Mruczanka Po Koncercie (Jednak!) 

Jak niektórzy wiedzą (…) jeszcze w czerwcu dostałem w prezencie (przed)urodzinowym bilety na koncert – ten sam, o którym pisałem TUTAJ.

Wszystko było zaplanowane, trasy wakacyjne ustawione tak, żeby 29 lipca dotrzeć do Szczecina, przenocować Potwory u znajomych i pójść na koncert.

Niestety, jak wiadomo, wszystkie plany wakacyjne wzięły w łeb z powodów medycznych. Wakacje poszły się okopać – o ile Potwory gdzieś tam jeżdżą, o tyle my siedzimy kołkiem w domu, a wypuszczenie się gdziekolwiek dalej niż do Warszawy na kolejną chemię nie wchodzi w grę. Pogodziliśmy się z tym, że koncert szlag trafił (zresztą, Bogiem a prawdą, to akurat było najmniejsze zmartwienie).

Jakieś półtora tygodnia temu M. powiedziała nagle:

– Słuchaj, ale właściwie dlaczego ty masz na ten koncert nie pojechać? Ja nie pojadę, ale jak ty pojedziesz na jeden dzień, to mnie się przecież w tym czasie nie pogorszy… Jedź, przecież to twój prezent urodzinowy…

W pierwszej chwili zaprotestowałem. Jak mam jechać, sam? A co to za przyjemność? Poza tym Szczecin jest na drugim końcu świata, koncert we wtorek, a w środę rano musimy być na chemii… Odpada.

Ale M. namawiała. Bijąc się z myślami sięgnąłem do Google Maps, żeby zobaczyć, ile właściwie jedzie się z G. do Szczecina – i stwierdziłem ze zdumieniem, że… cztery i pół godziny. Bo autostrada A2 jakieś 100 kilometrów za Poznaniem krzyżuje się z ekspresówką S3 do samego Szczecina. Hmmm…

W dwa dni powstał plan Akcji Koncert. Zwerbowałem kolegę z prawem jazdy (w końcu bilety były dwa, a przy kierownicy warto się zmieniać). Wyjazd z G. koło jedenastej. Bez pośpiechu, z postojami – koło piątej po południu w Szczecinie. Odpocząć, zjeść coś – i na ósmą na koncert. Koncert skończy się pewnie koło dziesiątej – więc przy odrobinie szczęścia i zmieniając się za kółkiem o trzeciej w nocy można być z powrotem w domu. Przespać się do siódmej – i do Warszawy na chemię. Trochę wariactwo, ale wykonalne.

Jak postanowili, tak zrobili. Co prawda koncert skończył się o wpół do jedenastej, a zanim ruszyliśmy z powrotem była jedenasta, dwa postoje trzeba było zrobić – więc w domu byłem dwadzieścia po czwartej… Ale co tam.

Podsumowując: koncert trwał dwie i pół godziny. Żeby na nim być, przejechałem tysiąc sto kilometrów i spędziłem ponad jedenaście godzin w samochodzie. Jak za studenckich czasów…

No i powiedzcie, czy ja jestem normalny?…

Ale, Kocia Twarz, było warto! Było warto, powiadam Wam!

O samym koncercie napiszę parę słów, ale już nie dziś. A na razie:

 

Piknik pod Wiszącą Skałą…

Dziś mija tydzień, jak M. wyszła ze szpitala. Pierwsze dwa dni były upiorne: była tak słaba, że przejście z fotela do łóżka było dużym wyzwaniem. Ale kiedy w środę pojechaliśmy na chemię (– Płuca i tak trzeba przetrzepać – powiedziała Pani Doktor filozoficznie), to wyniki krwi okazały się być absolutnie w normie. Skąd więc takie osłabienie?

– Po naświetlaniach głowy to zupełnie normalne – powiedziała Pani Doktor. – Będzie się pani tak czuła jeszcze najmarniej tydzień… – dodała.

Po środowej chemii M. była tak wykończona, że po powrocie do domu padła na łóżko i zasnęła. Obudziłem ją (co nie było proste…) koło dziesiątej wieczorem. Umyła się, zjadła, wzięła leki i poszła spać.

Ale potem już co dzień było trochę lepiej. W niedzielę zdołaliśmy nawet pojechać do parku w G., gdzie Piłka i Pucek turlali się po placu zabaw, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy walców i polek Straussów (co niedzielę przez całe wakacje w parku są koncerty…).

Piłka wróciła znad morza, opalona i szczęśliwa. Ma tydzień w domu, w sobotę rusza na Wielką Wyprawę do Francji z naszymi Znajomymi. Na dwa tygodnie. S_a_m_o_l_o_t_e_m ! Pierwszy raz w życiu. Poziom ekscytacji niebezpiecznie rośnie…

Pietruszka z kolei pojechał nad morze z innymi Znajomymi. Są jakieś chłopaki, grają w piłkę, z rozmów telefonicznych wynika, że jest zadowolony.

Pucek siedzi w domu… No, uczciwie mówiąc siedzi głównie w domach Rozlicznych Narzeczonych i Kolegów.

I tak się te wakacje turlają.

***

Co dalej?

Nie wiemy. Coś więcej będziemy wiedzieli za jakieś półtora miesiąca. Gdzieś tam, choćby na poziomie podświadomym, lęk towarzyszy nam nieustannie.

Hello darkness, my old friend,

I’ve come to talk with you again,

Because a vision softly creeping,

Left its seeds while I was sleeping,

And the vision that was planted in my brain

Still remains

Within the sound of silence.

Między Medycyną a Życiem

W piątek do pokoju M. doszła jeszcze jedna pacjentka. W podobnym wieku. Rak mózgu – ale sprawa świeża, dopiero co złapana. Dziewczyna roztrzęsiona, przerażona (czemu dziwić się trudno). Do szpitala przyjechała z nią matka – pani w wieku balzakowskim, pełna dobrej woli, ale… Jakby to rzec… Bardzo prosta. Czy wręcz niebezpiecznie zbliżająca się do tej subtelnej granicy między prostotą a prostactwem.

Kiedy wszedłem w piątek do M., od wejścia zaczęła mnie pouczać, że „powinienem żonę bardziej rozruszać, bo to nie można tak siedzieć i siedzieć, co tam osłabienie, chodzić trzeba, bo to zdrowo, bo jak ona była po operacji woreczka (!), to już następnego dnia wstawała i chodziła!”. Na końcu języka miałem propozycję, żeby poszła się ponaświetlać, a potem pogadamy – ale odpuściłem, bo po co język strzępić. Obróciłem sprawę w żart, po czym zacząłem rozmawiać z M., która – jak to ona – specjalnie na mamuśkę uwagi nie zwracała.

Kilka chwil później wychodziliśmy z pokoju. Nowa współlokatorka M. siedziała na łóżku, świeżo po rozmowie z lekarzem, i chlipała po cichu. Mamuśka natychmiast zaczęła ją strofować (w najlepszej wierze, rzecz prosta). Że „nie ma co płakać, trzeba się wziąć w garść, co to pomoże ryczeć, no, uszy do góry…” – i tak dalej.

I wtedy M. – choć słaba i mało rozmowna – zawróciła na pięcie. Podeszła do dziewczyny (kompletnie ignorując mamuśkę), położyła jej rękę na ramieniu i powiedziała:

– Niech pani płacze. Niech się pani nie boi ani nie wstydzi płakać. Czasami trzeba się wypłakać, czasami to naprawdę pomaga!

…I wyszła. Mamuśka została w pozycji „na koparkę”. Na szczęście, jak się później dowiedziałem, dziewczyna pochodzi z miejsca oddalonego o jakieś 60 kilometrów (i to nie autostradą), więc mamuśka raczej nie będzie stałym i codziennym gościem…

***

Teść mój przechodzi sam siebie. Ponieważ jest zdenerwowany i bardzo się boi o M., musi mieć poczucie, że „coś robi”. Niestety w jego przypadku – już kiedyś o tym pisałem – „robienie czegoś” sprowadza się do siedzenia przy komputerze i wynajdowania w Internecie kolejnych rewelacji. I tak co drugi dzień dowiadujemy się, co mianowicie trzeba pić, jeść i robić, żeby zwalczyć raka. Dopóki są to jakieś wspomagające metody mające wzmacniać odporność – nie jest najgorzej. Niestety, na tym się nie kończy.

Internet – źródło wiedzy, ale też największy śmietnik świata… – pełen jest „rewelacji” na temat raka i jego leczenia. Nawet moja ogólna, mocno humanistyczna wiedza na temat biologii i medycyny wystarcza, żeby 95 procent tych rewelacji już na wejściu zakwalifikować do kategorii „brednie”. Jakieś kolejne „wszystkoleczące” roślinki z Ameryki Południowej, jakieś kuracje mające odkwaszać organizm („…w środowisku zasadowym nowotwór nie może się rozwijać…”), jakieś bajki o grzybach powodujących raka, o dodatkach do mąki, opowieści o przeciwnowotworowych właściwościach sody oczyszczonej, syropu klonowego zmieszanego z wodą utlenioną (!) itp. Co drugi dzień muszę słuchać tym, że te leki to leczą tylko objawy, a nie przyczyny, że lekarze to nie wiedzą i się nie znają, bo…

Bo przecież wiadomo, że jak „w internetach napisali”, to jest to bardziej rzetelna i wiarygodna wiedza, niż lata badań prowadzonych przez rzesze naukowców, prawda? A jak już jeden z drugim (w większości przypadków albo oszołom, albo oszust) napisze że „środek X. leczy raka, ale podłe koncerny farmaceutyczne blokują tę informację, bo zarabiają miliony na nieskutecznych lekach” – o, wtedy mój teść chwyta wiatr w żagle i JUŻ WIE. Próbowałem wyjaśniać mu, że gdyby środek X rzeczywiście leczył raka, to już dawno podłe koncerny by na nim zarabiały – ale ten poziom argumentacji nie dociera. „Bo ty jesteś impregnowany!” – słyszę w odpowiedzi.

„Tak, jestem impregnowany na głupotę” – mam wtedy na końcu języka. Ale zachowuję to dla siebie.

Próbowałem podsunąć mu książkę Mukherjee („Cesarz wszech chorób”, pisałem o niej jakiś czas temu), żeby przeczytał choćby ostatnią część, w której stosunkowo przystępnym językiem wyjaśnione jest, na czym (na poziomie medycznym i biologicznym) polega ta choroba. Jak człowiek to przeczyta, to trochę trudniej mu uwierzyć w objawiane w sieci brednie (jak się rozumie, czym jest nowotwór, to ma się na przykład świadomość, że stwierdzenie „środek X leczy każdego raka” po prostu MUSI być brednią).

Ale to chyba na nic.

***

Tak więc, kochani czytelnicy moi, gdyby komuś z Was przyszło do głowy (w najlepszej wierze) uszczęśliwiać mnie wiedzą o jakiejś cudownej, super–nowoczesnej (albo starożytnej, whatever), stuprocentowo skutecznej niekonwencjonalnej terapii… Gdyby, powiadam, coś takiego przyszło Wam do głowy, to błagam: siądźcie sobie cichutko w kąciku i poczekajcie, aż Wam przejdzie. Bo nie ręczę za siebie…

 

Szpitale, Wakacje i Takie Tam Różne…

No i tak się dzieje.

M. na Ursynowie. Zawiozłem Ją tam wczoraj. Przesympatyczna pani dr J. – znajoma, współpracownica i chyba „uczennica” naszej Pani Doktor – zaopiekowała się Nią od wejścia. Badania, „maska”, symulator. – A mąż niech w tym czasie pozałatwia papierki – powiedziała.

Zanim mąż papierki załatwił, M. była już zmierzona, zważona, przebadana i gotowa do leczenia. Ursynów to nie Madalińskiego – gmach ogromny, miejscami nieco ponury i wyraźnie zmęczony własnym wiekiem – ale nie jest źle. Pokoik dwuosobowy, z własną łazieneczką, na razie M. jest w nim sama. Byłem z nią ile mogłem, czyli do drugiej po południu, a potem pojechałem do domu. Po południu – po kolejnych badaniach i podanych lekach – miała pierwsze naświetlanie. Łącznie będzie ich pięć (do poniedziałku, z przerwą w niedzielę).

Pucek podkówkę zrobił, jak się dowiedział że Mamy do poniedziałku nie będzie – ale jakoś nam się udało tę podkówkę rozchmurzyć, w czym bardzo pomogła niewielka porcja lodów i kwadrans rozmowy z Mamą przez telefon. Nie do wiary, ile można opowiedzieć przez piętnaście minut…

***

Znajomi zaprosili Potwory na tydzień nad morze. Pucek nie pojedzie bez mamy i taty (mógłby, ale jeszcze chyba na to za wcześnie…). Piłka oczywiście pojedzie (zwłaszcza, że córka znajomych to jej serdeczna koleżanka). Pietruszka się waha. Bo może by pojechał… Ale nie jest pewien… A w niedzielę (czy jakoś tak) mecz finałowy, a nad morzem telewizji nie ma… No i nie wie. Zmuszać go nie mogę, choć wolałbym, żeby się zdecydował – niewykluczone, że to jedyna w czasie tych wakacji okazja, żeby gdzieś się ruszyć.

Piłka (ale już tylko ona) ma jeszcze jedną propozycję: inni Znajomi chcą ją wziąć na dwa tygodnie do Francji. Jeśli się zdecyduje – to będzie miała fajną wakacyjną wyprawę. Z lotem samolotem włącznie. Ano, zobaczymy.

Propozycja spadła nagle, czasu na decyzję mało – ale myślę, że może i dla Pietruszki coś się jeszcze wymyśli.

Najgorzej z Puckiem, bo – jako rzekłem – do wyjazdów bez rodziców jeszcze nie dojrzał, a my raczej nigdzie się nie ruszymy (no dobrze, może w sierpniu, jak M. będzie się dobrze czuła, to między chemiami wyskoczymy na dwa czy trzy dni na działkę do dziadka; co jednakowoż trudno uznać za „prawdziwe wakacje”).

***

Po rozmowie z Kolegą S. przypomniał mi się taki dialog z M. sprzed ośmiu lat. Pewna Bardzo Starsza Pani leżała w szpitalu, wiadomo było, że jest źle. Kiedy wróciłem z Warszawy, M. zapytała mnie czy coś się zmieniło. – Nic, niestety – odparłem. – Lekarze mówią, że to już raczej kwestia „kiedy”, a nie „czy”…

– Wiesz… – odpowiedziała M. zamyślonym głosem. – W zasadzie to samo można powiedzieć o każdym z nas…

 

Front się Przesuwa

Za mało? No to jest jeszcze gorzej. Tomografia głowy wykazała, że w mózgu też są „zmiany meta”. Czyli, mówiąc po polsku, przerzuty.

Tomografia była dziś, wyniki od razu (a jednak można!), jutro rano M. ląduje na Ursynowie i zostaje tam na jakieś 6 dni. Super–diagnostyka i naświetlania, zwane fachowo napromienianiem, bo do gada w mózgu inaczej strzelać się nie da (bariera krew–mózg sprawia, że chemia nie działa).

Naświetlania – zwłaszcza na tym, dość wczesnym etapie – są zwykle bardzo skuteczne. Pytanie tylko, na jak długo.

Co jeszcze?

 

 

Wieści z Frontu – c.d.

Tomograf był nie bez powodu.

Była infekcja. Kaszel, duszności, bóle głowy. Trzy tygodnie. Coraz gorzej. Znajoma lekarka była pewna, że to takie „utajone”, niesłyszalne w stetoskopie zapalenie płuc. – Jesteś po chemii, osłabiona, nic dziwnego w tym, że infekcja ciągnie się długo i nie chce przejść – mówiła. Przepisała antybiotyk, po którym nawet zaczęło się robić lepiej.

Na szczęście M. nie dała się uspokoić. Na szczęście zadzwoniła do naszej Pani Doktor. Sam ją do tego namawiałem, choć byłem przekonany że znajoma lekarka ma rację.

Pani Doktor powiedziała, że nie ma co ryzykować. Trzeba zrobić tomografię klatki piersiowej i głowy.

Klatka piersiowa była w środę. W piątek odebrałem wyniki.

Są przerzuty w płucach.

…mać.

Dobrze, że jest tomograf – bo gdyby nie on, to pewnie diagnostyka trwałaby kolejne trzy miesiące czy pół roku – a wtedy byłoby już za późno na cokolwiek.

Teraz, skoro już wiemy, można zacząć się leczyć. W poniedziałek zaczynamy kolejną chemię. Objawy typu kaszlu i duszności to oczywiście nie jest bezpośredni efekt raka (tak źle jeszcze nie jest), ale efekt stanu zapalnego, który ten nowotwór wywołuje. Dlatego antybiotyk rzeczywiście pomagał. I dlatego jak zaczniemy chemię, powinny ustąpić. Na razie.

Tak, rak jest nieprzewidywalny. I cuda się zdarzają – co wiemy aż nadto dobrze.

Nie zmienia to faktu, że na razie mamy poczucie, że leczenie będzie polegać głównie na „kupowaniu czasu”. Ile zdołamy go kupić? Pojęcia nie mam.

Rozmawiając z Panią Doktor przez telefon (czytałem jej wyniki tomografii) zapytałem, czy jest bardzo źle.

– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie – odparła uczciwie jak zwykle. – Będę mogła powiedzieć coś więcej jak zaczniemy leczenie i wyniki badań pokażą, jak ono działa.

No i na takim jesteśmy teraz etapie. Wakacje odkładamy ad acta.

Czuję się cholernie zmęczony.

 

Przeszłość i Przyszłość – Paranoiczne Zderzenie 

Zawsze powtarzam (moi znajomi znają już tę frazę na pamięć…), że podstawowym problemem polskiej służby zdrowia nie jest brak pieniędzy, ale brak organizacji i tępa biurokracja NFZ.

Wbrew temu, co się czasami słyszy, zapisanie się na badanie tomografem komputerowym nie jest problemem. Jeśli ma się skierowanie (nawet bez adnotacji „cito”), to oczywiście raczej nie uda się załatwić tomografii „na jutro” – ale w ciągu tygodnia się da (w każdym razie w Warszawie).

A zatem: tomografia? Nie ma problemu. Problemem jest… dodzwonienie się. Tak, proszę wycieczki: tomograf komputerowy, jedno z najbardziej zaawansowanych urządzeń diagnostycznych jakie ludzkość wymyśliła – jasne, można zapisać się na badanie w ciągu tygodnia od wystawienia skierowania. Ale żeby to zrobić, trzeba spędzić dwie godziny przy telefonie dzwoniąc, dzwoniąc, dzwoniąc ad mortem defecatum. Czyli: tomograf – tak, ten poziom polska medycyna opanowała. Telefon? O, to już zupełnie inna historia…

A jak już się badanie zrobi, to trzeba poczekać na wyniki. I to nawet nie tak długo – dwa do pięciu dni. Wystarczy. Ale jak te wyniki dostać do ręki? Ano, wiadomo – trzeba przyjechać i odebrać je osobiście. No dobrze, jak pani podpisze upoważnienie to mężowi też wydamy. Czyli: możesz skorzystać z dobrodziejstw urządzenia, które pokaże lekarzowi każdy organ twojego ciała, warstwa po warstwie, szczegółowo, precyzyjnie, dokładnie i bez wątpliwości. Ale żeby wyniki tego super–nowoczesnego badania wysłali ci mailem? A, nie, „to się nie da”. Musisz przyjechać i dostać w łapkę kopertę z papierkiem.

Zderzenie techniki z XXI w. z mentalnością z XIX w. To by nawet było zabawne… W innych okolicznościach.

Męska Rozmowa

M. złapała jakąś infekcję. Nic wielkiego – trochę gardło, trochę głowa boli… Powinna wyleżeć się i odpoczywać, ale gdzie tam – jeśli nie ma wysokiej gorączki, to nie ma takiej siły, która byłaby w stanie zatrzymać Ją w łóżku. Więc choroba zamiast trwać tydzień ciągnie się już dwa.

Rozmawiam przez telefon z kolegą D., który pyta o zdrowie M. Mówię, jak jest.

– Bo ona powinna poleżeć parę dni w łóżku – komentuje przytomnie kolega D.

– Wiem! – odpowiadam zrezygnowanym tonem. – Ale wiesz, jak to jest z kobietami. Nie przetłumaczysz…

– Bo to trzeba użyć racjonalnych argumentów – podpowiada D.

– W tym przypadku chyba raczej siły – odpowiadam ponuro. – Nic innego nie zadziała.

– Nie, właśnie racjonalnych argumentów – upiera się D. – Ja to mam przepracowane. Mówię: „Jak poleżysz grzecznie trzy dni, to czwartego pójdziemy na zakupy”. I zawsze działa.

Dawno się tak nie uśmiałem…

Rocznicowo

Piętnaście lat. Kiedy to minęło?

Wiem, że to brzmi banalnie, ale naprawdę mam wrażenie, jakby to było wczoraj…

Piętnaście lat temu była ciepła, nieco parna sobota. M. miała na rano umówioną fryzjerkę, a żeby mogła sprawnie od niej wrócić, zamówiliśmy taksówkę. No i ta taksówka… nie przyjechała, oczywiście. Dziś już nie pamiętam, dlaczego. Chwila nerwów, jakieś komórkowe dogadywania… Na szczęście M. udało się złapać na ulicy inna taksówkę i nie musiała w ślubnej fryzurze jechać rozklekotanym Ikarusem.

A potem w zasadzie wszystko już szło dobrze.

Oczywiście jeśli nie liczyć faktu, że z kościoła do sali, w której było zaplanowane spotkanie i mini–przyjęcie dla wszystkich, trzeba było przejść piechotą (odległość rzędu kilometra, na pewno nie więcej), co niektórzy goście odebrali jako Marsz Śmierci, bo planując tę prostą operację nie wzięliśmy pod uwagę niektórych cioć na wysokich szpileczkach… :–)

Do dziś się z tego śmiejemy. A tu proszę, piętnaście lat minęło. 5479 dni (tak, wliczając w to lata przestępne). Jakieś dzieci się po domu plączą… Nie do wiary.

(Nie całkiem) Koncertowo

Roboty mnóstwo, ręka dalej boli (choć już chyba idzie ku lepszemu…) – ale muszę choćby krótko, choćby parę słów napisać.

W piątek (trzynastego…) byliśmy na niezwykłym koncercie. W niewielkiej kaplicy sióstr dominikanek klauzurowych, które mają mały klasztor kilka kilometrów od G., występowała Antonina Krzysztoń.

„Występowała” to zresztą nie do końca dobre określenie. Koncert zorganizowała pewna nasza daleka znajoma – wpływy z biletów–cegiełek przeznaczone były na wsparcie małej szkoły w Kongo.

Kaplica jest naprawdę niewielka. Na koncercie była może setka osób, może półtorej – nie więcej. Nastrój siłą rzeczy był dość kameralny, nawet osoby siedzące w ostatnich rzędach miały wrażenie bezpośredniego kontaktu z artystką… A my siedzieliśmy w drugim rzędzie. Tuż–tuż.

Antonina Krzysztoń to osoba niezwykła. Słuchanie jej muzyki z płyt jest oczywiście bardzo przyjemne, ale to jeden z tych artystów (nielicznych, czy wręcz – coraz mniej licznych) których dopiero na żywo słucha się naprawdę.

Moc tego śpiewania jest po prostu niezwykła. Niesamowite teksty – pozornie proste, ale tak uderzające… Niesamowita muzyka, nawiązująca i do folku, i do „muzyki korzeni”, czasami ocierająca się o bluesa, o reggae, o jazz… Niedefiniowalna.

Ale przede wszystkim – głos. Tak magicznego głosu nie ma chyba żaden polski artysta – a i na świecie takich niewielu. Cesaria Evora, Loreena McKennitt, czy ja wiem – Cassandra Wilson (choć to muzycznie zupełnie inna historia) – lista byłaby naprawdę krótka.

Wystarczyła krótka wokaliza bez słów, na początek – i cała niewielka publiczność była po prostu zaczarowana. Głos delikatny – i potężny zarazem. Czysty jak kryształ (swoją drogą – jeszcze jeden dowód, że sam głos to za mało, że trzeba jeszcze mieć słuch: przez cały koncert nie usłyszałem nawet jednej choćby minimalnie nieczystej nuty). Plastyczny i giętki tak, że jest w stanie oddać każdą emocję, każdy niuans, każdy szmer. Absolutnie magiczny (wiem, powtarzam się – ale nie znajduję lepszego określenia).

Instrumentarium – minimalne. Gitara (prosta, delikatna, bez fajerwerków) i bardzo, bardzo delikatna perkusja (niewielki zestaw plus różne „przeszkadzajki”, tykwy, bębenki, dzwoneczki) na której grał Manolo Alban Juarez (geniusz, swoją drogą).

Koncert był jednocześnie koncertem urodzinowym – bo właśnie w piątek Antonina Krzysztoń kończyła sześćdziesiąt lat. Aż trudno w to uwierzyć – kiedy się z nią rozmawia, trudno uwierzyć że przekroczyła pięćdziesiątkę. Kiedy się jej słucha – ma się wrażenie, że wciąż ma trzydzieści lat…

Dawnośmy się tak nie zanurzyli w muzykę graną i śpiewaną na żywo. Czysta magia.

***

Kiedy szliśmy na ten koncert, marzyłem o jednej piosence. Nie miałem wielkiej nadziei – jeden, krótki koncert, tyle płyt i tyle pieśni do wyboru… Jakie szanse, że zabrzmi właśnie ta jedna?

A jednak zabrzmiała. Jak na zamówienie. Piosenka, która towarzyszy mi od dwudziestu lat – wracając raz na jakiś czas z nowa mocą, przypominając się w różnych trudnych, smutnych i ciemnych chwilach. Jedna z tych kilku piosenek, które pomagają „przejść przez ciemną dolinę”, które przypominają o tym, co Najważniejsze.

Piosenka, która przez te ostatnie dwa lata była przy mnie szczególnie często. „Mój przyjacielu…”

Popłakaliśmy się oboje…