Dobrodziejstwa Bezpłatnej Edukacji

Właśnie za pośrednictwem Internetu zamówiłem dla moich Potworów podręczniki na nowy rok szkolny. Piłka idzie do czwartej klasy, Pietruszka do piątej. Co oznacza, że żadne z nich nie ma już pakietów do edukacji zintegrowanej – obojgu trzeba kupować podręczniki (i ćwiczenia, i atlasy…) do konkretnych przedmiotów.

Na szczęście cztery podręczniki po Pietruszce nadają się dla Piłki. Dzięki temu zapłaciłem jedynie 920 złotych polskich nowych.

A to tylko podręczniki. A jeszcze zeszyty, a ołówki, a kredki się wykredkowały, a piórnik się podarł, a kapcie, a śmapcie….

A za rok Pucek idzie do zerówki. Nosz, kurde…

Nic Nowego, Raczej

Wakacje, wakacje i po wakacjach. No, prawie.

Trochę przejechaliśmy, trochę–śmy widzieli. Najpierw byliśmy w Niemczech, na samym zachodzie (Nadrenia–Palatynat, 30 kilometrów od francuskiej granicy) u Starych Znajomych. Nocowaliśmy co prawda na kempingu, bo Starzy Znajomi niecały rok temu dochowali się piątego potomka, a domek mają niewielki i wszyscy byśmy się nie pomieścili. Ale był czas żeby razem posiedzieć, pogadać o Starych Dobrych Czasach (po polsku, niemiecku i angielsku…) pojeździć razem po okolicy. A okolica tam piękna jest naprawdę…

Potem byliśmy tydzień we Francji – po trzy dni na dwóch kempingach w Lotaryngii. Jakieś jeziora (z pływaniem), jakieś lasy, jakieś stare kościółki i spacerki rano do boulangerie po świeże bagietki na śniadanko… Z miejsc które udało nam się zobaczyć warto wymienić Wogezy – kolejny punkt na mapie Europy otagowany chorągiewką z napisem „Kiedyś trzeba tu przyjechać na dłużej”.

A na drugim kempingu widzieliśmy między innymi ponad 370 balonów na ogrzane powietrze wiszących na raz w powietrzu. Podobno pobito w ten sposób rekord świata. Widok był naprawdę imponujący.

Potem pojechaliśmy jeszcze do Holandii, gdzie puchatkowy Znajomy – naukowiec, fizyk – siedział przez całe lato, bo współpracuje z uniwersytetem w Lejdzie. Lejda jest uroczym miastem. Holandia… No cóż, nie jest to chyba miejsce gdzie chciałbym mieszkać na stałe, ale niewątpliwie jest tam co zwiedzać.

Drogę z Lejdy przez Niemcy do C. na Dolnym Śląsku (łącznie z objazdem pod Zgorzelcem – 950 kilometrów) pokonaliśmy w dziesięć i pół godziny. Z czego łącznie około godziny poświęciliśmy na postoje, co oznacza że średnia szybkość samej jazdy wynosiła 100 kilometrów na godzinę. Takie rzeczy – tylko w Niemczech.

***

A teraz, jak pisałem, jesteśmy już w domku. Dziś byliśmy u Pani Doktor. Generalnie – wszystko OK., ale M. dostała jakiejś (najprawdopodobniej) później reakcji alergicznej na skórze w okolicach miejsc po naświetlaniach, więc dostała leki i prikaz zgłoszenia się za dziesięć dni celem sprawdzenia, czy leki działają. Więc oczywiście się denerwuje – no bo przecież nie ma stuprocentowej pewności, czy te „grudki” to reakcja alergiczna i związany z nią stan zapalny, czy co gorszego; Pani Doktor powiedziała, że to normalne – przez jakiś czas po zakończeniu terapii WSZĘDZIE widzi się objawy wracającego raka. Ale cóż – nerwy są, bo dopóki przepisane leki nie zadziałają, to rzeczywiście stu procent gwarancji nie ma. A jak wiadomo „prawie” robi wielką różnicę, więc 99,5 procent to zupełnie nie to samo co 100… I tak to będzie jeszcze przez parę lat.

Źle się dzieje w państwie duńskim…

Śledzę (w mediach, rzecz prosta) kolejne odcinki telenoweli z ks. Lemańskim i abpem Hoserem w roli głównej. I im więcej wiem, tym bardziej jestem załamany.

Poznałem ks. Wojciecha Lemańskiego w 2001 r., kiedy (prawie) nikt jeszcze o nim nie słyszał. Był to czas najostrzejszych sporów o Jedwabne, a w redakcji w której pracowałem ktoś tam dowiedział się że w Otwocku jest „taki ksiądz, co troszczy się o pamięć o miejscowych Żydach i niegłupio o tym Jedwabnem mówi”. No i wysłali mnie, żebym z nim pogadał.

Tak, to ja byłem pierwszym dziennikarzem (w każdym razie z „dużych” mediów) który z ks. Lemańskim rozmawiał i go „światu pokazał”. Na plebanii w Otwocku–Ługach rozmawialiśmy ponad półtorej godziny. Rozmowa ukazała się w gazecie (na całą kolumnę), a to co mówił ks. Lemański było naprawdę mądre, spokojne, rozsądne i wyważone. Nie wdawał się w dyskusje polityczne, w ogóle nie interesowały go spory „polsko–żydowskie”. Zamiast tego stawiał dwa pytania: „Co ci ludzie (Polacy i Żydzi) wtedy czuli?” i „Co ja bym zrobił na ich miejscu?”. Bardzo mnie to uderzyło – bo też były to w gruncie rzeczy jedyne pytania, na których – moim zdaniem – warto się było w tych sprawach zatrzymywać.

Później przez lata o ks. Lemańskim było coraz głośniej. Najpierw o jego zaangażowaniu w dialog chrześcijańsko–żydowski, później o kolejnych wypowiedziach (czasami ostrych, czasami pewnie nawet zbyt bezpośrednich…) na różne kontrowersyjne tematy. Kwestie pedofilii w Kościele i stosunku do ofiar, kwestia (najogólniej mówiąc) in vitro i sposobu, w jaki w polskim Kościele się o niej mówi…

Ja jestem – jak wiedzą ci, co mnie znają – uważnym czytelnikiem. Uważnie też czytałem wszystkie wypowiedzi ks. Lemańskiego, uważnie wsłuchiwałem się w jego słowa kiedy pojawiał się w telewizji czy w programach radiowych. Oglądałem (co prawda post factum, na YouTube) głośny program w którym u Tomasza Lisa „zderzał się” z Tomaszem Terlikowskim, coraz częściej najwyraźniej cierpiącym zresztą na tzw. „syndrom eksperta” („Ekspert nie myśli, ekspert WIE”).

Faktem jest, że ks. Lemański dyplomatą nie jest. Mówi to co myśli, czasami zbyt bezpośrednio, czasami może zbyt ostro. Mówi czasami za dużo – zdarza się, że mówi rzeczy które niewiele do sprawy wnoszą, a podnoszą napięcie i powodują emocjonalne reakcje. Ale przy tym wszystkim muszę powiedzieć, że nigdy, ani razu nie powiedział nic, co byłoby sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Krytykował pewne formy, absolutnie nie negując treści. I ze sporą częścią tej jego krytyki się zgadzałem. Mnie także nie podobał się ton i forma wypowiedzi biskupów w sprawie in vitro. Mnie także nie odpowiada to, że tak łatwo omija się w Kościele trudne tematy.

I jeszcze jedno: kiedy z nim rozmawiałem, byłem pewien (jeśli na tym świecie czegokolwiek można być pewnym…) że przy wszystkich swoich wadach – braku dyplomacji, porywczości, odruchu walenia prawdą po głowie – jest to człowiek uczciwy i w pełni oddany Kościołowi.

Teraz okazuje się, że jego problemy – poza faktem, że mówił czasami rzeczy niewygodne – mają także inne podłoże. O tym, że za swoje zaangażowanie w dialog z judaizmem ks. Lemański dostawał po głowie, plotki krążyły od dawna – choć Bogiem a prawdą nie wyobrażałem sobie, że mogło to osiągać aż taki poziom. Jeśli to co powiedział o zachowaniu i słowach abpa Hosera jest choć w połowie prawdą (a – mówiąc uczciwie – nie mam cienia powodu, żeby ks. Lemańskiemu nie wierzyć), to jest fatalnie. Fatalnie.

Nie wiem właściwie, co mogę napisać. Jak to możliwe, że po całym pontyfikacie Jana Pawła II, po tym co mówił Benedykt XVI, po jednoznacznych i nie pozostawiających cienia wątpliwości wypowiedziach papieża Franciszka (żeby nie powiedzieć też: „po Vaticanum II i „Nostra aetate”!) w polskim Kościele jest tyle antysemityzmu? Jak to możliwe, że księża i biskupi wychowani przecież już po Soborze (abp Hoser przyjął święcenia w 1974 r.!) kwestionują w ogóle zasadność dialogu międzyreligijnego, zwłaszcza z judaizmem? Czy nie czytali soborowych dokumentów? Czy nie słuchali słów kolejnych papieży? Czy odrzucają to nauczanie?

Czytam właśnie wydaną przez niezawodny „Znak” znakomitą książkę „W niebie i na ziemi” – zapis rozmów kardynała Bergoglio (dziś – papieża Franciszka) i znanego argentyńskiego rabina (zresztą polskiego pochodzenia) Abrahama Skórki. Rozmawiają o wielu sprawach – od osoby samego Boga, poprzez kwestie kryzysu wiary, fanatyzmu religijnego, po takie „dyżurne” sprawy jak homoseksualizm, aborcja, eutanazja etc. Warto przeczytać tę książkę choćby po to, żeby zobaczyć jak można rozmawiać, jak – mimo wszystkich różnic – można ogromną estymą i przyjaźnią darzyć rozmówcę, jak nawet o ludziach żyjących zupełnie „nie tak” można wyrażać się z szacunkiem i troską.

Ale warto także przeczytać ją ze względu na wstęp – także napisany w dwugłosie – w którym rabin Skórka i kardynał Bergoglio piszą o dialogu międzyreligijnym. I o tym, że jest potrzebny. I ważny, wręcz niezbędny.

Warto także przeczytać taki tekst samego ks. Lemańskiego, który stara się wyjaśnić, skąd jego fascynacja (bo to jest fascynacja!) dialogiem z judaizmem. O, tutaj.

Co jest nie tak z polskim Kościołem? Dlaczego tak bardzo odbiegamy od powszechnej wizji z soborowych dokumentów i nauczania papieży? Dlaczego nie potrafimy mówić o trudnych sprawach tak, aby nie ranić i nie niszczyć? Dlaczego dla tak wielu polskich katolików (także kapłanów, biskupów…) „Żyd” to słowo niemal obraźliwe?

Gdzie w tym wszystkim jest Chrystus?

***

P.S. No i oczywiście niezawodny Tomasz Terlikowski musiał (koniecznie) i ten temat skomentować. Przyznał wprawdzie (to i tak sukces) że „pytanie o obrzezanie było naruszeniem obszaru prywatności” czy jakoś tak, ale odrzucił (rzecz prosta) zarzuty o nastawienie antysemickie, tłumacząc że „pytanie o pierwotne wyznanie nie jest niczym niewłaściwym” (nie cytuję dosłownie).

No i powiedzcie mi: czy pan Terlikowski naprawdę nie rozumie, o co chodziło? Czy nie potrafi pytania o obrzezanie umieścić w kontekście tego wszystkiego, co działo się poza tym? Czy rzeczywiście nie widzi, że pytanie o to, czy ks. Lemański nie jest Żydem z pochodzenia, jest w gruncie rzeczy pytaniem o jego uczciwość? No bo jeśli jest Żydem, to zapewne oznacza, że nie reprezentuje dobrze Kościoła w dialogu z judaizmem, że jest agentem „drugiej strony”…

Czy pan Terlikowski naprawdę nie rozumie? Czy syndrom eksperta nie pozwala mu już po prostu zastanowić się na spokojnie nad tą sytuacją?

Czy po prostu rżnie głupa?…

***

P.S. 2 – Właśnie ukazało się oświadczenie kurii warszawski-praskiej, w którym czytamy że takie słowa nigdy nie padły, rozmowa dotyczyła czego innego, abp. Hoser nigdy nie negował potrzeby zaangażowania ks. Lemańskiego w dialog z judaizmem etc. Powoływanie się na to, że „istnieje protokół z tej rozmowy” jest kiepskim argumentem (przecież wiadomo, że coś takiego w protokole by się nie znalazło). Problem polega na tym, że rozmowa (co przyznaje ks. Lemański) odbywała się w cztery oczy. Słowo przeciwko słowu. Nie wiem, w co wierzyć. Naprawdę nie wiem. Smutno mi.

Wreszcie Wielkie W.

Wakacje się zaczęły. Zmęczenie spływa ze mnie powoli, ale skutecznie. Czasami muszę się przełamywać, żeby się za cokolwiek zabrać – ciągle czuję się niewyspany, choć gdyby spojrzeć na zegarek, to śpimy całkiem sporo. Może po tym roku potrzebuję uczciwego odespania?

Potwory starsze były dziewięć dni poza domem, na wyjeździe z tą samą grupą co w ubiegłym roku. Jedno dziecko w domu zamiast trójki… Muszę przyznać, że to także miało swój urok. Czasem nawet udawało mi się dojść do głosu i (niesamowite!) dokończyć rozpoczęte zdanie. Choć Pucek robił co mógł, żeby nadrabiać za rodzeństwo. A starszaki dziś wieczorem wracają. Życie jest ciężkie…

My byliśmy cztery dni na Suwalszczyźnie. Piękne tereny… Lasy, jeziora, cisza – całkiem jak Mazury, tylko bez tłumów turystów. Trzeba by się tam kiedyś wybrać na dłużej.

Książka do tłumaczenia wreszcie dotarła. Tylko nie ta. Okazało się, że tamta była… po niemiecku. Ale to i lepiej, bo ta jest zakwalifikowana jako „trudniejsza”, co oznacza że nieco więcej za nią płacą. A de facto trudniejsza nie jest – bo to kolejne dzieło o podobnej tematyce, więc całe słownictwo mam już nieźle opracowane.

Za jakiś tydzień odwożę M. z potworami na Drugi Koniec Polski, a sam wracam do domu na parę dni popracować. A potem do nich dołączam – i jedziemy na wyprawę.

Trochę muzyki się zebrało, trochę książek do wymienienia w tym miejscu – ale to już nie teraz. Na razie kończę, bo… spać mi się chce.

Przedwakacyjnie

Poziom zmęczenia (ale także zakręcenia spowodowanego zbliżającym się końcem roku szkolnego) sprawia, że nie jestem w stanie rejestrować wydarzeń na bieżąco. Zatem krótka retrospektywa (i perspektywa też).

*

W ubiegłą środę – poza tym, że urodziny obchodził Garfield… – mieliśmy rocznicę ślubu. Czternastą. Nie do wiary, jak ten czas leci.

*

W niedzielę – Podkowa Leśna, koncert Filharmonii Dziecięcej, w której dwudziestka dzieciaków w wieku Pucka (mniej więcej) grała na tysiącu sprzętów – od metalofonów po różne „pukadełka” i „piszczki”. Kapitalna sprawa.

*

Potwory Starsze przyniosły ze szkoły oceny na koniec roku. Dobrze, że w przy wszystkich tegorocznych trudnościach przynajmniej z tym nie ma problemu… Piłka – prawie same szóstki, najwyższa średnia w klasie, nie mówiąc o tym że dyplomy za udział we wszystkich chyba konkursach i wydarzeniach, jakie w tym roku w szkole były. Pietruszka – średnia 5,25 (!), dla odmiany też najwyższa w klasie, „biało–czerwony pasek” i takie tam różne.

– Ja w życiu nie miałem świadectwa z paskiem – poskarżył się Puchatek. – Nigdy!

– A ja zawsze – powiedziała M. skromnie jak zwykle.

No i wszystko jasne.

*

W piątek oficjalne zakończenie roku. Weekend akurat wystarczy na pakowanie. A w następny poniedziałek rano (okropnie rano…) Potwory starsze jadą na obóz z Dziećmi Bożymi, w Tatry, na całe dziewięć dni. A Puchatki z Puckiem – na cztery dni w dokładnie przeciwnym kierunku, prawie pod Litewską granicę.

*

Książka nadal nie dotarła, Kocia Twarz. Pewnie będzie w tym tygodniu – ale to niestety oznacza, że przed wyjazdem na „główne” wakacje na pewno jej nie skończę. Na szczęście wydawnictwo nie ma żadnych zastrzeżeń do płacenia na raty (oddajesz ćwierć tekstu, płacą ci za ćwierć tekstu…).

Urodziny, koncerty, wakacje…

Rok szkolny dobiega końca (choć czasami mam wrażenie, że raczej się do tego końca dowleka…). Zmęczenie wyłazi wszystkimi kanałami – gdyby nie świadomość, że wakacje tuż tuż, nie wiem, co bym zrobił.

Dzieje się dużo. To „dużo” to w znakomitej większości wydarzenia bardzo pozytywne – co nie zmienia faktu, że poziom zmęczenia znacząco utrudnia cieszenie się nimi.

***

Pierwszego czerwca Pucek skończył pięć lat. Pięć lat! Kiedy to minęło? Na urodzinach zjawiła się banda pięciolatków (wielce niesprawiedliwie określana w Puchatkowie mianem najazdu Hunów), która pożarła wszystko, co było do pożarcia, zdemolowała co było do zdemolowania (ścian na szczęście nie naruszając) i poszła, pozostawiając po sobie ruiny i zgliszcza, a także stosik prezentów i laurek. Rycerska zbrojownia Pucka powiększyła się o kolejne kilka mieczy, jego drużyna – o kilku kolejnych rycerzy (plastikowych). Sprzątanie trwało długo, ale trzeba przyznać że dziecię było szczęśliwe.

***

Piłka przez cały ten rok brała udział w warsztatach tanecznych w „Mazowszu” (główna siedziba zespołu – tak zwany Matecznik – mieści się niedaleko G.). Wiem, że większości z Was „Mazowsze” kojarzy się przede wszystkim z tańcami ludowymi – ale coroczne warsztaty „Roztańczeni z Mazowszem” to znacznie szersze zjawisko. Co roku tworzy się łącznie kilkanaście grup – najmłodsi uczestnicy mają po pięć–sześć lat, najstarsi tworzą grupę emerytów. Do wyboru są najróżniejsze formy taneczne: jest oczywiście taniec ludowy, ale także balet, taniec współczesny i nowoczesny (mimo szczegółowych tłumaczeń mojej córki nadal nie jestem w stanie wskazać istotnych różnic…), hip–hop, jazz i tak dalej. A w czerwcu wszystkie te grupy biorą udział w koncercie finałowym, gdzie prezentują efektu rocznej pracy.

A efekty są naprawdę imponujące! Kiedy pięciolatki tańczą krakowiaka, to można się uśmiechnąć i bić brawo – ale kiedy dziesięcio– czy dwunastoletnie dzieciaki prezentują kapitalny, kilkuminutowy układ taneczny w konwencji musicalowej – ze świetną muzyką, światłami, ubrane w jednakowe stroje i pełne dziecięcej radości tańca – to publiczność siedzi jak zaczarowana.

Patrzyłem na Piłkę – wciągnęło ją to. I nie mówię tylko o samym tańcu, ale o całości „zjawiska”. Praca w grupie z instruktorką, atmosfera za kulisami, scena, światła rampy… Jest w tym wszystkim jakaś magia. A kiedy po setce prób (na których entuzjazm zmagał się ze zmęczeniem) grupa odtańczyła swoje pięć minut na scenie i dostała huraganowe brawa, połowa tych dziewczynek miała łzy w oczach. Takie doświadczenie i emocje pozostają na całe życie: człowiek już wie, że jest w stanie wyjść na scenę i zaczarować publiczność. To daje siłę.

Jutro – pojutrze pokażę Wam parę zdjęć.

Pracowo i Nie

Codzienność, codzienność, codzienność. Dzieci do szkoły, dzieci ze szkoły, do sklepu, ze sklepu, do…, z…. Na razie, chwała Bogu, nie ma przynajmniej „do szpitala, ze szpitala”.

Mam tak strasznie dosyć tego roku szkolnego. Zmęczenia, znużenia tym wszystkim co było. Potrzebuję wakacji.

Ale kiedy się te wakacje zaczną? Ba. Jedną książkę oddałem – czekam na konkretną sumę, która pojawi się na koncie (miejmy nadzieję) pod koniec czerwca i (w połączeniu ze zwrotem podatkowym) pozwoli nam spokojnie przeżyć okres wakacyjny (łącznie z wyjazdami etc.). A teraz czekam na kolejną książkę, która trochę się przesuwa, bo nie dojechała jeszcze od brytyjskiego wydawcy (tak fizycznie: nie mogę jej tłumaczyć, bo jej nie ma). Teoretycznie – nie muszę się tym martwić, skoro do końca sierpnia mamy za co żyć.

W praktyce jednak nie jest to takie proste: żeby pod koniec sierpnia wpłynęły kolejne pieniądze (czyli żeby było za co żyć także po wakacjach) powinienem skończyć tę książkę przed wyjazdem na wakacje. Jeśli książka pojawi się do końca maja – to sądzę, że półtora miesiąca powinno wystarczyć. Ale jak się bardziej opóźni?… To będzie kiepsko. Bo wtedy będę miał do wyboru: albo sporo opóźnić wyjazd wakacyjny (czego jednak wolałbym uniknąć), albo kończyć książkę po wakacjach, czyli w drugiej połowie sierpnia (co z kolei oznaczałoby, że pieniądze za nią będą odpowiednio później). Tak źle i tak niedobrze…

Zwłaszcza, że Duży Portal jako źródło dochodów w zasadzie przestał funkcjonować – jeszcze za kwiecień dostałem od nich kilkaset złotych, ale w maju (na razie) przysłali mi jeden tekst. Czyli w zasadzie nie ma o czym mówić. Łącznie – nie robi mi to różnicy, bo jak mniej czasu poświęcam na Portal, to szybciej robię książki, więc finansowo wychodzi na to samo. Tyle, że za książkę pieniądze przychodzą w jakieś półtora miesiąca po skończeniu pracy, czyli trzeba na nie poczekać – a czasami przydałby się jakiś choćby niewielki zastrzyk pieniędzy na które czeka się nie dłużej niż dwa tygodnie.

Ot, takie uroki „wolnego zawodu”.

No, to sobie pomarudziłem.

…And Life Goes On

No dobrze. Trochę już po wczorajszym dniu ochłonąłem, choć głowa boli mnie dalej. Bo wczoraj – poza oczywistymi emocjami związanymi z wizytą u Pani Doktor – mieliśmy jeszcze różne przygody komunikacyjne… Ale o tym następnym razem.

Jakieś podsumowanie tego, co (na razie) za nami?

Jest połowa maja. „Coś” wykryliśmy w połowie sierpnia ubiegłego roku. Koniec sierpnia i wrzesień to były badania i diagnostyka. W końcu września trafiliśmy do Pani Doktor. Od października do stycznia – chemioterapia. W lutym operacja. W kwietniu – radioterapia.

Dziewięć miesięcy. Prawie cały rok szkolny podporządkowany reżimowi medycznemu. Rok wyjęty z życiorysu. Dużo się w tym czasie działo, wiele spraw, wiele wydarzeń, wiele rzeczy skądinąd dobrych, radosnych, pozytywnych… Ale temat dominujący był jeden.

A teraz (na razie) ma się to zmienić… To duża ulga, mimo wszystko. Ale też kiedy trochę opada napięcie, człowiek zaczyna odczuwać jak bardzo jest zmęczony. Obniżył mi się (przejściowo, miejmy nadzieję) próg reakcji nerwowych. Łatwiej się irytuję, łatwiej dopada mnie „smuga cienia”, łatwiej wpadam w jakieś smutki i przygnębienia. Łatwiej i szybciej męczą mnie inni ludzie, także własne dzieci. Łatwiej ulegam złym myślom. Łatwiej poddaję się słabościom.

Nie lubię siebie takiego. Mam nadzieję, że z czasem wszystko trochę wróci do normy.

***

Jednym z ubocznych efektów całej historii jest fakt, że będzie trzeba zmienić plany wakacyjne („plany” to w ogóle za duże słowo – do niedawna w ogóle baliśmy się jakieś „plany” czynić…). Ponieważ M. wolałaby na razie uniknąć zbyt długich podróży samochodowych, myśleliśmy o wyprawie na Bornholm. Ale nic z tego: Pani Doktor zasugerowała, że przez rok po zakończeniu terapii nie powinno się narażać na „ostre zmiany klimatyczne” – czyli w wypadku mieszkańców Mazowsza wyprawy nad morze czy w wysokie góry są raczej niewskazane. Nic to – może uda się pojechać na kilka dni do znajomych w Niemczech, a od nich – nad jakieś jeziora, w jakieś lasy… Coś się wymyśli. Szkoda, bo M. uwielbia morze.

***

Co przed nami? To się okaże. Lęk zostaje. Choćby gdzieś głęboko, choćby gdzieś pod powierzchnią świadomości… Znam osoby, które przeszły przez walkę z rakiem: choć są bardzo różne, wszystkie twierdzą że wizyty „kontrolne” co miesiąc (albo co trzy miesiące, w zależności od sytuacji) za każdym razem kosztują mnóstwo nerwów. No bo – co wyjdzie? Co pokażą badania?

Z drugiej strony – mam takie głębokie przekonanie (absolutnie nie mające racjonalnych podstaw…) że jednak będzie dobrze.