Horror bez mruczenia

Lubię jeździć samochodem. Pdobnie jak mój ojciec – za kierownicą wypoczywam. Nawet jak się źle czuję, jak mnie łeb boli – wsiadam za kierownicę i… jak ręką odjął.
Lubię jeździć, ale czasami…
Jechałem z Warszawy do G. Wieczór już był. Ciemno jak gdzieś u kogoś.
Tuż przed P. – „teren zabudowany”, jadę pięćdziesiatką (NAPRAWDĘ jadę pięćdziesiątką!). Ciemno, żadnych latarni, żadnych znaków (!). I nagle widzę, że przede mną – nie wiem w jakiej odległości, ale ZDECYDOWANIE ZA BLISKO przez drogę przechodzi dwóch panów.
Obaj panowie są w stanie zdecydowanie wskazującym. Obaj ubrani są w CZARNE kurtki i CZARNE spodnie. I nagle (wszystko to trwa ułamki sekund) zdaję sobie sprawę, że oni są NA PRZEJŚCIU DLA PIESZYCH.
Przejściu, które chyba zrobiono niedawno, bo go w tym miejscu nie pamiętam, a żadnych znaków informujących nie było.
Panowie powinni zapalić w najbliższym kościele świeczkę w intencji wynalazcy  ABS, bo gdyby nie ABS właśnie, to bym w nich wjechał. CZUŁEM, jak hamulce „skaczą”, nie dopuszczając do poślizgu (droga była lekko wilgotna, wieczór, jesienna rosa czy co tam innego). Zatrzymałem się w zasadzie już na pasach – ale na tyle skutecznie, że obaj panowie popatrzywszy na mnie z niesmakiem przeszli mi przed maską i lekko chwiejnie poszli dalej.
No i teraz tak:
Jechałem ZGODNIE Z PRZEPISAMI. Przejście było nieoznakowane. Obaj pijaczkowie byli KOMPLETNIE NIEWIDOCZNI (a przecież wystarczyłby głupi odblask na kurtce!). Obaj nie zadali sobie nawet trudu, żeby rozejrzeć się przed wejściem na pasy.
I czyja by to była wina, gdybym ich uderzył?
Moja, oczywiście. Bo na przejściu dla pieszych! Bo „kierowca nie zachował koniecznej ostrożności” (a co ja jeszcze mogłem zrobić???). I zgodnie (zdaje się) z nowymi pzepisami (czy z nową interpretacją starych przepisów) właśnie bym siedział w areszcie (bo na pasach!).
Jeszcze przez parę godzin czułem jak mi sie adrenalina sączy z uszu.
Dwa dni później jechałem tą samą drogą – znak informujący o przejściu już stał. Nowiutki i błyszczący. …mać.

Mruczanka Polityczna

Wszystko wskazuje na to, że małe Puchatki mają od dziecka wyrobione poglądy polityczne… Dwie scenki oddalone od siebie o drobne trzydzieści osiem lat:

1. Rok pański 1970, grudzień. Puchatek miał wtedy niecałe pół roku, a Pierwszym Sekretarzem KC PZPR został niejaki Edward Gierek (młodsi czytelnicy niech sobie w Wikipedii sprawdzą kto to był i co oznaczają te skróty).
No i Puchatek leżał sobie był na przewijaku, a z tyłu, za nim, na ekranie włączonego telewizora towarzysz Gierek wygłaszał właśnie jakieś przemówienie (bodaj nawet pierwsze, inauguracyjne). I nagle mały Puchatek – któremu Osobista Mama właśnie zdjęła pieluszkę, acz jeszcze nie założyła nowej – strzelistym sikiem parabolicznym skierowanym do tyłu, nad głową (mali chłopcy tak potrafią!) obsikał telewizor. I – pośrednio – przemawiającego towarzysza Gierka. – Widać, że dziecko ma zdrowe poglądy – ucieszył się Osobisty Tata.
2. Rok pański 2008, październik. Pyszczak – niecałe pięć miesięcy mający – w gabinecie lekarskim. Pani pielęgniarka szykuje zastrzyk, a pani doktor zabawia malucha (wiadomo, maluch, hi hi, ha ha, ciu ciu). Pyszczak się śmieje, gulga i w ogóle jest zadowolony z życia (jeszcze nie kojarzy, że zaraz będą kłuli w odwłok).
I nagle pani doktor pośród innych „gu, gu”, „bum, bum” i „pif-paf” mówi głośno i wyraźnie:
– Kwa, kwa!
…A rozbawiony dotąd Pyszczak nagle robi pdokówkę i zaczyna płakać.
Mały bo mały, ale swój rozum ma. Żadengo „kwa, kwa”, bardzo proszę! 😉

Tak Po Prostu

Jest w mieście G. szkoła podstawowa „na blokach”, czyli na osiedlu spółdzielczym. Duża, nowoczesna (choć rzecz prosta lekko przepełniona, jak wszystkie szkoły w G.). To ta sama szkoła, przy której działa „przedszkolny oddział zerówkowy”, do którego uczęszcza Pietruszka.
Siłą rzeczy do szkoły chodzi większość dzieci Lokalnych Znajomych.
Wczoraj po południu ze szkoły wracała dwójka dzieci – czternastoletnia gimnazjalistka i jej dziewięcioletni brat. Ulica, przez którą musieli przejść, nie jest „szosą międzymiastową”, nie jest też – nawet jak na skalę powiatowego miasta G. – dużą ulicą. Ot, osiedlowa uliczka.
Przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu, dwadzieścia metrów od wyjścia z podjazdu prowadzącego do szkoły. Czternastolatka wzięła młodszego brata za rękę, rozejrzała się. Z lewej jechał samochód – ale kierowca zobaczył stojące przed przejściem dzieci, więc się zatrzymał.
Dzieci weszły na jezdnię. Ale samochód jadący z drugiej strony sie nie zatrzymał. Dziewczynę odrzuciło na kilka metrów, spadła na maskę temu kierowcy, który stanął, żeby ją przepuścić. Jest połamana, leży na intensywnej terapii w Warszawie.
Jej braciszek miał mniej szczęścia – samochód (jakaś cholerna „terenówka”) zahaczył go i ciagnął jeszcze trzydzieści metrów, zanim zdołał stanąć. Dziecko zmarło w szpitalu po kilku godzinach.
Była 16:30, więc jeszcze nie było ciemno. Pogoda była piękna, widoczność dobra, asfalt suchy. Debil za kierownicą terenówki MUSIAŁ widzieć wchodzące na przejście dzieciaki, MUSIAŁ też widzieć, że jadący z przeciwka samochód staje. Na co liczył? Pijany nie był (policja sprawdziła). Pewie jechał co najmniej 80, jeśli nie szybciej. Na osiedlowej ulicy, która na całym kilkusetmetrowym odcinku obstawiona jest znakami ostrzegającymi że szkoła, że dzieci.
Chłopiec który zginął – trzecioklasista – był kolegą z ławki syna naszych przyjaciół.
„Nie wychodź sam na ulicę” – uczymy nasze Potwory. „Popatrz w lewo i w prawo”. „Przechodź TYLKO na przejściu”. „Przez ulicę – zawsze za rękę”.
NO I CO Z TEGO?
No i co z tego, skoro zachowując wszystkie te rodzicielskie przykazania i tak można trafić na debila o duszy rajdowca i mózgu wiewiórki?
***
Dziś (jechałem na pocztę) przy przejściu dla pieszych paliły się znicze. Dużo zniczy.
Kierowca „terenówki” może trafić za kratki _nawet_ na osiem lat, powiedziała prokuratura.
No i co z tego?
… MAĆ.

Mruczanka Jesienna Do Znudzenia

Przesilenie jesienne Puchatka dopada… Oj, dopada… Tyle, że kiedy normalni ludzie (…) przeżywają różne jazdy w stylu „stany depresyjne”, Puchatek przesilenie jesienne przeżywa na poziomie bardziej – jakby to ująć… – fizjologicznym. Zasypia, mianowicie. Niezależnie od tego, jak długo śpi w nocy i jak bardzo jest wyspany – kiedy siada do pracy (zwłaszcza popołudniową porą), odwala klasycznego dzięcioła. I nie ma mocnych – kawa, nie kawa… Dzięcioł.

Ja wiem, że są gorsze problemy, ale to paskudnie w robocie przeszkadza. I idzie też rzeczona robota znacznie wolniej, niż zwykle. Uch.
***
Pietruszka w zerówce się wziął i zakochał. W koleżance jednej, imieniem Kinga. Oczywiście Pietruszka o zakochaniu nic nie mówi (nie sądzę, żeby w ogóle w tych kategoriach to rozpatrywał…), ale sprawa jest dosyć ewidentna. Nic, tylko Kinga i Kinga. Ja tam nie wiem, ja się pierwszy raz w życiu zakochałem jak byłem w szóstej klasie podstawówki… Ale w zerówce??? 🙂
Ale z drugiej strony – Puchatkowy Osobisty Tata zawsze wspominał, że pierwszą narzeczoną miał w przedszkolu… Więc może Pietruszka po dziadku nie tylko imię odziedziczył? 😉
No, ale musi Puchatek przyznać, że jego latorośl gust ma dobry (po tatusiu, a co ;-). Rzeczona Kinga jest zdecydowanie najładniejszą dziewczynką w grupie…
***
Są zespoły i muzycy, którzy są „pewniakami”. Wiadomo, że cokolwiek napiszą czy zaśpiewają będzie albo dobre, albo przynajmniej „do słuchania”. Wiem w ciemno, że mogę kupić kolejną płytę Cohena, Loreeny McKennitt czy Katie Melua – bo to mi się na pewno spodoba. Wiem, że jak coś śpiewa Joe Cocker, to to po prostu _musi_ być fajne.
Ale są też tacy muzycy / takie zespoły, które (to oczywiście subiektywna ocena…) zawsze będą dla mnie „zepołami jednej piosenki”.
Znacie grupę o nazwie „Lynyrd Skynyrd”? Pewnie większość z Was nie. Ale tę piosenkę słyszał chyba każdy.
Mam ich płytę – ale nie rusza mnie aż tak bardzo. Ot, fajne pioseneczki, ale nic naprawdę wielkiego. Ale „Sweet Home Alabama” chodzi mi po głowie od dwóch tygodni i nie chce się odczepić. I jest jedną z nielicznych rzeczy, które mnie budzą 🙂
Dziś w kategorii „Puchatek Poleca” coś w pozornie zupełnie niepuchatkowym stylu. A jednak. Yiii-ha! 🙂

Mruczanka z Niesmakiem

Wspomniał Puchatek o ubezpieczeniu samochodowym – ale wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa, która nie daje mu (Puchatkowi, znaczy) spokoju i od kilku dni jest powodem głębokiego niesmaku…
Podwyżka rzeczonego ubezpieczenia wynika – jak Czytelnicy wiedzą – z lutowej stłuczki. Stłuczka była – według Kodeksu Ruchu Drogowego – z winy Puchatka. Acz według logiki i faktów – nie do końca (szczegóły były TUTAJ).
Puchatek był psychicznie przygotowany na to, że efektem będzie podwyżka składki ubezpieczeniowej (utrata zniżek…). Ale Pan Agent, który Puchatkowe auto ubezpiecza (a także auto puchatkowego taty i paru innych Krewnych-I-Znajomych-Królika), powiedział Puchatkowi właśnie, dlaczego zalazł mu polisę w innym towarzystwie. Poprzednie za dużo chciało podnieść stawkę, bo z puchatkowej polisy wypłacono za dużą sumę, żeby negocjować.
– Za dużą sumę? – zdziwił się był Puchatek. Bądź co bądź to była tylko stłuczka, i to naprawdę drobna…
– Ano, dużą – odparł Pan Agent. – 17 tysięcy.
ILE????
Puchatek wyciągnał rachunki, przysłane mu przez ubezpieczyciela (rozliczenie było bezgotówkowe). Patrzył ze wszystkich stron, ale suma za nic nie chciała się zmienić: 5698, 06 PLN.
No dobra, to tylko cena części (nowych, w autoryzowanym warsztacie, żeby nie było). Doliczmy do tego robociznę – ile tego może wyjść? 8 tysięcy? No przecież nie więcej.
A pozostałe 9 tysięcy? Ano, ponieważ stłuczka była z winy i tak dalej, to znaczy że pozostałe 9 tysięcy poszło na naprawę „drugiego pojazdu”.
Tyle, że drugi pojazd – kilkuletni golf – był _znacznie_mniej_uszkodzony_ niż puchatkowóz. Jeśli naprawa puchatkowozu kosztowała 8 tysięcy (co i tak jest grubym zaokrągleniem w górę), to naprawa tamtego (nawet, jeśli także w autoryzowanym warsztacie etc.) mogła kosztować… No właśnie, ile? 3 tysiące? 4 najwyżej (choć to już mało prawdopodobne). Wymiana jednego reflektora i lekko wgniecionego prawego błotnika (zakładam, że był wymieniony, a nie klepany i lakierowany, bo wtedy to nie miałoby prawa przekroczyć 2 tysięcy).
A wyszło co najmniej 9…
Wniosek? Właściciel „drugiego pojazdu” wyremontował sobie na koszt puchatkowego ubezpieczenia pół samochodu. „Przy okazji”.
Co wywołuje niesmak samo w sobie, jak każda nieuczciwość. A niesmak pogłębia fakt, że – jak także pisałem TUTAJ – drugi uczestnik zdarzenia okazał sie być osoba znajomą. I w dodatku… Nie, wystarczy że znajomą.
I nie chodzi już o te …set złotych, o które Puchatek będzie miał droższą polisę w tym roku. Chodzi o zasadę.
Kocia Twarz. 😦
Pan Agent też się wkurzył i obiecał Puchatkowi, że – choćby to miało potrwać – wyciągnie od ubezpieczyciela szczegółowe rozliczenie tych 17 tysięcy. Nic to nie zmieni, ale przynajmniej będzie jasna sytuacja.
Jak Puchatek to zobaczy – napisze. A na razie się zniesmacza.
Ot, co.

Mruczanka Sprawozdawcza

Po pierwsze – gwoli uczciwości – Puchatek donosi, że Szacowne Wydawnictwo raczyło zapłacić. Dodałby nawet, że „w terminie”, gdyby nie fakt że przy TAK ustalonym w umowie terminie (40 dni!!! od daty wystawienia faktury…) niewywiazanie się z niego byłoby doprawdy ciężkim buractwem.

Pracowo – nie jest źle. Poprzednia książka zamknięta, ostatni tydzień był celowo trochę luźniejszy (czasami trzeba trochę wyluzować…), teraz biorę się za koleną książkę, bez porównania prostszą, któtszą i nie wymagającą tak intensywnej pracy umysłowej (…i znacznie lepiej płatną, dodać należy ;-).
Jakieś straszne wydatki sie szykują – trzeba ubezpieczenie samochodowe przedłużyć, a że w lutym była Słynna Stłuczka, to i suma jaką towarzystwo zaśpiewa będzie wyższa… Co robić…
No i jeszcze jeden wydatek: Puchatek kupuje fotel. Fotel do pracy. Taki ze wszystkimi bajerami. Z regulacją w stu dwudziestu pięciu płaszczyznach (co najmniej) i możliwością regulowania wszystkiego, co się rusza i połowy tego, co się nie rusza. Planował to Puchatek od dawna, ale zawsze (wiadomo…) były ważniejsze i pilniejsze wydatki. Ale dłużej czekać nie można – puchatkowy kręgosłup coraz głośniej protestuje, zwłaszcza pod koniec dnia pracy. A kręgosłup Puchatek ma jeden i nie zanosi się na to, żeby to sie miało szybko zmienić.
Nie, nie napiszę Wam ile to będzie kosztowało. Nawet zważywszy zakup w Internecie, darmową dostawę i fakt, że Puchatek długo szukał najniższej ceny, będzie to duża suma. Jeszcze nigdy puchatkowy odwłok nie siedział był na tak drogim sprzęcie 😉

Mruczanka Zirytowana Nieco

Mały aneks do poprzedniego wpisu.
Dzwoni telefon. Komórkowy. „Halo? Czy to pan Puchatek? Jestem kurierem z firmy X, mam dla pana przesyłkę i chciałem zapytać, czy będzie pan w domu po siedemnastej…”
Szybka praca umysłowa. Kurier? Przesyłka? Jakąś płytę ostatnio Puchatek na Allegro kupował, ale sprzedający pisał, że pocztą wysyła… Ki czort? Co za przesyłka kurierska?
Pan kurier zjawił sie we własnej osobistości i przyniósł paczkę. Dużą.
Paczka okazała się być przesyłką z Wielce Szacownego Wydawnictwa. Były w niej książki, które Puchatek dla Wydawnictwa tłumaczył. Tak zwane egzemplarze autorskie. Po trzy sztuki obu wybitnych dzieł.
No, po prostu uroczo. Egzemplarze autorskie. Ho ho. Tyle, że te egzemplarze to Puchatkowi na nic. I mógł je sobie osobiście odebrać, jak będzie w Warszawie (tak się przecież umawiał!).
A Szacowne Wydawnictwo, jak nie ma na co pieniędzy wydawać, to mogłoby sobie przypomnieć, ile jest Puchatkowi winne. Mianowicie pięć tysięcy złotych. Polskich, nowych. Do licha. A egzemplarze autorskie to sobie może…
No dobra, może lepiej już skończę. 😦

Mruczanka Jesienna (a Fuj!!) 

Puchatek najmocniej przeprasza, ale kończył był książkę. Dobrą, ciekawą, dobrze napisaną… Szczegółów na razie podać nie może, ale jak się ukaże, to da znać.

A poza tym? A poza tym jesień…
Jesień nigdy nie należała w Puchatkowie do ulubionych pór roku. A już taka jesień… Zimno, deszczowo… Zresztą – co Wam Puchatek będzie tłumaczył, bądź co bądź większość Czytelników tych notek też nie mieszka w Ciepłych Krajach…
No i mamy pierwszą ofiarę jesieni. Pietruszka parę dni temu zaczął kaszleć, a dziś już zaczyna zalegać i ma gorączkę. Kiepska sprawa.
A Puchatek jest zmęczony. Nawet nie czymś konkretnym (ostatnia książka specjalnie wykańczająca nawet nie była…), tylko tak ogólnie.
Przesilenie jesienne. Sen zimowy. I tak dalej.
Ech.
A Szanowane Polskie Wydawnictwo wisi Puchatkowi ponad pięć tysięcy. I pewnie będzie wisiało jeszcze parę tygdoni. Kocia Twarz. 😦
A Sia.sia w Szkocji. A Puchatkowy Tata jedzie za parę dni do Prowansji. Urlopowo. Emerytom to dobrze 😉
A my co? Tylko… Wiadomo. Banany.

Mruczanka Z Jabolem

Jabol przybył! Jest cały czarny, szybki jak jasny gwint (procesor Intel Core Duo 2,4 GHz) i absolutnie jabolowy. Nic się nie wiesza, nic nie odmawia współpracy, wszystko chodzi jak burza.

O TUTAJ możecie go sobie obejrzeć.
Puchatek’s Going Apple (it’s just like going bananas, but a little more sophisticated 😉
***
A igła w kolanie ma się świetnie. Nie boli, nie przeszkadza i zachowuje się jakby jej nie było. Bardzo kulturalna igła, nie powiem.
Pan doktor orzekł, że – cytuję – „zostawiamy ją w cholerę”. Skoro siedzi, krzywdy nie robi, nie ma szans się przemieścić – to jakiekolwiek ryzyko (choć rzecz prosta istnieje) jest mniejsze niż ryzyko związane z – cytuję – „dłubaniem w stawie”. – Wie pan, jak coś będzie nie tak, to pan od razu poczuje, zapewniam – powiedział pan doktor pogodnie. – Wtedy pan przyjdzie i będzie wiadomo, że trzeba dłubać. A na razie nie ruszamy.
No i dobrze. Howgh. 🙂

Mrrrruczanka Nieprrrawdopodobna

Nie. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają – chyba, że w kiepskich komediach klasy B. Albo w reklamach („9 na 10 wypadków zdarza sie w domu. Lion radzi: nie siedź w domu!”).

Osobista mama Puchatka miała kiedyś takie szczęście: ileś tam razy łamała sobie a to nogi, a to ręce we własnym domu. Nie w górach, nie na nartach – raz się potknęła o zawinięty róg dywanu, innym razem pies jej wlazł pod nogi jak niosła garnek z zupą…

Ale, do jasnej karbidówki, nawet ona nie była taka zdolna, żeby zrobić sobie krzywdę we własnym łóżku.

A Puchatek – i owszem.

***

Wczoraj wieczorem leżał już Puchatek w wyżej wzmiankowanym łóżku. Ale był sobie o czymś przypomniał, więc się podniósł i – sięgając po coś, o czym zapomniał – uklęknął na chwilę na tymże łóżku.

– CHRRRRUP!!! AUUUUUUUUUUU!!!

Powiedziało donośnie kolano Puchatka. Lewe. Bolało jak [ – Ustawa o zachwowywaniu kultury języka polskiego]. Niby staw zginał się normalnie, ale każdy ruch… Uff. W dodatku po lewej stronie rzepki, pod skórą, czuło się drobną deformację. Jakby ktoś tam wepchnął mały kamyczek.

Piątek. Jedenasta w nocy. Jedyne wyjście – szpital w G., urazówka.

Ubrał się Puchatek POWOLI (…jak sie kochają żółwie?) i baaaardzo OSTROŻNIE (…jak się kochają jeże?) zszedł był przed dom, gdzie czekał już awaryjnie wezwany kolega A. z samochodem.

Szpital. Ludzi mało. Izba przyjęć. Miły pan ortopeda. Na rentgen proszę. Błysk, błysk.

Pan ortopeda najpierw pobieżnie rzucił okiem na zdjęcie Puchatkowego kolana (z profilu i en face, jeśli kolano ma face), a potem zaczął ugniatać, zginać, opukiwać, przekręcać. – Hmmm, dziwne – powiedział w końcu. – Mówi pan, że TU boli? Bo jakby to było (uczony_termin_medyczny), to powinno boleć tu. A jakby (inny_uczony_termin_medyczny), to tutaj. Ale jak TU boli, to ja nie bardzo rozumiem.

Podszedł pan ortopeda z powrotem do tablicy ze zdjęciem i zaczął się w nie wpatrywać uważnie. Po czym nagle, głosem wyrażającym najwyższe zdumienie, oznajmił:

– O K…., przecież pan ma igłę w kolanie!

– Jaką igłę?! – zdziwił się był Puchatek nieco histerycznie.

– A taką zwykłą, do szycia – odparł rzeczowo lekarz.

Rzeczywiscie. Rentgen nie kłamie. W rzepce puchatkowego kolana (lewego) tkwiła igła. Dokładnie – połówka igły. Nawet ucho było wyraźnie widać.

Ktoś musiał po jakimś szyciu zostawić igłę na łóżku. Igła wbiła sie w materac – cała – i leżała tam sobie Bóg raczy wiedzieć jak długo. Ostrym końcem w dół, uchem do góry.

I Puchatek właśnie wczoraj (a warto zaznaczyć, że dziś o trzeciej jest chrzest Pyszczaka…) uklęknął tak, że mu się cholera jedna wbiła w kolano – i złamała (czubek zapewne nadal siedzi gdzieś w głębinach materaca). Po uważnych oględzinach kolana pan doktor znalazł nawet miejsce, przez które się wbiła.

– No i co my z tym zrobimy? – zainteresował się był Puchatek.

– Ba – odparł rzeczowo pan doktor. – Pójdę się skonsultować z kolegami.

I poszedł. Wrócił po kwadransie.

– Widzi pan, są dwa wyjścia – oznajmił. – Możemy panu od razu próbować to cholerstwo wyciagnąć. Ale salę operacyjną będę miał wolną dopiero za dwie godziny, a poza tym nie mogę zagwarantować, czy uda się to zrobić szybko. Jak ją znajdziemy od razu, to dwa szwy i za osiem godzin pan wyjdzie. A jak będziemy musieli poszukać, to ze dwa dni pan potem musi tu zostać.

– Ale ja mam jutro chrzest dziecka – jęknął Puchatek rozpaczliwie.

– Drugie wyjście jest takie – kontynuował pan doktor. – Zostawiamy ją w czortu i na razie nie ruszamy. Końcówka wbiła sie w kość, więc ani się nie przesunie, ani żadnej więcej szkody nie zrobi. I czekamy ze trzy dni. Skoro na razie ułożyła się tak, że nie boli (…a, bo w tak zwanym miedzyczasie rzeczywiście prawie przestało boleć, z tym, że „prawie” robi wielką różnicę, jak wiadomo…), to jest taka możliwość, że organizm sam sobie z nią poradzi. Otorbi się i tyle. A jek będzie boleć albo przeszkadzać, to zapraszam pana we wtorek po południu, na czczo, z nastawieniem na dwa dni w szpitalu.

I w ten sposób Puchatek Z Igłą w Kolanie wrócił do domu. Chrzest nie został odwołany. Goście będą. Kolano boli (…bo i musi, powiedział pan doktor. Ciało obce. Stan zapalny. Lód proszę przykładać.), ale chodzić się da i w sumie nawet Puchatek specjalnie nie kuleje.

A zatem: dziś chrzest. Jutro niedziela. W poniedziałek pan kurier ma przywieść Jabola (o Jabolu opowiem później). A potem zobaczymy. Jak będzie dalej bolało, to we wtorek pod nóż.

Call me igłana. 😉