Mruczanka Złośliwa (Nieco)

Siedzi sobie Pietruszka na kanapie i zapamiętale ogląda swój atlas geograficzny (który zresztą zna już na pamięć).

Natomiast Piłeczka siedzi na stołku i – trzymając w ręku jakąś lalkę – głośno perorouje na temat dowolny, gestykulując przy tym wolną łapką i wyraźnie wzbijając się na szczyty elokwencji.

– Patrz, jak to śmiesznie wygląda – szepcze Puchatek do M. – Nikt jej nie słucha, a ona gada w najlepsze!

– Ciekawe, po kim to ma?… – komentuje M. patrząc złośliwie na Ukochanego Męża.

Kurtyna opada trzymając się za głowę.

Mruczanka Ambiwalentna

Sprzeczne mam nastroje.

Z jednej strony – nareszcie jest lato, słońce, ciepło i poziom światła zachęcający do życia (wybacz Inside, bez urazy ;-). Kiedy wieczorem wychodzi się z domu, to powietrze ma taki charakterystyczny, letni smak, a na niebie są już letnie gwiazdy.

Z drugiej strony… Jakby to powiedzieć… Co mi z tego? Takie wieczory prowokują mnie do wędrówki – a na żadną wędrówkę na razie się nie zanosi. Pracy strasznie dużo (w dodatku, niestety, pracuję właśnie nad najgłupszą książką z dotychczas tłumaczonych… Nawet nie pytajcie… Dla chleba, panie, dla chleba ;-).

Normalnie maj był już miesiącem, kiedy czekało się na lato – ale w tym roku i z lata niewiele. Lipiec z głowy (praca, M. ma ostatnią sesję kursu, z domu się nie ruszymy). W sierpniu owszem, pewnie się ruszymy – pojedziemy na ślub na Drugi Koniec Polski (Kuzyn M. się żeni), pewnie spędzimy tam parę dni, może wyprawimy się „na wieś”, czyli do tak zwanej „chałupy” Osobistego Taty – i tyle. Żadnych dalszych wyjazdów nie będzie, bo raz, że z funduszami w tym roku wyjątkowo krucho (jeszcze nie odbliśmy się po ubiegłorocznych szaleństwach remontowo-samochodowych…) a dwa, że jak w lipcu przez dwa tygodnie M. będzie „kursować”, to raczej nie da się poświęcić całych kolejnych dwóch tygodni na wywczasy. Kiedyś jeszcze pracować trzeba…

***

Czytam „Dzieci Hurina”. I tu także ambiwalentne mam odczciua…

Z jednej strony – ma to swój urok, takie wejście głębiej w historię streszczoną jedynie w „Silmarillionie”. Można sięgnąć głębiej, w czasy sprzed „Władcy Pierścieni”, poczuć klimat Dawnych Dni.

Z drugiej…

To jednak nie jest Tolkien. Abstrahuję od jakości tłumaczenia (o tym niżej) – ale nie ta poetyka, nie ten język, nie ta płynność narracji. „Hobbit” i „Władca Pierścieni” to kawał literatury. „Silmarillion” – to po prostu mitologia świata w tamtych książkach opisanego. A reszta – nie oszukujmy się – to już tylko odcinanie kuponów… Ciekawe, ile jeszcze „nowych książek Tolkiena” poznamy w ciągu najbliższych lat…

Jeśli chodzi o tłumaczenie:

Niestaranności i niezręczności jezykowe, irytujące i męczące. Nie rozumiem także idei przenoszenia na siłę oryginalnej pisowni (Húrin, Túrin, Círdan, Mîm) w sytuacji, w której kanoniczne bądź co bądź tłumaczenie nieodżałowanej Marii Skibniewskiej (pozostałe pominę z litości…) na stałe już wprowadziło to polskiej wersji tolkienowskiego świata pisownię uproszczoną (Hurin, Turin, Kirdan, Mim etc.).

Gorzej, że w ewidentnie monoteistycznym świecie swtorzonym przez Tolkiena Valarowie nazywani są (na szczęście tylko we wstępie) „Bogami”. I to właśnie „Bogami” pisanymi wielką literą…

Nie wiem, jak to wyglądało w oryginale (ale się dowiem, niewątpliwie…) – sądzę jednak, że sam Tolkien nie użyłby takiej formy. Wystarczy przeczytać Ainulindale, czyli pierwszą część „Silmarillionu” żeby zrozumieć, że Valarowie nie byli bogami, a już na pewno nie byli „Bogami”. Można by nazywać Ich – czy ja wiem – demiurgami, można używać po prostu określeń „Potężni” etc. (patrz – „Silmarillion”), ale „Bogowie” to dowód niezrozumienia idei Autora…

No cóż – Tworzenie Opowieści to wielka sztuka. Sam fakt, że dysponuje się materiałem pozostawionym przez kogoś, kto tę sztukę posiadł wcale nie oznacza, że umie się z tego materiału stworzyć Opowieść…

Mruczanka Prawie Reklamowa, czylu Puchatek Poleca

Jakbyście mieli na zbyciu trzydzieści parę złotych… To Puchatek Wam poleci książkę, na którą na pewno warto je wydać.

Patrick French, „Tybet, Tybet„.

Naprawdę znakomita rzecz. A jakie tłumaczenie! 😉

***

A swoją drogą – mówiąc już zupełnie poważnie – to pierwsza „moja” książka, którą można zakwalifikować jako „literaturę”. I to naprawdę dobrą literaturę. Jak dostałem egzemplarz autorski, to aż mi się dziwnie zrobiło… 🙂

Mruczanka Majowa Jednakowoż

Przepraszam, ale po Różnych Niewesołych Wydarzeniach jakoś nie mogłem się zebrać, żeby tu zajrzeć… Ale – jak śpiewał nieodżałowany Johnny Cash – „…time goes by and life goes on”.

***

„A teraz maj, dokoła maj…”

W czasie majowego weekendu Puchatki spotakły się ze Znajomymi Z Niemiec. Niestety, to Znajomi przyjechali tu, a nie odwrotnie…

Było sympatycznie, bo nie widzieliśmy się naprawdę dawno. Dorota, najbliższa niegdyś przyjaciółka M. wyszła za mąż za Niemca i mieszka hen, aż pod francuską granicą, w Nadrenii-Palatynacie. Jej mąż – człowiek prześwietny, miły, życzliwy i z upełnie nie-niemieckim poczuciem humoru – ma jedną wadę: nie mówi po polsku. Puchatki jak wiaodmo nie mówią po niemiecku. Ale nigdy nam to nie przeszkadzało – Dorota pełniła rolę tłumacza i dało się nawet dowcipy opowiadać.

Oczywiście z czasem (od ich ślubu minęło juz niemal osiem lat, dorobili się dwóch córek…) Thomas co nieco się od żony nauczył. Nie, żby mówił po polsku – ale jak się zastanowi, to jest w stanie zdanie sklecić. No i właśnie…

Znajomi kupili swoim dwujęzycznym dzieciom (Dorota mówi do córek po polsku, Thomas po niemiecku) obrazkowy słownik polsko-niemiecki dla maluchów. Wiadomo – obrazki, przy każdym słowo po niemiecku i po polsku.

Thomas siedzi i wpatruje się w obrazki (strona „Zwierzęta gospodarskie”). Widać, że coś mu nie pasuje. Wreszcie pokazuje Puchatkowi dwa obrazki – krowę i byka. Marszczy czoło i mówi: „Niedobzie. Krowa nie byk, byk nie krowa”.

Puchatek nie chwyta. Wówczas Thomas pokazuje oskarżycielskiem gestem fragment rysunku i mówi:

„Patrz, napisali ‚byk’, a tu jest cyca!”

No i fakt, była.

***

Dorota:

„Thomas, dziumdziak ist im de schuflade?”.

Thomas:

„Ja, naturlich, koochanye.”

Bez Tytułu

To był dla nas naprawdę trudny czas. Trudny będzie jeszcze długo. Jeszcze poboli.

Ale jednocześnie dowiedzieliśmy się (…nie pierwszy raz…), że świat jest pełen dobrych ludzi. Że nagle znaleźli się tacy, którzy chcieli pomóc. Że ktos rzucił wszystkie swoje sprawy i przyjechał, żeby posiedzieć z naszymi dziećmi, kiedy my włóczylismy się po szpitalach. Że ktoś wziął wolny dzień w pracy, żeby pomóc. Że nagle okazało się, że na każdą kolejną prośbę (a trochę ich było…) słyszelismy odpowiedź „…nie ma sprawy, już jedziemy”.

Że ci, którzy fizycznie nie mogli tu być i nam pomóc – modlili się i dzownili codziennie z końca świata tylko po to, żeby zapytać „…jak sie czujecie?”.

Dzięki Wam – nawet, jeśli wielu z was nigdy nieprzeczyta tych słów – to wszystko było troche łatwiejsze.

I tyle. Temat zamknięty. Dziękujemy – i… Joe Cocker (Wszystkie Prawa Zastrzeżone).

Living In The Promiseland/Joe Cocker

http://www.dpk.pop.e-wro.pl/Living%20In%20The%20Promiseland.mp3

WszelkiePrawaZastrzeżone

Mruczanka Urlopowa

Ano tak, jednak urlop. Tak się Puchatkowi udało sprytnie załatwić, że po te „superpilne” roboty jedzie do Miasta Stołecznego dopiero we czwartek. A zatem do tego czasu – wolność i swoboda! 🙂

Czasami trzeba odpocząć. Czasami człowiek musi („…inaczej się udusi”). Siedzi zatem Puchatek i się byczy. Totalnie. Jeszcze dwa dni…

***

Jedyną irytując  cechą pracy w domu jest nieprzyjemny efekt „przesunięcia płatniczego”, cechującego większość relacji pracodawców do wykonawców „umów o dzieło”. Niby człowiek pieniędze zarobił – a jeszcze ich nie ma.

Stan konta Puchatków: minus 2000. Jakby do tego doliczyć wiszący na lodówce rachunek za gaz (jeszcze kilka dni jest na zapłacenie…) – to już się robi minus 3000.

Tymczasem gdyby policzyć wszystkie rachunki, które Puchatek już był podpisał i czeka na „wpłynięcie”, to wyszłoby niemal 7000 złotych. Polskich, nowych. Czyli – po podsumowaniu – prawie 4000 na plusie.

Że Małe Wydawnictwo Puchatkowego Kolegi (MWPK) miewa zastoje finansowe – Puchatek rozumie.  Mała, rodzinna firemka, nieustannie tocząca boje z księgarniami i hurtowniami, może chwilowo nie miec kasy i powiedzieć „zapłacimy ci za miesiąc” – zwłaszcza, że sprawa postawiona jest uczciwie już przy podpisywaniu umowy. Puchatek ma wybór – może powiedzieć „…nie, sorry, rezygnuję” albo „…OK, z głodu nie umieram, mogę miesiąc poczekać”.

Gorzej, kiedy z płatnościami zalega Duże Amerykańskie Wydawnictwo (DAW). To znaczy – właściwie nie tyle zalega, co ma co najmniej dwutygodniowy okres „obiegu Papierków”.

Puchatek kończy robotę i podpisuje rachunek. Rachunek idzie do księgowości. Księgowość go księguje (czy jakieś inne czary z nim robi…), po czym… wysyła go POCZTĄ KURIERSKĄ na Drugi Koniec Europy, bo tak się składa, że tam akurat jest europejska centrala DAW. A niestety KAŻDY rachunek musi przejść przez Główną Księgowość.

Na Drugim Końcu Europy rachunek jest ponownie księgowany (…?) i dopiero wtedy jakaś Ważna Pani Główna Księgowa przybija pieczątkę z zezwoleniem na wypłatę. Pocieszające jest tylko to, że owo zezwolenie na wypłatę idzie z powrotem do Polski już na szczęście pocztą elektroniczną, a nie w kopercie…

Kurier na Drugi Koniec Europy wysyłany jest oczywiście nie z każdym rachunkiem, ale średnio raz na dwa tygodnie. A zatem jeśli się źle trafi (czyli na przykład złoży podpisany rachunek dzień po wyjeździe kuriera…), to nieszczęsny rachunek czeka dwa tygodnie na kolejną wysyłkę. Jeśli do tego doliczyć czas na USP (Uleżenie Się Papierków), bywa, że od podpisania rachunku do momentu znalezienia się pieniędzy na koncie mija niemal miesiąc. A jak po drodze jeszcze wypadną jakieś święta czy długi weekend, to słowo „niemal” wypada.

No i co na to można poradzić? Nic. Zwłaszcza, że DWA płaci naprawdę bardzo dobrze – a w każdym razie lepiej, niż ktokolwiek inny…

Ech.

***

W niedzielę Puchatki odwiedziły Puchatkową Znajomą (tę od kartki z Awinionu). Bardzo to było sympatyczne spotkanie po latach (kilku). Trochę się powspominało Dawne, Dobre (zwykle) Czasy, trochę się pośpiewało Starych Przebojów 🙂

No i dzieci Puchatków (lat 3 i 5 jak wiadomo) poznały sie z dziećmi Znajomych (dla odmiany 5 i 10). I było wesoło 🙂

Najgorsze, że słynna widokówka… nadal leży na puchatkowym biureczku. Bo Puchatek w napadzie sklerozy oczywiście zapomniał jej ze sobą zabrać. No i bardzo dobrze – będzie (miejmy nadzieję) pretekst do Rewizyty 🙂

Mruczanka NIezparzeczalnie Wiosenna

Po długiej ciężkiej zimie pierwsze promienie słońca są jak mała rewolucja – zmienia się przyroda, zmienia się nastrój, zmienia się wszystko. Ulga, radość, euforia: nareszcie!

A tak? Po takiej zimie – nie-zimie?

Dziesięć stopni, słońce (no tak, słońce to jednak jest coś!!!), dzień coraz dłuższy… Wszystko OK, ale ma to też parę minusów.

Jak była zima, chlapa i błoto, to Puchatek siedział przy biureczku, literki stukał i za dużo nie myślał. A jak za oknem jest tak, jak jest, to coraz mniej się chce przy tymże biureczku siedzieć… Coraz bardziej irytujące jest to, co się robić musi, coraz bardziej korci to, co by się robić chciało, ale się nie da…

Kończy Puchatek książkę jedną. Miał Puchatek nadzieję, że po jej skończeniu będzie miał kilka dni wolnego. Należy mu się, swoją drogą.

A guzik ebonitowy z pętelką poczwórną.

Bo najpierw zadziwniła E., że ma kolejną książkę, że „…na pewno będzie wiadomo za parę dni, ale sprawa jest bardzo pilna”.

A dwie godziny później przyszedł mail z wydawnictwa R-D, że… patrz wyżej, i że na wczoraj, i czy Puchatek weźmie.

Jasne, że weźmie. Głupi by był, jakby nie wziął, zważywszy, że wydawnictwo R-D płaci jak nikt, a domowe finanse ciągle jeszcze nie są bardzo na plusie…

I dobrze, że Puchatkowi proponują, a nie komu innemu. I że mówią „…bo ty to zrobisz i szybko, i dobrze, a u innych to albo-albo”. Wszystko to dobre i w ogóle same plusy.

Tyle, że Puchatek jest zmęczony i potrzebuje paru dni urlopu. A chwilowo nie ma na to szans.

***

No i co ja mam jeszcze napisać przy takiej wiośnie za oknem? Że mnie w góry ciagnie? Że zarzuciłbym plecak i gdzieś pojechał? Że chciałbym choć na dwa-trzy dni wyrwać się gdzieś Daleko, nie myśleć o bieżących sprawach, posłuchać wiatru szumiącego w trawie i gwiżdżącego w gałęziach?

Że mi – jak to na wiosnę – brakuje wędrowania, brakuje muzyki?

Ano, mógłbym o tym pisać. Mógłbym o tym książkę napisać, tylko… Po co? Żeby się bardziej zdołować?

Pojechałbym w Bieszczady. Ale nie mam szans.

Ech.

(Zdjęcia ze strony http://www.bieszczady.pik-net.pl/ – wszystkie prawa zastrzeżone…)

Pięć Spraw

Wywołany do tablicy przez Sia.się dołączam się do „łańcuszka”. Mam napisać pięć „mało znanych faktów” z puchatkowego życia.

Hmmmm. Zakładam, że chodzi o fakty mało znane czytelnikom tego bloga. A więc proszę bardzo.

1. W roku Pańskim 1993 w ciągu dwóch miesięcy objechałem dookoła całe Stany Zjednoczone. No dobrze, nie całe – nie byłem na Alasce (czego do dziś żałuję) i na Hawajach (…). Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że miałem 23 lata, pojechałem tam kompletnie sam i przeżyłem te dwa miesiące za niecałe 400 dolarów! Żywiłem się głównie w fast-foodach, bo na nic innego nie było mnie stać (do dziś mam wstręt do hamburgerów…). Nocowałem… w autobusach Greyhounda (motele? Jakie motele, jak się ma na życie około 5 dolarów dziennie?!). I NIE PRACOWAŁEM w tym czasie (tzn. nie zarabiałem pieniędzy) ani pół dnia. Dziś chyba nie miałbym odwagi pojechać za ocean z tak pustą kieszenią…

2. Mam tak lekki sen, że budzi mnie każdy odgłos. Budziły mnie odgłosy kicania dzikich królików na wrzosowisku, kiedy nocowaliśmy „na dziko” w czasie którejś ze szkockich wypraw. Kiedy Pietruszka był niemowlakiem, budziłem się w nocy WCZEŚNIEJ niż on – kiedy zaczynał się kręcić i kwilić przez sen, wiedziałem, że zaraz się obudzi i rozryczy. Więc brałem go i – jeszcze śpiącego – przystawiałem, gdzie trzeba ;-). Bywało nawet tak, że ani on się nie budził, ani jego Karmicielka – cały posiłek odbywał się przez sen (a raczej przez dwa sny 😉

3. Po maturze (matura’89, ha!) zdałem stosowne egzaminy i zacząłem studiować…weterynarię. Wytrzymałem pół roku, zanim doszedłem do wniosku, że jestem jednak humanistą, a zwierzęta lubię, ale może nie koniecznie leczyć… Zrezygnowałem (koledzy z roku znacząco pukali się w głowy…) już po zdaniu WSZYSTKICH egzaminów pierwszego semestru. Poszedłem na zupełnie inne studia, potem na jeszcze jedne, ale na moim świadectwie maturalnym do dziś widnieje pieczątka (tak wtedy robiono!) „Wydział weterynaryjny SGGW”. Miłość do zwierząt mi nie minęła 🙂

4. Kiedy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej, już w pierwszym tygodniu szkoły podpadłem pani wychowawczyni. Pani napisała bowiem na tablicy datę – a pisała ją słowami (nie wiem, dlaczego). Napisała zatem (cytuję dosłownie):

„Siódmy wrzesień 1977 r.”

Na co wstałem i powiedziałem, że nie powinno się pisać „siódmy wrzesień”, tylko „siódmy września” (oboje rodzice poloniści z wykształcenia…). Pani kazała mi „siadać i nie przeszkadzać”, ale ja zacząłem jeszcze głośniej tłumaczyć, że tak należy pisać i wyjaśniać pani, DLACZEGO tak, a nie tak! Skończyło się na uwadze w dzienniczku („…przeszkadza w prowadzeniu lekcji”). Jak moja mama usłyszała, za co dostałem tę uwagę, to zaczęła się tak śmiać, że dłuższą chwilę nie mogła wstać z krzesła. A pani wychowawczyni od tego czasu mnie nie lubiła. Ciekawe, dlaczego? Nas szczęście po roku kto inny wziął wychowawstwo w naszej klasie…

A, gdyby ktoś miał wątpliwości: to JA MIAŁEM RACJĘ w tym sporze ;-D

5. Kiedy byłem małym chłopcem (hej), fascynował mnie ogień. Fascynował na granicy obsesji. Na granicy piromanii. 🙂 Kiedyś, w domu u mojej Ś.P. niani, postanowiłem rozpalić ognisko. Ponieważ w domu nie można palić dużego ogniska (prawda?), postanowiłem rozpalić małe. Bardzo małe. Ze stosiku ustawionych fachowo w stożek zapałek. A ponieważ przeczuwałem, że niani się to nie spodoba, postanowiłem rozpalić je w takim miejscu, żeby nikt go nie zobaczył. Konkretnie – pod wersalką. Co też uczyniłem. A ponieważ stosik zapałek ustawionych łebkami do góry pali się bardzo energicznie (…) nieco się przestraszyłem i zwiałem. Ognisko zostało. Kiedy niania poczuła, że „coś się pali” i zajrzała pod wersalkę, taśmy przytrzymujące sprężyny były już nadpalone. Do dziś nie wiem, jakim cudem nie zapaliła się cała reszta…

I tyle.

A ponieważ mam wytypować kolejnych pięć osób, proponuję:

1. Mattkępolkę
2. Cytrynkę
3. Kinia
4. Okrutnika
5. Piąta miała być Inside, ale ona już napisała. Niech mi będzie policzone 😉

Mruczanka Zdecydowanie Jubileuszowa

Tak, tak, to już pięć lat!

Pięć lat temu była niedziela. Pięć lat temu Puchatki nie mieszkały jeszcze w G., tylko w Mieście Stołecznem, w luksusowym apartamecie o powierzchni dwudziestu czterech metrów kwadratowych.

Pięć lat temu Puchatki były tylko DWA. I właśnie w tę niedzielę, 3 marca 2002 roku, liczba Puchatków zwiększyła sie dokładnie o pięćdziesiąt procent.

Bo pięć lat temu urodził się Pietruszka.

Jak dziś patrzę na pięcioletniego krasnala, który umie już czytać (!), liczyć do dziesięciu i pokazać na mapie Arabię Saudyjską (no, kto z Was umiał to w wieku pięciu lat? Bo ja nie…), to aż mi się wierzyć nie chce, że to tak szybko minęło.

Mały introwertyk, filozof, myśliciel. Człowiek ostrożny, zdecydowanie z gatunku tych, co najpierw myślą (długo…), a potem robią. Wrażliwiec. Po prostu Pietruszka:

Mruczanka z Panem B.

M. miała urodziny i dostała w prezencie „Wiersze zebrane” Stanisława Barańczaka.

I teraz Puchatki na zmianę podczytują.

Pamiętam, jak mając lat …naście odkryłem Tuwima. Jak przeczytałem WSZYSTKO, od deski do deski, całe „dzieła zebrane” („Czytelnik” wydał taką ładną serię – 6 tomów w białych obwolutach: 2 tomy wierszy, 2 tomy juwenaliów, „Kwiaty polskie” i „Jarmark rymów”).

Pamietam zachwyt nad nieprawdopodobną wirtuozerią, z jaką Tuwim posługiwał się językiem. Każde zdanie, każda fraza iskrzyła, mieniła się, każde słowo i każdy przecinek były dokładnie tam, gdzie być powinny. Poczytajcie (na głos!) choćby dziecięcą „Lokomotywę”… Przeczytajcie „Grande valse brillante” z „Kwiatów Polskich”, gdzie wiersz czytany z normalnymi, polskimi akcentami ma rytm walca…

Wiersze Tuwima nie mają filozoficznej głębi i mądrości Staffa, nie opisują tak baśniowych światów, jak poezje Leśmiana – ale kipią od emocji wyrażonych z niedościgłą maestrią w każdej frazie, w każdym zdaniu. Wśród dwudziestowiecznych polskich poetów nie było drugiego takiego mistrza Słowa, jak Tuwim. A i wcześniej było ich niewielu.

A teraz czytam sobie Barańczaka (którego przecież kiedyś już czytałem – ale widać do pewnych odkryć poetyckich trzeba sobie podojrzewać) i…

I odkrywam to samo.

Język – ten sam język, którym mówię, którym podobno niezgorzej się posługuję – okazuje się być tak plastycznym, tak uległym tworzywem! Rytm, frazeologia, zabawy semantyką, ba – głupia interpunkcja mogą wyrażać znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie na co dzień sobie wyobrazić. Barańczak – podobnie jak Tuwim – pozostaje wirtuozem języka niezależnie od tematu, którym się zajmuje. Czy pisze o domu, który kupił, czy o problemach ze znalezieniem miejsca do parkowania w amerykańskim mieście, czy o poczuciu zniewolenia w peerelowskiej rzeczywistości, czy też tworzy bluesa (…w rytmie bluesa!) o odśnieżaniu ścieżki przed domem – robi to tak samo płynnie, tak samo elegancko i pozornie od niechcenia wykorzystując każde słowo.

Oczywiście – pisze inaczej niż Tuwim (bądź co bądź jest między nimi pół wieku różnicy – i jest to akurat takie półwiecze, w czasie którego w literaturze sporo się wydarzyło…), ale to jednak pokrewne sposoby patrzenia na świat i pokrewne sposoby wyrażania tego, co się widzi.

***

Kiedy słyszę Shane’a MacGowana i jego muzykę – mam ochotę sam zagrać. Ale kiedy widzę ręce Pepe Romero czy – ja wiem – Segovii, to wstydzę się sięgać po gitarę.

Z poezją jest podobnie. Czasami, kiedy czytam wiersze mam ochotę sam sięgnąć po pióro. Ale kiedy czytam Barańczaka czy Tuwima – wiem, że nie mam po co, bo  TAKICH wierszy nie napiszę, a GORSZYCH pisać nie mam ochoty. 🙂