Mruczanka Artystyczna (?)

Relacja M.:

Puchatek był w Warszawie. M. była w kuchni. Pietruszka budował coś z klocków. Piłeczka poszła na górę (tak, poszła, wszelkie próby uczenia jej, że „bez mamy i taty na schodzy się NIE-WCHO-DZI!!!” okazały się bezskuteczne. Grochem o cokolwiek.)

Cisza.

Pietruszka buduje.

M. w kuchni.

Cisza.

Cisza?

Cisza?!

Wiadomo, że jak jest cisza i Piłeczki nie słychać, to albo śpi, albo…

M. popędziła na górę. W sypialni Piłeczki nie było. W łazience też. Piłeczka była w dużym pokoju na górze. Tym, co to ma być pokojem dzecinno-zabawowym.

Piłeczka dorwała kredki. Świecowe.

I teraz na całej jednej ścianie – od okna do drzwi – mamy szlaczek. Szlaczek jest baaardzo kolorowy (użyła skubana WSZYSTKICH kredek po kolei!), zaczyna się jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą (…schylać się dziecku nie chciało…) a kończy na tam, gdzie mała łapka sięgała.

Czad. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy wleźć na stołek…

…jeszcze by spadła…

:))))))

P.S. Pokój i tak miał być w sierpniu malowany. Ale wrażenie jest! 🙂

Puchatek Ojciec Artystki.

Mruczanka Rocznicowa, Choć Nieoficjalna

Sześć lat… jak ten czas leci… Goście już poszli, zmywarka chodzi płenę parą (jeszcze chyba ze trzy wsady, zanim wszystko się wymyje…). Może pora na małe podsumowanie?

Dorobek tych sześciu lat wygląda następująco (kolejność niechronologiczna):

Potwory – dwa;
Przeprowadzki – jedna (ale jaka!)
Zmiany pracy – w sumie pięć
Pies – jeden (…i starczy!)
Remonty – dwa (choć zależy, jak liczyć…)
Plany na przyszłość – ???

Nie jest źle.

***

Sześć lat?!!!

Eeee, niemożliwe… Może coś Puchatek źle liczy? Ale bez przesady. Z matematyki nigdy Puchatek orłem nie był, ale do sześciu zliczyć to jeszcze umie… 1999 – 2000 – 2001 – 2002 – 2003 – 2004 – 2005. No, sześć lat jak obszył.

Niby wszystko OK – dzieci w wieku stosownym (Pietruszka trzy lata i prawie cztery miesiące, Piłeczka – półtora roku i jeden dzień), daty się zgadzają, metryczki, dokumety… Oooo, właśnie, właśnie, jest odpis aktu ślubu, można sprawdzić… Wszystko się zgadza.

I tylko jak sobie Puchatek patrzy na M., to jakoś mu się nie zgadza.

No po prostu nie zgadza i już.

Tak NIE WYGLĄDA kobieta z sześcioletnim stażem małżeńskim i dwójką dzieci.

Ten Mickiewicz to wiedział, do kogo poematy pisać… ;))))

Puchatek Wciąż Zapatrzony 🙂

Mruczanka Esktremalna Z Potworami

Zachciało się Puchatkom sportów ekstremalnych… Niby wiadomo, że Potwory małe, że szaleństwa wykluczone – odpowiedzialność rodzicielska i tak dalej. Ale świadomość świadomością, a podświadomość też nie od macochy i swoje forsuje 😉

Wymyśliły Puchatki wyprawę na rowerach. Rowery są dwa, dwa foteliki dla dwóch potworów, no i dwa Puchatki jakby nie patrzeć też są. Czyli – wszystko gra. Potwory w fotelikach jeździć lubią, co wypróbowano na ośmiokilometrowej trasie z G. do Leśnej Podkowy.

Tym razem zatem Puchatki wymyśliły, że wsiądą na rzeczone pojazdy i wybiorą się do K., odwiedzić znajomego księdza, co to był w K. został proboszczem. Trasa około dziesięciu kilometrów sobie liczyła, czyli – jak naiwnie założył Puchatek – godzinkę w jedną stronę.

Wyjazd planowano na czwartą (po południu, rzecz prosta). Niestety – akurat przed czwartą minut kilka lunęło i zaczęła się burza. Wyprawa zatem zaczęła się o wpół do szóstej.

„Tam” dojechały Puchatki bez problemów. O wpół do siódmej, zgodnie z planem, były już w K. Ksiądz akurat miał jakichś ludzi w kancelarii, coś tam jeszcze załatwiał był, Puchatki na dworku przed plebanią siedziały i gawędziły, Potwory odkryły piaskownicę (no, tak uczciwie mówiąc była to górka piachu przeznaczonego do prac budowlanych, ale nie chcieliśmy Potworów wyprowadzać z błędu…). Piłeczka uprawiała swój ulubiony sport („Jak ubrudzić się w maksymalnym wymiarze w ciągu minimalnego czasu tak, żeby do prania było wszystko, łącznie z chusteczką na głowie”). Pietruszka oznamił, że jest pieskiem, nazywa się Gala (po znajomym labradorze…), toteż chodził na czworakach i co jakiś czas dobitnie oznajmiał, że „HAU HAU”. No, sielanka po prostu.

Ksiądz rozmowy skończył, wyszedł, herbatka, ciasteczka, miła (choć z konieczności krótka) pogawędka… No i zaczęło sie robić późno. Wracamy.

Puchatek podjął męską decyzję – zamiast wracać szosą (wieczór, tiry się snują i w ogóle mało bezpiecznie…), wrócimy szlakami przez las. Szlaki na mapie jak byk, niebieski prawie do samej Chatki Puchatka prowadzi, lasy piękne, żyć nie umierać po prostu.

O, święta naiwności! Tu nie Tatry, Puchatku, tu nie Puszcza Kampinoska. Szlaki turystyczne, owszem, były. Kiedyś. Dziś też są. Na mapie. Bo znaki na drzewach dawno się zatarły, a odnowiono tylko te przy głównych drogach. A mapa okazała się być mapą sprzed lat piętnastu (lekko licząc). W dodatku w skali mało przyjaznej przy takich odległościach (1:200 000 – czyli jeden centymetr na mapie to dwa kilometry w realu).

No i, jak młodzi kiedyś mawiali, czad. Zrobiła się godzina wpół do dziesiątej (wieczorem, żeby nie było wątpliwości), półmrok (zwłaszcza w lesie), a Puchatek ni czorta nie wiedział, gdzie się mianowicie znajduje. Siłą rzeczy – nie wiedział także gdzie znajduje się cała reszta gromadki, która przecież była z nim razem. Uuuu, kiepsko.

Problem niby niewielki – jak sie ma minimalne wyczucie kierunku i stron świata (a Puchatek, nie chwaląc się, ma), to się wie, że jadąc z K. na północny wschód prędzej czy później wyjedzie się na szosę do G. Problem tylko czy „prędzej”, czy „później”, bo dziesiąta (PM, jak mawiają anglosasi) to pora ABSOLUTNIE GRANICZNA na układanie Potworów w stan spoczynku. Potem już tylko wycie i awantura jak stąd do Władywostoku.

Na szczęście spotkały Puchatki Doświadczonego Rowerzystę Nie Potrzebującego Mapy, Bo Tutejszego, który życzliwie i uprzejmie drogę wskazał. I już za pięć dziesiąta Puchatki były w Chatce. Ufff.

Czyli wszystko się skończyło dobrze całkiem.

A Potwory – zwłaszcza Pietruszka – to znakomici podróżnicy. Nie marudziły, nie narzekały, podziwiały widoki, komentowały krajobrazy („Oooo, klowa! Duza klowa carna i biała tez!”).

Wnioski – KUPIĆ MAPY OKOLICY. Najlepiej sztabówki, takie 1:10 000. I wyjeżdżać wcześniej 😉

Mruczanka Nocnikowo – Kąpielowo – Kulturalna

Potwory się cywilizują. Powoli, ale w tym wieku to chyba normalne.

Pietruszka siedzi na nocniku. Po stosownej chwili, zamiast zwykłego „juuuż!” Puchatek słyszy:

– Tatusiu, ja chiba juz skońcyłem… Cy mozez mi wytseć pupsko?

…A kilka godzin później, w wannie, Puchatek mówi do Pietruszki:

– A teraz poproszę pupę do umycia.

Pietruszka posłusznie wstaje, pupę wystawia, ale wygłąsza przy tym – tonem niezwykle powaznym a uprzejmym:

– Alez prosę bardzo, tatusiu.

No comment.

🙂

Mruczanka Zdecydowanie Na Temat


A propos tego, kto stary, kto młody… Tak się Puchatkowi przypomniało. Wiersz (autorstwa bodaj ks. Jana Twardowskiego) – ktoś to w piosenkę nawet przerobił. Piosenki nie zamieszczę, bo primo – nie mam nagrania (a sam się nie będę wygłupiał), a secundo – w przeciwieństwie do MMS nie mam własnego serwera, na którym można… Szkoda. Ale sam tekst też jest znakomity.

Idzie to tak:

Nie daj mi Panie tak spierniczeć
Tak się postarzeć i tak skostnieć
Bym poza czubkiem swego nosa
Niczego więcej nie chciał dostrzec.

Nie daj mi Panie tak skapcanieć
Tak zobojętnieć i tak zszarzeć
Bym jak w wyblakłe fotografie
Spoglądał co dzień w ludzkie twarze.

Nie daj mi Panie tak obrosnąć
W złociste piórka czczej próżności
Bym w zaślepieniu swego serca
Nic nie zrozumiał z Twej miłości.

Nie daj mi Panie tak ogłupieć
Jak tylu mędrców naokoło
Przyjdź i Twym mądrym palcem Panie
Stuknij mnie mocno w głupie czoło

…Amen. 🙂

Mruczanka Przy Sobocie

Puchatek ma dość, dość ma Puchatek, ma Puchatek dość do głębi, do cna, po dziurki wszelkie. Pogoda przepiękna, stopni dwadzieścia coś tam, można by na rower, można by do lasu, a tu siedź w domu, bo plecki bolą… Kocia twarz, jak to brzmi – plecki bolą! Jak Puchatek będzie miał wiosen siedemdziesiąt to co innego, ale teraz…

M. z Potworami poszła na targ w towarzystwie znajomych z sąsiedniej uliczki. Warzywka kupić, połazić. Targ w G. jest w środy (ale wtedy tylko warzywka) i w soboty (wszyyyystko). No i dobrze, niech sie przejdą. Ale Puchatka szlag trafia na to siedzenie w domu.

Po południu maja przyjechać D. – może chociaż do ogródka się pójdzie, grilla jakiego nastawi… Pogadać będzie można…

No i jeszcze praca nudna. Nie, nie chce Puchatek narzekać, praca jest – to dobrze, gorzej, jakby jej nie było… Ale po tłumaczeniu Książki Historycznej (całkiem ciekawej…) i Książki O Motocyklach (zawsze coś nowego…), po redakcji Innej Książki Historycznej – teraz Puchatek tłumaczy Specjalistyczny Poradnik…. Sprzatania I Porządków Domowych.

Tylko sobie wyobraźcie te światłe rady czym i jak należy myć okna, żeby nie było zacieków albo jak woskować samochód, żeby nie porysować czegoś tam… Jedyna atrakcja to fakt, że wszystko to utrzymane w typowo amerykańskich realiach, więc trzeba się czasem napracować intelektualnie, żeby to „przetłumaczyć” na realia rodzime (…czy wiecie, że w USA większość pralek automatycznych – a raczej, de facto, półautoamtycznych – ciągnie „z rury” ciepłą wodę? U nas jak wiadomo pralka ciagnie zimną i podgrzewa sama… Niby różnica niewielka, ale w praktyce okazuje się, że cały rozdział trzeba przerabiać…)

No dobra, pomarudził sobie Puchatek. Jeszcze sobie na koniec zawoła po góralsku:

HEEEEEJ, Panie Boze, dej co by mi sien tak fciało, jako mi sie nie fce!

Amen.

P.S. – jeszcze takie skojarzenie… Dni tygodnia się nie zgadzają, ale co tam 🙂

Nruczanak Wietrzna Niezwykle

Chmury na niebie. Wczoraj, kiedy przed snem wyszedłem jeszcze na chwilę przed dom (powolutku, bo połamanie ciągle aktualne…), chmury na niebie wyglądały jakoś tak… Skłębione były, ciemnoszare, przesłaniały o odsłaniały gwiazdy. I wiatr szumiał jak głupi. Ruszyłoby się gdzieś na wędrówkę jakąś…

To taki nastrój, jak u Gałczyńskiego:

To było wieczorem w Europie,
może w Holandii, może w Belgii,
gwiazdy lśniły jak lampki na grobie
i szumiał wiatr. Taki wielki.

Bo już jesień grała, coraz szybciej,
na akordeonie złotym
i leciały nad dachami skrzypce,
liście, klarnety i fagoty.

A gdy deszcz bulwarami popłynął,
zaczynała się chwila szalona.
Bo na przedmieściu było male kino
(i pamiętasz? – kasjerka Simona).

I wieczorem każdym po ciemku –
i wieczorem każdym jak requiem,
z tulipanem czerwonym w ręku
przez bulwary do ciebie biegłem.

(…)

Wtedy dłoń twą wziąłem w dłonie moje,
w oczach naszych wieczny blask zaświecił
i przez świat obłąkany od wojen
szliśmy razem jak dwoje dzieci.

Mruczanka Połamanka c.d.

No, kanał, rzekłbym. Siedzi Puchatek w domu, ruszyć się nie może, jak siądzie do komputera, to musi siedzieć niemal bez ruchu, bo każdy ruch… No właśnie.

A tu właśnie wczoraj pocztą przyszedł długo oczekiwany Prezent Na Dzień Dziecka (…w samną porę!) – czyli fotelik rowerowy numer dwa. I teraz Puchatki mają już wszystko co potrzeba: dwa rowery, dwa foteliki i dwa Potworki, które można w owe foteliki wsadzić i pojechać na wyprawę.

A tu, za przeproszeniem, Kocia Twarz – bo Puchatek unieruchomiony.

Wesooołe jest żyyycie staruszkaaa!!! 😉

A propos staruszków – tak mi się przypomniało:


(No popatrz, Barnaby, na te duże ptaszyska… Nic nie jedzą… Tylko siedzą i się gapią…)

😉

Mruczanka Połamanka

Od kilku dni Puchatka pobolewał dolny odcinek kręgosłupa, fachowo zwany lędźwiowym. Puchatek się tym nie przejął raczej, bo rzeczony odcinek zawsze był jego piętą achillesową (abstrahując od tego, że kręgosłup piętą być nie może). Ot, poboli i przestanie. Gimnastykę się zrobi, na basen pójdzie i po kłopocie.

I tu się Puchatek mylił.

Późnym popołudniem jechał sobie Puchatek kolejką WKD z Warszawy do G. (Dla mieszkających z dala od Stolicy wyjaśniam – WKD to forma bytu pośrednia między pociagiem podmiejskim a tramwajem). Jechał sobie, książkę czytał i nagle…

PIERDUT!!!

Jak Puchatka strzyknęło w wyżej wymienionym odcinku, to wrzasnął. Ludziska się obejrzeli z niejakim zdziwieniem, a Puchatek siedział i… siedział. Bo ruszyć się nie mógł. Wcale. W żadną stronę. Każda próba zmiany pozycji wywoływała w puchatkowych pleckach odczucia z gatunku tych towarzyszących przerzynaniu tępą piłą. To znaczy tak się Puchatkowi wydaje, bo osobiście przerzynany tępą piłą nigdy nie był.

Potem wydarzyły się trzy cudy. Pierwszy polegał na tym, że Puchatek zdołał przed właściwą stacją wstać z ławeczki. Drugi – że zdołał zdjąć plecak z półki. Trzeci – że wysiadł o własnych siłach.

A dziś Puchatek (powolutku…) poczłapał do Pana Doktora. Pan doktor obejrzał. Pomacał. Pozginał (AUUU!!!). Wypisał leki i skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa. Poczym – patrząc Puchatkowi poważnie w oczy oznajmił (cytuję):

– Proszę pana. Praca przy komputerze to najgorsze, co może pan swojemu kręgosłupowi zafundować. Zapewniam, że kopanie rowów jest zdrowsze. Tu pan ma listę ćwiczeń, które MUSI PAN codziennie robić. Na basen chodzić jak najczęściej. Bo wie pan – tu Pan Doktor przybrał wyraz twarzy poważny – chciałbym panu uświadomić, że w życiu mężczyzny są dwa etapy. Do pewnego momentu mężczyzna dorasta. A potem się starzeje. I pan już jest na tym drugim etapie. Pora zacząć o siebie dbać.

No, przesadza ani chybi. Trzydzieści pięć wiosen i „starzeje”?!

Puchatek Oburzony.