Dziś jest Dzień Dziecka. Rzeczone Dziecko jest płci męskiej, waży 4330 i wygląda następująco:

Dziś jest Dzień Dziecka. Rzeczone Dziecko jest płci męskiej, waży 4330 i wygląda następująco:

Trwa wyścig z czasem. Kończę książkę (tę dobrą, ciekawą, fajną, za – niestety – stosunkowo nieduże pieniądze). Potrzebuję jeszcze dwóch dni (czyli dziś i jutro).
Termin nalotu: czwarty czerwca. Ale, jak wiadomo, oznacza to, że równie dobrze nalot może się wydarzyć jutro. Albo dziś 🙂
Naprawdę dobrze byłoby, gdyby nie wydarzył się wcześniej, niż jutro wieczorem.
Oba Potwory rodziły się niemal dokładnie w terminie (Pietruszka jeden dzień przed, Piłeczka dwa dni po). Więc może się uda?
Do roboty zatem 🙂
„Są jeszcze sądy w Berlinie”. Ano, w Warszawie też, jak widać.
Sprawa była o 10:00. M. zeznawała pierwsza (na siedząco!), potem jeszcze jeden sąsiad, a potem… Pani sędzia wezwała Puchatka też, choć na liście świadków go jako żywo nie było. I Puchatek – bez krawata nawet… – zeznawał. Czyli mówił do rzeczy (i do Wysokiego Sądu), i generalnie wykonywał to, co umie najlepiej, czyli odpowiednie dawał rzeczy słowo i robił dobre wrażenie.
Ogłoszenie wyroku – 14:30. Czyli od 11:00 do wpół do trzeciej siedzieliśmy w Łazienkach na ławce, w nastroju lekko histerycznym. Na szczęscie M. rodzić jeszcze nie zaczęła…
A jednak. Pani sędzia – „w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej” – wyrok ogłosiła: poprzedni wyrok (ten wydany zaocznie w styczniu 2007 roku) zostaje uchylony, a powództwo (ze strony miasta, o eksmisję) oddalone.
Teraz jeszcze miasto może się odwołać od tego wyroku, ale jeśli nawet to zrobi, to – jak powiedziała nasza pani mecenas – po takim wyroku (i uzasadnieniu, którego przytaczać nie będę…) jast bardzo mało prawdopodobne, żeby sąd wyższej instancji coś zmienił.
Poza tym – miasto najwyraźniej traktuje tę sprawę (chwała Bogu!) jako kolejną „z rozdzielnika”. Nie było jednej osoby reprezentującej miasto, za każdym razem w sądzie stawiała się inna pani pełnomocnik (pewnie ta, która akurat miała dyżur). Ta „dzisiejsza” nie zadała ani jednego pytania żadnemu ze świadków, a na ogłoszeniu wyroku się nie pojawiła.
Ci z Was, którzy mieszkają w okolicy śródmieścia Warszawy słyszeli pewnie przed trzecią potworny huk dobiegający od strony Marszałkowskiej? To właśnie te kamienie z serc. ŁUUUUPS.
Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali, czy to modlitwą, czy choćby dobrą myślą. Pomogło, jak widać.
Tylko głowa mnie boli (co zdarza mi się naprawdę rzadko). Z nerwów.
Jutro – w sam Dzień Matki – rozprawa odwoławcza w sprawie mieszkania Teścia. NIe wiadomo, co będzie, jak to się skończy.
M. zeznaje jako świadek. Zważywszy na stres i termin (…) obawiam się, że prosto z sądu możemy jechać na porodówkę.
Wszyscy, którzy to czytacie: trzymajcie kciuki. W dowolnej formie. Najlepiej – ci, co takie zwyczaje mają – w formie modlitwy.
Rozprawa jest o 10:00.
Jutro miną trzy tygodnie, jak wpadli do nas Znajomi Z Sąsiedniej Uliczki. Dokładnie – znajomy z synkiem ciut młodszym od Piłeczki. Byli chyba godzinę. Nastęnego dnia okazało się że synek znajomych ma ospę wietrzną (o czym wcześniej, rzecz prosta, nie mieli pojęcia, bo i skąd).
Minęły dwa tygodnie, Puchatki myślały, że im się upiekło… Ale się nie upiekło. Kiedy Pietruszka obudził się we wtorek rano, okazało się, że jest Pietruszką w Kropki. No cóż. Na szczęście przechodzi to tak samo, jak Puchatek w wieku (późno)szczenięcym: lekko, bezgorączkowo, ze stosunkwo niewielką ilością „kropek”. Piłeczka na razei nic – więc pewnie będzie za dwa tygdonie. Suuuuper.
Ale ja nie o tym.
Pani doktor – ze stoickim spokojem – kazała „przeczekać”. Jakby swędziało – wiadomo, gencjana. A do kąpieli dodawać potworom nadmanganian potasu, co też przesusza „kropki” i pomaga na swędzenie.
M. kupiła nadmanganian. Taką małą saszetkę z odrobiną proszku.
A Puchatek nie wiedział, ile tego sypać – bo to przecież taka odrobina… Więc wsypał Potworom do wanny całą zaszetkę. Na raz.
I teraz z kronikarskiego obowiązku informuje, że co prawda wannę udało mu się już doszorować, ale Potwory – od pasa w dół – są w kolorze żółto-złoto-brudnym. I takie będą jeszcze przez kilka dni. Kocia Twarz. 😉
Tyle bym chciał tu napisać, ale… nie mam siły. Pracuję na akord. Muszę skończyć książkę, którą tłumaczę, zanim pojawi się Nowy Mieszkaniec Puchatkowa – a to już niedługo. Trochę taki wyścig z czasem. M. ostatnio stwierdziła, że – na wzór nalepek ostrzegawczych naklejanych na paczki na poczcie – mogłaby nakleić na sobie dużą nalepkę z napisem:
NIE TURLAĆ.
Hłe, hłe hłe. 🙂
No więc siedzę i piszę. Na akord. Oczy bolą mnie od patrzenia w ekran. Palce bolą mnie od stukania w klawisze. Nie powiem już, co mnie jeszcze boli, bo w końcu Damy tu czasami zaglądają. Nie mam nawet za bardzo czasu wyskoczyć na rower. Znowu jestem grubszy, niż byłem. Niedobrze.
A tu jeszcze – oczywiście – jakieś dodatkowe prace, jakiś katalog dla kolegi S. (no, przecież nie odmówię – pracy stosunkowo niewiele, a pieniądze spore, co w obecnej sytuacji… etc. Wiadomo.)
Ale trochę mam już dość.
Mam tylko nadzieję, że do Wielkiego Dnia skończę to, co robię. A jak Nowy się pojawi, to robię sobie urlop – co najmniej na tydzień.
A, jeszcze po drodze (miejmy nadzieję…) w sam Dzień Matki, sprawa odwoławcza w sądzie. W sprawie mieszkania teścia, znaczy. Czyli nerwów nas czeka dużo.
Trzymajcie kciuki. Tak w ogóle.
Wyszedłem dziś rano, zaraz po wstaniu z łóżka, na balkon. Wbrew prognozom pogoda była piękna, świeciło słońce, śpiewały ptaki, wiał lekki wietrzyk, a powietrze…
…no właśnie. Powietrze pachniało tak, że…
Dawno, dawno temu (coraz dawniej, nie da się ukryć), kiedy jeździliśmy jeszcze wspólnie autostopem po szerokim świecie, był taki specyficzny moment w ciągu dnia…
Po nocy spędzonej w namiocie – czasami na kampingu, czasami „gdzieś w przyrodzie” – przychodził ranek. Pierwsze poranne wyjście z namiotu… Słońce, wiatr, śpiew ptaków (…albo szum autostrady, w zależności od miejsca obozowania :-)…
…i właśnie takie specyficzny zapach powietrza. I ta świadomość, że jest się „gdzieś daleko” (…with no direction home…), że nic się nie musi, że można pojechać dalej albo – jeśli nam sie tu podoba – zostać jeszcze dzień czy dwa… Że jeśli staniemy na drodze i ruszymy dalej, to nie wiadomo, gdzie dziś dojedziemy, co zobaczymy, kogo spotkamy, gdzie spędzimy następną noc. Że może ten dzień minie nam na drodze, w kurzu, w oczekiwaniu na litościwego kierowcę, który zabierze nas dalej… A może dojedziemy w miejsce, które naz zachwyci, które poruszy, które zapamiętamy do końca życia…
Wszystkie te możliwości – wszystkie wspaniałe widoki, wszystkie poruszające miejsca, wszystkie gwiazdy nad głowami – wszystko to było w tych pierwszych chwilach dnia. W tym chłodzie poranka, w zapachu powietrza. Poczucie nieograniczonych możliwości, tysiąca możliwych kierunków rozwoju wydarzeń, absolutnej wolności.
Dziś rano to wszystko mi się przypomniało. Może jeszcze kiedyś tak będzie?
How does it feel
How does it feel
To be on your own
With no direction home
Like a complete unknown
Like a rolling stone?
…
Tysiąc Złotych Polskich Nowych jest nam winien T. Miał oddać już dawno, ciągle coś się przesuwało, teraz miało być „najwyżej do końca miesiąca”. Koniec miesiąca jest dzisiaj. T. się nie odzywa.
Trzy tysiące (w tej samej walucie) winien nam jest Urząd Skarbowy z tytułu nadpłaconych podatków.
Ponad cztery tysiące jest nam winne Bardzo Szacowne Wydawnictwo, które wypłaci je dopiero po wydaniu tłumaczonych przeze mnie książek (ostatnia rata honorarium).
Ile to jest razem? No właśnie.
A nasze konto zaczyna świecić pustkami. Kocia Twarz.
(A, no i są jeszcze dwa tysiące od Dużego Portalu, ale ich nie wymieniam, bo Duży Portal płaci terminowo, co oznacza że zapewne zaraz po Najdłuższym Weekendzie Nowoczesnej Europy pieniadze się pojawią. Chociaż tyle.)
O Bardzo Szacownym Wydawnictwie, co to zupełnie się nie spieszyło z płaceniem, już tu pisałem. Niestety, choć pieniądze wreszcie się pojawiły, to problemy z Wydawnictwem wcale się nie skończyły.
Dzwoni Pani Redaktor K., która to obie tłumaczone przeze mnie książki redaguje (nota bene – robi to, moim zdaniem, nie do końca profesjonalnie, a w każdym razie ja kilka spraw rozwiązałbym zupełnie inaczej – ale to inna historia). Oznajmia mi, że są już wydruki próbne obu książek (czyli cały tekt wydrukowany na luźnych kartkach, ale już złamany i ułożony tak, jak będzie w książce, łącznie z ilustracjami, czcionkami i takimi tam). No i czy ja będę w Warszawie w najbliższych dniach, to bym odebrał.
Jestem zdziwiony, ale staram się tego nie okazywać (jeszcze). No bo – Bogiem a prawdą – skoro tłumaczenie oddałem, zostało przyjęte (na co mam podpisany paoierek), a potem jeszcze przejrzałem i zaaprobowałem pierwszą redakcję (walcząc co prawda o kilka rozwiązań do upadłego…) – to w zasadzie co mnie to wszystko dalej obchodzi?
No, ale dobrze – załóżmy optymistycznie, że to objaw szacunku dla tłumacza, który ma prawo (…) przejrzeć i skomentować zmiany, jakich dokonano na jego (…) tekście.
Ale Pani Redaktor mówi mi, że (skoro w Warszawie nie będę), to ona mi wyśle te wydruki kurierem. Po dwa egzemplarze.
Tu moja słynna Czerwona Lampka zaczyna energicznie migać. – Dlaczego dwa? – pytam.
– No, bo jeden do przejrzenia i ewentualnych uwag, a drugi żeby pan mógł zrobić indeks – oznajmia Pani Redaktor takim tonem, jakby to było oczywiste.
Nie, to nie jest oczywiste. „Robienie” indeksu do tego typu książki to kilka dni ciężkiej pracy, która zdecydowanie nie należy do tłumacza. To TYPOWA praca redakcyjna. Pani Redaktor – zapewne ze względu na mój młodo brzmiący w słuchawce głos – wyszła zdaje się z założenia, że ma do czynienia z nieopierzonym gówniarzem, który nie wie co do kogo należy i bez słowa odwali za nią JEJ pracę.
Miała pecha, bo to nie jest pierwsza książka, którą w życiu tłumaczyłem. Co więcej, kilka książek także w życiu redagowałem – i wtedy JA robiłem indeks, bibliografię i tym podobne przyjemności. I do głowy by mi nie przyszło, żeby to proponować tłumaczowi.
– O, naprawdę? – zapytałem zatem, tym razem nie kryjąc już zdziwienia. – Myślałem, że to będzie robić redakcja?…
– A, wie pan, to ja dopytam… – speszyła się Pani Redaktor i szybko zakończyła rozmowę. O indeksie więcej mowy nie było, kurier przywiózł mi po jednym egzemplarzu obu książek…
A co do poprawek i zmian, jakie Pani Redaktor wprowadziła, to może zmilczę. Powiem tylko, że na przykład uparła się, aby zostawić niektóre tytuły przytaczanych w tekście prac w wersji autora, czyli np. pisane częściowo małymi literami (po angielsku każde słowo tytułu z wyjątkiem przyimków piszemy wielkimi literami – taka zasada; autor – nota bene, jak wie Sia.sia, w ogóle popełanijący mnóstwo błędów, pisuje je różnie. Uznałem, że trzeba to zmienić i ujednolicić. Pani redaktor uznała, że nie, bo przecież „…autor wie lepiej”. Nie pomogło nawet wskzania linków do stron wydawców tych książek, gdzie pisownia jest poprawna…).
Czuję się zażenowany. Poczekam jeszcze na ostatnią część honorarium (po wydaniu książek, czyli wrzesień / październik…), a potem zamierzam na furtce wywiesić ogłoszenie z logo Szacownego Wydawnictwa i napisem „Tych państwa nie obsługujemy”…
Jechał Puchatek zatankować. Potwory siedziały z tyłu, jak Pan Bóg przykazał, w fotelikach. M. była u lekarza.
Dojeżdżał Puchatek małą, osiedlową uliczką do stacji benyznowej. Aby wjechać na stację, należało skręcić z uliczki w prawo. Puchatek jest Kulturalnym Kierowcą, więc w odpowiedniej odległości od skrętu włączył odpowiedni (czytaj: prawy) kierunkowskaz, spokojnie zwolnił i na chwilę stanął, bo wjazd na stację jest równocześnie wyjazdem, którym właśnie coś wyjeżdżało.
A jak Puchatek stanął, to z tyłu usłyszał nie bardzo głośne, ale jednak wyraźne „BUM”.
No, żesz w mordę jeża. Wysiadł Puchatek z auta, Potwory uspokoił. Sprawcą odgłosu okazał się być Elegenacki Młody Człowiek (lat co najwyżej dwudziestu) w Bardzo Wypasionym Mercedesie klasy E. Ciemnozielonym, błyszczącym i w w ogóle przepięknościowym.
Niestety, przepiękność była chwilowo nieco zakłócona – zakłócenie przybrało nieprzyjemny kształt stłuczonego migacza i pękniętego reflektora. Jak na ceny mercedesa – jakieś półtora – dwa tysiące złotych polskich nowych.
Elegancki Młody Człowiek usiłował Puchatkowi imputować, że nie wrzucił (Puchatek) kierunkowskazu – co Puchatek był wyśmiał, bo kierunkowskaz (jak łatwo było zauważyć) nadal migał. W dodatku Puchatek jechał czterdziestką (zgodnie z ograniczeniem), więc nawet jakby uskutecznił ostre hamowanie (co się w końcu na osiedlowych uliczkach zdarza, na przykład kiedy z chodnika nagle wyjeżdża Szybki Deskorolkarz…) – to Elegancki i tak powinienm zdążyć zahamować. Oczywiście gdyby nie jechał niecierpliwie pół metra za puchatkowym zderzakiem.
Puchatek przyzna, że stratami materialnymi Eleganckiego specjalnie się nie przejął, znacznie bardziej przejął się stanem własnego autka. Ale na krótko, gdyż oględziny – najpierw pobieżne, potem dokładniejsze – wykazały jednoznacznie, że na Puchatkowym tylnym zderzaku nie ma NAJMNIEJSZEGO śladu. Hłe hłe hłe.
Mercedes klasy E jest niski. Peugeot Partner jest wysoki. Resztę niech sobi Szanowni Czytelnicy sami dopowiedzą.
Elegencki chyba zdawał sobie sprawę, że cierpi za własną głupotę, bo nawet nie się za bardzo nie pienił. Puchatek uprzejmie oznajmił, że on sam pretensji nie zgłasza (hłe hłe hłe), ale jeśli Elegancki sobie życzy, to oczywiście możemy policję wezwać. Elegencki sobie nie życzył. Bóg z nim. 🙂
„Ano widzi pan, lepiej utrzymywać odpowiednią odległość jak sie jedzie za CIĘŻARÓWKĄ” – oznajmił Puchatek złośliwie na pożegnanie.
No. 🙂