Mruczanka Zamyślona

Czego boją się Wasze dzieci?

Nie, nie chodzi mi o złego psa sąsiadów, agresywnego kolegę w przedszkolu czy gniew rodziców, kiedy zdarzyło się rozbić zabytkowy wazon po babci. Chodzi mi o te irracjonalne, dziecięce lęki, siedzące gdzieś tam w małych główkach, tym gorsze, że niezrozumiałe nawet dla rodziców… Te głębokie, poza świadomością umieszczone strachy, tkwiące korzeniami w jakichś ciemnych czasach jaskiń i drapieżników Z Zewnątrz…

Każdy ma takie lęki. Kiedy dorastamy – racjonalizujemy je, oswajamy, umiemy z nimi żyć. A jednak gdzieś tam są – najlepszym dowodem to, jak bardzo lubimy się bać w sytuacjach kontrolowanych (nie ma to jak dobry horror, nieprawdaż? 😉

Mój Pietruszka jest wielkim wrażliwcem i introwertykiem. Ma – na nasze psychologiczno-pedagogiczne spojrzenie – nawet lekkie rysy spektrum autystycznego (bardzo lekkie).

Wielu rzeczy się boi – przy czym zawsze są to przedmioty czy zjawiska nie kojarzące się (nam…) z jakimkolwiek zagrożeniem.

Kiedy miał półtora roku bał się pokrętła od kaloryfera. Takie małe, czarne kółko, którym w starych typach kaloryferów regulowało się przepływ wody. Zawsze, kiedy wchodził do pokoju, z wyraźnym lękiem przyglądał się temu dziwnemu przedmiotowi.

Później pokrętła „zanikły”, za to pojawił się lęk przed latarnią, która stoi na podjeździe między nami a domem sąsiadów. W ciągu dnia latarnia nie robiła żadnego wrażenia, ale wieczorem, kiedy się zapaliła – była najwyraźniej obiektem przerażającym. Pietruszka bał się wtedy nawet podejść do okna. Co dziwne – inne okoliczne latarnie (skądinąd identyczne…) nie robiły na nim wrażenia.

Potem latarnia stopniowo zanikała (choć do dziś Pietruszka nie lubi momentu, kiedy latarnia się zapala; ale już się jej tak wyraźnie nie boi, teraz to raczej „przyzwyczajenie”).

Teraz (od jakichś dziewięciu miesięcy) Pietruszka boi się muzyki, która płynie z naszej wieży. To ważne połączenie: nie chodzi o muzykę jako taką. Kiedy włączę tę samą płytę w gabinecie na komputerze, to wszystko jest OK; Jak byliśmy na słynnym weselu, to Pietruszka tańczył, skakał i był Pierwszym Imprezowiczem. Natomiast jak włączę wieżę, która stoi w dużym pokoju – to jest panika. Nie, właściwie nie panika – histeria. Przerażenie. Nie pomaga przytulanie, nie pomaga spokojne tłumaczenie (które w wielu sprawach u Pietruszki działa znakomicie).

Nie, nie jestem sadystą – po prostu chwilowo (…miejmy nadzieję…) nie włączamy muzyki, kiedy Pietruszka nie śpi. Ale o co chodzi? Nie wiemy. Jest parę teorii. Jedną z nich jest lekka nadwrażliwość słuchowa, prawie potwierdzona przez Znajomą Panią Psycholog Dziecięcą. To akurat nie dziwi – Pietruszka ma to po tatusiu, który też ma w uszach dodatkowy, prywatny wzmacniaczyk i wszystko słyszy o poziom głębiej. A wieża – choć nie najnowsza – jest dosyć dobrej klasy i odtwarza dźwięk na naprawdę przyzwoitym poziomie, a więc podaje zapewne różne harmoniczne, których nie przenoszą komputerowe głośniczki czy wielkie kolumny nagłośnieniowe…

A wczoraj w nocy Pietruszka obudził się ze strasznym płaczem po jakimś koszmarnym snie. Okazało się, że śnił mu się… telewizor.

„ZEPSUTY!!! Telewizol zepsuty! Ty go naplaw! Naplaw go tatusiu! Zepsuty telewizol!”

Nie mógł się uspokoić przez bitą godzinę! Nie chodziło o to, że „telewizor się zepsuł, więc nie będzie można obejrzeć dobranocki”. Nasze Potwory nie są bardzo telewizyjne, jedyne, co oglądają to właśnie dobranocka, a i to nie zawsze. O tym, że telewizor (skądinąd liczący sobie chyba ze szesnaście lat) nigdy zepsuty nie był, nawet nie wspominam.

Tu chodzi o coś innego. O jakiś wewnętrzny lęk, o jakieś zakłócenie ustalonego porządku świata… O jakiś pierwotny chaos, który za sprawą tego „zepsutego telewizora” wpycha się w jego rzeczywistość… Wpycha się i odziera go z poczucia bezpieczeństwa.

Rano, po obudzeniu, pierwsze pytanie brzmiało: „Czy telewizol jest zepsuty?” Nasze zapewnienia nie pomagały. Temat wracał przez cały dzień. Kiedy wieczorem włączyliśmy „bajkę” – Pietruszka był tak spięty, że aż sztywny. Nawet sobie pomyślałem, że gdyby zadziałały prawa Murphy’ego i ten cholerny telewizor akurat by się zepsuł… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Bajka obejrzana, pudło wyłączone… A Pietruszka zrzucał z siebie napięcie jeszcze do samego pójścia do łóżka.

Jak dziecko boi się złego psa, to ja mogę tego złego psa pogonić. Jak boi się sam wejśc do ciemnego pokoju – mogę wejść z nim, albo zapalić mu światło. Ale jak pojawia się taki lęk – głęboki, irracjonalny, atawistyczny jakiś… – to jestem bezsilny.

Pocieszam się, że ja w dzieciństwie też taki byłem. Też miałem nadaktywną wyobraźnię, też miałem masę irracjonalnych lęków i dziecięcych strachów. I że z tego się jednak wyrasta – a towarzysząca temu wrażliwość pozostaje i może być bardzo cenna.

Pocieszam się też, że Pietruszka – z wielu względów – ma jednak znacznie lepsze warunki do walki z lękami, niż ja miałem w dzieciństwie.

Ale i tak czasem mi go strasznie żal…

Mruczanka Pocztowa

Puchatek miał wysłać list. Miał go wysłać SZYBKO. Bo dziś piątek, a list miał być w poniedziałek w stolicy u odbiorcy. Absolutnie koniecznie.

Poleciał Puchatek jak dziki na pocztę. Papierek stosowny na „polecony” wypełnił. Nalepkę z dumnym napisem „PRIORYTET” nakleił. Stanął w kolejce do okienka. I czeka.

I czeka.

…

I czeka…

Albowiem na poczcie w trzydziestotysięcznym mieście G., w Dzień Jak Najbardziej Powszedni, w Godzinach Południowych, czynne były dwa okienka.

Dwa okienka z sześciu, żeby być dokładnym. W pozostałych widniały zachęcające karteczki z napisami „OKIENKO NIECZYNNE” (jakby ktoś miał wątpliwości).

A do każdego z dwóch czynnych okienek po kilkanaście osób, a każda z kilkunastu osób trzyma w ręku średnio od trzech do pięciu rachunków do zapłacenia.

A pani w okienku (jednym i drugim) stuka na komputerze w tempie znudzonego ślimaka. I z takąż miną.

– Przepraszam, ale dlaczego są czynne tylko dwa okienka? – zainteresował się Puchatek lekko zirytowany po pierwszych dwudziestu minutach stania.

– Ano widzi pan, nie mamy ludzi do pracy – odpowiedziała pogodnie pani w okienku.

Ano widzę. I niech mi ktoś potem jeszcze opowiada o dramatycznym bezrobociu…

Mruczanka Podróżna – Tatry Nocą

Widzieliście kiedyś wchód słońca w górach?

Nie mówię o poranku na Krupówkach czy w hotelowym oknie 😉

Nie wiem, dlaczego akurat dziś przypomniała mi się takie dwie wyprawy. Ale nagle, nie wiadomo skąd, obrazy sprzed kilku (…nastu) lat stanęły mi przed oczami jak żywe. I sprawiły, że Gdzieś-Tam-W-Środku coś mi się znowu zaczęło kręcić wokół Podróżowania.

Kiedyś, w cztery osoby (jeszcze za czasów wczesnostudenckich, jeszcze zanim poznałem M.) wybraliśmy się w góry nocą. To znaczy – wyszliśmy z domu w Murzasichlu popołudniem. Poszliśmy przez Dolinę Suchej Wody, aż na Halę Gąsienicową. Przy Murowańcu byliśmy koło dziesiątej (wieczorem, że dodam dla jasności).

Posiedzieliśmy dwie godziny – kilkadziesiąt metrów od schroniska, na jakichś kamieniach. Trochę gadając, trochę milcząc. Był środek lata, noc – jak na tę wysokość nad poziomem morza – wyjątkowo ciepła, księżyc w nowiu, więc niebo rozgwieżdżone do nieprzytomności…

A o północy ruszyliśmy dalej. No, młodzi byliśmy i głupi. Dziś jesteśmy już tylko głupi, niestety. 😉

I poszliśmy… na Kościelec. Droga, która normalnie zajmuje około dwóch godzin, zajęła nam prawie trzy. Nawet nie dlatego, że było ciemno (wbrew pozorom światło gwiazd doskonale wystarcza do sprawnego poruszania się w odkrytym terenie…) – ale dlatego, że było pięknie. A jak jest pięknie to spieszenie się nie ma sensu…

Na Kościelcu byliśmy przed trzecią w nocy. Siedliśmy sobie i…

I co? I nic. Siedzielismy. Nie rozmawialiśmy prawie. Głęboka noc wysoko w górach, kiedy wszędzie dookoła widać gwiazdy – to przeżycie z gatunku nieopisywalnych. Pamiętacie „Kordiana”? „Gwiazdy na górze, gwiazdy na dole…”. Gwiaździste niebo sprawiało wrażenie idealnej półkuli nad naszymi głowami. Półkuli, której „dolne” brzegi były poniżej miejsca, z którego patrzyliśmy!

Chłodno było – powyżej 2000 nad poziomem morza rzadko bywa ciepło. Opatuliliśmy się w swetry i kurtki (ach, nie były to jeszcze czasy, kiedy każdy miał polar…).

A potem – już przed czwartą – zaczęło świtać.

Najpierw gwiazdy zaczęły jakby lekko blednąć. Potem niebo wyraźnie zmieniło kolor – z głębokiej czerni na nieprawdopodobny granat. Potem zaczęło się robić coraz jaśniej. Aż w końcu…

Słońce w wysokich górach wschodzi… inaczej. Nie pojawia się nad wschodnim horyzontem, jak na nizinach. Pierwsze jego promienie widać – paradoksalnie – na zachodzie. Bo kiedy słoneczna kula jeszcze nie jest widoczna, jeszcze nie wynurza się zza gór – jej promienie już padają na szczyty po przeciwnej stronie.

Wierzchołki turni – najpierw same czubki, niewielki punkty – nagle (tak, nagle!) zaczynają świecić na czerwono, czerwienią tak intensywną, tak uderzającą, że sprawia wrażenie żywej. Kilka chwil (sekund? Minut?) później ta żywa czerwień spływa w dół, a jej miejsce na wierzchołkach gór zajmuje płynne złoto. Potem złoto także rozlewa się coraz niżej, a szczyty rozpalają się pełnym, jasnym światłem dnia – podczas gdy w dolinach trwa jeszcze noc, panuje jeszcze mrok, powoli ustępujący przed spływającym z góry światłem…

I kiedy złote światło na widocznych na zachodzie górach dociera już powoli do dna dolin – z przeciwnej strony nad szczyty wynurza się słońce.

Gdybyście kiedyś mieli okazję – spróbujcie to zobaczyć. Niekoniecznie na Kościelcu (wchodzenie na niego nocą to jednak dosyć ryzykowna zabawa, nawet latem…). To naprawdę niepowtarzalny spektakl.

Potem schodziliśmy z powrotem – przez Cichą Wodę do Murzasichla. W milczeniu. Jakoś nikt z nas nie miał ochoty nic mówić…

****

Ładne parę lat później miałem okazję zobaczyć wschód słońca w znacznie wyższych górach, na wysokości prawie 5000 metrów…

Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał Kipling.

Mruczanka Literacko-Ekonomiczna

Ceny książek to temat – rzeka. Iluż to dobrych książek Puchatek nie kupił, bo zwyczajnie były za drogie…

A z drugiej strony – jak można NIE KUPOWAĆ ksiażek? Sytuacja ciut bez wyjścia…

Wczoraj Puchatek wysiadł był z kolejki w Mieście Stołecznem, przedreptał przez podziemia… I nagle cofnął się o kilkanaście metrów, bo dotarła do niego treść plakatu wiszącego w oknie niewielkiej księgarenki.

Plakat był duży, napisany czerwonym flamastrem i głosił:

„PROMOCJA!!! Dziś książki Umberto Eco o 15% taniej!”

Wparował Puchatek do rzreczonej księgarni. I rzeczywiście – zniżka! Najnowsza powieść Eco – „Tajemniczy płomień królowej Loany” – zamiast 45 zł kosztowła 38,25. I juz – już miał Puchatek ją kupić, kiedy błysnęła my w gowie myśl godna doprawdy Biednego Humanisty Z Rodziną Na Utrzymaniu.

– Przepraszam – zwrócił się Puchatek do Pani Sprzedwczyni – a czy może mają państwo wydanie w miękkiej okładce?

Pani Sprzedawczyni spojrzała na Puchatka jak na pluskwę, ale przyznała, że państwo mają. Przyznała także – jeszcze bardziej niechętnie – że także wersję w miękkiej okładce obejmuje rzeczona promocja.

No i bomba. 🙂

Puchatek stał się posiadaczem wyżej wymienionego dzieła (…w miekkiej okładce…) za jedyne 33,80.

Jest sukces? Jest!

:-)))))

Mruczanka Okołoliteracka

Chce Wam napisać kilka słów o bajkach – bo przeżyłem wstrząs niejaki z nimi związany.

Uwaga na początek: w zasadzie gatunek literacki, o którym mówię, nazywa się „baśń”. „Bajka” tak naprawdę to trochę co innego – krótki utwór, najczęściej wierszowany, w którym występują zwierzęta, przedmioty czy (rzadziej) czarodziejskie istoty jako symbole i alegorie spraw ludzkich. Po polsku najbardziej znane bajki pisał Krasicki („Wół minister” chociażby). Natomiast opowieść prozą – taka jak te, które tworzył Andersen czy choćby bracia Grimm – nazywa się „baśń”. Ale ponieważ w języku potocznym te dwie nazwy występują zamiennie – ja także pozwolę sobie na nieco nieprecyzyjne używanie terminu „bajka”, co mi (mam nadzieję…) wybaczycie. Zresztą nie bardzo macie inne wyjście, szczerze mówiąc. 🙂

Baśnie to cudowny gatunek literacki. Wbrew pozorom nie są wyłącznie zmyślonymi historiami – często jest w nich Prawda bardzo głęboka, czasami – prastara, pierwotna Mądrość zawarta w prostych (pozornie) opowieściach. J.R.R. Tolkien – sam przecież mistrz baśni – napisał kiedyś taki esej literaturoznawczy „Drzewo i liść”. To rozprawa o tym, czym są baśnie, skąd się wzięły, dlaczego są tak ważne w ludzkiej kulturze. Nie, zapewniam Was, to nie jest nudny teoretyczny wykład. To z pasją napisany tekst o tym, co jego Autorowi było przecież osobiście bliskie. Warto go przeczytać – zwłaszcza, jeśli kiedyś zafascynował nas „Władca Pierścieni”. TRZEBA go przeczytać, jeśli chce się na poważnie komentować twórczość Tolkiena albo (nie daj Boże…) przenosić ją na ekran. Może gdyby Peter Jackson po nią sięgnął, uniknąłby paru żenujących błędów, które popełnił kręcąc swoje ekranizacje…

Ale to była w zasadzie dygresja. Sam bardzo lubię bajki, zresztą ileś tam ich w życiu sam napisałem. Dlatego z ciekawościa sięgam po każde nowe wydanie książek z bajkami, zwłaszcza takie, które podaje te same, tradycyjne historie „na nowo opowiedziane”.

No i dochodzimy do meritum, czyli do zapowiedzianego na początku wstrząsu…

Potwory moje dostały kiedyś przepięknie wydana książkę z bajkami. Wielka, kolorowa, z cudownymi ilustracjami – aż się chciało otworzyć. Z jakichś powodów (nie pamiętam jakich) książka powędrowała gdzieś na górną półkę z adnotacją „na później”.

Wczoraj wieczorem wyciągnęliśmy ją z górnej półki ze zdziwieniem (bo, rzecz prosta, zapomnieliśmy o niej dokumentnie).

Ucieszyliśmy się. Potwory takoż, bo czytanie przed snem to czas święty i ukochany.

Zaczęliśmy zatem czytać Potworom bajki z pięknej książki – same „klasyki”: „Trzy świnki”, „Czerwony Kapturek”, „Jaś i Małgosia”…

I to był błąd. Bo niestety okazało się, że piękna szata graficzna to najlepsze (czy raczej – jedyne…) co w tej książce warte pokazania dziecku.

Bajki okazały się „wersjami uwspółcześnionymi”. Co to znaczy? Ha.

W domach bohaterów znajdują się telewizory i inne nowoczesności. Jaś i Małgosia odjeżdżają w ostatniej scenie samochodem, który kupili za złoto czarownicy. Trzy świnki oglądają teledyski.

OK., to jeszcze można by znieść, choć ewidentnie psuje nastrój i urealnia coś, co z definicji powinno być od realiów oderwane, a przez to uniwersalne (patrz – esej Tolkiena).

Gorzej, że bajki te zostały „uczesane”, ugrzecznione, można powiedzieć – upoprawnione politycznie. W „Czerwonym Kapturku” wilk nie zjada babci – babcia chowa się przed nim do szafy. A kiedy przychodzi drwal z siekierą – nie zabija wilka, nie rozcina mu brzucha (bo i po co, skoro babci tam nie ma…), tylko grozi mu siekierą, a wilk ucieka przerażony i „…nigdy już nie próbował nikogo zjeść” (czy jakoś tak).

Jaś i Małgosia co prawda wpychają czarownicę do pieca, ale okazuje się, że „…wcale nie umarła, tylko odleciała na swojej miotle i nikt jej więcej nie widział”.

Jakub (ten co dostał magiczną fasolkę, zresztą z irracjonalnych przyczyn przemianowaną w tej wersji na „magiczny groszek”) w ostatniej scenie ścina łodygę magicznej fasoli, ale ścigający go olbrzym nie spada, tylko zostaje zawieszony na górnej, „dyndającej” części łodygi i musi wspiąć się z powrotem. O tym, że bajka kończy się opisem tego, co kupili sobie Jakub i jego stara matka za złoto olbrzyma (m. in. nowy dom i – oczywiście – samochód) już nawet nie wspominam.

Co za koszmar. Jedną z funkcji bajek jest to, że dziecko (jeśli akurat do niego bajka jest adresowana, co wbrew pozorom wcale nie jest oczywiste…) ma spokojną pewność, że „zło” zostało pokonane, że czarownicy już nie ma, że olbrzym na pewno już nie wróci. A tu okazuje się, że nie ma tej pewności. W imię „poprawności politycznej” i „unikania opisów przemocy”.

Najlepsze na koniec. Bajka o trzech świnkach zaczyna się od tego, że trzy świnki mieszkają z mamą w małym domku. Świnki strasznie hałasują – grają na instrumentach, bez przerwy słuchają teledysków w telewizji (!!!), aż w końcu mama – świnka mówi im, że ma tego dosyć, że ten domek jest za mały i muszą iść w świat, poszukać sobie własnych domków, gdzie będą mogły hałasować do woli.

Przesłanie dla czterolatka? „Nie hałasuj, bo cię rodzice wyrzucą z domu”. No, po prostu bomba.

Na razie nie chcemy odbierać Potworom przyjemności, więc „czytamy” im te bajki własnymi słowami. Ale od dziś zamierzam przeglądać przed kupieniem każdą książkę dla nich, nawet taką, którą znam. Bo podobno ktoś już planuje wydać „ocenzurowaną kulturowo” wersję „Opowieści z Narnii” Lewisa – w takiej formie, żeby była „politycznie poprawna”, a więc nie zawierała bezpośrednich odniesień do chrześcijaństwa…

Mruczanka Po Ciężkim Dniu

Sobotnie popołudnie. Ponieważ w niedzielę maja być goście, Puchatek i M. krzątają się energicznie po domu. Coś pichcą, coś sprzątają – normalna sprawa. A w tym wszystkim – Potwory.

M. piecze ciasto. Wystarcza sekunda nieuwagi – Pietruszka w jakiś dziwny sposób okazuje się być pokryty budyniem czekoladowym w proszku. Od stóp do głów – cały metr bieżący. Reszta budyniu (kto by pomyślał, że w małej torebce tyle się tego mieści!) leży na podłodze w połowie kuchni.

Puchatek zamiata, M. sprząta czekoladowy proszek z krzesła i okolic. Siłą rzeczy – nie patrzą na Potwory.

Błąd.

Bo potwory w tym czasie cicho, szybko i sprawnie wyjadają cukier z cukiernicy. W cukrze są całe, ich najbliższe otoczenie takoż.

Puchatki nie wiedzą, czy się wściekać, czy śmiać.

W czasie zamiatania cukru Pietruszka – nie zauważony – dorywa się do rozwałkowanego ciasta leżącego na blacie. Miała być kolejna warstwa do miodownika, jest bezkształtna kulka zgniecionego ciasta. Trzeba wałkować od n owa. M. rosną zęby, choć to nie pełnia. Łapie za wałek z taką miną, że Puchatek nie jest pewien, czy na pewno ma na myśli ciasto.

Piłeczka w tym czasie – korzystając z zamieszania – ściąga ze stołu swoją ulubioną ściereczkę. Razem z ułożonymi na niej sztućcami. BRZDĘĘĘĘĘĘK.

Puchatek zbiera sztućce. Pietruszka ma więc chwilę wolnego – i całą swoją ubudyniowaną osobą rozkłada się na kanapie. Po drodze oczywiście przechodzi przez dywan. Dywan do czyszczenia. Kanapa do czyszczenia. Pietruszka do gruntownego czyszczenia.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wyciąga odkurzacz – piękna maszyna, wodny! Jeszcze z prezentów ślubnych! Składa się go kilka minut, ale za to potem jak ciągnie!

Miseczka, woda, filtr. Gotowe. Puchatek włącza odkurzacz. Zgrzyt, warczenie, smród palonej izolacji, snop iskier, głośne „PRFRSZZZGRDBRGOW….” (zapis fonetyczny…) i… cisza. Spalił się.

Puchatek z ciężkim westchnieniem wynosi dywan na balkon i strzepuje. Wyciąga ze schowka szczotkę i płyn do czyszczenia dywanów. Pryska – ale zamiast piany z dyszy leci smętny strumyczek płynu. Co zrobić. Łapie Puchatek szczotkę, zaczyna szorować – i przy pierwszym ruchu wbija sobie w łapsko drzazgę wielkości Empire State Building. Którą przez następne piętnaście minut usiłuje wyciągnąć za pomocą szpilki. Zdezynfekowanej.

W tym czasie M. usiłuje doprowadzić kuchnię do stanu, w którym dałoby się kontynuować gotowanie i pieczenie. Bezskutecznie, ponieważ Potwory wpadają na kolejne genialne pomysły szybciej, niż ona zdąża likwidować ich skutki.

Kiedy już sytuacja wydaje się opanowana, okazuje się, że Piłeczka rozlała w tak zwanym międzyczasie na podłogę w pokoju spore wiaderko wody i właśnie rozmazuje ją trzy razy większym od siebie mopem.

„Ja ciałam pomóć ci!” ogłasza tonem skrzywdzonej niewinności, kiedy M. zabiera jej mopa, zaciskając zęby, żeby nie powiedzieć, co myśli (no bo nie przy dzieciach przecież…).

A minutę potem M. prosi Puchatka, żeby zmiksował cośtam. Podaje mu garnek, a Puchatek łapie go nie za uchwyt, tylko za „brzuch”.

AUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!

Garnek był świeżo zdjęty z ognia…

M. i Puchatek patrzą na siebie z rezygnacją. – Może my juz chodźmy spać? – proponuje M. – Bo jak jeszcze coś zaczniemy robić, to pewnie wylecimy w powietrze…

Urszula Sipińska taką piosenkę kiedyś śpiewała: „Są takie dni w tygodniu…”

P.S. Potwory nie dały się uśpić do dziesiątej. Wieczorem. 22.00 znaczy się. A dziś (w niedzielę) wstały ZA WCZEŚNIE.

Czy gwarancja na dzieci jest roczna? Czy może jeszcze można wymienić?

I czy ktoś kiedyś wynajdzie zmywarkę do dzieci?

P.S.2 Po tygodniu szukania znalzał się zegarek M. Okazało się, że Piłeczka przez tydzień woziła go w ózeczku dla lalek. Na spacerki. I usypiała.

RATUNKUUUUU!!!!

Mruczanka Koncertowa

Udało mi się kupić – na niezawodnym Allegro, rzecz prosta… – niezwykłą płytę.

„Shane MacGowan’s Popes – Across The Broad Atlantic; Live on Paddy’s Day – New York – Dublin”.

O tym, kim jest Shane MacGowan, pisałem już kiedyś – można to poczytać TUTAJ.

A płyta jest niezwykła, bo – jak sam tytuł wskazuje – jest zapisem koncertu. A w zasadzie – dwóch koncertów. Koncertów z okazji dnia św. Patryka – w Dublinie i w Nowym Jorku. W roku 2001 akurat w Irlandii z jakichś powodów koncert był przesunięty na maj, więc The Popes mogli wziąć udział w obu imprezach.

Zachrypnięty Irlandczyk z wielkimi uszami, drący się na całe gardło na plenerowym koncercie brzmi zupełnie inaczej, niż na nagranych w studiu płytach. Ikry i ognia w tym tyle, że można by kilka festiwali obsłużyć. I są takie momenty, że słuchacza aż zatyka – kiedy MacGowan śpiewa „Sick Bed of Cuchulainn”, „Streams of Whiskey” czy „Fairytale of New York” – i kilka tysięcy ludzi zaczyna śpiewać razem z nim. Kto słyszał „Sick Bed of Cuchulainn” ten wie, że nie jest to takie proste…

Większość muzyków „popularnych” (klasyka to zupełnie co innego) tworzy na koncertach znakomitą atmosferę. Jasne, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby wybrać się na koncert Joe Cockera, U2, Manhattan Transfer czy BB Kinga (żeby w skrócie przelecieć się po różnych stronach muzycznego świata). Ale wszystkich tych ludzi z dużą przyjemnością słucham z płyt i wszystko jest w porządku.

Są dwa zjawiska, które naprawdę bardzo chciałbym usłyszeć na żywo. Jedno – to Loreena McKennitt (o niej też pisałem), drugim – właśnie MacGowan.

Loreena McKennitt (mam jej dwupłytowy album koncertowy „Live in Paris and Toronto) z każdego koncertu tworzy misterium. Można siedzieć, słuchać, zagubić się w jej muzyce. To rodzaj kontemplacji…

Shane MacGowan to zupełnie co innego. To koncert, na którym można by się wyszaleć, wykrzyczeć, zedrzeć sobie gardło śpiewem i śmiechem.

Loreeny McKennitt chciałbym POSŁUCHAĆ. Z MacGowanem chciałbym zagrać – wziąć gitarę i dołączyć do tego szaleństwa choć na parę chwil, choć na dwie czy trzy piosenki.

Mruczanka (Przed)Zimowa

Uwaga, Puchatek będzie marudził.

No bo tak:

Zima idzie. Wstaje Puchatek rano, a tu zimno. A mało, że zimno – to jeszcze biało. Fuj. I trzeba wyjść najpierw z ciepłego łóżeczka, a potem (co gorsza) z ciepłego domku, złapać łopatę i odgarniać Białe Paskudztwo ze schodów i chodniczka, co by się potem na Białym Paskudztwie nie wykopyrtnąć.

Porządne niedźwiedzie o tej porze roku ŚPIĄ. I niech mi ktoś powie, że niedźwiedź swojego rozumu nie ma…

Mruczanka Na P…

Dialogi z Potworami są coraz ciekawsze. Potwory bowiem coraz więcej rozumieją i coraz więcej potrafią… powtórzyć.

– Och, jak mi się nie chce jutro jechać do tej pierniczonej Warszawy! – wzdycha Puchatek w niedzielę wieczorem (…żeby nie było – Puchatek słów grubszych używa naprawdę rzadko, a nigdy przy dzieciach – jeśli zatem pisze „pierniczonej”, to dokładnie tak mówi, nie inaczej).

Chwila ciszy. Pietruszka trawi (Puchatek nie zauważył, że Pietruszka właśnie przed chwilą wszedł był do pokoju).

– Mamo, cy Warsawa jest piernicona? – pyta Pietruszka Mamę. Tonem (jak to Pietruszka) folozoficznym i zamyślonym.

Uuups.

Mruczanka Freudowska

Potwory w kąpieli. Piłeczka siedzi w wannie. Pietruszka mozolnie ściaga z siebie „lejstopki” w kolorze buraczkowym. Ściągnął. Potem majtaski. Ściągnął. Aż się spocił, ale dumny, że sam.

Piłeczka patrzy uważnie. Jak była młodsza, lubiła w takiej chwili sięgnąć małą łapką i złapać brata za… to, czego ona akurat nie ma. Dziś już wie, że robić tego nie należy, bo można od brata (bądź co bądź starszego o ten rok i dziewięć miesięcy) oberwać po czaszce.

Po czym Piłeczka wygłasza głosem tyleż poważnym, co radosnym, tekst: „Ciuciak. Pietluska ciuciaka ma!”.

W tym miejscu Puchatki juz się lekko zwijają ze śmiechu.

Pietruszka patrzy na siostrę z politowaniem. „Siusiaka, sie mówi!” komentuje. Poczym dodaje mściwie: „A piłecka nie ma siusiaka! O!”
Ponieważ kwestia tego, kto wymieniony przyrząd ma, a kto nie została już skutecznie wyjaśniona kiedyś, Puchatki zwijają się już tylko trochę.

Ale tu do akcji wkracza Piłeczka. Uśmiech od ucha do ucha, mina z gatunku triumfalnych. I okrzyk taki, że słychać chyba w Stolicy:

„Ma! Ma! Piłecka ma ciuciaka! Ma ciuciaka! O! Majutkiego ma!” – tu wymowny gest w stronę właściwą.

Puchatka jeszcze boli przepona.

No, ale sami powiedzcie: czy dziadek Freud nie miał racji?

😉