Mruczanka Polityczna
Wszystko wskazuje na to, że małe Puchatki mają od dziecka wyrobione poglądy polityczne… Dwie scenki oddalone od siebie o drobne trzydzieści osiem lat:
Tak Po Prostu
Mruczanka Jesienna Do Znudzenia
Przesilenie jesienne Puchatka dopada… Oj, dopada… Tyle, że kiedy normalni ludzie (…) przeżywają różne jazdy w stylu „stany depresyjne”, Puchatek przesilenie jesienne przeżywa na poziomie bardziej – jakby to ująć… – fizjologicznym. Zasypia, mianowicie. Niezależnie od tego, jak długo śpi w nocy i jak bardzo jest wyspany – kiedy siada do pracy (zwłaszcza popołudniową porą), odwala klasycznego dzięcioła. I nie ma mocnych – kawa, nie kawa… Dzięcioł.
Mruczanka z Niesmakiem
Mruczanka Sprawozdawcza
Po pierwsze – gwoli uczciwości – Puchatek donosi, że Szacowne Wydawnictwo raczyło zapłacić. Dodałby nawet, że „w terminie”, gdyby nie fakt że przy TAK ustalonym w umowie terminie (40 dni!!! od daty wystawienia faktury…) niewywiazanie się z niego byłoby doprawdy ciężkim buractwem.
Mruczanka Zirytowana Nieco
Mruczanka Jesienna (a Fuj!!)
Puchatek najmocniej przeprasza, ale kończył był książkę. Dobrą, ciekawą, dobrze napisaną… Szczegółów na razie podać nie może, ale jak się ukaże, to da znać.
Mruczanka Z Jabolem
Jabol przybył! Jest cały czarny, szybki jak jasny gwint (procesor Intel Core Duo 2,4 GHz) i absolutnie jabolowy. Nic się nie wiesza, nic nie odmawia współpracy, wszystko chodzi jak burza.
Mrrrruczanka Nieprrrawdopodobna
Nie. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają – chyba, że w kiepskich komediach klasy B. Albo w reklamach („9 na 10 wypadków zdarza sie w domu. Lion radzi: nie siedź w domu!”).
Osobista mama Puchatka miała kiedyś takie szczęście: ileś tam razy łamała sobie a to nogi, a to ręce we własnym domu. Nie w górach, nie na nartach – raz się potknęła o zawinięty róg dywanu, innym razem pies jej wlazł pod nogi jak niosła garnek z zupą…
Ale, do jasnej karbidówki, nawet ona nie była taka zdolna, żeby zrobić sobie krzywdę we własnym łóżku.
A Puchatek – i owszem.
***
Wczoraj wieczorem leżał już Puchatek w wyżej wzmiankowanym łóżku. Ale był sobie o czymś przypomniał, więc się podniósł i – sięgając po coś, o czym zapomniał – uklęknął na chwilę na tymże łóżku.
– CHRRRRUP!!! AUUUUUUUUUUU!!!
Powiedziało donośnie kolano Puchatka. Lewe. Bolało jak [ – Ustawa o zachwowywaniu kultury języka polskiego]. Niby staw zginał się normalnie, ale każdy ruch… Uff. W dodatku po lewej stronie rzepki, pod skórą, czuło się drobną deformację. Jakby ktoś tam wepchnął mały kamyczek.
Piątek. Jedenasta w nocy. Jedyne wyjście – szpital w G., urazówka.
Ubrał się Puchatek POWOLI (…jak sie kochają żółwie?) i baaaardzo OSTROŻNIE (…jak się kochają jeże?) zszedł był przed dom, gdzie czekał już awaryjnie wezwany kolega A. z samochodem.
Szpital. Ludzi mało. Izba przyjęć. Miły pan ortopeda. Na rentgen proszę. Błysk, błysk.
Pan ortopeda najpierw pobieżnie rzucił okiem na zdjęcie Puchatkowego kolana (z profilu i en face, jeśli kolano ma face), a potem zaczął ugniatać, zginać, opukiwać, przekręcać. – Hmmm, dziwne – powiedział w końcu. – Mówi pan, że TU boli? Bo jakby to było (uczony_termin_medyczny), to powinno boleć tu. A jakby (inny_uczony_termin_medyczny), to tutaj. Ale jak TU boli, to ja nie bardzo rozumiem.
Podszedł pan ortopeda z powrotem do tablicy ze zdjęciem i zaczął się w nie wpatrywać uważnie. Po czym nagle, głosem wyrażającym najwyższe zdumienie, oznajmił:
– O K…., przecież pan ma igłę w kolanie!
– Jaką igłę?! – zdziwił się był Puchatek nieco histerycznie.
– A taką zwykłą, do szycia – odparł rzeczowo lekarz.
Rzeczywiscie. Rentgen nie kłamie. W rzepce puchatkowego kolana (lewego) tkwiła igła. Dokładnie – połówka igły. Nawet ucho było wyraźnie widać.
Ktoś musiał po jakimś szyciu zostawić igłę na łóżku. Igła wbiła sie w materac – cała – i leżała tam sobie Bóg raczy wiedzieć jak długo. Ostrym końcem w dół, uchem do góry.
I Puchatek właśnie wczoraj (a warto zaznaczyć, że dziś o trzeciej jest chrzest Pyszczaka…) uklęknął tak, że mu się cholera jedna wbiła w kolano – i złamała (czubek zapewne nadal siedzi gdzieś w głębinach materaca). Po uważnych oględzinach kolana pan doktor znalazł nawet miejsce, przez które się wbiła.
– No i co my z tym zrobimy? – zainteresował się był Puchatek.
– Ba – odparł rzeczowo pan doktor. – Pójdę się skonsultować z kolegami.
I poszedł. Wrócił po kwadransie.
– Widzi pan, są dwa wyjścia – oznajmił. – Możemy panu od razu próbować to cholerstwo wyciagnąć. Ale salę operacyjną będę miał wolną dopiero za dwie godziny, a poza tym nie mogę zagwarantować, czy uda się to zrobić szybko. Jak ją znajdziemy od razu, to dwa szwy i za osiem godzin pan wyjdzie. A jak będziemy musieli poszukać, to ze dwa dni pan potem musi tu zostać.
– Ale ja mam jutro chrzest dziecka – jęknął Puchatek rozpaczliwie.
– Drugie wyjście jest takie – kontynuował pan doktor. – Zostawiamy ją w czortu i na razie nie ruszamy. Końcówka wbiła sie w kość, więc ani się nie przesunie, ani żadnej więcej szkody nie zrobi. I czekamy ze trzy dni. Skoro na razie ułożyła się tak, że nie boli (…a, bo w tak zwanym miedzyczasie rzeczywiście prawie przestało boleć, z tym, że „prawie” robi wielką różnicę, jak wiadomo…), to jest taka możliwość, że organizm sam sobie z nią poradzi. Otorbi się i tyle. A jek będzie boleć albo przeszkadzać, to zapraszam pana we wtorek po południu, na czczo, z nastawieniem na dwa dni w szpitalu.
I w ten sposób Puchatek Z Igłą w Kolanie wrócił do domu. Chrzest nie został odwołany. Goście będą. Kolano boli (…bo i musi, powiedział pan doktor. Ciało obce. Stan zapalny. Lód proszę przykładać.), ale chodzić się da i w sumie nawet Puchatek specjalnie nie kuleje.
A zatem: dziś chrzest. Jutro niedziela. W poniedziałek pan kurier ma przywieść Jabola (o Jabolu opowiem później). A potem zobaczymy. Jak będzie dalej bolało, to we wtorek pod nóż.
Call me igłana. 😉