Mruczanka Taka Sobie

„Zawsze, nawet w najwspanialszych chwilach życia, nawet wtedy kiedy jesteśmy absolutnie szczęśliwi, jeśli poszukamy głęboko w sercu, znajdziemy taką małą, ale wyraźną kropelkę goryczy. Kropelke smutku, niespełnienia. Ona tam zawsze jest. Kiedyś myślałam, że to wszystko psuje. Dziś myślę, że to właśnie – paradoksalnie – nadaje smak i głębię temu, co robimy. Uczy nas, że choćby było nie wiem jak dobrze – zawsze może być jeszcze lepiej.”
Tak mi kiedyś powiedziała pewne mądra osoba. I miała rację.

Mruczanka I Po Świętach

Świątecznie miało być i radośnie, i tyle sie miało wydarzyć. Wigilia w domu, w pierwszy dzień świąt rajd po znajomych, w drugi – do Osobistego Taty Puchatka na obiad, a „po drodze” także do osobistej mamy, co samo w sobie miało być wydarzeniem (dlaczego wydarzeniem – napiszę później, oddzielnie, bo to temat, o którym napisać chcę już od jakiegoś czasu, ale bardzo trudno mi zacząć…).
Miało być. Ale nie było.
Boże Narodzenie to w Puchatkowie jakiś szczególnie pechowy czas – od kilku lat w święta lub tuż po nich coś sie wydarza. „Coś” to znaczy głównie choroby jakieś. Ale tak jak w tym roku, to chyba jeszcze nie było.
Potwory (wsystkie tsy, panie doktoze) przechodziły serię Paskudnych Choróbsk w zasadzie od października z krótkimi przerwami. Ile razy wydawało się, że wreszcie wszyscy zdrowi – znowu któreś coś łapało.
M. była już załamana – zwłaszcza, że nasze Potwory generalnie (jeśli nie liczyć małych, acz umęczliwych przypadłości związanych z alergicznością) są dziećmi zdrowymi i chorują rzadko.
Tymczasem w mieście powiatowym G. jakieś wredne wirusy krążyły. W październiku wszystkie dzieci znajomych były chore, a to jednocześnie, a to na zmianę. W przedszkolu M. z piętnastki dzieci w pewnej chwili została trójka. W zerówce Pietruszki stan był zbliżony.
A w Puchatkowie seria. Pietruszka – jak to Pietruszka – jak złapał wirusa, to szło mu w oskrzela i kaszel. Piłeczka kaszlu nie łapie, za to idzie jej w uszy. Zapalenie. Pyszczak – oskrzela, jak starszy brat. A że mały, to kłuli go w tyłek (jakieś paskudztwa na rozkurczanie oskrzeli, żeby gorzej nie było…). A jak człowiek ma sześć miesięcy, to NIE DA SIĘ wytłumaczć mu, że to dla jego dobra. I trzeba go siłą trzymać, kiedy Pani Małgosia (anioł ze strzykawką, swoją drogą!) kłuje tę małą pupe. A on się wyrywa i krzyczy strrrasznie, a w tym krzyku wyraźnie słychać „Dlaczego mi to robicie?!” – I można umrzeć na wyrzuty sumienia…
Dobrze chociaż, że takie małe to po pięciu minutach zapomina…
No, kanał po prostu.
Na półtrora tygodnia przed świetami wydawało się, że wreszcie nastał spokój. Ale nie – wredny wirus, jak się okazało, tylko się przyczaił. I w poniedziałek przed wigilią zaczęło się od nowa.
Pietruszka – kaszel jak stary gruźlik. Piłeczka – „Mamo, uszko mnie boli”. Do pani doktor. Syropy, piguły, siedzieć w domu. W środę do kontroli.
W środę, zważcie. W wigilię.
Kontrola: Pietrucha lepiej (choć, jak się potem okazało, chwilowo). Piłka – gorzej (!). Antybiotyk jednak (a już mieliśmy nadzieję, że się wywinie…).
W dodatku rozchorowała się M.
M. choruje rzadko, ale jak już ją weźmie – to mocno. W wigilię jeszcze jakoś funkcjonowała, jakieś ciasta piekła i sprzątała, podczas gdy Puchatek robił grzybową (wigilijna grzybowa, specjalność zakładu!), lepił pierogi i uszka.
Wieczerza wigilijna była miła, w gronie czysto wewnątrzpuchatkowym, bo Szanowny Teść – który miał przyjechać – też się (…dla odmiany…) rozchorował.
Pierwszy dzień świąt to była KLĘSKA. Potwory chore i marudne, jakieś syropy, kropelki, inhalacje – i tak przez cały Boży (bądź co bądź…) dzień.
M. padła. Bolało ją gardło, głowa i cała reszta też. Jak dostała paracetamol jakiś, to dwie – trzy godziny było lepiej, a potem od nowa.
Tylko Pyszczak – na razie – uchował się zdrowy. No i Puchatka wirus nie zdołał zmóc (choć próbował…).
„Świateczna atmosfera” przesiąkła głównie zapachem leków. Nastroje średnie. Dziś przed południem Puchatek pomknął do Stolicy z prowiantem i lekami dla Teścia („Jedziesz do dziadka? Z ciastem? To jak Czerwony Kapturek!” – zauważyła przytomnie Piłeczka. Wilka nie zarejestrowano.)
Nienawidzę, jak dzieci są chore. Nastraja mnie to zupełnie nieświątecznie. Widok łez w oczach na widok kolejnej łyżki kolejnego Obrzydliwego Syropu (piliście kiedyś Zinnat?) sprawia, że – irracjonalnie – mam poczucie winy. Widok policzków czerwonych od gorączki i odgłos kaszlu sprawiają, że odechciewa mi się świąt i paru innych rzeczy.
No dobrze, dziś już jest lepiej. Pietruszka wyraźnie zdrowszy (po tatusiu to ma – nawet jak go już coś weźmie, to szybko zdrowieje). Piłeczka – jak to Piłeczka, narzeka ale też wyraźnie jest już z górki. M. na szczeście też się lepiej czuje. Pyszczak na razie nic nie złapał (choć katar, skubaniec, ma, więc jeszcze się okaże co z tego będzie…).
Czyli niby już z górki.
Ale mówiąc szczerze – jestem tymi świętami zmęczony.
Ot, co.

Mruczanka Geograficzo-Lingwistyczna

– Tatusiu, ale ty nie jesteś z Londynu – oznajmił był Pietruszka tonem nie znoszącym sprzeciwu.

– No fakt, nie jestem – odparł Puchatek, nie tyle nawet zdziwiony (jako że do dosyć skomplikowanych ścieżek skojarzeniowych w wykonaniu Pietruszki już przywykł), ile zaintrygowany. – A jak do tego doszedłeś, synu?
– No, bo ty masz ciemne włosy – odparł Pietruszka pobłażliwym tonem z gatunku „To przecież oczywiste, drogi Watsonie”.
– A ty sądzisz, że w Londynie wszyscy maja jasne włosy? – zdziwił się był Puchatek (no bo w końcu to dosyć oryginalna teza, przyznacie sami…).
– Oczywiście – Pietruszka był wyraźnie zdziwiony puchatkowym zdziwieniem.
– Ale dlaczego tak myślisz? – drążył Puchatek, czując w kościach, że za tym specyficznym skojarzeniem kryje się jakieś głębsze przemyślenie. I rzeczywiście. Pietruszka odparł natychmiast, z głębokim przekonaniem:
– No bo przecież na panią, która ma jasne włosy, mówi się LONDYNKA!

Mruczanka Apokaliptyczna (?)

Znajoma Puchatków wiezie pięcioletnią córkę z przedszkola. Córka jest inteligentna, wygadana, myśląca – choć bywa też nieśmiała.
Jadą. Córka przez całą drogę narzeka, że jest głodna. Po …nastym razie, kiedy z tylnego siedzenia znowu dobiega głos:
– Ale mamo, ja jestem STRRASZNIE głodna…
…znajoma mówi (nieco zirytowana):
– Daj spokój, przecież już dojeżdżamy do domu, z głodu chyba nie umrzesz!
Na co dziecko, po krótkiej chwili milczenia, odpowiada głosem pełnym egzystencjalnej zadumy:
– A dinozaury wyginęły….
Kurrrrrtyna. 🙂

Muzycznie, acz nie tylko…

Jak to jest – niektóre rzeczy poprostu się starzeją, a inne nie…
Jakoś u mnie ostatnio wrócili do łask Simon i Garfunkel. Może to kwestia jesiennego spleenu, może różnych przemyśleń i wydarzeń powodujących taki a nie inny nastrój… Nie wiem.
Te piosenki (to oczywiście subiektywne, puchatkowe zdanie) kompletnie się nie starzeją. „Mrs Robinson” wciąż porusza (zwłaszcza, jak się ma przed oczami sceny z „Absolwenta”: Hide in the hiding place where no one ever goes).
Piosenek o miłości napisano pewnie miliony. Ale ile powstało w historii piosenek o przyjaźni? A znacie lepszą niż „Bridge over Troubled Water”?
„The Boxer”, „Scarborough Fair”, „Feeling Groovy”… Niby to klasyki, niby stare, niby każdy zna – a jak się wsłuchać, to aktualne i świeże jak cholera. Pardon.
Sekret jest prosty, to żadna tajemnica: tekst i świadomość, o czym się śpiewa.
Słowa, które nie są tylko „wypełniaczem do muzyki”, które żyją własnym życiem, które o czymś mówią (niekoniecznie o czymś bardzo poważnym, rzecz prosta). I wykonawca, który te słowa rozumie, który je „czuje”, który nie jest – jak w większości mielonej w radiu popowej papki – tylko „odtwarzaczem”.
Posłuchajcie tych dwóch gości: ani wielkiego głosu, ani jakichś naprawdę niebywałych pomysłów muzycznych… A jak słyszę „Sound of Silence”, to ciarki mi chodzą po plecach. Zawsze. Nie ma chyba bardziej poruszającej piosenki o samotności.
Hello darkness, my old friend,
Ive come to talk with you again,
Because a vision softly creeping,
Left its seeds while I was sleeping,
And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence.
In restless dreams I walked alone
Narrow streets of cobblestone,
neath the halo of a street lamp,
I turned my collar to the cold and damp
When my eyes were stabbed by the flash of
A neon light
That split the night
And touched the sound of silence.
And in the naked light I saw
Ten thousand people, maybe more.
People talking without speaking,
People hearing without listening,
People writing songs that voices never share
And no one deared
Disturb the sound of silence.
Fools said i,you do not know
Silence like a cancer grows.
Hear my words that I might teach you,
Take my arms that I might reach you.
But my words like silent raindrops fell,
And echoed
In the wells of silence
And the people bowed and prayed
To the neon God they made.
And the sign flashed out its warning,
In the words that it was forming.
And the signs said, the words of the prophets
Are written on the subway walls
And tenement halls.
And whisperd in the sounds of silence.

Horror bez mruczenia

Lubię jeździć samochodem. Pdobnie jak mój ojciec – za kierownicą wypoczywam. Nawet jak się źle czuję, jak mnie łeb boli – wsiadam za kierownicę i… jak ręką odjął.
Lubię jeździć, ale czasami…
Jechałem z Warszawy do G. Wieczór już był. Ciemno jak gdzieś u kogoś.
Tuż przed P. – „teren zabudowany”, jadę pięćdziesiatką (NAPRAWDĘ jadę pięćdziesiątką!). Ciemno, żadnych latarni, żadnych znaków (!). I nagle widzę, że przede mną – nie wiem w jakiej odległości, ale ZDECYDOWANIE ZA BLISKO przez drogę przechodzi dwóch panów.
Obaj panowie są w stanie zdecydowanie wskazującym. Obaj ubrani są w CZARNE kurtki i CZARNE spodnie. I nagle (wszystko to trwa ułamki sekund) zdaję sobie sprawę, że oni są NA PRZEJŚCIU DLA PIESZYCH.
Przejściu, które chyba zrobiono niedawno, bo go w tym miejscu nie pamiętam, a żadnych znaków informujących nie było.
Panowie powinni zapalić w najbliższym kościele świeczkę w intencji wynalazcy  ABS, bo gdyby nie ABS właśnie, to bym w nich wjechał. CZUŁEM, jak hamulce „skaczą”, nie dopuszczając do poślizgu (droga była lekko wilgotna, wieczór, jesienna rosa czy co tam innego). Zatrzymałem się w zasadzie już na pasach – ale na tyle skutecznie, że obaj panowie popatrzywszy na mnie z niesmakiem przeszli mi przed maską i lekko chwiejnie poszli dalej.
No i teraz tak:
Jechałem ZGODNIE Z PRZEPISAMI. Przejście było nieoznakowane. Obaj pijaczkowie byli KOMPLETNIE NIEWIDOCZNI (a przecież wystarczyłby głupi odblask na kurtce!). Obaj nie zadali sobie nawet trudu, żeby rozejrzeć się przed wejściem na pasy.
I czyja by to była wina, gdybym ich uderzył?
Moja, oczywiście. Bo na przejściu dla pieszych! Bo „kierowca nie zachował koniecznej ostrożności” (a co ja jeszcze mogłem zrobić???). I zgodnie (zdaje się) z nowymi pzepisami (czy z nową interpretacją starych przepisów) właśnie bym siedział w areszcie (bo na pasach!).
Jeszcze przez parę godzin czułem jak mi sie adrenalina sączy z uszu.
Dwa dni później jechałem tą samą drogą – znak informujący o przejściu już stał. Nowiutki i błyszczący. …mać.

Mruczanka Polityczna

Wszystko wskazuje na to, że małe Puchatki mają od dziecka wyrobione poglądy polityczne… Dwie scenki oddalone od siebie o drobne trzydzieści osiem lat:

1. Rok pański 1970, grudzień. Puchatek miał wtedy niecałe pół roku, a Pierwszym Sekretarzem KC PZPR został niejaki Edward Gierek (młodsi czytelnicy niech sobie w Wikipedii sprawdzą kto to był i co oznaczają te skróty).
No i Puchatek leżał sobie był na przewijaku, a z tyłu, za nim, na ekranie włączonego telewizora towarzysz Gierek wygłaszał właśnie jakieś przemówienie (bodaj nawet pierwsze, inauguracyjne). I nagle mały Puchatek – któremu Osobista Mama właśnie zdjęła pieluszkę, acz jeszcze nie założyła nowej – strzelistym sikiem parabolicznym skierowanym do tyłu, nad głową (mali chłopcy tak potrafią!) obsikał telewizor. I – pośrednio – przemawiającego towarzysza Gierka. – Widać, że dziecko ma zdrowe poglądy – ucieszył się Osobisty Tata.
2. Rok pański 2008, październik. Pyszczak – niecałe pięć miesięcy mający – w gabinecie lekarskim. Pani pielęgniarka szykuje zastrzyk, a pani doktor zabawia malucha (wiadomo, maluch, hi hi, ha ha, ciu ciu). Pyszczak się śmieje, gulga i w ogóle jest zadowolony z życia (jeszcze nie kojarzy, że zaraz będą kłuli w odwłok).
I nagle pani doktor pośród innych „gu, gu”, „bum, bum” i „pif-paf” mówi głośno i wyraźnie:
– Kwa, kwa!
…A rozbawiony dotąd Pyszczak nagle robi pdokówkę i zaczyna płakać.
Mały bo mały, ale swój rozum ma. Żadengo „kwa, kwa”, bardzo proszę! 😉

Tak Po Prostu

Jest w mieście G. szkoła podstawowa „na blokach”, czyli na osiedlu spółdzielczym. Duża, nowoczesna (choć rzecz prosta lekko przepełniona, jak wszystkie szkoły w G.). To ta sama szkoła, przy której działa „przedszkolny oddział zerówkowy”, do którego uczęszcza Pietruszka.
Siłą rzeczy do szkoły chodzi większość dzieci Lokalnych Znajomych.
Wczoraj po południu ze szkoły wracała dwójka dzieci – czternastoletnia gimnazjalistka i jej dziewięcioletni brat. Ulica, przez którą musieli przejść, nie jest „szosą międzymiastową”, nie jest też – nawet jak na skalę powiatowego miasta G. – dużą ulicą. Ot, osiedlowa uliczka.
Przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu, dwadzieścia metrów od wyjścia z podjazdu prowadzącego do szkoły. Czternastolatka wzięła młodszego brata za rękę, rozejrzała się. Z lewej jechał samochód – ale kierowca zobaczył stojące przed przejściem dzieci, więc się zatrzymał.
Dzieci weszły na jezdnię. Ale samochód jadący z drugiej strony sie nie zatrzymał. Dziewczynę odrzuciło na kilka metrów, spadła na maskę temu kierowcy, który stanął, żeby ją przepuścić. Jest połamana, leży na intensywnej terapii w Warszawie.
Jej braciszek miał mniej szczęścia – samochód (jakaś cholerna „terenówka”) zahaczył go i ciagnął jeszcze trzydzieści metrów, zanim zdołał stanąć. Dziecko zmarło w szpitalu po kilku godzinach.
Była 16:30, więc jeszcze nie było ciemno. Pogoda była piękna, widoczność dobra, asfalt suchy. Debil za kierownicą terenówki MUSIAŁ widzieć wchodzące na przejście dzieciaki, MUSIAŁ też widzieć, że jadący z przeciwka samochód staje. Na co liczył? Pijany nie był (policja sprawdziła). Pewie jechał co najmniej 80, jeśli nie szybciej. Na osiedlowej ulicy, która na całym kilkusetmetrowym odcinku obstawiona jest znakami ostrzegającymi że szkoła, że dzieci.
Chłopiec który zginął – trzecioklasista – był kolegą z ławki syna naszych przyjaciół.
„Nie wychodź sam na ulicę” – uczymy nasze Potwory. „Popatrz w lewo i w prawo”. „Przechodź TYLKO na przejściu”. „Przez ulicę – zawsze za rękę”.
NO I CO Z TEGO?
No i co z tego, skoro zachowując wszystkie te rodzicielskie przykazania i tak można trafić na debila o duszy rajdowca i mózgu wiewiórki?
***
Dziś (jechałem na pocztę) przy przejściu dla pieszych paliły się znicze. Dużo zniczy.
Kierowca „terenówki” może trafić za kratki _nawet_ na osiem lat, powiedziała prokuratura.
No i co z tego?
… MAĆ.

Mruczanka Jesienna Do Znudzenia

Przesilenie jesienne Puchatka dopada… Oj, dopada… Tyle, że kiedy normalni ludzie (…) przeżywają różne jazdy w stylu „stany depresyjne”, Puchatek przesilenie jesienne przeżywa na poziomie bardziej – jakby to ująć… – fizjologicznym. Zasypia, mianowicie. Niezależnie od tego, jak długo śpi w nocy i jak bardzo jest wyspany – kiedy siada do pracy (zwłaszcza popołudniową porą), odwala klasycznego dzięcioła. I nie ma mocnych – kawa, nie kawa… Dzięcioł.

Ja wiem, że są gorsze problemy, ale to paskudnie w robocie przeszkadza. I idzie też rzeczona robota znacznie wolniej, niż zwykle. Uch.
***
Pietruszka w zerówce się wziął i zakochał. W koleżance jednej, imieniem Kinga. Oczywiście Pietruszka o zakochaniu nic nie mówi (nie sądzę, żeby w ogóle w tych kategoriach to rozpatrywał…), ale sprawa jest dosyć ewidentna. Nic, tylko Kinga i Kinga. Ja tam nie wiem, ja się pierwszy raz w życiu zakochałem jak byłem w szóstej klasie podstawówki… Ale w zerówce??? 🙂
Ale z drugiej strony – Puchatkowy Osobisty Tata zawsze wspominał, że pierwszą narzeczoną miał w przedszkolu… Więc może Pietruszka po dziadku nie tylko imię odziedziczył? 😉
No, ale musi Puchatek przyznać, że jego latorośl gust ma dobry (po tatusiu, a co ;-). Rzeczona Kinga jest zdecydowanie najładniejszą dziewczynką w grupie…
***
Są zespoły i muzycy, którzy są „pewniakami”. Wiadomo, że cokolwiek napiszą czy zaśpiewają będzie albo dobre, albo przynajmniej „do słuchania”. Wiem w ciemno, że mogę kupić kolejną płytę Cohena, Loreeny McKennitt czy Katie Melua – bo to mi się na pewno spodoba. Wiem, że jak coś śpiewa Joe Cocker, to to po prostu _musi_ być fajne.
Ale są też tacy muzycy / takie zespoły, które (to oczywiście subiektywna ocena…) zawsze będą dla mnie „zepołami jednej piosenki”.
Znacie grupę o nazwie „Lynyrd Skynyrd”? Pewnie większość z Was nie. Ale tę piosenkę słyszał chyba każdy.
Mam ich płytę – ale nie rusza mnie aż tak bardzo. Ot, fajne pioseneczki, ale nic naprawdę wielkiego. Ale „Sweet Home Alabama” chodzi mi po głowie od dwóch tygodni i nie chce się odczepić. I jest jedną z nielicznych rzeczy, które mnie budzą 🙂
Dziś w kategorii „Puchatek Poleca” coś w pozornie zupełnie niepuchatkowym stylu. A jednak. Yiii-ha! 🙂