Politycznie (…Ale Czy Na Pewno?)

Taka refleksja mnie naszła (że pozwolę sobie zacytować polityków biorących udział w programach publicystycznych).

Jeśli powiem, że w Polsce  scena polityczna jest „silnie spolaryzowana”, to będzie banał. Nie ma u nas prawdziwego dialogu politycznego, nie ma uczciwej (choćby ostrej) dyskusji. Jest wyłącznie walenie się cepem po głowach – z obu stron, żeby nie było…

Patrzę sobie na Stany Zjednoczone – tam jednak zwolennicy Republikanów i Demokratów dyskutują. Spierają się, wbijają sobie szpile, prawią złośliwości, bezlitośnie punktują wpadki przeciwnika – ale też dyskutują. Dyskutują eksperci, spierają się think-tanki, nawet politycy i przywódcy potrafią ze sobą dyskutować – czasami bardzo ostro, ale wciąż jeszcze merytorycznie. A przecież, nie oszukujmy się, różnice dzielące Republikanów i Demokratów są znacznie (znacznie!) większe niż te, które u nas dzielą na przykład PO i PiS.

A u nas? Weźmy choćby głośną kwestię obchodzenia 11. listopada czy niedawną „dyskusję” na temat związków partnerskich. Może jakieś echa rzeczowej dyskusji pojawiły się w tygodnikach opinii (ale też bez przesady). A poza tym? Nie ma dyskusji, nie ma jakiegokolwiek dialogu. Bo przecież wiadomo, że jak do studia zaprosi się z jednej strony panią Szczukę, a z drugiej pana Terlikowskiego, to żadnej dyskusji nie będzie – będzie pyskówa i awantura. Albo jeśli przy jednym stole w studiu telewizyjnym usiądą poseł Biedroń i Janusz Korwin-Mikke, to o jakiej dyskusji można mówić? To tak, jakby wypuścić na tor wyścigowy dwa wkurzone pitbulle i oczekiwać, że będą się ścigać. Nie będą – rzucą się sobie do gardeł. I coraz częściej mam wrażenie, że tylko o to chodzi: bo gdyby ktoś chciał dyskusji, zaprosiłby zupełnie innych dyskutantów. Bo na torze ścigają się greyhoundy, a nie pitbulle, że tak twórczo rozwinę wcześniejsze porównanie…

Nasza scena polityczna przypomina dwa plemiona ludożerców w stanie totalnej wojny. Tego tematu nie rozwijam, bo jak jest – każdy widzi i kilometry papieru już na ten temat zapisano.

Ale w czasie takiej totalnej wojny najgorzej mają ci, co z żadnym z plemion nie czują się mocniej związani. W wojnie totalnej nie da się być neutralnym – bo obie strony uznają cię za wroga.

Zdarza mi się brać udział w dyskusjach na forach internetowych (tak, wiem, to błąd – tysiąc razy obiecywałem sobie, że to ostatni raz, ale wciąż zdarza się, że się nie mogę powstrzymać i coś skomentuję). Z zasady nikogo nie obrażam (choć bywam nieco złośliwy…) , staram się rzeczowo argumentować, być racjonalnym, uzasadniać swoje opinie. I co? I niestety, jako osoba o poglądach centrowych dostaję po głowie… z obu stron.

Kiedy sprzeciwiam się nacjonalizmowi, brzydzę się antysemityzmem i rasizmem, uważam że każdy człowiek ma prawo do szacunku niezależnie od swojego pochodzenia / wyznania / stanu zdrowia / poglądów etc. – natychmiast znajdzie się jakiś idiota, który nawymyśla mi od lewaków.

Kiedy piszę że jestem przeciwny liberalizacji aborcji i nie przemawia do mnie idea legalizacji związków jednopłciowych, albo że zabieranie ludziom ich własności poza sytuacjami ekstremalnymi jest złodziejstwem – natychmiast znajduje się inny idiota, który wyzywa mnie od faszystów albo (w najlepszym razie) od „korwinistów”.

Nie podoba mi się agresja kiboli, nie akceptuję wyrażania patriotyzmu przez poniżanie innych nacji, wytykam nieścisłości i brak logiki w kolejnych jedynie słusznych tezach na temat „zamachu w Smoleńsku” – więc natychmiast staję się lemingiem, POpaprańcem, pieskiem Tuska i Putina, zdrajcą Ojczyzny.

Ale kiedy w chwilę później protestuję przeciwko nazywaniu każdego księdza pedofilem, mówię że pornografia to poniżanie ludzkiej godności, nie podoba mi się że wieloletni członek PZPR nazywa Kościół „okupantem” – pstryk! I już jestem PiSdzielcem, moherem, ciemnym bucem z głębokiego średniowiecza.

A im mniej „dyskutanci” mają argumentów, tym grubsze padają obelgi i inwektywy.

I wszyscy mi wmawiają, że „albo-albo”. Że albo muszę poprzeć jednych – albo drugich. Że nie mogę być Polakiem, patriotą (i katolikiem) nie wierząc w zamach w Smoleńsku i nie maszerując w Marszu Niepodległości u boku oenerowców i wszechpolaków, sprzeciwiając się lewactwu. Że nie mogę być człowiekiem otwartym i światłym, jeśli nie uznaję aborcji za podstawowe prawo człowieka, nie krytykuję Kościoła i nie idę w kontrmanifestacji blokującej faszystów. 

A ja – wybaczcie – mam im wszystkim ochotę zacytować wieszcza (tak, wiem to brutalne – ale kurczę, jakże celne…). Bo to nieprawda: nie muszę. Nie muszę być ani po jednej stronie, ani po drugiej. I to że nie jestem po jednej, naprawdę nie znaczy, że automatycznie jestem po drugiej.

No, to sobie pogadałem. Dobrze, że mój sweet blogasek nie należy do ekstremalnie popularnych, bo pewnie zaraz w komentarzach można by zobaczyć bolesne potwierdzenie tego, com wyżej napisał…

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s