Za mało? No to jest jeszcze gorzej. Tomografia głowy wykazała, że w mózgu też są „zmiany meta”. Czyli, mówiąc po polsku, przerzuty.
Tomografia była dziś, wyniki od razu (a jednak można!), jutro rano M. ląduje na Ursynowie i zostaje tam na jakieś 6 dni. Super–diagnostyka i naświetlania, zwane fachowo napromienianiem, bo do gada w mózgu inaczej strzelać się nie da (bariera krew–mózg sprawia, że chemia nie działa).
Naświetlania – zwłaszcza na tym, dość wczesnym etapie – są zwykle bardzo skuteczne. Pytanie tylko, na jak długo.
Była infekcja. Kaszel, duszności, bóle głowy. Trzy tygodnie. Coraz gorzej. Znajoma lekarka była pewna, że to takie „utajone”, niesłyszalne w stetoskopie zapalenie płuc. – Jesteś po chemii, osłabiona, nic dziwnego w tym, że infekcja ciągnie się długo i nie chce przejść – mówiła. Przepisała antybiotyk, po którym nawet zaczęło się robić lepiej.
Na szczęście M. nie dała się uspokoić. Na szczęście zadzwoniła do naszej Pani Doktor. Sam ją do tego namawiałem, choć byłem przekonany że znajoma lekarka ma rację.
Pani Doktor powiedziała, że nie ma co ryzykować. Trzeba zrobić tomografię klatki piersiowej i głowy.
Klatka piersiowa była w środę. W piątek odebrałem wyniki.
Są przerzuty w płucach.
…mać.
Dobrze, że jest tomograf – bo gdyby nie on, to pewnie diagnostyka trwałaby kolejne trzy miesiące czy pół roku – a wtedy byłoby już za późno na cokolwiek.
Teraz, skoro już wiemy, można zacząć się leczyć. W poniedziałek zaczynamy kolejną chemię. Objawy typu kaszlu i duszności to oczywiście nie jest bezpośredni efekt raka (tak źle jeszcze nie jest), ale efekt stanu zapalnego, który ten nowotwór wywołuje. Dlatego antybiotyk rzeczywiście pomagał. I dlatego jak zaczniemy chemię, powinny ustąpić. Na razie.
Tak, rak jest nieprzewidywalny. I cuda się zdarzają – co wiemy aż nadto dobrze.
Nie zmienia to faktu, że na razie mamy poczucie, że leczenie będzie polegać głównie na „kupowaniu czasu”. Ile zdołamy go kupić? Pojęcia nie mam.
Rozmawiając z Panią Doktor przez telefon (czytałem jej wyniki tomografii) zapytałem, czy jest bardzo źle.
– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie – odparła uczciwie jak zwykle. – Będę mogła powiedzieć coś więcej jak zaczniemy leczenie i wyniki badań pokażą, jak ono działa.
No i na takim jesteśmy teraz etapie. Wakacje odkładamy ad acta.
Zawsze powtarzam (moi znajomi znają już tę frazę na pamięć…), że podstawowym problemem polskiej służby zdrowia nie jest brak pieniędzy, ale brak organizacji i tępa biurokracja NFZ.
Wbrew temu, co się czasami słyszy, zapisanie się na badanie tomografem komputerowym nie jest problemem. Jeśli ma się skierowanie (nawet bez adnotacji „cito”), to oczywiście raczej nie uda się załatwić tomografii „na jutro” – ale w ciągu tygodnia się da (w każdym razie w Warszawie).
A zatem: tomografia? Nie ma problemu. Problemem jest… dodzwonienie się. Tak, proszę wycieczki: tomograf komputerowy, jedno z najbardziej zaawansowanych urządzeń diagnostycznych jakie ludzkość wymyśliła – jasne, można zapisać się na badanie w ciągu tygodnia od wystawienia skierowania. Ale żeby to zrobić, trzeba spędzić dwie godziny przy telefonie dzwoniąc, dzwoniąc, dzwoniąc ad mortem defecatum. Czyli: tomograf – tak, ten poziom polska medycyna opanowała. Telefon? O, to już zupełnie inna historia…
A jak już się badanie zrobi, to trzeba poczekać na wyniki. I to nawet nie tak długo – dwa do pięciu dni. Wystarczy. Ale jak te wyniki dostać do ręki? Ano, wiadomo – trzeba przyjechać i odebrać je osobiście. No dobrze, jak pani podpisze upoważnienie to mężowi też wydamy. Czyli: możesz skorzystać z dobrodziejstw urządzenia, które pokaże lekarzowi każdy organ twojego ciała, warstwa po warstwie, szczegółowo, precyzyjnie, dokładnie i bez wątpliwości. Ale żeby wyniki tego super–nowoczesnego badania wysłali ci mailem? A, nie, „to się nie da”. Musisz przyjechać i dostać w łapkę kopertę z papierkiem.
Zderzenie techniki z XXI w. z mentalnością z XIX w. To by nawet było zabawne… W innych okolicznościach.
M. złapała jakąś infekcję. Nic wielkiego – trochę gardło, trochę głowa boli… Powinna wyleżeć się i odpoczywać, ale gdzie tam – jeśli nie ma wysokiej gorączki, to nie ma takiej siły, która byłaby w stanie zatrzymać Ją w łóżku. Więc choroba zamiast trwać tydzień ciągnie się już dwa.
Rozmawiam przez telefon z kolegą D., który pyta o zdrowie M. Mówię, jak jest.
– Bo ona powinna poleżeć parę dni w łóżku – komentuje przytomnie kolega D.
– Wiem! – odpowiadam zrezygnowanym tonem. – Ale wiesz, jak to jest z kobietami. Nie przetłumaczysz…
– Bo to trzeba użyć racjonalnych argumentów – podpowiada D.
– W tym przypadku chyba raczej siły – odpowiadam ponuro. – Nic innego nie zadziała.
– Nie, właśnie racjonalnych argumentów – upiera się D. – Ja to mam przepracowane. Mówię: „Jak poleżysz grzecznie trzy dni, to czwartego pójdziemy na zakupy”. I zawsze działa.
Wiem, że to brzmi banalnie, ale naprawdę mam wrażenie, jakby to było wczoraj…
Piętnaście lat temu była ciepła, nieco parna sobota. M. miała na rano umówioną fryzjerkę, a żeby mogła sprawnie od niej wrócić, zamówiliśmy taksówkę. No i ta taksówka… nie przyjechała, oczywiście. Dziś już nie pamiętam, dlaczego. Chwila nerwów, jakieś komórkowe dogadywania… Na szczęście M. udało się złapać na ulicy inna taksówkę i nie musiała w ślubnej fryzurze jechać rozklekotanym Ikarusem.
A potem w zasadzie wszystko już szło dobrze.
Oczywiście jeśli nie liczyć faktu, że z kościoła do sali, w której było zaplanowane spotkanie i mini–przyjęcie dla wszystkich, trzeba było przejść piechotą (odległość rzędu kilometra, na pewno nie więcej), co niektórzy goście odebrali jako Marsz Śmierci, bo planując tę prostą operację nie wzięliśmy pod uwagę niektórych cioć na wysokich szpileczkach… :–)
Do dziś się z tego śmiejemy. A tu proszę, piętnaście lat minęło. 5479 dni (tak, wliczając w to lata przestępne). Jakieś dzieci się po domu plączą… Nie do wiary.
Roboty mnóstwo, ręka dalej boli (choć już chyba idzie ku lepszemu…) – ale muszę choćby krótko, choćby parę słów napisać.
W piątek (trzynastego…) byliśmy na niezwykłym koncercie. W niewielkiej kaplicy sióstr dominikanek klauzurowych, które mają mały klasztor kilka kilometrów od G., występowała Antonina Krzysztoń.
„Występowała” to zresztą nie do końca dobre określenie. Koncert zorganizowała pewna nasza daleka znajoma – wpływy z biletów–cegiełek przeznaczone były na wsparcie małej szkoły w Kongo.
Kaplica jest naprawdę niewielka. Na koncercie była może setka osób, może półtorej – nie więcej. Nastrój siłą rzeczy był dość kameralny, nawet osoby siedzące w ostatnich rzędach miały wrażenie bezpośredniego kontaktu z artystką… A my siedzieliśmy w drugim rzędzie. Tuż–tuż.
Antonina Krzysztoń to osoba niezwykła. Słuchanie jej muzyki z płyt jest oczywiście bardzo przyjemne, ale to jeden z tych artystów (nielicznych, czy wręcz – coraz mniej licznych) których dopiero na żywo słucha się naprawdę.
Moc tego śpiewania jest po prostu niezwykła. Niesamowite teksty – pozornie proste, ale tak uderzające… Niesamowita muzyka, nawiązująca i do folku, i do „muzyki korzeni”, czasami ocierająca się o bluesa, o reggae, o jazz… Niedefiniowalna.
Ale przede wszystkim – głos. Tak magicznego głosu nie ma chyba żaden polski artysta – a i na świecie takich niewielu. Cesaria Evora, Loreena McKennitt, czy ja wiem – Cassandra Wilson (choć to muzycznie zupełnie inna historia) – lista byłaby naprawdę krótka.
Wystarczyła krótka wokaliza bez słów, na początek – i cała niewielka publiczność była po prostu zaczarowana. Głos delikatny – i potężny zarazem. Czysty jak kryształ (swoją drogą – jeszcze jeden dowód, że sam głos to za mało, że trzeba jeszcze mieć słuch: przez cały koncert nie usłyszałem nawet jednej choćby minimalnie nieczystej nuty). Plastyczny i giętki tak, że jest w stanie oddać każdą emocję, każdy niuans, każdy szmer. Absolutnie magiczny (wiem, powtarzam się – ale nie znajduję lepszego określenia).
Instrumentarium – minimalne. Gitara (prosta, delikatna, bez fajerwerków) i bardzo, bardzo delikatna perkusja (niewielki zestaw plus różne „przeszkadzajki”, tykwy, bębenki, dzwoneczki) na której grał Manolo Alban Juarez (geniusz, swoją drogą).
Koncert był jednocześnie koncertem urodzinowym – bo właśnie w piątek Antonina Krzysztoń kończyła sześćdziesiąt lat. Aż trudno w to uwierzyć – kiedy się z nią rozmawia, trudno uwierzyć że przekroczyła pięćdziesiątkę. Kiedy się jej słucha – ma się wrażenie, że wciąż ma trzydzieści lat…
Dawnośmy się tak nie zanurzyli w muzykę graną i śpiewaną na żywo. Czysta magia.
***
Kiedy szliśmy na ten koncert, marzyłem o jednej piosence. Nie miałem wielkiej nadziei – jeden, krótki koncert, tyle płyt i tyle pieśni do wyboru… Jakie szanse, że zabrzmi właśnie ta jedna?
A jednak zabrzmiała. Jak na zamówienie. Piosenka, która towarzyszy mi od dwudziestu lat – wracając raz na jakiś czas z nowa mocą, przypominając się w różnych trudnych, smutnych i ciemnych chwilach. Jedna z tych kilku piosenek, które pomagają „przejść przez ciemną dolinę”, które przypominają o tym, co Najważniejsze.
Piosenka, która przez te ostatnie dwa lata była przy mnie szczególnie często. „Mój przyjacielu…”
Koniec roku za pasem. W szkole Potworów jest taka „klasyfikacja ogólna”, obejmująca wszystkie dzieci z klas 4–6 (czyli te, które już otrzymują „normalne” oceny). Klasyfikacja bierze pod uwagę zarówno średnią ocen, jak miejsca, nagrody i osiągnięcia w konkursach, olimpiadach, występach, a także „działalność społeczną”. Pietruszka jest w tej klasyfikacji ogólnej na trzecim miejscu w szkole. Piłka – na czwartym. (Przy czym miejsca pierwsze i drugie zajmują szóstoklasiści, żeby nie było. Nota bene – także dzieci znajomych.).
Pucek wyciera się po wyjściu z wanny. I nagle – jak to u Pucka (bo u Pucka wszystko jest nagle…) – pada stwierdzenie głęboko filozoficzne, zahaczające konkretnie o filozofię bytu (albo o teorię poznania, zależy z której strony spojrzeć):
– Wies, tato, woda to jest NAJBARDZIEJ MOKRA ZEC NA ŚWIECIE.
Zaskoczony głębią tego stwierdzenia pytam, jakie są inne BARDZO mokre rzeczy.
– Kakao – odpowiada Pucek zdecydowanie. – Zwłasca zaraz po tym, jak się je zrobi.
***
Kolejny dzień, kolejna kąpiel, kolejne rozważania.
– Tatusiu, ty jesteś na drugim miejscu na świecie pod względem lubienia – pada rzeczowe stwierdzenie.
– Na drugim, mówisz? – wzdycham. – A kto jest na pierwszym?
– Na pierwszym jest mama – brzmi odpowiedź.
No, może być. – Jak mama, to w porządku – mówię poważnie.
– Tak, bo drugie miejsce to jest bardzo dobre miejsce, prawda? – dodaje dziecię (brzmi to prawie pocieszająco…). – A na trzecim miejscu jest Łucja, a na czwartym Marianka (koleżanki, zwane czasami narzeczonymi).
– A na piątym? – pytam z nadzieją, że może w pierwszej piątce znajdzie się jednak któreś z rodzeństwa… Ale odpowiedź, wygłoszona tonem pewnym i zdecydowanym, nie pozostawia wątpliwości:
USG – w porządku. Badanie – w porządku. Na razie żadnych śladów gada.
– No, to widzimy się w sierpniu – uśmiechnęła się Pani Doktor. – USG, badanie…
– Dopiero w sierpniu? – zdziwiła się M. – Aż trzy miesiące? Jak się znam, to będę się denerwować, czy wszystko dobrze – dodała pół–żartem, bez żadnych intencji.
– O, jak ma się pani denerwować, to proszę przyjść na to USG w lipcu – zareagowała natychmiast z uśmiechem Pani Doktor. – Absolutnie nie chcemy, żeby się pani martwiła.
Potwory (jak wszystkie dzieci, zapewne) zawsze uwielbiały przekręcać słowa. Pietruszka mniej (komputerowy łebek, bądź co bądź…), ale też mu się zdarzało. Piłka była w tym mistrzynią: jeszcze mając siedem lat mówiła „garszluk” zamiast „durszlak” i „wjagut” zamiast „wiadukt”.
Ale to, co robi Pucek, to jest po prostu inny wymiar.
I tu zagadka dla czytelników – co to są „PIEROCIE”?