Mruczanka z Zagadką

 

Rzadko tu o polityce, ale w tej szczególnej chwili sobie pozwolę.

 

Zagadka:

Mamy 6 liter:

A, L, K, O, P, S.

Układamy z nich słowo:

P O L S K A

To było proste.

A teraz zagadka:

Które cztery litery trzeba ruszyć z miejsca, aby dokonać istotnej zmiany?

Odpowiedź:

TE, NA KTóRYCH SIEDZISZ!

Rusz się na wybory!!!

Mruczanka O Wszystkim Po Trochu

Na razie wygląda na to, że z Szelmą nie jest tak źle. USG wykluczyło jakikolwiek nowotwór narządów wewnętrznych („Nooo, a nereczki to mamy podręcznikowe!” – ucieszyła się Pani Doktor Od Zwierzaków).

Czyli – przy takich wynikach – są dwie możliwości: albo jest to jakieś paskudztwo bakteryjne lub wirusowe połączone ze stanem zapalnym, albo nowotwór szpiku. Pani Doktor zaordynowała zatem kurację antybiotykiem i środkami przeciwzapalnymi przez tydzień. Za tydzień – dokładne badanie krwi „…i wtedy zobaczymy”. Mówiąc najprościej: jeśli to nowotwór, to te leki nic nie pomogą. A jeśli pomoga – to raczej nie nowotwór.

A na razie wygląda na to, że pomagają – pies się ożywił, chodzi normalniej, jest jakby mniej osowiały. Wczoraj do Pani Doktor trzeba było iść na piechotkę (20 minut w jedną stronę, bo puchatkowóz jest w warsztacie) – i okazało się, że Szelma nie miała nic przeciwko temu – to zdecydowana poprawa od poniedziałku…

***

W sprawie Teścia jest jedno światełko nadziei: Puchatek wspinając się po różnych szczeblach znajomości („Protekcja – ostatnie ludzkie uczucie…”, jak mawia puchatkowy Osobisty Tata) dotarł to pewnej warszawskiej Pani Poseł. Pani Poseł jest osobą bardzo dynamiczną, w strukturach Swojej Partii dosyć „mogącą”, a przy tym bardzo normalnym człowiekiem (no proszę, są i tacy w tym żałosnym parlamencie…).

Pani Poseł się historią bardzo przejęła. I huknęła pięścia w stół, że „tak być nie może”. I kazała, żeby oficjalnie opisać całą sprawę i złożyć w jej biurze poselskim, bo ona „już zaczyna działać, ale musi mieć oficjalną prośbę, żeby nie było, że coś po znajomości robi”.

„Proszę pana, ja jestem posłanką z Warszawy i moim obowiązkiem jest pomóc obywatelowi, który zgłasza się do mnie z takim problemem”.

I – słowo daję, Puchatek nie należy do ludzi naiwnych, których łatwo zbajerować – mówiła to szczerze. I nawet nie można podejrzewać, że to element kampanii, bo powiedziała wprost, że zacznie sprawę rozwiązywać dopierwo po wyborach.

Czyli teraz pozostały jeszcze tylko dwa problemy:

Po pierwsze – żeby Pani Poseł po wyborach nadal (…znowu…) była Panią Poseł – ale to akurat jest bardziej niż prawdopodobne.

Po drugie, żeby Teść zgodził się na to. Bo to on musi podpisać to pismo – a on nie lubi polityków i w ogóle jest trochę zwolennikiem różnych teorii spiskowych… Nie mówiąc już o tym, że jest na Puchatków obrażony i nie bardzo chce rozmawiać…

Ech.

***

Dla poprawienia humoru dwie scenki z dnia wczorajszego.

1. Jedzie puchatk autobusem miejskim w Mieście Stołecznem. Czyta Puchatek książkę. Książka to „Krótka historia prawie wszystkiego” Billa Brysona. „Lekka”, znakomicie napisana książka wyjaśniająca „biednym humanistom” wszystkie podsatwowe zagadanienia nauk ścisłych i przyrodniczych, począwszy od tego, jak wyznaczano wiek wszechświata, aż po ciekawostki o odkryciu przodków Homo sapiens. Kiedyś już Puchatek to czytał, ale mu ostatni rozdział został, bo wtedy nie zdążył, ap otem zapomniał… No dobrze, to była dygresja.

Czyta się to jak kryminał, czy raczej jak komedię kryminalną, toteż Puchatek czytając co chwila chichocze pod nosem. A ponieważ okładka książki wygląda TAK, jakiś lekko zawiany pan zadaje w pewnym momecie Puchatkowi pytanie proste, acz – pozornie – w obcym języku (z akcentem oxfordzko-wyskokowym):

– Science fiction?

Puchatek przepychając się właśnie do dzrwi wyjściowych odpowiada jakoś tak odruchowo w tym samym obcym języku:

– No, just science.

…i wychodzi. Zawiany pan zostaje w autobusie i wygląda na lekko zdziwonego odpowiedzią. Uuups.

***

Po wyjściu z gmachu Pewnego Szacownego Wydawnictwa (tak, tak, kolejna robota) Puchatek idzie na chwilę na Starówkę. Pod samą katedrą, na przeciwko wejścia do kościoła jezuitów, na schodkach kamienicy siedzi trzech dżentelmenów. Maciej Zębaty mówił kiedyś o takich „Panowie byli w stanie lekko szyickim”. Brudne wdzianka, zarośnięci, zalani, oddech taki, że powinna przed nimi stać tabliczka „Ostrożnie z ogniem”. Tabliczki nie ma, za to stoi czapka, do której przechodnie wrzucają groszaki. Bo jeden z dżentelmenów trzyma gitarę (!!!), a wszyscy trzej – głosami zdecydowanie przedwczorajszymi, powoli, rozciągając każdą nutę, śpiewają:

„Gdzie się podziałyyyyyyyyy…. Tamte prywatkiiiiiiiii……”

Puchatek padł.

 🙂

Mruczanka zmęczona

W sprawie Teścia (pisałem TUTAJ) nic sie nie zmienia. Prawnicy walczą, ale na razie z mizernym skutkiem. Puchatkowe znajomości na razie niewiele dają. Wszystko (ciągle) idzie pod górkę.

W ostatnich dniach głośno było (w każdym razie w Warszawie i okolicach) o Pewnej Bardzo Elegenackiej Restauracji, którą ta sama Dzielnica Śródmieście zdołała wreszcie eksmitować. Pewna Bardzo Elegenacka Restauracja mieściła się w pięknym lokalu na Starówce i była winna miastu z tytułu niepłacenia czynszów – bagatela – 21 milionów złotych. No i wreszcie ją eksmitowano – już po 10 latach utarczek. A w przypadku mieszkania Teścia wystarczyło parę miesięcy, żeby już był gotowy wyrok eksmisyjny, który teraz trzeba odkręcać. A mówimy o długu rzędu 1,5 tysiąca złotych, który zresztą dawno już (w momencie wydawania wyroku) został spłacony.

Witamy w Polsce.

***

Szelma jest chora. Od paru dni chodziła smętna. Jeść nie chciała. Więcej czasu spędzała poziomo, niż pionowo. Wyglądała, jakby ją coś bolało. Reumatyzm? Stawy jakieś? Może bebeszjoza?

Wczoraj pojechaliśmy do Pani Doktor Od Zwierzaków. Tak, pojechaliśmy, bo nasz pies (pierwszy raz w życiu!) na widok smyczy i otwartej furtki położył się na chodniczku i odmówił współpracy. Dobrze, że samochód przynajmniej nadaje się do takich akcji…

Pani Doktor zbadała, opukała, obmacała. Nie wykluczyła bebeszjozy, pobrała krew do badania, obiecała, że zadzwoni po południu, jak będą wyniki.

Zadzwoniła. Bebeszjoza wykluczona, biochemia w normie podręcznikowej, za to OSTRA ANEMIA. Czerwone krwinki na poziomie 20 proc. tego, co być powinno! (A przecież jeszcze tydzień temu wszystko było OK, pies był żywy, skory do zabaw i spacerów…).

Co z tego wynika? Ano, jak powiedziała Pani Doktor, może to być jakiś poważny stan zapalny, ale wtedy leki przeciwzapalne, które wczoraj podała, powinny przynieść widoczną poprawę (choćby czasową).

Nie przyniosły. Dziś idziemy do Pani Doktor jeszcze raz – będzimy robić USG. Bo niestety Pani Doktor podejrzewa, że wszystkie objawy wskazują na jakiś poważny nowotwór.

***

Niech ten cholerny rok się wreszcie skończy.

Mruczanka Niewątpliwie Jesienna

„Jesień idzie – nie ma na to rady”.

Sumaki za oknem robią się czerwone, liście dzikiego wina wspinające się po słupie przy płocie sąsiadów mają już kolor starego burgunda.

Ciągnie Puchtaka w góry, ale szanse na zrealizowanie tego „ciągnięnia” są niewielkie. Co prawda M., Najlepsza Żona Na Świecie (co najmniej), mówi Puchatkowi „jedź”, ale do końca października ma Puchatek huk roboty, więc wyrwanie się na cztery dni z domu jest nierealne. A jak się mieszka na płaskim Mazowszu, i chce się pojechać na przykład w Bieszczady, to wyprawa krótsza niż cztery dni (licząc z dojazdami…) nie ma większego sensu.

***

Dwie nowe płyty na półce. To znaczy – nie takie nowe, bo obie wyszły już jakiś czas temu, ale albo czasu nie było, albo głowy.

Grzegorz Turnau, „Historia pewnej podróży”, czyli płyta-wspomnienie o Marku Grechucie. Piosenki Grechuty Turnau śpiewa zupełnie inaczej – a jednak od razu wiadomo, o co (i o kogo) chodzi. Osobista interpretacja – ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby Grechuta pisał „Korowód” dziś, to właśnie taka instrumentacja by powstała.

Norah Jones, „Not Too Late”. Kiedy płyta ukazała się w sklepach, czytałem recenzję jakiegoś krytyka, bodajże w „Wyborczej”, ale głowy nie dam. Recenzja była ambiwalentna – autor z jednej strony przyznawał, że Jones reprezentuje poziom i styl, z drugiej – narzekał, że płyta jest „wtórna”, że nie ma na niej nic nowego, że jak się zna dwie poprzednie płyty tej pani, to trzecia niczym nas nie zaskoczy, że Jones (w pewnym sensie) „odcina kupony” i „śpiewa w kółko to samo”.

A guzik prawda. Ta płyta jest zupełnie inna, niż poprzednie. Mam wrażenie, że nagrana na dużo większym luzie i mniej poważnie. Wystarczy porównać nastrój słynnego „Come Away With Me” czy „Sunrise” z takim „Sinkin’ Soon”…

Jedno rzeczywiście się nie zmieniło: Norah Jones śpiewa to, co ma ochotę śpiewać. To po prostu słychać – ona naprawdę dobrze się czuje w tej muzyce. Jest swobodna, śpiewa tak, jakby kompletnie nie myślała o stojącym przed nią mikrofonie czy obsłudze studia nagrań. Dobrze się bawi, jeśli można to tak nazwać. Jest sobą. A to niestety można dziś powiedzieć o bardzo niewielu artystach. Bo większość z nich – jak zresztą często są nazywani – to tylko „wykonawcy”. Ktoś napisał nutki, ktoś napisał tekst, a ktoś się nauczył i odtwarza. Lepiej lub gorzej.

Coraz mniej w muzyce współczesnej jest „osobowości”, ludzi którzy nie tylko „wykonują”, ale wkładają w to coś z siebie.

A przecież tylko takich naprawdę warto słuchać – nawet, jeśli „na pierwszy rzut ucha” wydaje się, że się powtarzają. Cała reszta to papka. Guma do żucia dla uszu.

Po śmierci Elli Fitzgerald ktoś z krytyków napisał, że „…odeszła ostatania wielka dama piosenki – teraz zostały już tylko śpiewające modelki”. Pewnie przesadził (bądź co bądź śpiewa jeszcze Aretha Franklin, żeby tylko jeden przykład wymienić!) – ale Norah Jones to dowód, że także w „kolejnym pokoleniu” nie tylko śpiewające modelki mamy na scenie…

Jesienny wieczór, imbryk z dobrą herbatą i taka płyta – ha, da się żyć…

Mruczanka Mocno Perfumowana

A bo się Puchatkom zachciało jesieni, psia (nomen omen…) krew!

A że jeszcze przyjechał z Drugiego Końca Polski kuzyn M., czyli Ukochany przez Potwory Wujek Marek, to się Puchatki z Potworami i rzeczonym Wujkiem na spacer wybrały.

A że zaraz za Puchatkowem miasto powiatowe G. się kończy, a zaczynają się pola i nieużytki (czytaj: łąki i chaszcze), to postanwoiły Puchatki zorganizować Dzień Dobroci Dla Zwierząt, czyli wyciągnąć na spacer Szelmę.

***

I to był błąd.

***

Szelma bowiem na długim spacerze nie była czas jakiś. I bardzo się ucieszyła. A że damą jest wytworną, to – w braku możliwości założenia wytwornej kreacji – postanowiła przynajmniej się wytwornie uperfumować.

Co też natychmiast po wyjściu w chaszcze wykonała.

A jak już się uperfumowała, to radośnie przyleciała się pochwalić.

I tak się jesienny spacer zakończył, bo Puchatek zmuszony był zostawić rodzinę i – paląc się ze wstydu – przeparadować z przepotwornie śmierdzącym i wymazanym… substancją pochodzenia organcznego malamutem alaskańskim płci pięknej przez całe osiedle.

***

Szelma też nie była szczęśliwa, bo po dojściu do domu została brutalnie wymyta za pomocą węża i pistoletu do podlewania ogródka.

I teraz wygląda – za przeproszeniem – jak zmokła kura.

I chyba się obraziła. Żesz, no!

😦

Mruczanka Przedszkolno-Kasztanowa

A Potwory dziś w przedszkolu (o przedszkolu napiszę kiedy indziej) robiły ludziki z kasztanów.

No, może niezupełnie „ludziki”. Po powrocie z dumą wręczyły mi w prezencie:

A teraz konkurs mruczankowy dla Szanownych Czytelników. Pytanie brzmi:

Co to są? 🙂

Odpowiedzi proszę podawać od lewej. Dla ułatwienia dodam, że to nie jest to, na co wygląda 😉

Mruczanka Okołorodzinna

 

Puchatkowa kuzynka się była w Polsce objawiła. Kuzynka, której Puchatek nie widział od ośmiu lat, bo mieszka (kuzynka, znaczy się) u Wuja Sama i w Polsce bywa raz na…

Kuzynka w towarzystwie swojej mamy, a Puchatkowej Ciotki wpadła wczoraj do Chatki Puchatków. A że kuzynka jest KOMPLETNA WARIATKA, a w dodatku z Puchatkiem rozumie się w pół słowa, to impreza była po prostu full wypas 😀

A najwięcej radochy miały potwory. Kuzynka ma lat…. no, kilka więcej niż Puchatek, ale nie ma męża (kiedyś miała, ale to długa historia…) i nie ma dzieci. I zawsze powtarza, że dzieci nie lubi 😉

A wczoraj balowała z potworami w parterze, tarzając się po parkietach i wciągając do zabawy kompletnie zdezorientowaną Szelmę.

A na koniec rzuciła:

– No, to teraz wasza kolej, żeby wpaść do mnie. Może być w przyszłą środę?

…Jasne. Przecież to tylko jakieś dwadzieścia tysięcy kilometrów i raptem jeden ocean po drodze 😉

***

A tu jesień, Kocia Twarz.

Dzwoni Puchatek do jednego znajomego – odbiera syn. „Taty nie ma, pojechał w góry”.

Dzwoni Puchatek do drugiego znajomego – odbiera matka. „A nie ma go, nie ma, będzie w przyszłą środę. Jest gdzieś w Beskidach”.

Dzwoni do trzeciego – nikt nie odbiera. Więc dzwoni na komórkę, a znajomy oznajmia mu przez telefon: „No, właśnie stoję sobie na Budzowym Wierchu w Murzasichlu i patrzę na Tatry!”.

Dzwoni Puchatek do Osobistego Ojca i słyszy, że Osobisty Ojciec wybiera się w październiku na urlop (fakt, że pierwszy od dwóch lat). Do Izarela.

No żesz Kocia Twarz, a dlaczego Puchatek nie może? Nie żeby zaraz do Izraela czy na inny Koniec Świata, ale choćby w Bieszczady…

No, wszyscy to wszyscy – babcia też!

😦

Mrucznka Postfestiwalowa

Nie, nie, Puchatek polskich festiwali w TV nie ogląda i nie słucha. To nie na jego nerwy.

Ale Puchatek jeździ autkiem, a nowy Puchatkowóz ma – między innymi – radyjko. I właśnie w rzeczonym radyjku wielokrotnie – do bólu zębów i dziąseł – słyszał Puchatek pewną… piosenkę. Długo się Puchatek zastanawiał nad dwiema fundamentalnymi kwestiami:

– po pierwsze primo, kto takie nieprawdopodobne gnioty pisze?!
– po drugie primo, kto tego strasznego badziewia słucha?!

Teraz już Puchatek zna odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie.

Odpowiedź brzmi: wszyscy.

Piosenka rzeczona albowiem właśnie ponoć wygrała była festiwal w Sopocie. Dostała Bursztynowego Słowika i (o zgrozo…) nagrodę publiczności.

Tak, właśnie tak – chodzi Puchatkowi o superprzebój grupy o wdzięcznej nazwie – bodajże – „Feel”.

No nie, nie może się Puchatek powstrzymać przed komentarzem.

O treści tego wybitnego dzieła Puchatek nie wspomina, bo trudno wspominać o czymś, czego nie ma. („Niebytu nie ma”, to daaawno filozofowie odkryli).

Muzycznie uTFUr ten jest rzeczywiście na swój sposób odkrywczy: dowodzi mianowicie, że można napisać piosenkę i zdobyć parę nagród i dużą popularność powtarzając wielokrotnie JEDNĄ krótką frazę muzyczną z bardzo niewielkimi wariacjami. (Co prawda był już kiedyś taki polski superprzebój oparty na jednej frazie – ale tam jednak przynajmniej te wariacje były nieco bardziej rozbudowane… Tak, chodzi o słynną piosenkę „Daj mi tę noc”).

Wykonanie… Mój Boże. Smęcąco-zawodzący wokalista, śpiewający przez nos z charakterystycznym gardłowym „podciąganiem” imitującym (nieudolnie) styl paru gwiazd i gwiazdek najprymitywniejszej odmniany popu. Szanowny panie, jak-panu-tam, nawet wyrywające się z głębi piersi jęki i westchnienia muszą czemuś służyć i odnosić się jakoś do śpiewanego tekstu, bo tak, jak pan to robi, to można by z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym zaśpiewać nawet książkę kucharską. Amatorszczyzna w najgorszym znaczeniu tego słowa.

A tekst? Już miał Puchatek zrobić tu złośliwą analizę, linijka po linijce, tego pseudopoetyckiego bełkotu, ale trochę czasu szkoda. Powie Puchatek tyle:

Genialna w swej innowacyjności fraza: „Mam nadzieję póki jestem że ją mam” mogłaby z powodzeniem rywalizować w kategorii „idiotyzm dekady” ze słynnym „sępem miłości” zespołu Ich Truje.

I takie badziewie, takie kompletne nic zdobywa główną nagrodę festiwalu? I jeszcze nagrodę publiczności?

Sia.siu, i Ty się dziwiłaś, jak ta sama publiczność reagowała na N.J.? Powinnaś się cieszyć, że butelkami po piwie w nią nie rzucali…

***

A swoją drogą – myśl jeżąca krótki włos na głowie – jeśli TO COŚ zdobyło Bursztynowego Słowika, to jaki poziom musiała reprezentować pozostała TFUrczość?

Gdybym nie był abstynentem, to chyba bym poszedł się upić.

O Pewnym Katalogu…

A siędzę ja teraz nad nietypową pracą. Nie tłumaczenie, ale redakcja. Pewne Muzeum przygotowuje wystawę poświęconą Polakom, którzy w czasie wojny ratowali Żydów, a po wojnie zostali uznani za Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

No i właśnie siedzę i redaguję – jakby to nazwać… – „katalog” tej wystawy. Pięćdziesięciu Sprawiedliwych – o każdym krótka notka: kim był, jak do tego doszło, że ratował Żydów, jak to się skończyło…

Krótkie notki – po dwie trzecie strony każda – jeśli chcą opowiedzieć jakąś zamkniętą historię, siłą rzeczy muszą być zwięzłe, chłodne i wyczyszczone z emocji. 1200 znaków ze spacjami. Wszystko.

Mieszkali… Poznali się… Przyszli nocą, poprosili o pomoc… Przechowywali ich dwa i pół roku… Przyszli Niemcy, znaleźli… Żydów rozstrzelali na miejscu, ojca rodziny aresztowali i rozstrzelali po dwóch tygodniach… A jego żona i córki dalej pomagały kolejnym Żydom…

Jakaś kobieta, która poznała młodą Żydówkę na spacerach z dzieckiem niemieckiej rodziny, w której była niańką… Przechowywała ją w swoim pokoju, w mieszkaniu tych Niemców, w skrytce za szafą… Przez dwa lata…

I tak dalej…

Najbardziej porażające jest właśnie to, że te teksty są tak kompletnie wyprane z emocji, z nerwów, że są zimne, rzeczowe, encyklopedyczne – a na poziomie treści mówią o ludzkich dramatach, o walce o życie i o bohaterstwie takiego formatu, jaki aż trudno mi sobie wyobrazić.

Bo to nie było bohaterstwo „zrywu”, zbrojnego czynu, ataku z szablami na czołgi, jakiejś nowej Somosierry. To było bohaterstwo wymagające życia w stanie najwyższego zagrożenia, dzień po dniu, przez kilka lat, ze świadomością, że w razie czego zginę nie tylko ja, ale i moi najbliżsi. Że w każdej chwili najdrobniejsza nieostrożność może sprawić,że zjawią się nadludzie w czarnych mundurach i tak po prostu wpakują nam kulę w łeb. Że każdy mój krok, każde nieostrożne słowo, każde zachowanie mogą być przyczyną tragedii.

A w dodatku ci ludzi wcale nie czują się bohaterami, wcale nie uważają, że zrobili coś wyjątkowego.

Jeden ze Sprawiedliwych – dziś sędziwy staruszek – wspomina:

„To była dla nas bardzo trudna decyzja – sami mieliśmy dzieci – ale jedyna, jaką sumienie pozwoliło nam podjąć.”

Tak po prostu.