Mruczanka Mocno Perfumowana

A bo się Puchatkom zachciało jesieni, psia (nomen omen…) krew!

A że jeszcze przyjechał z Drugiego Końca Polski kuzyn M., czyli Ukochany przez Potwory Wujek Marek, to się Puchatki z Potworami i rzeczonym Wujkiem na spacer wybrały.

A że zaraz za Puchatkowem miasto powiatowe G. się kończy, a zaczynają się pola i nieużytki (czytaj: łąki i chaszcze), to postanwoiły Puchatki zorganizować Dzień Dobroci Dla Zwierząt, czyli wyciągnąć na spacer Szelmę.

***

I to był błąd.

***

Szelma bowiem na długim spacerze nie była czas jakiś. I bardzo się ucieszyła. A że damą jest wytworną, to – w braku możliwości założenia wytwornej kreacji – postanowiła przynajmniej się wytwornie uperfumować.

Co też natychmiast po wyjściu w chaszcze wykonała.

A jak już się uperfumowała, to radośnie przyleciała się pochwalić.

I tak się jesienny spacer zakończył, bo Puchatek zmuszony był zostawić rodzinę i – paląc się ze wstydu – przeparadować z przepotwornie śmierdzącym i wymazanym… substancją pochodzenia organcznego malamutem alaskańskim płci pięknej przez całe osiedle.

***

Szelma też nie była szczęśliwa, bo po dojściu do domu została brutalnie wymyta za pomocą węża i pistoletu do podlewania ogródka.

I teraz wygląda – za przeproszeniem – jak zmokła kura.

I chyba się obraziła. Żesz, no!

😦

Mruczanka Przedszkolno-Kasztanowa

A Potwory dziś w przedszkolu (o przedszkolu napiszę kiedy indziej) robiły ludziki z kasztanów.

No, może niezupełnie „ludziki”. Po powrocie z dumą wręczyły mi w prezencie:

A teraz konkurs mruczankowy dla Szanownych Czytelników. Pytanie brzmi:

Co to są? 🙂

Odpowiedzi proszę podawać od lewej. Dla ułatwienia dodam, że to nie jest to, na co wygląda 😉

Mruczanka Okołorodzinna

 

Puchatkowa kuzynka się była w Polsce objawiła. Kuzynka, której Puchatek nie widział od ośmiu lat, bo mieszka (kuzynka, znaczy się) u Wuja Sama i w Polsce bywa raz na…

Kuzynka w towarzystwie swojej mamy, a Puchatkowej Ciotki wpadła wczoraj do Chatki Puchatków. A że kuzynka jest KOMPLETNA WARIATKA, a w dodatku z Puchatkiem rozumie się w pół słowa, to impreza była po prostu full wypas 😀

A najwięcej radochy miały potwory. Kuzynka ma lat…. no, kilka więcej niż Puchatek, ale nie ma męża (kiedyś miała, ale to długa historia…) i nie ma dzieci. I zawsze powtarza, że dzieci nie lubi 😉

A wczoraj balowała z potworami w parterze, tarzając się po parkietach i wciągając do zabawy kompletnie zdezorientowaną Szelmę.

A na koniec rzuciła:

– No, to teraz wasza kolej, żeby wpaść do mnie. Może być w przyszłą środę?

…Jasne. Przecież to tylko jakieś dwadzieścia tysięcy kilometrów i raptem jeden ocean po drodze 😉

***

A tu jesień, Kocia Twarz.

Dzwoni Puchatek do jednego znajomego – odbiera syn. „Taty nie ma, pojechał w góry”.

Dzwoni Puchatek do drugiego znajomego – odbiera matka. „A nie ma go, nie ma, będzie w przyszłą środę. Jest gdzieś w Beskidach”.

Dzwoni do trzeciego – nikt nie odbiera. Więc dzwoni na komórkę, a znajomy oznajmia mu przez telefon: „No, właśnie stoję sobie na Budzowym Wierchu w Murzasichlu i patrzę na Tatry!”.

Dzwoni Puchatek do Osobistego Ojca i słyszy, że Osobisty Ojciec wybiera się w październiku na urlop (fakt, że pierwszy od dwóch lat). Do Izarela.

No żesz Kocia Twarz, a dlaczego Puchatek nie może? Nie żeby zaraz do Izraela czy na inny Koniec Świata, ale choćby w Bieszczady…

No, wszyscy to wszyscy – babcia też!

😦

Mrucznka Postfestiwalowa

Nie, nie, Puchatek polskich festiwali w TV nie ogląda i nie słucha. To nie na jego nerwy.

Ale Puchatek jeździ autkiem, a nowy Puchatkowóz ma – między innymi – radyjko. I właśnie w rzeczonym radyjku wielokrotnie – do bólu zębów i dziąseł – słyszał Puchatek pewną… piosenkę. Długo się Puchatek zastanawiał nad dwiema fundamentalnymi kwestiami:

– po pierwsze primo, kto takie nieprawdopodobne gnioty pisze?!
– po drugie primo, kto tego strasznego badziewia słucha?!

Teraz już Puchatek zna odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie.

Odpowiedź brzmi: wszyscy.

Piosenka rzeczona albowiem właśnie ponoć wygrała była festiwal w Sopocie. Dostała Bursztynowego Słowika i (o zgrozo…) nagrodę publiczności.

Tak, właśnie tak – chodzi Puchatkowi o superprzebój grupy o wdzięcznej nazwie – bodajże – „Feel”.

No nie, nie może się Puchatek powstrzymać przed komentarzem.

O treści tego wybitnego dzieła Puchatek nie wspomina, bo trudno wspominać o czymś, czego nie ma. („Niebytu nie ma”, to daaawno filozofowie odkryli).

Muzycznie uTFUr ten jest rzeczywiście na swój sposób odkrywczy: dowodzi mianowicie, że można napisać piosenkę i zdobyć parę nagród i dużą popularność powtarzając wielokrotnie JEDNĄ krótką frazę muzyczną z bardzo niewielkimi wariacjami. (Co prawda był już kiedyś taki polski superprzebój oparty na jednej frazie – ale tam jednak przynajmniej te wariacje były nieco bardziej rozbudowane… Tak, chodzi o słynną piosenkę „Daj mi tę noc”).

Wykonanie… Mój Boże. Smęcąco-zawodzący wokalista, śpiewający przez nos z charakterystycznym gardłowym „podciąganiem” imitującym (nieudolnie) styl paru gwiazd i gwiazdek najprymitywniejszej odmniany popu. Szanowny panie, jak-panu-tam, nawet wyrywające się z głębi piersi jęki i westchnienia muszą czemuś służyć i odnosić się jakoś do śpiewanego tekstu, bo tak, jak pan to robi, to można by z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym zaśpiewać nawet książkę kucharską. Amatorszczyzna w najgorszym znaczeniu tego słowa.

A tekst? Już miał Puchatek zrobić tu złośliwą analizę, linijka po linijce, tego pseudopoetyckiego bełkotu, ale trochę czasu szkoda. Powie Puchatek tyle:

Genialna w swej innowacyjności fraza: „Mam nadzieję póki jestem że ją mam” mogłaby z powodzeniem rywalizować w kategorii „idiotyzm dekady” ze słynnym „sępem miłości” zespołu Ich Truje.

I takie badziewie, takie kompletne nic zdobywa główną nagrodę festiwalu? I jeszcze nagrodę publiczności?

Sia.siu, i Ty się dziwiłaś, jak ta sama publiczność reagowała na N.J.? Powinnaś się cieszyć, że butelkami po piwie w nią nie rzucali…

***

A swoją drogą – myśl jeżąca krótki włos na głowie – jeśli TO COŚ zdobyło Bursztynowego Słowika, to jaki poziom musiała reprezentować pozostała TFUrczość?

Gdybym nie był abstynentem, to chyba bym poszedł się upić.

O Pewnym Katalogu…

A siędzę ja teraz nad nietypową pracą. Nie tłumaczenie, ale redakcja. Pewne Muzeum przygotowuje wystawę poświęconą Polakom, którzy w czasie wojny ratowali Żydów, a po wojnie zostali uznani za Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

No i właśnie siedzę i redaguję – jakby to nazwać… – „katalog” tej wystawy. Pięćdziesięciu Sprawiedliwych – o każdym krótka notka: kim był, jak do tego doszło, że ratował Żydów, jak to się skończyło…

Krótkie notki – po dwie trzecie strony każda – jeśli chcą opowiedzieć jakąś zamkniętą historię, siłą rzeczy muszą być zwięzłe, chłodne i wyczyszczone z emocji. 1200 znaków ze spacjami. Wszystko.

Mieszkali… Poznali się… Przyszli nocą, poprosili o pomoc… Przechowywali ich dwa i pół roku… Przyszli Niemcy, znaleźli… Żydów rozstrzelali na miejscu, ojca rodziny aresztowali i rozstrzelali po dwóch tygodniach… A jego żona i córki dalej pomagały kolejnym Żydom…

Jakaś kobieta, która poznała młodą Żydówkę na spacerach z dzieckiem niemieckiej rodziny, w której była niańką… Przechowywała ją w swoim pokoju, w mieszkaniu tych Niemców, w skrytce za szafą… Przez dwa lata…

I tak dalej…

Najbardziej porażające jest właśnie to, że te teksty są tak kompletnie wyprane z emocji, z nerwów, że są zimne, rzeczowe, encyklopedyczne – a na poziomie treści mówią o ludzkich dramatach, o walce o życie i o bohaterstwie takiego formatu, jaki aż trudno mi sobie wyobrazić.

Bo to nie było bohaterstwo „zrywu”, zbrojnego czynu, ataku z szablami na czołgi, jakiejś nowej Somosierry. To było bohaterstwo wymagające życia w stanie najwyższego zagrożenia, dzień po dniu, przez kilka lat, ze świadomością, że w razie czego zginę nie tylko ja, ale i moi najbliżsi. Że w każdej chwili najdrobniejsza nieostrożność może sprawić,że zjawią się nadludzie w czarnych mundurach i tak po prostu wpakują nam kulę w łeb. Że każdy mój krok, każde nieostrożne słowo, każde zachowanie mogą być przyczyną tragedii.

A w dodatku ci ludzi wcale nie czują się bohaterami, wcale nie uważają, że zrobili coś wyjątkowego.

Jeden ze Sprawiedliwych – dziś sędziwy staruszek – wspomina:

„To była dla nas bardzo trudna decyzja – sami mieliśmy dzieci – ale jedyna, jaką sumienie pozwoliło nam podjąć.”

Tak po prostu.

A tak mnie naszło…

Jest taka piosenka Boba Dylana „A Hard Rain’s A-Gonna Fall”. Wielu ją śpiewało, poza samym Dylanem, przerabiano ją już i na rockowo, i na bluesowo, i na jazzowo takoż.

Piętnaście lat temu, w czasie pierwszej z Wielkich Wypraw Autostopowych, siedząc w mieszkaniu Znajomych w Paryżu, odkryliśmy kilka płyt Joan Baez. Stare, winylowe płyty, adapter (hej, A. i B., czytacie to?)

Wtedy usłyszałem to po raz pierwszy.

Do dziś, kiedy słyszę jak Ta Pani śpiewa Te Słowa, ciarki mi chodzą po plecach. Słucham – i w kolejnych dylanowych strofach odnajduję własne doświadczenia, własne życie. Obraz po obrazie.

Chcecie posłuchać i popatrzeć?

Joan Baez śpiewa „Hard Rain…” Dylana.

A teksty też warto poczytać:

Oh, where have you been, my blue-eyed son?
Oh, where have you been, my darling young one?
I’ve stumbled on the side of twelve misty mountains,
I’ve walked and I’ve crawled on six crooked highways,
I’ve stepped in the middle of seven sad forests,
I’ve been out in front of a dozen dead oceans,
I’ve been ten thousand miles in the mouth of a graveyard,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, and it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what did you see, my blue-eyed son?
Oh, what did you see, my darling young one?
I saw a newborn baby with wild wolves all around it
I saw a highway of diamonds with nobody on it,
I saw a black branch with blood that kept drippin’,
I saw a room full of men with their hammers a-bleedin’,
I saw a white ladder all covered with water,
I saw ten thousand talkers whose tongues were all broken,
I saw guns and sharp swords in the hands of young children,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

And what did you hear, my blue-eyed son?
And what did you hear, my darling young one?
I heard the sound of a thunder, it roared out a warnin’,
Heard the roar of a wave that could drown the whole world,
Heard one hundred drummers whose hands were a-blazin’,
Heard ten thousand whisperin’ and nobody listenin’,
Heard one person starve, I heard many people laughin’,
Heard the song of a poet who died in the gutter,
Heard the sound of a clown who cried in the alley,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, who did you meet, my blue-eyed son?
Who did you meet, my darling young one?
I met a young child beside a dead pony,
I met a white man who walked a black dog,
I met a young woman whose body was burning,
I met a young girl, she gave me a rainbow,
I met one man who was wounded in love,
I met another man who was wounded with hatred,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what’ll you do now, my blue-eyed son?
Oh, what’ll you do now, my darling young one?
I’m a-goin’ back out ‚fore the rain starts a-fallin’,
I’ll walk to the depths of the deepest black forest,
Where the people are many and their hands are all empty,
Where the pellets of poison are flooding their waters,
Where the home in the valley meets the damp dirty prison,
Where the executioner’s face is always well hidden,
Where hunger is ugly, where souls are forgotten,
Where black is the color, where none is the number,
And I’ll tell it and think it and speak it and breathe it,
And reflect it from the mountain so all souls can see it,
Then I’ll stand on the ocean until I start sinkin’,
But I’ll know my song well before I start singin’,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Mruczanka Zbiurokratyzowana

Puchatek bronił się był przed tym dwa lata, ale w końcu poległ. Życie go zmusiło. Od poniedziałku najbliższego Puchatek będzie miał własną firmę. Jednoosobową. Czyli – w zasadzie – Puchatek zostnie firmą. Ha – ha – ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

Paranoja biurokratyczna w tym pięknym kraju znana jest każdemu, kto miał kiedykolwiek wątpliwą przyjemność załatwiać coś w urzędach. Ale paranoja towarzysząca zakładaniu własnego biznesu przertasta wszystko.

Ilość papierków, które musiał Puchatek wypełnić, podpisać, opieczętować, przyklepać i złożyć w kolejnych urzędach wystarczyłaby na dwa lata dla dowolnej składnicy makulatury. Oczywiście przynajmniej połowa z nich (tak na oko) to papierki dublujące się i zawierające informacje złożone już w innych papierkach albo posiadane już przez urząd, w którym się je składa (no, niech mi ktoś logicznie wyjaśni, po jaką stokrotkę do stosiku papierków dla Urzędu Skarbowego trzeba dołączyć ORYGINAŁ decyzji o nadaniu numeru NIP? Przecież kto jak kto, ale Urząd Skarbowy wie, że mam NIP i wie kto, kiedy i gdzie go wydał…).

Ilość kosztów… Mój Boże. 100 zł za wpis do ewidencji, 170 zł za to, że jestem wciągnięty na listę płatników VAT, ok. 50 zł za pieczątkę (której – rzecz prosta – nie można nie mieć), do tego kilkanaście złotych wydanych na ksero różnych dokumentów…

I po co to wszystko?

A, już tłumaczę. Otóż po to, żebym mógł płacić dwa razy większe podatki, niż dotąd (bo to, co robię, objęte jest słynnym „50 proc. kosztów uzyskania przychodu”, które oczywiście znikają w momencie płacenie ryczałtowego podatku 19 proc.), no i żebym musiał co miesiąc jak idiota rozliczać się z Urzędem Skarbowym i ZUSem. A, no i oczywiście żebym musiał wystawiać faktury VAT, czy p… się z kolejnymi papierkami. Pardon.

Ja wiem, bo zaraz mi ktoś powie, że dzięki temu mam zapłacony ZUS i że mogę sobie wiele rzeczy „wrzucać w koszty”.

Otóż nic bardziej błędnego.

Jeśli chodzi o koszty – to żebym nie wiem co wrzucił, i tak nie osiągnę 50 proc. uzyskanych przychodów, które dotąd miałem „z automatu”.

A jeśli chodzi o ZUS – to będę go miał nie DZIĘKI TEMU, że prowadzę firmę i płacę większe podatki etc., ale dzięki temu, że co miesiąc będę płacił ZUSowi haracz. Niemały. Co – gdyby nie chore prawo – mógłby przecież robić równie dobrze jako osoba fizyczna, bez bawienia się w całą tę idiotyczną biurokrację.

Witamy w tanim państwie przyjaznym dla przedsiębiorców.

Socjalizm albo śmierć, jak mawiał Fidel Castro. (…Co za różnica? – jak dodawali złośliwi…)

Mruczanka Postweselna

Tak, jak Puchatek wcześniej obiecał, Kilka Refleksji Po Pewnym Weselu. Z lekkim opóźnieniem, bo ślub odbył się na początku sierpnia – ale potem Puchatki były nad morzem, a potem – z Przyczyn Wyżej Wymienionych – nie bardzo miał Puchatek siłę pisać.

A zatem, gwoli krótkiego wprowadzenia: żenił się kuzyn M., w Małym Miasteczku Na Drugim Końcu Polski. Ojciec tegoż kuzyna jest lokalnym rekinem biznesu – co Puchatek mówi bez cienia złośliwości. W dolnośląskim miasteczku dotkniętym bezrobociem (jedyny duży, państwowy zakład, w którym pracowała spora część mieszkańców, tylko o kilka lat przeżył PRL) pan ten – nazwijmy go Wujkiem J. – prowadzi dużą firmę transportową. Jest najbogatszym człowiekiem w miasteczku i jednym z bogatszych w okolicy. Wielu go nie lubi (niektórzy ze zwykłej, ludzkiej zawiści, inni niewątpliwie mają swoje racje…), niewątpliwie jednak w realiach lokalnych jest „kimś” (w każdym razie o ile bycie „kimś” wyznacza majątek i dynamika działania).

No i taki „ktoś” żenił swojego syna. Starszego syna. Pierworodnego.

No to sami rozumiecie, że ślub i wesele MUSIAŁY być z fontanną i wodotryskiem. I były, nie da się ukryć.

Państwo młodzi pod kościół zajechali bryczką. Za same kwiaty ustawione w kościele i przed nim można by zapewne przeżyć kilka miesięcy na przyzwoitym poziomie. 😉

A wesele… Jakby to powiedzieć…

Powiem tak: pierwszy raz w życiu miałem okazję być na weselu na dwieście osób. Impreza zorganizowana była w okolicznym „dworku”. Jedzenia, picia i atrakcji było tyle, że starczyłoby chyba na drugie tyle. A następnegop dnia były poprawiny – nie „dojadanie resztek”, jak to zwykle bya, ale w gruncie rzeczy druga uczta, trwająca od południa do wieczora. Jak u hobbitów 😉

No i uczucia ambiwalentne Puchatek musi opisać. Jak zwykle.

Najpierw negatywy. Puchatek po prostu NIE LUBI takich imprez. Tłumu ludzi, z których 90 proc. pozostaje Puchatkowi osobiście nieznanych. Konieczności uśmiechania się i całowania w oba policzki z całym zastępem Krewnych-I-Znajomych-Królika („…a to jest ciocia kuzyna siostry wujka Kleofasa…”). Puchatek nie lubi całonocnych imprez i jest szczęśliwy, że ma dwa Potwory, które są doskonałym powodem, aby około 23:00 imprezę opuścić („…chętnie byśmy jeszcze zostali, ale dzieci…”).

Puchatek NIE ZNOSI zbyt głośnej muzyki, a na weselach ZAWSZE jest zbyt głośna muzyka. Nie wiedzieć czemu wszelkiej maści zespołom weselnym (patrz niżej) wydaje się, że aby goście dobrze się bawili, wzmacniacz MUSI być przesterowany, bas MUSI trząść szybami a kolumny MUSZĄ być ustawione tak, aby w czasie grania kolejnych „kawałków” w żadnym kącie sali nie dało się usłyszeć rozmówcy. Puchatek niestety ma uszy wrażliwe (chwilami nadwrażliwe) i po dwóch godzinach takiego łomotu po prostu wyżej wymienione uszy go bolą.

Zespoły weselne to oddzielny temat. I tu także ambiwalencja

Z jednej strony nie obyło się bez idiotycznych przyśpiewek o sprośnych podtekstach i psychicznego terroru obliczonego na zmuszenie młodej pary do publicznego całowania się w sposób wysocie niepubliczny (ale muszę młodym przyznać, że twardzi byli i nie do końca dali się zgwałcić).

(A przy okazji: cytat z Piłeczki, która nastęnego dnia podśpiewywała sobie zapamiętane z wesela „kawałki”. I jak przystao na dziecko z absytnenckiego domu, śpiewała:

„Nie bijemy w butki, nie bijemy w butki, pocałunek był z parówki…”.

No, skąd ona wzięła tę parówkę, to ja naprawdę nie wiem 😉

Z drugiej strony – przyśpiewki te (i generalnie „discopolowe” klimaty) stanowiły bardzo niewielki procent czasu grania zespołu, który poza tym śpiewał po prostu klasyczne przeboje (polskie i zgarniczne) i musi Puchatek przyznać, że robił to w miarę przyzwoicie (no, w każdym razie nie fałszował, zachowywał klimat oryginałów i miał generalnie nastrojone instrumenty). Ogólne wrażenie – na plus, naprawdę widywał („słyszywał”) Puchatek gorsze zespoły weselne.

A teraz – gwoli uczciwości – pozytywów kilka.

Wesele było naprawdę dobrze zorganizowane. Choć alkoholu było dużo, to jedzenia i zabawy było jeszcze więcej, dzięki czemu – choć goście rzecz prosta pili sporo – w zasadzie nikt nie był pijany. Wiele rzeczy zorganizowanych było naprawdę znakomicie i z klasą, zupełnie nie miało się wrażenia, że wszystko ma służyć tylko „pokazaniu pieniędzy” (co w takiej sytuacji byłoby całkiem możliwe). Odniósł Puchatek wrażenie, że w gruncie rzeczy wszyscy naprawdę dobrze się bawili – począwszy od sporej grupki dzieci w wieku Potworów, poprzez młódź nastoletnią, młódź nieco starszą, średniaków w wieku Puchatka (…), aż po najstarsze ciotki. A to naprawdę sztuka.

***

Jedną rzecz jednakowoż Puchatek odnotować MUSI (…inaczej się udusi…). Chodzi mianowicie o kreacje występujących na weselu pań (panowie mimo wszystko mniej mają możliwości „zaszalenia”…).

Na całym weselu naliczył Puchatek cztery, może pięć pań (nie licząc panny młodej) naprawdę dobrze ubranych. Nie, Puchatek nie jest fachowcem od kobiecych kreacji – przez „dobrze” rozumie po prostu „elegancko, z klasą i w sposób pasujący do urody”.

Znakomita większość pań (zwłaszcza młodych…) wyraźnie hołdowało zasadzie, że „…coś, co się nie błyszczy, nie mieni i nie ma srebrnych lub złotych dodatków, nie nadaje się na wesele”.

Dwa przykłady.

Tuż obok Puchatków siedziała taka para – na oko 25 lat. Dziewczyna – wysoka, efektowna blondynka – ubrana była tak, że na jej miejscu zamordowałbym z zimną krwią osobę, która taki strój doradziła. Zamordował, pokroił i zakopał głęboko. Sukienka typu „musi-być-błyszcąco-i-złoto”, udrapowana w frormę typu „beza z pianką”, dokładnie podkreślająca – proszę o wybaczenie – wszystkie niedostatki figury i urody (których nota bene było naprawdę niewiele, ale rzucały się w oczy drapieżnie).

Przykłąd drugi: dziewczyna (narzeczona?) młodszego brata pana młodego. Puchatek widział ją kilka razy w stroju codziennym i musi obiektywnie przyznać, że choć dziewczyna nie jest w puchatkowym typie, jest naprawdę ładna. Niestety – kreacja, w której wystąpiła na poprawinach (!) była KOSZMARNA, zdecydowania obliczona na „bogato” i „efektownie” bez najmniejszego zastanowienia się nad efektem końcowego zestawienia. I już nawet nie chodzi o to, że bez gustu, ale że cały możliwy efekt („ładna dziewczyna w efektownej kreacji”) bierze w łeb, bo kreacja jest nie tyle efektowna, ile „rzucająca się w oczy”, żeby nie powiedzieć wprost, że wulgarna…

***

No, to sobie Puchatek ponarzekał 😉

Następny „duży” rodzinny ślub najwcześniej za rok.

A na deser: pewien mały elf, który takoż się na tym weselu bawił. 🙂

Mruczanka Zdołowana (I Nie Bez Powodu).

Przepraszam, długo mnie nie było. To znaczy – tutaj nie było, bo całe nasze wakacyjne wojaże zamknęły się w niecałych trzech tygodniach. Niecały tydzień na Drugim Końcu Polski (w trakcie ślub i wesele kuzyna M., całość warta opisu, ale to chyba następnym razem…). Potem niecałe dwa tygodnie nad morzem – to też napiszę, może parę zdjęć wrzucę…

Wypoczęliśmy… Fizycznie. Jesteśmy opaleni (w miarę), ja znowu mogę bez obrzydzenia siąść do komputera. Potwory się nachlapały w zimnym Bałtyku aż im sól uszami wychodziła…

Niestety, psychicznie nie wypoczęliśmy wcale. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze za szybko nie wypoczniemy.

Afera, jaka szleje wokół nas jest żywym dowodem na to, że tak zwane prawa Murphy’ego nie są jedynie irytującym żartem. Że działają naprawdę.

Czyli:

– jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie źle, oraz:
– jeśli coś już idzie źle, to na pewno może jeszcze być gorzej.

Cała historia ze szczegółami zajęłaby więcej miejsca, niż rozsądny Czytelnik byłby w stanie znieść, więc opowiem ją po krótce.

***

Jak pisałem wcześniej na początku lipca wrócił zza Oceanu ojciec M., czyli Osobisty Teść.

Nie było go w kraju cztery lata. Siedział za Wielką Wodą i zarabiał na życie. Klasyka.

Przez ten czas my opiekowaliśmy się jego mieszkaniem. Mieszkanie jest komunalne – żadne pałace, „półtora pokoju” czyli pokój i duża kuchnia. Teść mieszka tam sam (jest wdowcem).

My mieliśmy się „opiekować”, czyli dbać o to, żeby wszystkie opłaty były wnoszone etc.

A ponieważ generalnie ja się zajmuję szeroko pojętym „płaceniem rachunków”, ja też miałem o tym pamiętać.

No i, cholera, zawaliłem. Popełniłem prosty błąd: zamiast płacić co miesiąc (wtedy łatwiej o wszystkim pamiętać) płaciłem raz na dwa-trzy miesiące większą sumę.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Bo okazuje się, że nie zawsze płaciłem. Raz był jakiś „obsuw”, drugi raz… A jak się płaci raz na dwa miesiące, to jeden „obsuw” daje cztery miesiące niepłacenia.

Cholera, ja naprawdę byłem ŚWIĘCIE PRZEKONANY, że wszystko jest OK. No i niby było – ale okazało się, że w UBIEGŁYM ROKU były takie cztery miesiące, kiedy „niepłacenie” się skumulowało. A zgodnie z jakąś tam ustawą zaległość w wysokości trzymiesięcznego czynszu jest wystarczającym powodem do wypowiedzenia umowy najmu.

Kiedy dowiedzieliśmy się (w ubiegłym roku), że jest spora zaległość – natychmiast ją spłąciliśmy. Tyle, że (o czym nie wiedzieliśmy) zadziałały te cholerne prawa Murphy’ego…

No bo tak:

– kolejne wezwania do zapłaty nie dochodziły do nas, bo (co za idiotyzm!) zginął kluczyk od skrzynki w mieszkaniu teścia. A Poczta Polska (niech żyje!) nie wyda duplikatu NIKOMU poza osobą zameldowaną w lokalu.

– w związku z tym nie doszło do nas także pismo grożące wypowiedzeniem umowy najmu etc.

I dopiero kiedy teść wrócił okazło się, że w końcu mu tę umowę najmu wypowiedzieli.

To wystarczyło, żeby był na nas wściekły. Oczywiście – umowę najmu można odnowić i zwykle „domy komunalne” nie robią z tym problemu, jeśli taka „wpadka” zdażyła się pierwszy raz. Ale całe bieganie, nerwy, poza tym mieszkanie jest „do wykupu” a w tej sytuacji nie wiadomo, czy… etc…

***

Ale tu włączyło się drugie Podstawowe Prawo Murphy’ego. Zawsze może być gorzej. ZAWSZE.

Teść złożył w urzędach odpowiednie papiery i – ciągle zły, ale już spokojniejszy – wyjechał na parę dni odpocząć.

Wrócił do miasta tylko po to, żeby się dowiedzieć, że wypowiedzenie umowy to mały pikuś.

Okazało się bowiem, że w „międzyczasie” (czyli w ciągu tego roku) odbyła się juz sprawa sądowa (zaocznie, bo skoro lokator nie odbiera wezwań to znaczy, że sądu unika…!) i istnieje wydany także zaocznie wyrok eksmisyjny.

***

Tak, mamy znajomych prawników. Prawników „z gónej półki”, którzy najprawdopodobniej zdołają sprawę odkręcić. Na razie złożyli w sądzie wniosek o wstrzymanie egzekucji wyroku, potem będą dążyć do powtórzenia sprawy, co podobno jest do zrobienia (nie pytajcie, nie znam się na prawie).

Ale zanim to wszystko się przewali, to minie duuużo czasu. Teść jest wściekły na M. („…moja córka mnioe zawiodła…”), bez sensu zresztą, bo to jednak głównie ja nawaliłem.

Jasne, mógłbym się tłumaczyć – że gdyby teść załatwił (przed wyjazdem) kilka rzeczy tak, jak mu radziłem, to całej sprawy by nie było. On oczywiście „wiedział lepiej”… Że zostawił nam móstwo nierozwiązanych spraw, że nie rozumiał (i nadal nie rozumie), że nie chodzi tylko o pieniądze, że dla nas każda sprawa do załatwienia w urzędzie w Warszawie to dzień w plecy, że mamy małe dzieci i mnóstwo pracy, że dwa lata temu straciłem dwa tygodnie (!!!) biegając i załatwiając jakieś jego niezałatwione sprawy w ZUSie (w Warszawie, rzecz prosta…). Że można to było rozwiązać prostym stałym zleceniem z konta bankowego zamist skomplikowanych operacji i płacenia na poczcie – ale teść nie chciał, „bo jeszcze się ktoś zorientuje, że go nie ma…” etc.

Ale tłumaczenie jest bez sensu. Przez idiotyczne zaniedbanie (moje) – afera jak smok.

A co będzie, jeśli się nie uda i on rzeczywiście straci to mieszkanie? Wolę nie myśleć. Przecież nas nie stać, żeby mu kupić mieszkanie. W Warszawie.

***

Wystarczy poczytać gazety. Są ludzie – i w Warszawie, i w innych miastach – którzy mieszkając w mieszkaniach komunalnych czy spółdzielczych LATAMI nie płacą czynszu. W OGÓLE nie płacą. Mają długi idące w dziesiątki czy setki tysięcy złotych. I NIKT IM NIC NIE MOŻE ZROBIĆ. A tu proszę – JEDNA wpadka, trzymiesięczna zaległość, i już: wypowiedzenie umowy, zaocznie wydany wyrok i rok biegania po sądach (w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń).

***

No i tak to wygląda. Cały urlop reagowaliśmy nerwowymi podskokami na każdy dźwięk dzwoniącej komórki, a jak na wyświetlaczu pokazywał się numer teścia, to drętwieliśmy z przerażenia, co się jeszcze okaże czy już okazało…

Bardziej życzliwych proszę o mocne trzymanie kciuków. A tych, którzy mają Takie Zwyczaje – o modlitwę za nas i za całą tę sprawę.

***

A przy okazji – nauka na przyszłość, którą niewątpliwie w życie wcielę:

NIGDY, ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA NIE ZAJMOWAĆ SIĘ WIĘCEJ CUDZYMI PIENIĘDZMI. To zdecydowanie nie jest moja specjalność.

***

No, to teraz rozumiecie, dlaczego nie miałem nastroju do pisania…