Mruczanka Wkurzona Wrrrrrrrrr!!!!

Pewnie to niewiele pomoże, ale napiszę. Pod moją poprzednią notatką pojawił się następujący komentarz (nota bene w 16 egzemplarzach; pisownia oryginalna):

kasia2308
2005/10/14 10:21:45
  Cześć. Masz super blogaska, ale jak widzę nikt cię nie odwiedza i nie komentuje, a bardzo ciekawo piszesz. Nic trudnego, zgłoś się do ocenki bloga na (TU ADRES STRONY WWW) i zwieksz sxwoja popularnosc. Gwarantuje ci, że na pewno będzież miał/a 10 a może i wiecej komentarzów tygodniowo niż teraz….


Ponieważ ten komentarz należy do pewnej szerszej kategorii, czuję się zmuszonym napisać kilka słów.

Do jasnej, nagłej, niespodziewanej karbidówki! Szanowna kasiu2308!

Po pierwsze: guzik mnie obchodzi, ile osób czyta moje notatki. Liczy się jakość, nie ilość. Wiem, że czytuje je kilka Osób, które szanuję, cenię i poważam. Osób, które – na poziomie Rzeczywistości Wirtualnej – ośmielam się nazywać Przyjaciółmi. Te kilka osób zupełnie mi wystarcza.

Po drugie: szlag mnie trafia, kiedy znajduję komentarze świadczące o tym, że ich Autor nie zadał sobie trudu przeczytania notki, tylko wrzuca je taśmowo pod wszystkie napotkane blogi, żeby zwiększyć „czytalność” własnego. Takie komentarze będę kasował, natychmiast i bez skrupułów.

Po trzecie: bardzo proszę – jeśli już piszesz coś do mnie, PISZ PO POLSKU. Jeśli to przekracza Twoje możliwości – wrzuć napisany uprzednio tekst w Worda i każ mu sprawdzić błędy i literówki.

Po czwarte: jak widzę (lub słyszę) słowo „blogasek”, to nóż mi się otwiera w kieszeni, włosy stają mi dęba w napadzie szlachetnej wściekłości, na usta występuje mi piana a ręka sięga po najbliższy cieżki przedmiot. A jeśli w dodatku to kretyńskie, infantylne słowo pojawia się w zestawieniu ze słowem „super” („super blogasek”), to mam ochotę strzelać, mordować i palić.

Howgh.

😦

Mruczanka Tym Razem Wkurzona

Maila Puchatek dostał. Maila od bardzo sympatycznego skądinąd redaktora z pisma D. „Szanowny Panie, bla bla bla… Niestety od września zmienia się koncepcja pisma i prowadzonej przez Pana rubryki… Z przykrością informuję, że… Bla bla bla…”.

Redaktor Bogu ducha winien, człek znakomity, z formy maila widać wyraźnie, że głupio mu wobec Puchatka i źle się z tym czuje.

A Puchatek jest wkurzony na „naczalstwo” pisma D.

Nie dlatego, że zaczynają współpracę, a po pół roku ją zrywają.

I nawet nie dlatego, że miesięcznie kilkaset złotych mniej na konto wpłynie (teraz akurat roboty tyle, że to mały problem).

Przede wszystkim dlatego, że Puchatek wyczuwa kit. „Zmiana koncepcji”? Wolne żarty. Jeśli tworzy się nową rubrykę, ogłasza konkurs, kreuje jakąś nową rzeczywistość – to nikt mi nie wmówi, że kilka miesięcy później jest całkowicie „nowa koncepcja”, która całą rubrykę likwiduje, a efekty i wysiłek włożony w organizację konkursu i powstanie rubryki wysyła w okolicę Alfy Centauri.

Kitem czuć na kilometr. Puchatek widzi to tak:

– albo zabrakło kasy, żeby Puchatkowi płacić (cięcia, trudny rynek, recesja, wiadomo…);

– albo znalazł się kto inny, kto ma to robić (w podtekście – lepiej, bo opcji „Teraz-Będzie-To-Pisał-Bratanek-Ciotki-Dyrektora-Wydawnictwa” raczej pod uwagę Puchatek nie bierze… Może naiwnie…);

– albo (i to się Puchatkowi wydaje najbardziej prawdopodobne…) to, co Puchatek pisał, naczalstwu pisma D. nie odpowiadało, uznano to za kiepskie, stwierdzono, że nie o to chodziło i tak dalej.

I to właśnie jest wkurzające. Nie, nie to że „ktoś śmie twierdzić, że Puchatek coś robi źle”. Puchatek jest normalny, naprawdę. Krytkę przyjmuje, zdaje sobie sprawę z tego, że bywają różne wizje i poglądy.

Wkurzające jest to, że tego się nie mówi wprost. „Szanowny Panie, doszliśmy do wniosku, że nie o to nam chodziło, że Pan jednak pisze nie tak, jak byśmy chcieli, że musimy znaleźć / znaleźliśmy już / kogoś, kto bardziej nam odpowiada”.

No i w porządku. Może nie jest to sytuacja przyjemna, ale „shit happens”, jak mawiali starożytni – a przynajmniej uczciwie.

A tak… Nie znoszę niejasnych sytuacji i niedomówień.

P.

Warczanka

Ja protestuję. Stanowczo. To jest nie w porządku. To tak być nie może całkiem.

Na dworze trzydzieści stopni. Nie wiem dokładnie, ile to jest, ale mój pan się cieszy jak głupi. „Wreszcie ciepło” – mówi – „wreszcie przyszło lato!”. No, rzeczywiście, jest się z czego cieszyć! Gorąco jak w igloo, żar się z nieba leje, dobrze, że chociaż jest chłodna dziura pod schodami, bo bym chyba oszalała. To nie są warunki do życia dla porządnego malamuta. Ja NIE MOGĘ zdjąć futra. Na basen mnie nie wpuszczają. Skandal.

Dobrze, jeszcze tylko czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień – i już się powoli zacznie robić do rzeczy. Byle do zimy.

Szelma Rozgrzana Do Białości.

Mruczanka środowa we wtorek

Pani minister Środa – ta od „równego statusu kobiet i mężczyzn” – zaatakowała telewizję, że puszcza seksistowskie reklamy. Że kobiety ukazywane są w reklamach (niektórych) jak idiotki, że umacnia się stereotypy, że… i tak dalej.

Nie da się ukryć, że trochę racji w tym jest. Jest kilka reklam, które rzeczywiście są po prostu niesmaczne. Ale…

No właśnie, ale. Czy to naprawdę jest najgorszy sposób, w jaki utrwala się stereotypy i poniża kobiety? Czy naprawdę pani minister nie ma poważniejszych zmartwień? Nie? To Puchatek ośmieli się pani minister podpowiedzieć:

Szanowna Pani Minister! W każdym kiosku Ruchu bez trudu można dostać pisemka (a ostatnio także dołączone do nich płyty DVD i VCD), przy których nawet najbardziej seksistowskie reklamy to pestka. Pisemka i płyty, które traktują kobietę nawet nie stereotypowo – ale po prostu jak towar. Jak przedmioty. Jak mięcho, mówiąc brutalnie.

W każdym kiosku, pani minister, można kupić filmy, w których kobiety są poniżane, gwałcone, traktowane jako dodatek do narządów płciowych. To się popularnie nazywa pornografia. I to jest OK? To nie jest poniżanie kobiet, to nie podpada pod Pani ustawowe obowiązki? Przeszkadza Pani kiepska reklama, w której główną rolę gra kołyszący się biust modelki, a nie przeszkadza Pani ogólnie dostępny „tartak”, filmy składające się wyłącznie ze rżnięcia (pardon), z których panowie starsi i (głównie, niestety) młodsi uczą się stosunku (nomen omen) do kobiet i ich traktowania?

O prostytucji (jak wykazują badania – w 75 proc. przypadków nie do końca dobrowolnej) już nawet nie wspomnę.

A, rozumiem, bo jak ktoś chce być politycznie poprawny, to nie można źle o pornografii mówić… Bo się wyjdzie na „staroświeckiego” i „zacofanego”, i „nietolerancyjnego”… Więc prościej podejmować działania pozorne, udawać że się coś robi i zajmować pierdołami…

Pani Minister – to jest żenujące.

Puchatek Wkurzony.

Mruczanka majowa

 

…ale całkiem nie optymistyczna, niestety. Przeżycia – traumatyczne. Bo Mattka Polka wróciła ze ślubu – a Puchatek niestety z Pierwszej Komunii.

Pierwszą Komunię przyjmowała córka puchatkowej kuzynki. Kilka słów o pozytywach na początek – bo potem już będzie tylko horror.

Pozytyw pierwszy – parafia na tyle postępowa, że wszystkie dzieci do Komunii w jednakowych strojach. Chłopcy – w ministranckich komżach, dziewczynki – w prostych albach z kołnierzykami. Więc przynajmniej nie było kretyńskiej „rewii mody” i ośmioletnich panien młodych licytujących się, która ma więcej falbanek.

Pozytyw drugi – organistka. Śpiewała „normalnie”, dla dzieci – ale całkiem do rzeczy. Nie było źle.

I jeśli chodzi o pozytywy – to tyle.

Natomiast poza tym – jako rzekłem – horror.

W niewielkim kościele dziki tłum ludzi, z których duuuuża część wyraźnie z gatunku tych, co to „ile razy do kościoła przychodzą, to akurat ksiądz jajka święci”. Rozgardiasz, gadanie, wujkowie, ciotki i pociotki łażące po całym kościele i błyskające fleszami dzieciom po oczach, księdzu po okularach. Niedaleko Puchatka jakiś przygłup dyskutował całą mszę z drugim przygłupem o tym, jak się robi miód pitny i gdzie wyjadą na wakacje. Puchatek rozumie, że nie każdy do kościoła chodzi, Puchatek to szanuje. Ale w takim razie – po co ta szopka?!

 

Sposób sprawowania uroczystości wołał o pomstę do Nieba. Jak zwykle przy takich okazjach jasno było widać, że najważniejsze jest gdzie kto stoi, jak dzieci mają skręcać przed ołtarzem, kiedy co jest mówione. Dzieci recytowały dziesiątki kretyńskich „wierszyków” – a to z podziękowaniami, a to z prośbami. „Wierszyki” ewidentnie pisane przez dorosłych (…kretynów…), którym się wydaje, że takim językiem mówią dzieci. Potworne, częstochowskie rymy, kwieciste frazy rodem z teczek najgorszych tekściarzy disco-polo. Wierszyków było zresztą w tej mszy więcej, niż Słowa Bożego. Głupie, infantylne, prymitywne.

 

Kazanie proboszcza… Teologicznie niby poprawne, treściowo niby nawet do rzeczy, ale forma… Zdrobnienia, słodkości, infantylizmy. „Serduszka”, „duszyczki” (obowiązkowo: „jasne” albo „czyste”), „kwiatuszki”, „twarzyczki”… I wszystko to takim tonem i z taką intonacją, jakby mówił do trzylatków, a nie do dzieci pięć lat starszych…

 

DLACZEGO??? Dlaczego ludziom się wydaje, że jak mówią do dzieci, to muszą mówić infantylnie? Że mówienie do ośmiolatków do jak mówienie do idiotów? Czy ośmioletnie dziecko nie może usłyszeć, że ma „serce”, tylko nieustannie – „serduszko”?

 

Czy te kretyńskie wierszyki i częstochowskie rymy MUSZĄ być stałym elementem Pierwszych Komunii?

 

I nie chodzi tylko o stronę estetyczną (choć puchatkowa humanistyczna dusza cierpiała okrutnie). Chodzi także o to, że w zalewie tej słodkości, tych wierszyków, serduszek i duszyczek kompletnie ginie to, co najważniejsze, to, o co naprawdę w całej tej uroczystości chodzi.

 

Mam wrażenie, że w wielu naszych parafiach przy organizowaniu takich uroczystości idzie się po linii najmniejszego oporu. Byle było „pięknie”. Schemat goni schemat, sztampa goni sztampę. Nikt się nie przejmuje prostą myślą: co zrobić, żeby te dzieciaki naprawdę przeżyły to wydarzenie tak, jak powinny. Jako Spotkanie z Przyjacielem. Nikt nie pamięta o tym, że to On jest tu najważniejszy – a nie wierszyki, podziękowania, oprawa i „kwiatuszki”.

 

Oj, rację miał niestety ksiądz biskup Pieronek w słynnym wywiadzie, za który tak go krytykowano: nie ma w naszym Kościele jasnej wizji duszpasterskiej. Nie ma pogłębionej refleksji, myślenia, analizy jakiejś.

 

Są „serduszka”, „duszyczki” i wszechobecny kicz, zasłaniający swoją lukrowaną polewą to, co naprawdę ważne.

 

„…plwajmy na tę skorupę – i zstąpmy do głębi”, że zacytuję Wieszcza ;).

 

„Wypłyń na głębię” – wołał Jan Paweł II. Na GŁĘBIĘ. A my dalej wierszyki i kokardki. Myślenie boli, oj, boli…

😦

Mruczanka Kolejowa

Remont za nami. Po jego zakończeniu Puchatek sprzątał DWA DNI praktycznie bez przerwy. Skończył w sobotę – a w zasadzie w niedzielę, bo jak się kładł był spać, to dłuższa wskazówka budzika stała na dwunastce, ale za to krótsza – na czwórce. Znaczy – była chyba czwarta nad ranem, chociaż po dwóch dniach sprzątania bez przerwy Puchatek nie był już tego całkiem pewien.

Wstał za to Puchatek za dwadzieścia szósta – czyli spał całą godzinę i minut czterdzieści. Wstał i pojechał do M. i Potworów na Drugi Koniec Polski.

Spędził tam Puchatek jeszcze dwa dni, poczem w środę całą ferajną wrócili do G. I tu się zaczyna opowieść właściwa.

Chojnów – szesnaście kilometrów za Legnicą. Żeby jechać możliwie najkrócej i nie cofać się z Warszawy do G., jechał Puchatek z całą gromadką czterema pociągami. Chojnów – Wrocław. Wrocław – Kutno. Kutno – Skierniewice. Skierniewice – G.

Cztery pociągi. Żaden z nich (żaden!) nie odjechał ze stacji początkowej (!!!) punktualnie. Nawet ekspres „Panorama” – miejscówki, ciepła woda w łazienkach, cena biletów taka, że za te pieniądze można by polecieć jakąś tanią linią do Berlina – odjechał z Wrocławia (gdzie zaczynał swoją trasę) dziesięć minut po czasie. Dlaczego? Pan konduktor zapytany o to tonem złośliwym wzruszył tylko ramionami z miną typu „A bo ja wiem?”.

O tym, że zaciętego okna nijak nie dało się otworzyć, że na wagonie dla niepalących jak byk widniały oznaczenia, że jest dla palących – to już nawet nie wspomnę.

Polskie Koleje Państwowe. Normalka.

Poza „Panoramą” (odcinek Wrocłam – Kutno) Puchatek jechał wyłącznie pociągami osobowymi. Bród, syf, Potwory po pierwszym kwadransie miały juz łapki koloru PKP (taki charakterystyczny, nigdzie indziej nie spotykany odcień brązowo-rudego brudu), po kolejnym kwadransie – całą resztę też. Okna się nie domykają (albo nie otwierają), siedzenia obluzowane, o pójściu do łazienki już nawet Puchatek nie wspomina. I ten wszechobecny smród brudnego pociągu.

Za takie luksusy (trasa liczyła jakieś pięćset kilometrów) zapłacił Puchatek 190 złotych polskich. A przecież Potwory jeszcze nie płacą, bo za młode. Czyli 190 złotych za dwie osoby dorosłe, które w dodatku w ekspresie miały zniżkę jako opiekunowie dzieci.

Toż to paranoja. Wychodzi na to, że gdyby mieć samochód, to już w dwie osoby można by tę trasę pokonać taniej, niż pociągiem. A co dopiero będzie za rok, kiedy Pietruszka skończy cztery lata i trzeba mu będzie bilety kupować? Chyba przyjedzie zrezygnować z usług PKP, kupić jednak jakieś używane cztery kółka (najlepiej diesla albo z instalacją gazową) – i jeździć oszczędniej.

Gdyby policzyć ile kilometrów można przejechać koleją za średnią miesięczną pensję (to jedyny uczciwy sposób porównywania cen w różnych krajach) i uwzględnić stosunek ceny do jakości świadczonych usług – idę o zakład, że nigdzie w UE nie ma droższych kolei.

Może pora, żeby PKP wreszcie upadły – a na gruzach może ktoś zdoła coś sensownego zbudować?

Optymistyczny akcent na koniec: po wejściu do domu M. zapomniała o zmęczeniu i zapiała z zachwytu nad wyremontowaną Chatką. Wszystko jej się podobało – także kilka niespodzianek, które Puchatek zdziałał (na przykład kolor, na jaki pomalowane zostały szafki kuchenne). Odmieniona Chatka rzeczywiście sprawia miłe wrażenie, po wywaleniu ściany pokój (czyli „salon”) optycznie się powiększył, płytki na podłodze w kuchni robią dużo milsze wrażenie niż stare linoleum i w ogóle jest bardzo przyjemnie. Czyli – generalnie jest dobrze, jak powiedzieliby zapewne komentatorzy sportowi 🙂

Tydzień wystarczył

Dzień czy dwa po śmierci Jana Pawła – telewizja pokazuje kibiców Cracovii i Wisły wspólnie modlących się na stadionie. Dzień później – podobna scena z udziałem kiboli Legii i Polonii w Warszawie.

Pierwsza myśl – może naiwna – że gdyby zaczął się proces kanonizacyjny Jana Pawła, to pierwszy cud mamy już zaliczony.

Dziś (niedziela) w „Panoramie”:
– kibice klubu „Kszo” Skądkolwiek i jakiegoś innego klubu, którzy trzy dni temu „na znak pojednania dla Papieża” wspólnie szli Drogą Krzyżową, przerwali mecz i zaczęli się prać.
– kibice Legii jadący na mecz do Krakowa (czy gdzie bądź, nie pamiętam) w Kielcach obrzucili kamieniami kilkanaście samochodów, do tego kilka razy zatrzymywali pociąg, demolując coś tam (co nie przeszkodziło im na początku meczu uczcić minutą ciszy Zmarłego i rozwijać czarne flagi na trybunach).

To już? Po wszystkim? Tyle było narodowego zrywu Wielkich Przemian?

Czy to ci ludzie są tak małymi, głupimi gnojkami?

Czy to po prostu to samo, odwieczne, niezniszczalne polskie piekło?

Odechciewa się. Wszystkiego.

Mruczanka priorytetowa

W poniedziałek zadzwoniła E. z wydawnictwa. Powiedziała, że są już dla mnie papiery, na które czekałem – konieczne do załatwienia sprawy w banku. Spytała, czy wpadnę, czy ma mi je wysłać pocztą.
Ponieważ nie zamierzałem jechać w tym tygodniu do Warszawy, poprosiłem, żeby wysłała. Zrobiła to – jeszcze tego samego dnia. Priorytetem.
Oczywiście w związku z tym okazało się, że MUSZĘ jechać w tym tygodniu do Warszawy. W czwartek.
No cóż, pomyślałem – papiery wysłane w poniedziałek, priorytetem, więc najdalej w środę będą w skrzynce (miasto G. leży zaledwie trzydzieści kilometrów od Warszawy…), a w czwartek przy okazji wpadnę do banku i załatwię sprawy.
Nic z tego. Zapomniałem, że Poczta Polska to atraktor Praw Murphy’ego. Jest środowe popołudnie. Skrzynka pusta. Priorytet w usługach Poczty Polskiej to taka przesyłka, za którą się płaci troche więcej, więc dochodzi trochę szybciej… albo nie.
No i załatwienie spraw w banku znowu się odwlecze – do następnej wyprawy do Warszawy. Oczywiście jeśli do tego czasu priorytet dojdzie. Bo w końcu gwarancji nie ma…
😦 Puchatek

Mruczanka wildsteinowska

 

Miałem o polityce tu nie pisać – ale zastrzegłem, że czasami nie zdzierżę. No i właśnie nie zdzierżam.

 

Przetoczyły się przez media echa tzw. Listy Wildsteina. Były takie dwa tygodnie, że strach było lodówkę otworzyć, żeby się na pana Bronka nie natknąć. Dyskusje, krzyki… Ze stron obu…

 

I pan Bronek, nieustająco dumny z siebie, jakiej to wielkiej rzeczy dokonał. I powtarzający, że „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą” (jako odpowiedź na pytanie o to, co z osobami, które przez to zamieszanie niewinnie dostaną po głowie). No cóż, odpowiedź o wielkich tradycjach. Wujaszek Stalin bardzo ją lubił…

 

A ja Wam opowiem o panu A. Pan A. to znajomy Puchatkowej Matki. Nikt krewny, nikt z rodziny, ale osoba stosunkowo bliska. Pierwsza znana mi osobiście „ofiara Wildsteina”.

 

Pan A. – obecnie liczący sobie wiosen sześćdziesiąt pięć – studiował był niegdyś historię sztuki. Jako student dostał był stypendium Rządu Francuskiego, które umożliwiało mu wyjechanie na roczne stypendium do Francji. Czasy to były zabawne – początek lat siedemdziesiątych, kiedy Zachód wciąż jeszcze był Zgniłym, ale Francja była Trochę Mniej Zgniłym Zachodem, bo bawił w niej niegdyś na gościnnych występach towarzysz Gierek Edward, który – kiedy został już Miłościwie Panującym Pierwszym Sekretarzem – jak wiadomo zacieśniał więzy, odnawiał kontakty, zawierał sojusze i kupował Berlieta. No i do Francji można było.

 

Pan A., który był już po trzydziestce, ale jak wielu w tamtych czasach bawił się w „wiecznego studenta”, spakował już studencki plecaczek, odstał swoje w urzędach, dostał paszport i pozwolenia wszelakie. Na tydzień czy dwa przed planowanym terminem wyjazdu, kiedy pan A. miał już bilety na pociąg, w akademiku, w którym mieszkał w Warszawie pojawił się Jeden Smutny Pan. Jeden Smutny poinformował pana A., że każdy student wyjeżdżający na stypendium obowiązany jest podpisać dokument, że mianowicie nie zdradzi Socjalistycznej Ojczyzny, a gdyby w czasie pobytu na Zgniłym usłyszał coś, co mogłoby tejże zaszkodzić lub jej cenny, socjalistyczny wizerunek zepsuć – po powrocie podzieli się tym z Jednym Smutnym Panem albo którymś z jego Smutnych Kolegów.

 

Pan A. podpisał. Że gdyby, to powie. Że jak się dowie, to poinformuje. Że jak wróci – to odpowie na ewentualne pytania. I że w czasie pobytu na Zgniłym nie będzie się kontaktował z Podejrzanymi Środowiskami Antysocjalistycznymi.

 

Taka standardowa lojalka, którą podpisywali wszyscy wyjeżdżający „służbowo” na Zgniły.

 

Pan A. był we Francji rok. Zbierał materiały, oglądał obrazy, robił notatki. Wrócił, napisał pracę magisterską, obronił ją na „bdb”. Jednego Smutnego Pana nigdy więcej w życiu nie spotkał. Nikomu żadnych sprawozdań nie pisał. Nikt go o pobyt we Francji nie pytał. Nigdy.

 

Minęło ponad 30 lat. I co? Tak, tak, zgadliście. Pan A. jest na „liście Wildsteina”. Bo podpisał. Więc ma teczkę w IPN. Więc jest na liście.

 

Pan A. musiał odejść z pracy – bo pracował (jako człowiek od „sztuk pięknych”) w pewnej redakcji o lekko prawicowym nastawieniu, więc jak się dowiedzieli, że jest na liście… To mu powiedzieli, że oni rozumieją, że go nie podejrzewają, ale sam rozumie… Że oni nie mogą sobie pozwolić na dwuznaczność…

 

…I tyle. Drwa rąbią. Wióry lecą. Normalna sprawa.

 

P.S.

Wiem, wiem – ktoś zapyta, jaką mam gwarancję, że pan A. nie kłamie. Że nie był rzeczywiście ubeckim konfidentem.

 

Otóż mam gwarancję. Bo widzicie – znam pana A. jako znajomego rodziny dosyć dobrze. I jedno mogę powiedzieć na pewno – pan A. nigdy w życiu nie zajmował się polityką. Nie donosił – bo nie miałby nawet na kogo. Nigdy nie „solidarnościował”, nigdy nie uczestniczył w żadnej antypaństwowej czy antysocjalistycznej działalności.

 

Nigdy tego nie robił, bo (choć sam pewnie by tego nie powiedział…) pan A. jest potwornym tchórzem. I w czasach, kiedy Puchatkowy Ojciec konspirował (…a jakże!) pan A. grzecznie pracował na państwowej posadce, trzymał się z daleka od wszelkiej polityki, a jak jego koledzy w pracy w 1981 przychodzili ze znaczkami „Solidarności” w klapach, to na wszelki wypadek przestał chodzić z nimi na piwo. Bo trząsł portkami.

 

Ale na liście jest.

 

I co pan na to, panie Bronku?

 

Puchatek

 

Mruczanka translatorska

 

 

Nie, przykro mi, nic o wlanetynkach. Mdli mnie już od czerwonych serduszek, wybaczcie.

 

Dziś się Puchatek poznęca nad kolagami po fachu – tłumaczami, znaczy. A powód jest istotny – bo właśnie w kinach kolejny film Disneya z puchtkopodobnym bohaterem w roli głównej. Nie, nie zamierzam krytykować Disneya jako takiego, ani zżymać się, że disneyowski Kubuś z Puchatkiem Milne’a nie ma wiele wspólnego. Chodzi mi jedynie o PRZEKŁAD. Konkretnie – przekład tytułu.

 

„Kubuś i hefalumpy”. No, mistrzostwo świata. Co to są „hefalumpy”? Nie ma takiego słowa po polsku, to jasne. No i w porządku, można by powiedzieć – istoty bajkowe, bajkowa nazwa. Równie dobra jak „gumisie” czy „hobbici”.

 

Otóż nie. „Hefalumpy” to brednia, dowód na to, że tłumacz tego filmu (i disneyowskich puchatkowych dobranocek) powinien z pracy na zbitą buzię polecieć, bo sprawę (pardon) olał, bo poszedł po linii najmniejszego oporu.

 

Wystarczy spojrzeć na ekran, żeby zobaczyć, że „hefalumpy” mają duże uszy i trąby. I że są słoniami po prostu. Słowo „heffalump” w oryginale Kubusia Puchatka to po prostu przekręcone po dziecięcemu słowo „elephant”, czyli „słoń”. Każdy, kto choć trochę zna angielski, niech sobie oba słowa na głos przeczyta – brzmią podobnie. Tak samo, jak „Tigger” („Tygrysek” w przekładzie Ireny Tuwim) to po prostu przekręcony (lekko) „tiger”, czyli „tygrys”.

 

Irena Tuwim w całym rozdziale używa po prostu słowa „słoń”. Natomiast kiedy przerażony prosiaczek krzyczy ze strachu, plączą mu się słowa – w oryginale przekręca jeszcze bardziej już przekręcone – wychodzi z tego „słoniocy” („słoń” + „pomocy!”). Zacytuję:

 

W ORYGINALE:

 

„Help, help!” cried Piglet, „a Heffalump, a Horrible Heffalump!” (…) Herrible Hoffalump! Hoff, Hoff, a Hellible Horralump! Holl, Holl, a Hoffable Hellerump!”

 

U IRENY TUWIM:

 

– Pomocy, pomocy – krzyczał Prosiaczek. – Słoń, straszliwy Słoń! (…) Słoniowy Strach! Słoniocy! Słoniocy! Strachowy Pom! Pomocny Strach! Słoniocy!

 

Okazuje się zatem, że DA SIĘ przetłumaczyć słowo „heffalump” tak, żeby oddawało jednocześnie odniesienie do słonia, jak i dziecięce przekręcenie.

 

Wiem, że przekład Ireny Tuwim jest chroniony prawami autorskimi, więc tłumacz użyć słowa „słoniocy” nie mógł. W porządku. Ale – szanowny panie tłumaczu, szanowni panowie, którzy dopuściliście tę parodię tłumaczenia do kin – ja sam, choć za artystę się nie uważam ani filologii angielskiej nie kończyłem, mogę z marszu zaproponować wam trzy czy cztery rozwiązania tego problemu. Nie, tu ich nie napiszę – zgłoście się do mnie, to pogadamy. I nie róbcie dzieciom wody z mózgu.

 

Zirytowany Puchatek.