Mruczanka – Come Back

Wakacje bez choroby – jak wiadomo – zupełnie się nie liczą. Wiedzą o tym wszyscy użytkownicy małych dzieci.

Puchatek spieszy zatem donieść, że te wakacje były w normie i jak najbardziej się liczą. Pogoda nad morzem była bardzo sympatyczna, kwatery miłe, towarzystow okoliczne takoż, co nie zmienia faktu, że najpierw wirusik dopadł Pietruszkę, potem Piłeczkę, a na końcu także M. Wróciły Puchatki znad morza w czwartek wieczorem w stanie nie nadającym się do spożycia. Leczenie trwa.

***

Dużo jest do napisania. Trochę przemyśleń znad morza, trochę wydarzeń bieżących, trochę reflekcji natury ogólnej (głównie z dziedziny „socjologii kurortu”).

Na razie napiszę tylko tyle:

Kiedyś nie lubiłem jeździć nad morze. „Nad morze” kojarzyło mi się właśnie wyłącznie z tłumem na plaży, co się smaży gdy słońce praży. Nie, żebym nie lubił się w wodzie pochlapać i poskakać przez fale – ale ile można? Godzinka na plaży zupełnie wystarcza. Dwie – maksimum.

Zawsze wolałem góry. I dalej wolę, żeby nie było. Ale…

„Zrozumiałem” morze, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Szkocji. Tam zobaczyłem inne morze – nie „turystyczne”, nudne, plażowe, ale tajemnicze, nastrojowe. Tam po raz pierwszy zrozumiałem, co czuli ludzie dawno, dawno temu, kiedy nie wiedzieli jeszcze, co jest „za morzem”. Zrozumiałem, co czuli ludzie siedzący na skałach, słuchający szumu fal i patrzący w kierunku horyzontu…

Dziś wiemy, co jest „za morzem” (wystarczy wziąć mapę do ręki), a jednak coś w człowieku siedzi z tamtych czasów. Jakiś atawizm, jakiś archetyp morza jako symbolu podróży, odkrywania, poznawania nieznanego, przejścia…

Poszedłem sobie któregoś dnia (a raczej nocy) na plażę zupełnie sam, M. i Potwory dawno już spali. Siadłem na piasku, patrzyłem w horyzont w świetle księżyca i gwiazd (tak, tak, wiem – to brzmi do obrzydliwości sentymentalnie…). Gdybym obrócił się w lewo, zobaczyłbym światła latarni morskiej i portu w Kołobrzegu. Gdybym spojrzał w prawo – niewątpliwie ujrzałbym kolorowe latarnie Ustronia.

Ale kiedy patrzyłem na północ (a może to był Najdalszy Zachód?) widziałem to samo, co widzieli ludzie tysiąc lat temu. To samo, co widziały Elfy wypływając z Szarych Przystani.

…A daleko, na horyzoncie, nad morzem szalał sztorm. Widać było ciężkie chmury, rozświetlane błyskawicami. Na kilka chwil świat był znowu młody i czekał na odkrycie.

Mruczanka Piwniczna

Plebiscyt ogłoszono na Piosenkę Półwiecza „Piwnicy Pod Baranami”. Czytam proponowane tytuły i… jestem w kropce.

Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś – ot tak, na ulicy – zapytał mnie co z repertuaru „Piwnicy” powinno być uznane za „piosenkę półwiecza”, odpowiedziałbym bez wahania, że „Grande Valse Brillante”. Nieprawdopodobny tekst Tuwima (znacie inny przykład tekstu poetyckiego napisanego tak, że czytany na głos – bez muzyki, z normalnymi polskimi akcentami – ma rytm walca?). Do tego wciskająca w fotel muzyka Koniecznego… No i oczywiście Ewa Demarczyk, bo wszystkie następne wykonania (z całym szacunkiem dla Budki Suflera na przykład) to już było zupełnie nie to…

Ale kiedy przeczytałem plebiscytowe propozycje (można je sobie przejrzeć TUTAJ) doszedłem do wniosku, że jeszcze przynajmniej dwie piosenki mogłyby o ten zaszczytny tytuł powalczyć.

Po pierwsze (tak, znowu Ewa Demarczyk…) „Na moście w Avignon”. Niezwykłe, delikatne, piękne. „W drzewach, w zielonych okien ramie, przez widma miast – srebrzysty gotyk – wirują ptaki płowozłote jak lutnie, co uciekły z rąk…”

Kiedy w 1993 r. po raz pierwszy przyjechałem do Paryża, kiedy stanąłem na środku katedry Notre Dame, kiedy spojrzałem na „…gotyk płynący z kolumn lasu…” i zachwyciłem się tak, że przez chyba dwie godziny nie mogłem się zdecydować, aby wyjść na zewnątrz…

…wtedy właśnie te słowa Baczyńskiego brzmiały mi w uszach.

Po drugie – „Naprawdę nie dzieje się nic”. to jedna z najbradziej poruszających piosenek „Piwnicy”. Może także dlatego, że jakoś trafia w mój nastrój… Właśnie teraz…

No i nie wiem. Ciekawe jestem, któa z piosenek wygra plebiscyt. Jak myślicie?

Tak

„Czy zdanie okragłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz, będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze; Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże…

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
Wódka w parku wypita albo zachód słońca…

Lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje sie nic
I nie stanie się nic aż do końca…”

Mruczanka O Poecie

Zmarł Ks. Jan Twardowski.

Tyle by się napisać chciało ale… Ale właściwie po co?

Był A.D. 1989. Dzień przed maturą (pisemną, z polskiego, czyli przed pierwszym egzaminem maturalnym…) poszedłem sobie do kina, a potem na starówkę. Ot tak, żeby połazić i odpocząć (wiadomo, że ostatniego dnia przed maturą uczyć się nie ma sensu…).

Na  starówce spotkałem znajomego. Szliśmy sobie, ze wszystkich sił starając się nie rozmawiać o Tym, Co Jutro, kiedy zagadał nas jakiś człowiek, wnoszący ciężkie paczki do Księgarni św. Jana Chrzciciela (która wówczas znajdowała się tuż przy katedrze, na Kanonii). Jak się okazało był to ksiądz, bodaj dyrektor tej księgarni, któremu nawaili jacyś robotnicy i musiał szybko sam przenieść do środka ileś tam paczek z książkami. Widząc młodych ludzi zapytał, czy nie zechcielibyśmy mu pomóc.

Zechcieliśmy, czemu nie? We trójkę w kwadrans przenieśliśmy na zaplecze wszystkie paczki. Ksiądz w podzięce poczęstował nas jakimś ciastkiem, poczym rozerwał jedną z paczek i dał nam w prezencie po książce.

To był tom (czy raczej zbiór kilku tomów) poezji ks. Twardowskiego „Nie przyszedłem pana nawracać”.

Moje zamiłowania poetyckie były w tamtych czasach dużo bardziej klasyczne. Potrafiłem w kółko czytać Mickiewicza, Norwida, kochałem Tuwima (to mi zresztą zostalo do dziś…), Staffa, Gałczyńskiego… Ks. Twradowskiego prawie nie znałem (no tak, było kilka wierszy, które nawet w późnopeerelowskiej szkole były w programie nauczania, w klasie maturalnej, w ramach „poezji współczesnej” – ale na tym się kończyło…)

Kiedy wróciłem do domu, zacząłem czytać. Czytałem prawie do północy. Wiedziałem, że jutro matura, że powinienem już spać… Ale nie mogłem skończyć.

A potem jeszcze długo siedziałem i myślałem o tym, com przeczytał…

A wiersze Ks. Twardowskiego zostały już na stałe w moim prywatnym spisie lektur.

Kilka lat później poznałem Księdza osobiście, raz nawet jako dziennikarz przeprowadziłem z Nim jakąś krótką rozmowę… I opowiedziałem mu, jak to w noc przed maturą czytałem Jego wiersze.

Popatrzył na mnie znad okularów z lekkim niepokojem i powiedział:

„Ale mam nadzieję, że zdałeś tę maturę…?”

Zdałem, Księże Janie. Jasne.

🙂

Poeci nie umierają cali. Wiadomo.

Mruczanka Niezwykle Romantyczna

Siedzieli na przeciw siebie. On zaczytany w jakiejś Bardzo Grubej Książce, ona przeglądała notatki z wykładów. Oboje w wieku średnio – studenckim. Kolejka – jak to kolejka – stukała sobie niespiesznie w kierunku Warszawy.

Obserwowałem ich kątem oka – trochę z nudów, trochę zaciekawiony.

Oni też obserwowali się nawzajem. Ukradkowe, szybkie spojrzenia znad książki, znad segregatora. Nieco dłuższe, kiedy obiekt obserwacji miał akurat oczy opuszczone. Krótsze, kiedy wzrok się spotykał – bo wtedy trzeba było szybko odwrócić się w inną stronę, bo przecież ja wcale, absolutnie, ja tylko czytam…

Ona wyraźnie mu się podobała. Nic dziwnego – była naprawdę ładna, rozpuszczone ciemne włosy, brązowe oczy, taki ciepły, południowy typ urody, klasyczne rysy.

On też wyraźnie jej się podobał. Ciemny blondyn, okulary, typ „elegancki intelektualista”, pod rozpiętą goreteksową kurtką – gruby, wełniany sweter (rzuciło mi się to w oczy, nie polar, tylko właśnie gruby sweter z golfem, wyraźnie ręcznie robiony).

On czytał, ona się uczyła, on spoglądał na nią, ona na niego, czasami ich wzrok się spotykał, ale wtedy szybko w bok, żeby nie pomyślał, żeby nie pomyślała… A kolejka stukała po swojemu – już Komorów, już Pruszków, coraz bliżej celu.

W Pruszkowie wsiadła do wagonu piegowata nastolatka obładowana bagażami. Jechała chyba na jakąś „klasową wigilię” – siaty z jakimś ciastem, w ręku duży stroik z bombkami, z plecaka wystawała jej czapa Mikołaja. A pod pachą…

A pod pachą niosła ogromną gałąź jemioły.

Torby postawiła na ziemi, stroik trzymała w ręce, a jemiołę – po chwili namysłu – położyła na półeczce nad siedzeniami.

Dokładnie nad Nimi.

Scena, która potem nastąpiła, trwała może półtorej, może dwie sekundy.

Ruch ręki wkładającej jemiołę na półkę – oboje spojrzeli na piegowatą nastolatkę, na jej rękę wyciągniętą prawie nad ich głowami, wreszcie na jemiołę. W tym samym ułamku sekundy oboje pomyśleli o tym samym – że jemioła… że pod jemiołą… Widać było – na obu twarzach, niezależnie, ale jednocześnie – taki błysk skojarzenia, drgnięcie oczu, uśmiech widoczny raczej w spojrzeniu, niż w kącikach ust.

No i – oczywiście, w konsekwencji, odruchowo – spojrzeli na siebie. I w kolejnym ułamku sekundy zrozumieli, że zauważyli to samo i o tym samym pomyśleli. Iskierka, mikrowyładowanie, on zrozumiał, że ona wie, że on wie, że ona wie…

…i oboje się okropnie speszyli. On szybko wbił oczy w książkę, ona – lekko zaczerwieniona – wróciła do swoich notatek.

Dwie sekundy – ale dobry reżyser nakręciłby z tego scenę, za którą dostałby Oscara. A dobry pisarz mógłby w tym miejscu zacząć książkę.

Mruczanka Limerykowo Zachwycona

Dziś REWELACYJNY ciąg dalszy pewnego konkursu.

Jakiś czas temu Puchatek organizował tu konkurs na limeryki z nazwami miejscowości „Płyćwia” i „Rozprza”.

Wyniki konkursu można sobie przypomnieć TUTAJ. Zwyciężczynią (bezapelacyjną) została wówczas Matsa, której Puchatek zresztą do dziś (z uwagi na odległość…) winien jest czekoladę. Dobrą. Z orzechami.

I wtedy, na koniec, w komentarzach, na pytanie o inne „wredne” nazwy miejscowości, Puchatek napisał:

>>Puchatek zawsze jakiś wredny pomysł znajdzie, czemu nie? Na poczatek >>proponuję „Albuquerque”. To w Teksasie, jakby kto ptał 🙂

No i Matsa – niezawodna – po dłuższym czasie przypomniała sobie o tym i… napisała. Puchatek się zachwycił! Więc zamieszcza – bo to naprawdę warte przeczytania!

Wiwat dla Matsy! Puchatek sugeruje czytelnikom uważne wczytanie się zwłaszcza w ten drugi limeryk, bo to mistrzostwo absolutne.

A zatem: Made By Matsa.

Pewien kowboj co żył w Albuquerque
raz oskomę miał na cukierki.
Zamiast grzecznie je wziąć
Wolał kapelusz miąć
Mówiąc – hola! nie ze mną te gierki!

i wersja druga, żeńska 😉

Young, sweet girl spod town Albuquerque
Miała pink (malowane) pazurki.
dłonie też miała pink,
Bo się zatkał jej sink,
Gdy z pink crayon robiła raz wiórki.

No, powiedzcie sami – rewelacja, czyż nie?

😀

Mruczanka Listopadowa

Na cmentarzu byliśmy… Cmenatrz w G. gdzie nie mam nikogo bliskiego, ale w końcu trzeba Potworom także pokazać, jak się świeczki na grobach zapala…

Jak sobie człowie pochodzi między grobami i poczyta napisy – to mu od razu właściwa perspektywa wraca tego, co ważne i tego, co mniej.

I tak mi sie skojarzyło ze Staffem. Jest taki wiersz pod tytułem „Dary życia”. Powrót do nieśmiertelnego (nomen omen…) tematu „…non omnis moriar”. Znacie?

Wznieść ręce w górę, jak drzewo gałęzie,
I szumieć w duszy, błogosławiąc losy
Za te uciski, peta i uwięzie,
Z których się serce wyrywa w niebiosy.

W piwnicy krzepić się jak w gór ozonie
I dniom dziękować, gdy jak w nocy ciemno,
Gdy wiem, że w walce ostatkiem sił gonię,
A nie wiem nawet już, czy Bóg jest ze mną.

Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los na mnie się zaciął,
Nie zmarnowane będzie życie moje,
Bom tworzył pieśni i miałem przyjaciół.

Ano, właśnie…

Mruczanka Na Zakończenie Konkursu

Konkurs limerykowy uznaje się za zamknięty!

Jury w składzie:
1. Puchatek
oceniło wnikliwie wszystkie nadesłane prace. Doszło do wniosku, że absolutnie wszystkie zasługują na nagrodę podstawową, czyli publikację w jednym egzemplarzu na blogu niniejszym.

Grand Prix konkursu, w postaci Wyrazów Głębokiego Uznania i Tabliczki Dobrej Czekolady otrzymuje… (chwila napięcia…) MATSA!!! Za limeryk o Płyćwi.

Ale – zwycięzca na końcu. Po kolei zatem.

Najpierw (w kolejności zgłoszeń) Kinio. Dwa limeryki, w nastroju agrarno – frywolnym. Rymy męskie głównie, niedokładne (to nie ocena, tylko określenie fachowe: „rym niedokładny”) – ale poczucie humoru i pomysł znakomite. A zatem:

1. Chłop małorolny z Rozprzy
z mozołem kosę ostrzy.
Na żyto patrzy,
pełen rozpaczy:
-z „Bizonem” świat byłby prostszy…

2. Pewien mężczyzna z Płyćwi
poczuł mrowienie lędźwi.
Zabrał kochankę
na otomankę,
jeszcze do teraz się gzi!

(Brawa!!! Aplauz!!!)

Zestaw drugi – Suzet! Zwłaszcza ten drugi robi wrażenie 🙂

1. Lat temu wiele przy drodze do Rozprzy
na polu się rozrósł lekarski nostrzyk.
Źródło nektaru tak dogodne
zwąchały szybko pszczoły miodne –
miód zeń zrobiły, smaczniejszy i droższy.

2. Nauczyciel muzyki pod Płyćwią
rzekł był do ucznia: „Masz gamę i ćwicz ją”.
Chłopaczek był pełen buty,
rozpłatał gamę na nuty.
Później nie wiedział biedak, jak zszyć ją.

(Oklaski!!! Krzyki zachwytu!!!)

And The Winner Is… Matsa! (Entuzjazm na sali!!!) Brawa za absurdalne poczucie humoru.

1. Pewien łysy mechanik spod Rozprzy
Pytał: „Czemu mnie fryzjer nie ostrzygł?
Zamiast włosy me ściąć
Wolał irchę w dłoń wziąć!
Oszpeconym!” – rozpaczał trzy po trzy.

I na koniec – zwycięski limeryk, absolutne mistrzostwo i wyrafinowana składnia! A w dodatku (co Puchatkowi osobiście się nie udało) mamy tu prawie wyłącznie rymy żeńskie dokładne, co przy tak specyficznym zadaniu, jak „Płyćwia” naprawdę nie było łatwe. Nawet w ostatnim wersie, gdzie (z formalnego punktu widzenia) mamy rym niedokładny, brzmienie przy normalnym odczytaniu na głos maskuje to znakomicie (spróbujcie). (Aplauz raz jeszcze!!!)

2. Chuda tkaczka co żyła pod Płyćwią
Raz ujrzała jak palce jej nić wią-
zały wartko, że strach!
Mdlejąc, jęknęła: Ach!
Moje palce wydają się być zwią…

Puchatek jest pełen uznania – zarówno dla wersu 2, jak dla pomysowego zamknięcia z omdleniem w roli głównej 🙂

Nagroda Grand Prix zostanie wręczona… jak tylko Jury wymyśli, jak to zrobić. Bo Jury nawet nie wie, gdzie Zwycięzca mieszka… Ale jeśli w stolicy (lub okolicy) – to niech się Zwycięzca odezwie, a Jury dostarczy. Howgh.

**************

A na koniec – obiecane limeryki własne Puchatka z tymi samymi metropoliami w rolach głównych.

1. Pewien śpiewak mieszkający w Rozprzy
Dnia pewnego całkiem stracił głos przy
Spożywaniu kolacji.
I to właśnie z tej racji
Koncert musiał nazajutrz dać prostszy.

2. Żył raz jeden stary wróbel w Płyćwi
Co wciąż bał się, że mózg mu się przyćmi
Bo gdy uczył się słówek,
Zapominał końcówek
Przez co wciąż miast „ćwir ćwir” wołał „ćwi… ćwi…”

…I to było na tyle, jak mawiał Jan Profesor Stanisławski. Limeryki odtąd już tam, a tutaj może wreszcie uda się wrócić do cyklu Mruczanek Podróżnych.

Pozdrawiam w imieniu Jury – Puchatek

Mruczanka Prosto Z Limerick

No bo Puchatek nie wytrzymał. I postanowił ząłożyć jeszcze jednego bloga (???). Bloga, na którym będą wyłącznie limeryki.

Puchatek zobowiązuje się wrzucać na tamten blog jeden limeryk dziennie. Ani mniej, ani więcej. Pierwszy już jest. Jutro będzie drugi. A po jutrze – jak się łatwo domyśleć – trzeci.

Limeryki wyłącznie własnej produkcji, żeby nie było!

Konkurs limerykowy, jednakowoż, rozstrzygnięty będzie tutaj. Bo tam będą tylko Wyżej Wymienione Formy Literackie.

…no, mnie już chyba do reszty odwaliło.

Dawno, dawno temu, kiedy wracaliśmy z Bieszczadów – ośmioosbowa Grupka, czyli Puchatek I Przyjaciele – w środku głębokiej nocy w pociągu pospiesznym Zagórz – Warszawa, Puchatek dostał odlotu (bez wspomagania chemicznego, żeby nie było!) i zaczął mówić wierszem. No, może „wierszem” to za dużo powiedziane, ale do rymu. Mówił do rymu do reszty przyjaciół, odpowiadał rymowankami (ale rzeczowo!) na ich pytania.

Przyjaciół to bardzo śmieszyło. Przez pierwsze pół godziny. Przez kolejną godzinę patrzyli na Puchatka dziwnie. Nad ranem byli już lekko zirytowani. Na peronie – wkurzeni. A Puchatek po prostu nie mógł inaczej. Bo Puchatkowi czasami palma odbija. Howgh.

Mruczanka Konkursowa – Ostatni Dzwonek

Czas sie kończy! Na razie mamy trzy uczestniczki: limeryki przysłały Kinio, Suzet i Matsa. Jury konkursu zdradzi tylko, że jeden z limeryków Matsy jest na razie absolutnym faworytem – finezja i pomysłowość na szóstkę! :))

Puchatek czeka jeszcze do soboty wieczorem – a potem ogłasza wyniki. A ta czekolada to naprawdę jest dobra 🙂

Na zachętę – limeryk Mistrza: Antoni Marianowicz, tłumaczenie z angielskiego (autor nieznany).

Był pewien artysta pod Coethen
z wyrytym na dupie bukietem.
Kształt jego zdumiewał,
barw dobór – olśniewał,
lecz zapach, niestety, był nie ten.

;)))

Puchatek