Mruczanka Przedjesienna

 

Tyle spraw się dzieje… Tyle różnych myśli krąży…

Jesień się zaczyna na dobre. Nocami zimno, pierwsze żółte liście – choć w dzień jeszcze w miarę letnie temperatury…

To jeden z dwu okresów roku, w których najsilniej dopada mnie potrzeba Wędrowania. Wczoraj wieczorem wyszedłem na chwilę z domu zanieść coś znajomym dwie uliczki dalej. Wracałem – chłód, wiatr, gdzieś między chmurami widoczne pojedyncze gwiazdy… Poczułem nagle, że mógłbym tak iść i iść, całymi godzinami, nie myśląc o niczym.

A rano dojść na przykład w takie miejsce:

…albo jeszcze gdzieś dalej…

Mruczanka Faux Pas

Puchatek z M. i Potworami byli wczoraj w Leśnej Podkowie. Na urodzinach. Urodziny obchodził Błażej – autystyczny chłopiec, w którego terapii brała kiedyś udział M.

Urodziny zaczęły się w kościele w Leśnej Podkowie, od mszy w intencji Jubilata.

Kościół w Leśnej Podkowie to kościół szczególny – zielone otoczenie, jak przystało na miasto-ogórd, dookoła rośnie mnóstwo pięknych roślin, a wśród nich chodzą sobie różne mniej lub bardziej egzotyczne ptaki.

No i faux pas Puchatek popełnił, bo mu się Zmysł Satyryczny włączył w najmniej odpowiednim momencie.

Bo stali wszyscy przed kościołem, kilka minut przed mszą, w nastrojach jak najbardziej poważnych i podniosłych, a Puchatek zobaczył ptaszysko drepczące po ścieżce, z ogonem wielkim i – zanim zdążył pomyśleć – zadał na cały głos pytanie wysoce niestosowne:

– Przepraszam, kto tu puścił pawia?!

Rodzina jubilata padła ze śmiechu, M. przybrała kolor buraczkowy i spojrzała na Puchatka wzrokiem morderczym, a ksiądz proboszcz… Hmmmm… Chyba Puchatka nie będzie lubił.

Uuuups. 😉

Mruczanka Zatroskana

…no bo dobrze nie jest. Osobistej Mamie zrobili już prawie wszystkie możliwe badania – i dalej absolutnie nic z nich nie wynika.

Jeśli chodzi o problemy z mówieniem – wyniki badań neurologicznych wziął jakiś Bardzo Sławny Pan Profesor, który ma się im „przyjrzeć”. Samej pacjentce już się przyjrzał i raczył stwierdzić (zresztą bardzo przyjaźnie i kulturalnie), że ma do czynienia z – cytuję – „bardzo ciekawym przypadkiem”.

W ustach lekarza to komplement, czy wręcz przeciwnie?

Tak na puchatkowe oko psycholga to problem ewidentnie wyglądał na problem na poziomie mikrouszkodzeń w mózgu. Problemy wyłącznie z mówieniem, nie z pamięcią czy formułowaniem myśli (bo te same myśli na piśmie formułują się znakomicie). Nawet znaleźli tam ślad jakiegoś mikrowylewu, ale potem okazało się, że to akurat nie ma żadnego wpływu. I szukają dalej – na razie bezskutecznie.

Gorzej, że to są te „lepsze wieści”. Bo są jeszcze – wykryte niejako przy okazji – fatalne wyniki morfologii. FATALNE. Tak fatalne, że jak pani doktor je zobaczyła, to zaordynowała natychmiastowe przetoczenie litra krwi.

Żadnych masywnych krwotoków Osobista Mama ostatnio nie miewała. Ostatni raz miała robione badania dwa i pół roku temu, przed operacją połamanej nogi – i wszystko było OK.

Czyli – gdzieś musi być „dziura”, gdzieś krew „ucieka”. Wszystkie badania „od góry” nic nie wykazały – pozostaje badanie „dolnej części”, czyli kolonoskopia. Bo niestety jest poważna możliwość, że może to być nowotwór (jelito grube, okrężnica…).

Czyli nie jest dobrze.

Mruczanka Na Bieżąco

Trochę się spraw nazbierało wartych zauważenia.

1. Przedszkole w domu mamy. M. realizuje swoje marzenie o prywatnym przedszkolu prowadzonym na zasadach pedagogiki Montessori. Na razie to tylko wprawka – jest dziewięcioro dzieci (razem z Potworami), głównie pociechy Krewnych I Znajomych Królika. Więcej na razie nie będzie, bo brak lokalu (…dlatego mamy przedszkole „w domu” najdosłowniej. Na piętrze.). Jest wesoło 🙂 Na razie to tylko cztery razy w tygodniu, cztery godziny dziennie. Jak się rozwinie, jak się znajdą chętni, jak się znajdzie lokal, jak… etc., to może od przyszłego roku (szkolnego) się założy działalność wiadomą i sprawę zalegalizuje. A na razie – czas testowy…

2. Osobista Mama jest w szpitalu. Od dłuższego czasu miała problemy z… mówieniem. Wszystkie inne funkcje w normie, pisze normalnie, ale jak mówi – to mylą jej się słowa i gubi końcówki. Podejrzewali lekarze jakieś problemu neurologiczne (na poziomie mózgu) – ale wszelkie możliwe badania nic nie wykazały. Osobista Mama – jak na swój wiek i hmmm… powiedzmy, tryb życia, jak prowadziła przez ostatnie czterdzieści lat – jest zdrowa całkiem. Są tylko dwa objawy: problemy z mową i FATALNE wyniki morfologii. Takie, jakby miała poważny krwotok (…a nie miała). I nikt nie jest w stanie powiedzieć, skąd się te objawy biorą. (Był taki rysunek, bodajże Mleczki: Przerażony pacjent leży w łóżku, a dwaj uśmiechnięci lekarze mówią do niego: „Mamy dla pana dobrą wiadomość – przejdzie pan do historii medycyny!”).

3. A wczoraj wracałem z Warszawy, po całym dniu Biegania i Załatwiania Spraw Różnych… Szedłem sobie od dworca w G. do domu (dwadzieścia pięć minut jak obszył), był już wieczór (zauważyliście, że się coraz wcześniej ciemno robi?). Było chłodno, świeciły gwiazdy, cisza. A ja sobie szedłem i słuchałem Carrantuohilla. I jakoś mi tak było dobrze…

…Jesień się zbliża. Już ją czuć w powietrzu. I Szelma zrzuca letnie wdzianko, zaczyna nabierać futra.

W przeciwieństwie do naszego psa nie lubię zimy. Brrr. Nie chodzi mi o zimno (na nie jestem akurat bardzo odporny…). To raczej taki atawizm – zima to czas, kiedy człowiek jest przywiązany do miejsca. Drogi zasypane śniegiem, mróz nie pozwala na dłuższe wyprawy…

A lato to czas Wędrowania.

A w Szkocji teraz jest tak:

Mruczanka Hardcore – Przedszkolna

Deptak w G., wczesne godziny popołudniowe. Wśród plączącego się między wystawami a kawiarnianymi stolikami tłumu wyróżnia się mała dziewczynka – na oko sześcio-siedmioletnia – w uroczej, różowej sukience. Dziewczynka jest czyściutka, uśmiechnięta, ma blond włoski z równo przystrzyżoną grzywką związane po bokach w warkoczyki z kokardkami. Ma różową sukienkę, takież buciki, białe skarpeteczki i generalnie wygląda jak ilustracja z Książki O Grzecznej Dziewczynce. Idzie spokojnie, trzymając mamę za rękę.

Grzeczna Dziewczynka mija Puchatka siedzącego na ławce i czekającego z Potworami na M. (która buszuje w sklepie). Puchatek odruchowo obraca głowę i widzi na plecach Grzecznej Dziewczynki, przez całą szerkość Bardzo Różowej Sukienki wielki napis czarnymi, drukowanymi literami:

KILL BARBIE!


Puchatek był padł i jeszcze leży….

😀

Mruczanka Z Ulgą

Kooooooooniec sprzątania!

Konkretnie – koniec tej upiornej książki o sprzątaniu, którą Puchatek tłumaczył od jakiegoś pół roku (z przerwami na inne atrakcje, bo pośpiechu nie było).

Ile można. „Jak sobie dzicy Amerykanie wyobrażają utrzymywanie domu w czystości”. Znakomity poradnik, skądinąd, ale jakby wszystkie w nim zawarte porady stosować, to na sprzątanie tego domu poświęcałoby się tyle energii, że juz nie byłoby czasu w nim mieszkać 🙂

Dość.

Teraz będzie Puchatek tłumaczył o rowerach. Górskich. Może być ciekawie.

A w dodatku zadzowniła pani Basia z wydawnictwa R-D i powiedziała, że ma dla Puchatka kolejną pracę. Niestety, tylko pół książki (czyli na pół z drugim tłumaczem), bo czasu mało, ale to i tak znakomita wiadomość.

Jakby policzyć to, co Puchatek na dniach dostanie za to arcydzieło o sprzątaniu, potem za rowery i w końcu za tę nową rzecz (jeszcze Puchatek nie wie, o czem…) to wychodzi, że najmarniej do końca roku kalendarzowego jest za co żyć, i to nawet uwzględniając zimowe rachunki, średnio dwa razy większe niż w lecie (…ogrzewanie! Gaz podrożał, podrożały opłaty przesyłowe, Chatka nienajlepiej ocieplona, instalacja nie pierwszej młodości – to i rachunki zimą takie bardziej… hmmm… rozgrzewające, bo jak człowiek wyjmuje ze skrzynki kopertę z nadrukiem gazowni, to jeszcze zanim otworzy, to już mu się robi gorąco 😉

A jak w miarę oszczędnie się pożyje – to ho ho, może nawet do końca lutego wystarczy. A przecież nikt nie powiedział, że jeszcze po skończeniu tego maratonu nie będzie kolejnego zlecenia od Drugiego Wydawnictwa, tego od Polańskiego i Realizmu… „A jednak się kręci”, cytując klasyków.

Dowcip tylko polega na tym, że znowu są dwie książki (no dobrze, niech będzie, że półtorej…) do zrobienia w dwa i pół miesiąca. Będzie wesoło 🙂

Mruczanka PostPoprawinowa

Puchatek melduje, że przeżył. Głównie, zdaje się, dlatego, że panowie z zespołu (patrz wpis poprzedni) też na tych poprawinach byli chyba lekko wczorajsi (no, przynajmniej tacy, jak chleb w peerelowskich sklepach: „z nocy”). A że byli wczorajsi, to grali głównie kawałki powolniejsze, i to głównie klasykę. Od „Żółtych kalendarzy”, przez „Jerzębinę czerwoną” i „Zielony mosteczek”, aż po „Chryzantemy złociste”. Tęcza dźwięków, że się tak poetycko Puchatek wyrazi 😉

Bardzo zastanawiające, że na poprawinach po weselu trzy czwarte piosenek mówiło o rozstaniu, smutku, pożegnaniach etc. Czy to – przepraszam – aluzje jakieś? 🙂

Tym razem Potwory – niedospane po weselu właściwym – były marudne dosyć, więc się nawet poskakać nie dało. Więc się tylko Puchatek – ku zgrozie M. – obżarł jak prosię 😉 Jedzonko było takie sobie, jako to na weselu (…) – ale było dużo wędlin i mięska z własnych jakichś, wiejskich produkcyj. A Puchatek mięsożerny jest niezwykle, więc był korzystał 😉

Później Puchatek siądzie i napisze parę ciekawostek natury socjologiczno – psychologicznej. Ciekawostek z wesela i poprawin, rzecz prosta. Ale teraz odpocząć musi po spędzeniu ośmiu godzin w jednym przedziale z Potworami…

Zatem – Do Usłyszenia Państwu 😉

Mruczanka Przedweselna

 

Melduje Puchatek posłusznie, że na Drugim Końcu Polski przebywa, w czortu na Kuliczkach, a konkretnie za Legnicą kilometrów kilkanaście. Przybył tu Puchatek – razem z M. i Potworami na intencję ślubu i wesela. Ślub bierze Taki Jeden Kuzyn M. Jutro.

 

A że Puchatek nie da głowy, czy będzie tu miał czas zajrzeć – to jakby nie miał, to się odezwie we wtorek. Późno. Howgh.

Mruczanka Prawie Załamana (Ale Tylko Prawie Jednakowoż)

No bo to można szału dostać, jak się taki dzień trafi!

Miał Puchatek wpaść do Miasta Stołecznego – odwiedzić Jedną Bardzo Starszą Panią, odwiedzić Osobistą Mamę, a potem spotkać się z Osobistą Siostrą i razem z nią pojechać do Chatki.

No i kicha. Bo Bardzo Starsza Pani (która liczy sobie wiosem 97 – słownie dziewięćdziesiąt siedem i pół) na oczach Puchatka się była potknęła o dywan i upadła. I to tak pechowo, że
a) rozbiła sobie głowę o stół (sporo krwi, cztery szwy),
b) rozcięła sobie o ten sam stół skórę na łokciu – jakieś dziesięć centymetrów wisiało, z widokiem na mięśnie i ścięgna (bardzo dużo krwi, dwanaście szwów).

To znaczy – te szwy to już były potem. Bo przedtem, kolejno:

– pierwszy telefon na pogotowie;
– telefon do opiekunki Starszej Pani: zajęte;
– telefon do Biura numerów, żeby zdobyć numer opeikunki w pracy;
– telefon do rzeczonej pracy;
– drugi telefon na pogotowie, z pytaniem dlaczego tak długo.

Wreszcie przyjechała karetka, pojechaliśmy do szpitala, poczekaliśmy, rękę zszyli, głowę zszyli, rentgen zrobili, powiedzieli, że wszystko OK, do domu karetką odwieźli (ba, a co – tramwajem mieliśmy wracać?!).

I Puchatek był w domu wieczorem, zamiast o drugiej.

A jak już dojechał, to się dowiedział, że:

1. Osobistej Mamy Ukochany Pies silnie się czymś struł i jest (chyba) na granicy przeniesienia się do psiego raju, co Osobistą Mamę doprowadza na skraj skraju rozpaczy (bo pies ukochany, bo od dziesięciu lat, bo wiadomo…)

2. Osobista Kuzynka – mieszkająca zresztą w Los Angeles – została ugryziona… przez kota (?!) w środkowy palec lewej ręki, a kot był ze schroniska, jakieś świństwo miał widać w pysku, zakażenie sie wdało jak jasna, nagła niespodziewana cholera, tydzień w szpitalu, dożylne wlewy antybiotyków, doustne przez następny tydzień (na granicy sepsy, powiedzieli lekarze…), a jak już wszystko było niby OK, to się okazało, że to świństwo (czyli to zakażenie) dalej tam siedzi, ale w kości (!!! – tak ją skurczykot głęboko użarł!) i teraz nie wiadomo, czy jej nie będą musieli tego palca urzępolić. Się okaże za dwa – trzy dni. Może.

No, co za dzień u licha! :(((