Mruczanka Zimowa

Śnieg roziskrzony słońcem, bezchmurne niebo, powietrze jak kryształ. Tak to wygląda za moim oknem. To jedyna forma zimy, którą naprawdę lubię.

Kiedyś – za czasów szkolnych, studenckich i wczesnopracowych – mieliśmy w grupie przyjaciół zwyczaj wyjeżdżania na sylwestra w góry. Nie, nie na „eleganckiego sylwestra w góry” ale po prostu w góry. Wynajmowliśmy pokoiki w gazdów w Murzasischlu i łaziliśmy po zimowych Tatrach. Raz czy drugi – kiedy mróz nie był ekstremalny – spędziliśmy nawet noc sylwestrową przy ognisku.

Tęskni mi się do wędrowania. Choćby nawet zimowego (choć wolę letnie, rzecz prosta). Choćby właśnie po roziskrzonym śniegu, w mroźnym powietrzu. Zauważyliście, że kiedy spadnie śnieg i jest poniżej zera, to na otwartej przestrzeni perspektywa wygląda zupełnie inaczej? Góry w oddali sprawiają wrażenie, jakby były wycięte z pocztówki – są tak ostre i wyraźne, że wydają się nierealne.

Panno Beskidzka, zielonooka
Wiesz o czym marzę, wiesz czego pragnę
Przyjdź kiedy do mnie Pani z daleka
Weź mnie na wielką włóczęgę

Weź mnie w góry dalekie
Weź mnie w góry ogromne
może będzie tak lepiej
gdy o tamtych zapomnę
może nie….

Mruczanka Po Godzinach

Dzieje się.

Przedszkole – oczywiście – nie ruszyło. Starostwo (na razie) odmówiło wydania zgody na „zmianę sposobu użytkowania budynku” (to miała być formalność, a ciągnie się już trzeci miesiąc). Tym razem dlatego, że pan W. (naczelnik wydziału architektury) dopatrzył się, że w starych planach budynku był wpisany… gabinet lekarski na parterze. A gabinet lekarski + przedszkole przekracza te magiczne trzydzięści procent powierzchni, które można przeznaczyć na działalność gospodarczą w domku jednorodzinnym.

Pan W. doskonale wie, że żadnego gabinetu tam nie było i nie ma. Ale pan W. jest tępym biurokratą, którego nie obchodzą fakty, jeśli nie ma ich na papierze. (Pan W. nota bene miał 30 dni na ewentualny sprzeciw wobec naszego zgłoszenia – i wystawił go w 29 dniu z tych trzydziestu).

W ten sposób w mieście, w którym brakuje 150 miejsc w przedszkolach nie można otworzyć przedszkola z czysto biurokratycznych powodów.

Oczywiście – i to da się obejść. Trzeba złożyć zgłsozenie o zmianie raz jeszcze, tym razem tak, żeby nie było na nim gabinetu. I przejdzie. Tyle, że to zajmie kolejny miesiąc. Ale to przecież urzędników nie obchodzi…

Urzędnicy – wedle określenia, którem ostatnio usłyszał – cierpią (wszyscy chyba) na chorobę zwaną „jaskrą analną”.

Jaskra analna polega na tym, że człowiek nie widzi… możliwości żeby ruszyć dupę. Pardon.

***

Zima jaka jest, każdy widzi. Do przedwczoraj była wiosna/jesień, a od wczoraj jest zima. Po prostu. Matka Natura zaplanowała chyba, że w ciagu tych kilku dni nadrobi zaległości i zrzuci nam na głowy (oraz drogi, chodniki i balkony) cały śnieg, który nie padał od grudnia.

Oczywiście nikt się tego nie spodziewał. Co prawda jest styczeń, co prawda w styczniu czasami pada śnieg, co prawda w prognozach od tygodnia mówiono, że w środę zacznie sypać…

Nic to. Zima zaskoczyła drogowców.

M. jechała wczoraj rano z miasta G. do miasta P., leżącego w połowie drogi z G do Stolicy. Z G. do Stolicy jest trzydzieści kilometrów, a zatem – jak łatwo obliczyć – z G. do P. jest ich piętnaście.

Zwykle tę odległość pokonuje się w 20 – 25 minut (wliczając w to fatalne drogi i poranne korki). Wczoraj M. jechała DWIE I PÓŁ GODZINY. Czyli jakby się uparła, to mogłaby w tym czasie dojść piechotą. Po drodze nie widziała ANI JEDNEGO pługu śnieżnego.

Mieszkańcom Mazowsza gratulujemy służb drogowych.

***

Ukazała się nowa płyta Loreeny McKennitt. W sklepach jej jeszcze nie widziałem, ale na niezawodnym Allegro już jest. Tyle, że jeszcze bardzo droga – koło 60 zł. Poczekam (…z bólem serca…) jeszcze ze dwa tygodnie – jak spadnie poniżej 45 złotych, to kupię. A jak wejdziecie TUTAJ, to możecie sobie posłuchać fragmetów (to oficjalna strona, żadne piractwo, żeby nie było!). Zwróćcie uwagę na ostatni fragment – z utworu Never-Ending Road.

Jak się tego słucha, to nagle pan W. (i wszyscy inni jego koledzy) wydają się tacy malutcy, że aż człowiekowi się ich żal robi…

Mruczanka Muzyczno-Wspomnieniowa

Pisałem Dawno Temu o wieczorze spędzonym u stóp Eilean Donan Castle, nad Loch Duich… I o tym, jak ktoś – gdzieś, w zamku – nieświadomy naszej obecności grał na whistlu różne ładne rzeczy. Między innymi „Fanny Power”.

Otóż właśnie koleka Beblok – który też z nami w Szkocji bywał – nadesłał mi taki link. Wejdźcie, posłuchajcie – to wprawdzie gra Mike Oldfield (dla mnie trochę sbyt „popowy”, że sie tak wyrażę…), ale towarzyszy mu sam Paddy Maloney. I grają właśnie „Fanny Power”. A zatem:

Fanny Power

Inside – jeśłi tu trafisz, to z dedykacją dla Ciebie, ode mnie i od M. Trzymaj się.

Mruczanka Noworoczna (?..)

Och, jakże ja nie lubię początków Nowego Roku… Po świąteczno – noworocznym rozprężeniu i rozleniwieniu tak trudno wrócić do normalnego rytmu pracy…

Odpalam komputer, otwieram kolejne wybitne (rzecz prosta) dzieło nad którego tłumaczeniem właśnie siedzę i… rzuca mną ostry napad pracowstrętu.

***

Na Sylwestra byli u nas znajomi Nieparzystokopytni. My byliśmy wykończeni po dwutygodniowej, przedświatecznej sesji kursu, na który uczęszcza M. Oni byli wykończeni po równie długiej przeprowadzce, w czasie której bili się najpierw z panami od przeprowadzek, potem z panami od remontów, zastrzelili dwóch hydraulików, jednego murarza i chyba z tuzin elektryków, a i tak w najmniej odpowiednim momencie (czyli po ZAKOŃCZENIU wszystkich prac w nowym mieszkaniu) wybuchł im (najdosłowniej) piecyk w łazience, którą w związku z tym trzeba było remontować w zasadzie od nowa.

Co ciekawe, piecyk był przepływowy, ale elektryczny. Jeśłi ktoś z Was zamontował sobie taki w domu myśląc, że – w przeciwieńsatwie do gazowego – nie grozi wybuchem, to już wie, że się myli…

***

Siedzieliśy sobie, gadaliśmy o wszystkim i o niczym… Bardzo było miło. Przy okazji dowiedzieliśmy się, kto ze znajomych jest w ciaży – zapowiada się na to, że rok 2007 też sypnie maluchami… 🙂

A po północy wyszliśmy na balkon na górze, żeby popatrzeć na fajerwerki. Poszliśy spać o trzeciej, wstaliśmy o… dziesiątej. Potwory stanęły na wysokości zadania…

A teraz wszystko wraca do (nazwijmy to w ten sposób…) normy.

Ot, co.

Mruczanka z Prośbą o Pomoc

HEEEELP!

Puchatek od dłuższego czasu rozpaczliwie szuka tekstu pewnej piosenki. I nijak go odnaleźć nie może…

Piosenka nazywała się „Hymn pesymistów”. Napisał ją (lata temu…) pewien ksiądz, jezuita, o. Rostworowski. Napisał ją siedząc w więzieniu, acz z martyrologią nic wspólnego nie miała – był to złośliwy i niezwykle zabawny tekst doskonale obrazujący czasu PRL.

Piosenka zaczynała się od słów „My jesteśmy pesymiści”.

Mimo długich poszukiwań Puchatek nie może odnaleźć tego tekstu. Nawet Google wymiękł. Pomóżcie, proszę! Może ktoś z Was zna tę piosenkę? Wrzućcie w komentarze albo napiszcie na puuchatekMAŁPAgazeta.pl

Pliiiiiiiiizzzzzz!

Mruczanka Bardzo Grzeczna

Pietruszka z mamą u Jednej Cioci. Na stole leżą pierniczki. Pietruszka lubi pierniczki. Pyta zatem grzecznie i uprzejmie:

– Mamo, mogę pielnicka?
– Możesz, oczywiście.

…

– Mamo, mogę… (sytuacja powtarza się pięciokrotnie).

…

Za szóstym razem Pietruszka mówi zdecydowanym, pewnym głosem:
– A telaz wezmę sobie pielnicka bez pytania. Mamo, mogę wziąć bez pytania?..

Kurtyna.

Mruczanka Poświąteczna

Święta, święta i… wiadomo. Najpierw się człowiek nabiega, potem nasprząta, a potem tak naje, że już nic dalej mu się nie chce…

Puchatki wigilię spędzały w Chatce, rzecz prosta. W tym roku jednakowoż nie całkiem same, bo zaproszona została Ciocia. Ciocia Puchatka.

Ciocia zwykle spędza ten wieczór szczególny ze Starszą Córką i jej rodziną (Młodsza Córka mieszka u Wuja Sama), ale w tym roku cała rodzina Starszej Córki wybyła była na święta do… Egiptu. I zamiast choinki mieli piramidę. Co kto lubi.

Wigilia z Ciocią była całkiem sympatyczna – a najśmieszniej było, jak Ciocia wyciagnęła z torby Skarb Wielki, czyli zdjęcia Puchatka i Puchatkowej Mamy z czasów prehistorycznych.

M. śmiała się do rozpuku, a Potwory rozdziawiały paszcze nie mogąc uwierzyć, że ten śmieszny trzylatek na czarno-białym zdjęciu, z loczkami jak aniołek, w spodenkach na szelkach – to ich osobisty Tata.

– A gdzie JA wtedy byłem? – zapytał oczywiście Pietruszka, głosem podejrzliwym, wietrząc jakiś podstęp. Tłumaczenia, że go jeszcze WCALE nie było na niewiele sie zdały – to chyba przekracza możliwości rozumienia Prawie-Pięciolatka…

W Pierwszy Dzień Świąt – błogie lenistwo, Puchatki udały się tylko do kościoła, a i to samochodem.

W Drugi Dzień – po południu, zgodnie z Nową Tradycją, udały się Puchatki do znajomych na Autentyczne Kolędowanie. Była gitara, organki i mnóstwo śpiewania, a Potwory – w towarzystwie innej dzieciarni zresztą – skakały i tańczyły.

A dziś (czyli w środę) rano Puchatki miały Efektowną Pobudkę, bo w świątecznym ferworze Puchatek oczywiście zapomniał był, że dziś jest tak zwana Śmieciowa Środa.

Śmieciowa Środa przypada co dwa tygodnie – około ósmej rano zjawiają się panowie śmieciarze z Wielką Pomarańczową Śmieciarką (obiektem westchnień i zachwytów Pietruszki). Toteż należy – najlepiej we wtorek wieczorem – wystawić za furtkę kubły ze śmieciami.

A jak się zapomni, to panowie śmieciarze bezlitośnie dzwonią do furtki i wtedy trzeba naprawdę-bardzo-szybko-się-ubrać-i-pędem-zbiec-na-dół-i-wystawić-kubły-bo-panowie-się-spieszą. A jeśli się akurat jeszcze leży w łóżku, to jest to operacja ze wszech miar zabawna.

Nie ma to, jak Efektowna Pobudka po świetach. Od razu człowiek się budzi, wskakuje na najwyższe obroty i może się brać do pracy.

Co niniejszym Puchatek idzie czynić.

Howgh.

Boże Narodzenie

Dziś tylko wiersz. Po angielsku.

John Mason Neale był angielskim poetą – stosunkowo mało znanym poza Wielką Brytanią. Napisał ten wiersz na podstawie staroangielskiej legendy o królu Wenceslasie, który „on the feast of Stephen”, czyli drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia (w dniu św. Szczepana) pomógł biedakowi (swojemu poddanemu) zbierać drewno na opał. Zresztą przeczytajcie.

Później ktoś podłożył ten tekst pod znacznie starszą muzykę kolędy pochodzącej ponoć z XIII wieku. Jeśłi ktoś chce posłuchać muzyki w tle – jest TUTAJ.

A jeśli ktoś chce usłyszeć najbardziej chyba znane wykonanie – Loreeny McKennitt – może fragment ściągnąć (legalnie) STĄD.

Posłuchajcie:

Good King Wenceslas looked out on the Feast of Stephen,
When the snow lay round about, deep and crisp and even.
Brightly shone the moon that night, though the frost was cruel,
When a poor man came in sight, gathering winter fuel.

“Hither, page, and stand by me, if you know it, telling,
Yonder peasant, who is he? Where and what his dwelling?”
“Sire, he lives a good league hence, underneath the mountain,
Right against the forest fence, by Saint Agnes’ fountain.”

“Bring me food and bring me wine, bring me pine logs hither,
You and I will see him dine, when we bear them thither.”
Page and monarch, forth they went, forth they went together,
Through the cold wind’s wild lament and the bitter weather.

“Sire, the night is darker now, and the wind blows stronger,
Fails my heart, I know not how; I can go no longer.”
“Mark my footsteps, my good page, tread now in them boldly,
You shall find the winter’s rage freeze your blood less coldly.”

In his master’s steps he trod, where the snow lay dinted;
Heat was in the very sod which the saint had printed.
Therefore, Christian men, be sure, wealth or rank possessing,
You who now will bless the poor shall yourselves find blessing.

Mrrrrruczanka Zakrrrrręcona

Wybaczcie, ale naprawdę nie mam kiedy pisać. Jakieś krótkie notki wrzucam na Puchtka Politycznego, ale to tylko komentarze na bieżąco, bardziej emocjonalne niż przemyślane. A i to nieczęsto.

M. ma właśnie drugą sesję swojego kursu, czyli codziennie wybywa z domu koło czwartej po południu i wraca z Warszawy koło północy. A ja – co za tym idzie – do czwartej zasuwam, żeby nie narobić sobie za dużych zaległości z robotą (…bo na koncie ciagle minus, choć coraz mniejszy…), a od czwartej jestem Super-Tatą i zajmuję się Potworami. A jak potwory zasną to już nie mam siły…

Zajmowanie się Potworami ostatnio sprowadza się do pilnowania, żeby się nie pozabijały. Chodzi zarówno o to, żeby nie pozabijały się nawzajem (…), jak też o to, żeby nie pozabijały się osobiście (to drugie dotyczy zwłaszcza Piłeczki, której niezwykły talent do włażenia w najmniej sensowne miejsca, a następnie spadania z nich, zdecydowanie rozwija się z wiekiem).

A propos – z wiekiem… Piłeczka skończyła (wczoraj) trzy lata. A że zawsze jest do przodu (chodzić zaczęła, jak miała dziesięć miesięcy), to uczciła trzecie urodziny w ten sposób, że zaczęła mówić „R”. Ale żebyście słyszeli to „RRRR”! No i, rzecz prosta, teraz już jej się myli, gdzie „R”, a gdzie „L”, wiec wygłasza głębokie teksty w rodzaju „Moja rarka rubi mreko!”.

A Pietruszka, który w marcu skończy lat pięć (poważny wiek…), ciągle jeszcze jest na etapie „L”. Ciekawe.

***

Sprawy przedszkolne – w toku. Wygląda na to, że strażaków uda się przeskoczyć mniejszym kosztem, niż początkowo wyglądało (co nie znaczy, że małym). Aktualnie papiery są już w starostwie – jeśłi Taki Jeden Pan Urzędnik nie przyczepi się do niczego ważnego, to wygląda na to, że już w połowie stycznie przedszkole (tfu, tfu) ruszy.

***

I jeszcze na koniec – uroczy dialog Pietruszki z Pewną Ciocią.

Ciocia (półżartem): Pietruszko, może pomożesz mi zmywać naczynia?

Pietruszka (absolutnie poważnie): Nie, ja będę zmywał naczynia jak będę dolosły.

Ciocia (zaintrygowana): Dlaczego dopiero wtedy?

Pietruszka (tonem wyjaśniającym): Bo wtedy będę juz wiedział, jak się włącza zmywalkę…

Ano, prawdziwy mężczyzna XXI wieku! 😉

***

A Trzyletnia Piłeczka wygląda tak:

Ot, Tak…

wszystko co piękne jest przemija
wykwint i zbrodnie dawnych czasów
skrzętnie zebrane po muzeach
niedbale śpiące na katedrach
gotyk płynący z kolumn lasu

szlachetne miasta, ras przypływy
siwe paryże czy marsylie żółtawe
prędko trzeba żegnać

wszystko co piękne i szczęśliwe
wątłą przychylność zyska nieba
i może trwać tak krótką chwilę

trwałość
czym jest na świecie trwałość
tym czym brzęczenie kastanietów

i w wieczne nie oblecze ciało
nic na tej ziemi dłoń niczyja

i dla kilofów i poetów
wszystko co piękne jest
przemija

wszystko co piękne jest
przemija
wszystko co piękne jest
zostaje

choć nawet czas i ten przeminie
ludzie okrzyki drzewa burze
śmieszne materie nieulękłe
zwierzęta kwiaty na polanie
wszystko przemija co jest piękne
wszystko co piękne jest
zostaje

…

(Jerzy Zagórski)