać aż taki poziom. Jeśli to co powiedział o zachowaniu i słowach abpa Hosera jest choć w połowie prawdą (a – mówiąc uczciwie – nie mam cienia powodu, żeby ks. Lemańskiemu nie wierzyć), to jest fatalnie. Fatalnie.

Nie wiem właściwie, co mogę napisać. Jak to możliwe, że po całym pontyfikacie Jana Pawła II, po tym co mówił Benedykt XVI, po jednoznacznych i nie pozostawiających cienia wątpliwości wypowiedziach papieża Franciszka (żeby nie powiedzieć też: „po Vaticanum II i „Nostra aetate”!) w polskim Kościele jest tyle antysemityzmu? Jak to możliwe, że księża i biskupi wychowani przecież już po Soborze (abp Hoser przyjął święcenia w 1974 r.!) kwestionują w ogóle zasadność dialogu międzyreligijnego, zwłaszcza z judaizmem? Czy nie czytali soborowych dokumentów? Czy nie słuchali słów kolejnych papieży? Czy odrzucają to nauczanie?

Czytam właśnie wydaną przez niezawodny „Znak” znakomitą książkę „W niebie i na ziemi” – zapis rozmów kardynała Bergoglio (dziś – papieża Franciszka) i znanego argentyńskiego rabina (zresztą polskiego pochodzenia) Abrahama Skórki. Rozmawiają o wielu sprawach – od osoby samego Boga, poprzez kwestie kryzysu wiary, fanatyzmu religijnego, po takie „dyżurne” sprawy jak homoseksualizm, aborcja, eutanazja etc. Warto przeczytać tę książkę choćby po to, żeby zobaczyć jak można rozmawiać, jak – mimo wszystkich różnic – można ogromną estymą i przyjaźnią darzyć rozmówcę, jak nawet o ludziach żyjących zupełnie „nie tak” można wyrażać się z szacunkiem i troską.

Ale warto także przeczytać ją ze względu na wstęp – także napisany w dwugłosie – w którym rabin Skórka i kardynał Bergoglio piszą o dialogu międzyreligijnym. I o tym, że jest potrzebny. I ważny, wręcz niezbędny.

Warto także przeczytać taki tekst samego ks. Lemańskiego, który stara się wyjaśnić, skąd jego fascynacja (bo to jest fascynacja!) dialogiem z judaizmem. O, tutaj.

Co jest nie tak z polskim Kościołem? Dlaczego tak bardzo odbiegamy od powszechnej wizji z soborowych dokumentów i nauczania papieży? Dlaczego nie potrafimy mówić o trudnych sprawach tak, aby nie ranić i nie niszczyć? Dlaczego dla tak wielu polskich katolików (także kapłanów, biskupów…) „Żyd” to słowo niemal obraźliwe?

Gdzie w tym wszystkim jest Chrystus?

***

P.S. No i oczywiście niezawodny Tomasz Terlikowski musiał (koniecznie) i ten temat skomentować. Przyznał wprawdzie (to i tak sukces) że „pytanie o obrzezanie było naruszeniem obszaru prywatności” czy jakoś tak, ale odrzucił (rzecz prosta) zarzuty o nastawienie antysemickie, tłumacząc że „pytanie o pierwotne wyznanie nie jest niczym niewłaściwym” (nie cytuję dosłownie).

No i powiedzcie mi: czy pan Terlikowski naprawdę nie rozumie, o co chodziło? Czy nie potrafi pytania o obrzezanie umieścić w kontekście tego wszystkiego, co działo się poza tym? Czy rzeczywiście nie widzi, że pytanie o to, czy ks. Lemański nie jest Żydem z pochodzenia, jest w gruncie rzeczy pytaniem o jego uczciwość? No bo jeśli jest Żydem, to zapewne oznacza, że nie reprezentuje dobrze Kościoła w dialogu z judaizmem, że jest agentem „drugiej strony”…

Czy pan Terlikowski naprawdę nie rozumie? Czy syndrom eksperta nie pozwala mu już po prostu zastanowić się na spokojnie nad tą sytuacją?

Czy po prostu rżnie głupa?…

***

P.S. 2 – Właśnie ukazało się oświadczenie kurii warszawski-praskiej, w którym czytamy że takie słowa nigdy nie padły, rozmowa dotyczyła czego innego, abp. Hoser nigdy nie negował potrzeby zaangażowania ks. Lemańskiego w dialog z judaizmem etc. Powoływanie się na to, że „istnieje protokół z tej rozmowy” jest kiepskim argumentem (przecież wiadomo, że coś takiego w protokole by się nie znalazło). Problem polega na tym, że rozmowa (co przyznaje ks. Lemański) odbywała się w cztery oczy. Słowo przeciwko słowu. Nie wiem, w co wierzyć. Naprawdę nie wiem. Smutno mi.