Jak Się Człowiek Nie Ma Czym Pochwalić…

…to zawsze może dziećmi, prawda?

Koniec roku za pasem. W szkole Potworów jest taka „klasyfikacja ogólna”, obejmująca wszystkie dzieci z klas 4–6 (czyli te, które już otrzymują „normalne” oceny). Klasyfikacja bierze pod uwagę zarówno średnią ocen, jak miejsca, nagrody i osiągnięcia w konkursach, olimpiadach, występach, a także „działalność społeczną”. Pietruszka jest w tej klasyfikacji ogólnej na trzecim miejscu w szkole. Piłka – na czwartym. (Przy czym miejsca pierwsze i drugie zajmują szóstoklasiści, żeby nie było. Nota bene – także dzieci znajomych.).

Mutanty jakieś, ani chybi…



Pucek Surrealistycznie

Pucek wyciera się po wyjściu z wanny. I nagle – jak to u Pucka (bo u Pucka wszystko jest nagle…) – pada stwierdzenie głęboko filozoficzne, zahaczające konkretnie o filozofię bytu (albo o teorię poznania, zależy z której strony spojrzeć):

– Wies, tato, woda to jest NAJBARDZIEJ MOKRA ZEC NA ŚWIECIE.

Zaskoczony głębią tego stwierdzenia pytam, jakie są inne BARDZO mokre rzeczy.

– Kakao – odpowiada Pucek zdecydowanie. – Zwłasca zaraz po tym, jak się je zrobi.

***

Kolejny dzień, kolejna kąpiel, kolejne rozważania.

– Tatusiu, ty jesteś na drugim miejscu na świecie pod względem lubienia – pada rzeczowe stwierdzenie.

– Na drugim, mówisz? – wzdycham. – A kto jest na pierwszym?

– Na pierwszym jest mama – brzmi odpowiedź.

No, może być. – Jak mama, to w porządku – mówię poważnie.

– Tak, bo drugie miejsce to jest bardzo dobre miejsce, prawda? – dodaje dziecię (brzmi to prawie pocieszająco…). – A na trzecim miejscu jest Łucja, a na czwartym Marianka (koleżanki, zwane czasami narzeczonymi).

– A na piątym? – pytam z nadzieją, że może w pierwszej piątce znajdzie się jednak któreś z rodzeństwa… Ale odpowiedź, wygłoszona tonem pewnym i zdecydowanym, nie pozostawia wątpliwości:

– A na piątym to jestem ja!

 

Na razie – nie jest źle

USG – w porządku. Badanie – w porządku. Na razie żadnych śladów gada.

– No, to widzimy się w sierpniu – uśmiechnęła się Pani Doktor. – USG, badanie…

– Dopiero w sierpniu? – zdziwiła się M. – Aż trzy miesiące? Jak się znam, to będę się denerwować, czy wszystko dobrze – dodała pół–żartem, bez żadnych intencji.

– O, jak ma się pani denerwować, to proszę przyjść na to USG w lipcu – zareagowała natychmiast z uśmiechem Pani Doktor. – Absolutnie nie chcemy, żeby się pani martwiła.

No, to widzimy się w lipcu… 🙂

Zagadka Lingwistyczna

Potwory (jak wszystkie dzieci, zapewne) zawsze uwielbiały przekręcać słowa. Pietruszka mniej (komputerowy łebek, bądź co bądź…), ale też mu się zdarzało. Piłka była w tym mistrzynią: jeszcze mając siedem lat mówiła „garszluk” zamiast „durszlak” i „wjagut” zamiast „wiadukt”.

Ale to, co robi Pucek, to jest po prostu inny wymiar.

I tu zagadka dla czytelników – co to są „PIEROCIE”?

Mnie rozszyfrowanie zajęło dobre parę minut…

Powoli, ale do przodu

Przepraszam, ale wielkanocnie nie pisałem nic. Nie miałem czasu, siły, energii i czego tam jeszcze. Sporą część Wielkiego Piątku i pół Wielkiej Soboty przesiedziałem przy klawiaturze w celach zarobkowych – nie miałem już potem chęci siedzieć jeszcze kwadransa i pisać czegoś poza tym…

Święta minęły. Spokojnie i pozytywnie. Jak to święta.

Dziś byliśmy u Pani Doktor. Wywiad, badanie… Wygląda na to, że wszystko jest dobrze. Kolejna wizyta (tym razem z USG) za miesiąc, a jeśli badania potwierdzą że wszystko jest OK – kolejna być może dopiero w sierpniu.

Tylko finansowo na razie dalej cienko. Rachunek za gaz wisi. A nich wisi, mnie nie przeszkadza – najwyżej zapłacę tydzień po czasie (choć bardzo tego nie lubię). Gorzej, że bodaj do dziesiątego maja trzeba zapłacić resztę pieniędzy za zieloną szkołę Piłki, czyli złotych polskich nowych 400.

Ale, Kocia Twarz, do dziesiątego maja jeszcze ponad dwa tygodnie. Nie będę się tym przejmował – do tego czasu na pewno dojdzie już przynajmniej część „wiszących” pieniędzy. Ot, co.

Co się polepszy, to…

Nosz, cholera… Jak już się wszystko finansowo powyrównywało, jak już się wydawało że coś wychodzi na prostą i teraz to już „spokojnie” – to oczywiście przyszedł rachunek za gaz na drobne 760 złotych. I znowu – jak go zapłacimy, to (biorąc pod uwagę, że jeszcze trzeba zrobić parę świątecznych zakupów) jesteśmy na styk. A byłem przekonany, że tym razem będzie nie więcej niż 500…

Tak, tak, oczywiście – jakieś pieniądze (nawet nie takie małe) „wiszą”, czyli rachunki popodpisywane i teraz tylko trzeba czekać, aż spłyną.

Ale kiedy spłyną – to jeden Pan Bóg raczy wiedzieć. Czyli jak zwykle…

Artystycznie i przyziemnie

Pod koniec lipca w Polsce zagra Hugh Laurie. Dwa koncerty – jeden w Poznaniu, drugi w Szczecinie. Jak to przeczytałem, to aż mi się oczy zaświeciły… Niestety, jak zobaczyłem ceny biletów, to przygasły z powrotem. W Poznaniu najtańsze bilety kosztują pod dwie stówy za sztukę. W Szczecinie nieco mniej, ale wyprawa do Szczecina…

Dwieście złotych za najtańsze bilety, pewnie na byle jakie miejsca. Za trochę lepsze – już trzysta, trzysta pięćdziesiąt złotych. To za dwie osoby… policzmy…

Jak przeczytałem, że piątego lipca w Dolnie Charlotty zaśpiewa Bob Dylan… To już nawet nie chce mi się sprawdzać cen biletów.

Milioner–filantrop mile widziany…

Stary, a Głupi…

Potwory od dwóch tygodni odgrażały się, co mianowicie zrobią na prima aprilis. Miały sto tysięcy straszliwych pomysłów, każdy bardziej wyrafinowany od poprzedniego.

I co?

I nic, of course. Zapomniały, nie chciało im się…

A ja? Nie, żadnych wyrafinowanych pomysłów. Proste, stare, sprawdzone sposoby.  Potwory dostaną dziś ciasteczka oreo z pastą do zębów i butelkę coli, do której po odkręceniu zakrętki wpadnie mentos. 🙂

Jestem geniuszem zła!

 

 

Our Big, Fat ‚R’ Word…

Nie jest źle. Badania (dokładne, a nawet dwukrotne – bo Pani Doktor zażądała, żeby USG zrobiła jednak ta sama osoba, która badała M. od początku choroby) potwierdziły jednoznacznie, że wszystko wygląda dobrze.

A jak wygląda dobrze – to możemy zrobić przerwę w leczeniu, „…żeby szpik mógł sobie trochę odpocząć”.

No i dobrze, bo choć M. znosi chemię znakomicie, to przez ostatnie dwa kursy była już mocno zmęczona, a w ostatnich dniach łykania prochów patrzyła już wieczorem na te trzy małe pigułki jak na trzy duże pluskwy, który trzeba połknąć.

Nie, to raczej nie koniec leczenia – tak dobrze nie jest (a w każdym razie – to bardzo mało prawdopodobne). Ale nawet takie „wakacje” to dużo.

– No, to teraz widzimy się co miesiąc – uśmiechnęła się Pani Doktor. – A za dwa miesiące następne USG.

Jak długo będą trwały te „wakacje”? Zobaczymy. Może trzy miesiące? Może pół roku? Kto wie…

„Remisja” to zdecydowanie jedno z najlepiej brzmiących słów, jakie miałem szczęście usłyszeć tym roku…