Mruczanka O Tym, że Szklanka Może Być Do Połowy Pełna

Jadą Puchatki w stronę morza (w sobotę, ale piszę dziś, bo zapomnę). Ni z tego ni z owego zaczyna padać deszcz. Puchatek patrzy na M., M. patrzy na Puchatka. Pietruszka rzuca swoim zwykłym zrzędzącym tonem jakiś komentarz o pogodzie. Ale entuzjazmu Piłeczki – wyraźnie narastającego w miarę zbliżania się do morza – nic nie jest w stanie zgasić.

– O, deszcz pada! To świetnie – wygłasza Potwór Środkowy w natchnieniu.

– Świetnie? Dlaczego „świetnie”? – pyta zaintrygowany Puchatek (znany w kręgach rodzinnych z tego, że deszczu wyjątkowo nie lubi).

– Bo jak popada, to będzie więcej wody w morzu!

Żelazna logika, trzeba przyznać…

Mruczanka Nadbałtycka – c.d.

Łomatttko. Można by pisać i pisać.

Pyszczak wczoraj po raz pierwszy w życiu zobaczył morze. Reakcja była typowa (dla Pyszczaka). Najpierw chwila zdziwienia (taaakie oczy), a potem…SRRRRRU. Chlup.

Ten typ tak ma 🙂

Potwory starsze też moczyły odwłoki. Intensywnie.

Dziś zaraz po śniadaniu poszliśmy – dla odmiany – na plażę. Zeszliśmy z niej już o wpół do piątej – tylko dlatego, że o piątej był obiad.

Pogoda świetna – nie za gorąco, ale słonecznie, woda ciepła (…jak na Bałtyk…).

Nigdy nie lubiłem „leżenia na plaży”. Owszem, przyjść popływać, pochlapać się w wodzie, odpocząć… A potem w drogę. Gdzieś. Gdziekolwiek.

Ale dziś Potwory się kąpały (intensywnie), M. z nimi, Pyszczak spał (po trzech godzinach NIEUSTANNEGO biegania w tę i z powrotem wreszcie padł…), a ja… leżałem na plaży. Na kocyku. Z głową w cieniu. Jak emeryt 😀

Widać czasem trzeba. Leżałem, myślałem, przysypiałem… I czułem, jak wreszcie schodzi ze mnie napięcie całego tego trudnego roku. A właściwie dwóch lat – bo po poprzednim roku (uwaga – liczę latami szkolnymi, a nie kalendarzowymi…) też jakichś poważniejszych wakacji nie było. A ten poprzedni rok też był koszmarny. Dosyć.

***

A wieczorem… Hłe hłe hłe… poszliśmy na „wieczorek zapoznawczy” 😀 Normalnie jak na wczasach. Ale (ach, niestety…) byliśmy tylko na części dla dzieci. Potwory się wyskakały, w kolejnych konkursach wygrały łącznie chyba ze trzy kilo lizaków, nawet Pyszczak tańczył (jecze jak!). Ale z dorosłych tylko jedna para odważyła się potańczyć. Zgadnijcie, która. Dla ułatwienia dodam, że ta w skład której wchodziła najładniejsza dziewczyna na sali 🙂

Pani prowadząca zajęcia dla dzieci bardzo się starała – i nawet jej to nieźle wychodziło. Na szczęście dzieci nie znają na tyle angielskiego, żeby zrozumieć teksty piosenek, które pani puszczała z płyty w czasie zabaw. Bo by się zawstydziły. Chyba.

***

Domek jest sympatyczny, łazienka z ciepłą wodą, DWA pokoiki (sypialnia i salon ;-), jedzenie naprawdę w porządku, obsługa miła. Ale największą chyba zaletą ośrodka (Sia.siu, wolno podawać nazwy? Czy lepiej nie? 🙂 jest fakt, że z jego terenu można wyjść BEZPOŚREDNIO na plażę. Wychodzi się z domku, idzie pięćdziesiąt metrów, przechodzi przez niebieską furtkę i pas sosen – i już. Plaża. A za nią Bałtyk. Do Szwecji na lewo, na lewo.

Dzięki czemu (co docenią wszyscy posiadacze dzieci w wieku przed- i wczesnoszkolnym) można w ogóle nie zbliżać się do straganów, sklepików, stoisk, sprzedawców ulicznych, chodnikowych, plastikowych jaszczurek, pistoletów puszczających bańki, różowych-podróbek-Barbie, koszulek-z-napisami, przepięknych misiów i siedemnsatu tysięcy durnostojek pod tytułem „Pamiątka znad Bałtyku” (kto by pomyślał, ile rzeczy można zrobić z jednej, wyliniałej muszelki jakiegoś nieszczęsnego małża…).

I w ten prosty sposób unika się jęczących głosów powtarzających do znudzenia „Mamo, kup mi…” – które , sami przyznacie, mogą człowiekowi zmarnować wakacje (albo wyzerować stan konta).

***

Jest dobrze. Odpoczwamy. Dopóki Potwory są małe, to jednak chyba najlepszy sposób spędzania wakacji, jeśli chce się naprawde odpocząć. Dzięki, Sia.siu. 🙂

Mruczanka Nadbałtycka

Puchatki po tygodniu na Dolnym Śląsku zlądowały nad morzem (dzięki wydatnej pomcy Sia.si zresztą). Coś napiszę, ale już nie dziś. Bo dziś w celu ominięcia korków wstaliśmy o wpół do czwartej i przejechaliśmy 420 kilometrów z licznymi postojami terrorystycznie wymuszonymi przez Pyszczaka. Więc może jutro.

Ale plaża jest…Mmmm…. 🙂

Mruczanka Wkurzona

Przedwczoraj, kiedy siedziałem przy pracy, gdzieś za oknem słychać było (nie za głośno, jakby z oddalonego radia) słynną piosenkę „Voyage, Voyage” („Włajaż włajaż”). Ponieważ byłem zajęty, dopiero po pół godzinie doszło do mnie, że nadal ją słyszę. Piosenka leciała „w kółko”, zdaje się że była jakoś elektronicznie „zapętlona”. Po dwóch godzinach zacząłem dostawać piany na pysku.

Wczoraj też leciała – tym razem przez godzinę z groszami.

Dziś właśnie zaczęła. Czy ktoś to robi złośliwie, czy aż tak kocha to badziewie, że jest go w stanie słuchać godzinami bez przerwy? 😦

Tak czy owak – jeszcze ze dwa dni i dostane szału. Dorwę gościa i wyprawię go w długi włajaż za pomocą kopa w…

😦

Mruczanka Powyjazdowa Na Poważnie

Ano, w Tatrach byliśmy, jako przed wyjazem pisałem. Dużo się działo, chodziliśmy nieco (doszliśmy z Potworami na Rusinową, co samo w sobie – w tym składzie – jest wyczynem. Wygląda na to, że po trochu, po kawałku, będzie można jednak Potworom góry pokazywać.

Coś jeszcze pewnie o tym napiszę, jakieś zdjęcia powrzucam na Picasę – ale to już chyba nie dziś. Bo dziś wstaliśmy o trzeciej w nocy, żeby wyruszyć o czwartej i ominąć korki na zakopiance. I teraz trochę jestem mało przytomny…

Ale dziś muszę Wam opowiedzieć coś, co tam przeżyłem. Ale najpierw mały wstęp.

Jestem człowiekiem wierzącym. Moja wiara jest dla mnie ważna. Od wielu lat jestem świadomym, zaangażowanym członkiem Kościoła. Fakt – zawsze (operując pewnymi uproszczonymi symbolami…) bliżej mi było to „Tygodnika Powszechnego” czy „Przeglądu Powszechnego” niż do Radia M. czy telewizji na T. Bliżej do ks. Bonieckiego, o. Oszajcy, ks. Tischnera czy biskupa Życińskiego niż do o. Rydzyka i jemu podobnych. Do prawdziwej duchowości (konsekwentnej, otwartej, takiej jaką proponował ks. Franciszek Blachnicki) niż do prymitywnego populizmu wiadomych mediów.

Muszę jednak powiedzieć, że od dosyć długiego czasu moje bycie w Kościele było dla mnie coraz trudniejsze. Coraz bardziej byłem zmęczony bezmyślnością i integryzmem sporej części Kościoła w Polsce. Coraz bardziej irytwało mnie, że przed moimi znajomymi i bliskimi muszę „świecić oczami” za machlojki o. Rydzyka, za antysemityzm w radiu na M., za politykierstwo niektórych duchownych (właśnie politykierstwo, niemające nic wspólnego z odpowiedzialnym uprawianiem polityki rozumianej jako troska o dobro wspólne), za ton, formę i nastrój wypowiedzi niektórych biskupów. Że nazwanie pedofila pedofilem było nazywane „atakiem na Kościół” tylko dlatego, że ten akurat pedofil nosił sutannę…

Oczywiście, jak napisałem wyżej, Radio M. to tylko przykład, nawet jeśli ekstremalny.

Było mi czasami naprawdę ciężko. Bolało mnie, że mój Kościół tak wygląda, że ta rzeczywistość, która dużo dla mnie znaczy, coraz częściej – jak zresztą powiedział kardynał Dziwisz… – ma w oczach świata „twarz o. Rydzyka”. Bolało, że kolejni politykierzy wycierają sobie gębę Chrystusem i Kościołem dla własnych politycznych korzyści. Że w kulturze wyrosłej na Augustynie, Tomaszu, Pascalu, Tomaszu Morusie i tylu innych promuje się bezmyślność, owczy pęd. Że formułką „Nauczanie Kościoła” pokrywa się zwykłą niechęć do podejmowania trudnych decyzji, do samodzielnego myślenia, do podejmowania odpowiedzialności, do wyrażania własnego zdania. I tak dalej, i tak dalej – myślę, że każdy mniej więcej rozumie, o co mi chodzi.

Ale ad rem. Byliśmy w Białce Tatrzańskiej, gdzie siostry serafitki prowadzą dom pomocy społecznej dla dzieci upośledzonych umysłowo.

Dzieci… Część tych „dzieci” to już dorośli ludzie. Ludzie, którzy trafili do sióstr jako małe dzieci, a teraz mieszkają tam nadal, bo… Bo nie mają gdzie pójść.

Na dole domu znajduje się duża sala dla najciężej upośledzonych dzieci. Niepełnosprawność umysłowa łączy się u nich z niepełnosprawnością fizyczną, a najczęściej z niej właśnie wynika. Z wad rozwojowych, genetycznych, z porażeń mózgowych.

Poskręcane, bezwładne ciała, wiecznie otwarte usta, z których w najlepszym przypadku dobywa się bezkształtny jęk. Część z nich karmiona jest dożołądkowo, przez sondy. Niektóre poruszają się w specjalnych chodzikach, inne samodzielnie potrafią tylko leżeć.

Dwaj bliźniacy, którzy „tacy się urodzili”, trafili tu kiedy mieli kilka tygodni. Dziś mają po osiemnaście lat. Mały Gabryś, którym rodzice opiekowali się do trzeciego roku życia, trafił tu po śmierci matki, bo ojciec nie był w stanie zapewnić mu opieki. Dziś ma bodaj sześć czy siedem lat, waży dwanaście kilo (czyli tyle, co mój najmłodszy synek, który ma rok i dwa miesiące…).

To takie dzieci, które w Sparcie zrzucano ze skały. Które w Trzeciej Rzeszy „miłosiernie uśmiercano”. Których rodzicom dziś w wielu miejscach świata proponuje się już tylko eutanazję, żeby „się nie męczyły”.

A te siostry stworzyły im dom.

Tak, właśnie dom. Bo to nie jest zwykły „zakład opiekuńczy”. To jest Dom z prawdziewgo zdarzenia. Siostry nie „opiekują się” tymi dziećmi. One są z nimi przez cały czas. Karmią, poją, przewijają, rehabilitują – ale też rozmawiają, przytulają, każdego z nich traktują jak własne dziecko. Co więcej – traktują jak Człowieka. Bez taniego współczucia i łzawych wzruszeń – ale z takim ogromem naturalnej, „zwyczajnej” miłości, która mnie po prostu zatkała. Uwierzcie mi, nie jestem człowiekiem specjalnie „wzruszliwym” (kto mnie zna, ten wie…) – ale tam przez cały czas modliłem się, żeby ktoś nie zaczął czegoś do mnie mówić, bo jakbym spróbował coś odpowiedzieć, to bym się poryczał jak dziecko.

Dom jest zbudowany i wyposażony tak, jak domy pomocy na amerykańskich filmach. Wszystko jest w najlepszym gatunku. Jest nawet mały basen, w którym organizuje się zajęcia terapuetyczne. Ktoś zapytał, czy to nie rozrzutność. – Rozrzutność? – zdziwiła się siostra, która nam pokazywała dom. – Proszę pani, te dzieci nie mają NIC – podkreśliła. – Nie mają domów, nie mają żadnego świata poza tym domem. Chcemy, żeby przynajmniej tu miały najlepsze możliwe warunki.

Pieniądze? Oczywiście państwowe dotacje nie pokrywają dziesiątej części kosztów. Ale kiedyś przyjechali tu jacyś Amerykanie polskiego pochodzenia. Szukali kwater, zobaczyli dom, popłakali się. Po powrocie do USA zorganizowali zbiórkę – i od tego czasu organizują ją co roku. A kiedyś zjawli się – też przypadkiem – jacyś Duńczycy. Po powrocie do domu załozyli fundację i wspierają dom. A kiedyś przyjechał jakiś zamożny pan z Warszawy – najpierw zrezygnował z urlopu i przez tydzień pomagał, potem zaczął organizować zbiórki wśród znajomych biznesmenów. I tak dalej, i tak dalej… Miłość uruchamia w ludziach człowieczeństwo. Banał, prawda?

Sześćdziesiątka Bardzo Chorych Dzieci – dzieci które będą Bardzo Chore już do końca życia – ma Dom. Tak, jest kilkunastu świeckich pracowników – jacyś opiekunowie, rehabilitanci, terapeuci – którzy przychodzą „na godziny”. Ale większość pracy wykonują same siostry. I robią to z taką miłością i oddaniem (widziałem to!), wobec których czuję się o, taki malutki.

I wiecie co?

To jest mój Kościół. To jest Kościół, do którego należę i do którego chcę należeć. To jest Kościół żywy, prawdziwy. Święty. I nie zmieni tego żaden Rydzyk czy inny biznesmen czy politykier w zakonnej kiecce.

Gdybyście byli w okolicach Białki Tatrzańskiej, zajrzyjcie tam. Warto.

 

Mruczanka Przedwyjazdowa (wreszcie)

Sprawy pozamykane, robota zamknieta (przynajmniej na razie). Jutro już tylko jakieś przygotowania – i pojutrze rano (bardzo rano…) ruszamy.

Jestem bardzo zmęczony. Trzy miesiące choroby mojej Mamy sprawiły, że po Jej pogrzebie ocknąłem się z zaległościami rzędu półtora miesiąca. A później – od 10 maja – nadrobiłem tyle, że na koniec czerwca miałem już tylko dwa tygodnie opóźnienia.

Ale nic za darmo. Jestem strrrasznie zmęczony.

Zresztą zmęczenie pracą to nie wszystko. Wyłażą ze mnie te trzy miesiące. Wszystkie nerwy, jeżdżenie, rozmowy z lekarzami, kolejne złe wiadomości, dom opieki w Józefowie… Wyłazi to wszystko i sprawia, że praca idzie mi dwa razy wolniej niż zwykle, że byle co wyprowadza mnie z równowagi, że zaczynam tysiąc rzeczy i żadnej nie kończę…

Dosyć. Jedziemy w góry. Oczywiście, z trójką Potworów trudno mówić o „chodzeniu po górach” – ale choćby trochę dolinkowych spacerów, choćby sam widok Tatr…

Kiedyś bywalem w Tatrach przynajmniej dwa-trzy razy w roku. Jak jechałem, to miałem wrażenie że wracam do domu. Jak wsiadałem w Zakopanym do pociagu, żeby wrócić do Warszawy – w której w końcu mieszkałem od urodzenia… – miałem poczucie, że wyjeżdżam.

Pooddycham tatrzańskim powietrzem, popatrzę, pochłonę. Zaszczepię Potworom genetycznie uwarunkowanego bakcyla (może…).

Może się nawet stamtąd odezwę. Zobaczymy.

A tymczasem – trzymajcie sie 🙂

Jeszcze O Muzyce i Interpretacjach

Mały aneks do tego, co pisałem o Jacksonie i innych muzykach. O tym, że jak ktoś Wie, O Czym Śpiewa i jak ma „to coś”, to może zaśpiewać super-standard, a i tak będzie to jego własne i prawdziwe. Popatrzcie i posłuchajcie. Piosenka stara, znana do bólu. Najpierw wykonanie „oryginalne” – Louis Armstrong, dla którego ten utwór napisano:

 

 

A teraz – Katie Melua. Inny klimat, inna wrażliwość, inny styl, inne wszystko (włącznie z płcią i kolorem skóry 😉

Zupełnie inna piosenka. A jednak ta sama. Niesamowite, co? Katie nie udaje Armstronga (no to byłoby akurat dosyć trudne 😉 – ale też nie usiłuje na siłę pokazać, że to JEJ interpretacja, że jest INNA i w ogóle. Ona po prostu śpiewa.

 

Magia. Czysta magia 🙂

 

Mruczanka z Bolącym Brzuchem (Ze Śmiechu)

Naszło Puchatka któregoś wieczoru na opowiadanie Potworom starych kawałów. O Mrówce, co mówiła słoniowi żeby się za nią schował… O żabie, co miała powiedzieć „konfitury”, a powiedziała „MARMELADA”… O zajączku, co to… I tak dalej. Ot, głupstewka, akurat na poziomie Potworów. No i w pewnym momencie, zachęcony skręcaniem-się-ze-śmiechu, rzucił Puchatek „dowcip” z gatunku bardziej abstrakcyjnych (czyli, mówiąc wprost, głupi jak pasztet): Siedzą dwa gołębie na drzewie, i jeden grucha, a drugi jabco”. Ha, ha, ha, ha, ha.

Dwa dni później Puchatek siedzi przy robocie, M. czyta gazetę, a Potwory – całe w chichach – przypominają sobie wybitne tatusiowe dowcipy.

– A pamiętasz ten o dwóch gołębiach – rży Pietruszka i (oczywiście) powtarza tekst po raz nasty.

Piłeczka najpierw się śmieje, a potem myśli, myśli aż jej zaczyna z czupryny parować. – A właściwie co to znaczy „jabco”? – pyta brata.

– Nie wiem – odpowiada Pietruszka nie przestając się śmiać. – Ale to chyba coś po GÓRALSKU.

Niewątpliwie.

 

Mruczanka Muzyczna Poniekąd

Śmierć Michaela Jacksona – jak odejście każego bardzo popularnego artysty – wywołała falę (co tam falę – tsunami…) komentarzy. Zostawmy na boku wszystkie analizy jego życia osobistego, narkotyków, procesów i operacji plastycznych – nie schodźmy na poziom rozhisteryzowanych nastolatek z kultury „Bravo”, dla których sam fakt że ktoś dobrze śpiewa jest wystarczającym powodem do emocjonowania się (albo oburzania, co na jedno wychodzi) tym, z kim sypia i w co się ubiera.

Warto natomiast zatrzymać się nad komentarzami „fachowymi”, podsumowującymi jego dokonania muzyczne i karierę w show-businessie. A tu większość komentujących mówi mniej więcej jednym głosem: „Umarł król”. Czyli – można było Jacksona lubić lub nie, ale odszedł wielki artysta, człowiek który zrewolucjonizował szeroko rozumianą muzykę popularną, który stworzył zupełnie nową jakość, który odcisnął niezatarte piętno… etc. etc.

A ja tego słucham (a raczej głównie czytam) i myślę sobie… Oh, really?

Mały wtręt dla fanów Jacksona – nie zasypujcie mnie, proszę, wściekłymi komentarzami. Absolutnie nie neguję tego, że Jacko Wielkim Artystą Był. Mam tylko wątpliwość, czy na pewno jego wielkość dotyczyła akurat tej dziedziny, o której mówią liczni komentatorzy.

Co zrewolucjonizował Jackson? Do czego wniósł tę „nową jakość”? Czy rzeczywiście do muzyki? Moim zdaniem – nie.

Jackson niewątpliwie wniósł „nową jakość” do czegoś, co można by nazwać „poziomem show”. Jego image (z czasem zresztą coraz mniej artystyczny, a coraz bardziej narcystyczny), jego taniec (fakt, moonwalk przejdzie do historii estardy), oprawa jego muzyki – to było naprawdę nowe i niezwykłe. Show, przedstawienie, teledysk, pokaz. Jackson rozumiał że to wszystko jest częścią świata muzyki pop – i potrafił to wykorzystać jak chyba nikt przed nim. Tyle, że samo hasło „muzyka pop” składa się z dwóch członów, jak widać. Jackson niewątpliwie zrewolucjonizował poziom „pop”. Ale czy rzeczywiście wniósł coś nowego do „muzyki”?

Co konkretnie?

Oczywiście – był profesjonalistą, miał wyczucie, miał głos, potrafił robić to co robił. Nie oszukujmy się – na niezwykle wymagającej amerykańskiej scenie muzycznej bez tego wszystkiego raczej by nie zaistniał. Ale czy to co śpiewał (ŚPIEWAŁ, podkreślam) było w jakikolwiek sposób nowatorskie, autorskie, własne?

Moim zdaniem nie. Co zresztą trudno uznać za zarzut zważywszy, że cały pop z definicji jest stosunkowo wtórny, jest nieustanną reinterpretacją.

Jackson był świetnym showmanem, człowiekiem estrady, królem sceny, wizjonerem epoki MTV. Jeśli ktoś lubi klimat show, jeśli ktoś dobrze się czuje w świecie MTV (ja akurat nie…), na pewno to doceniał. Ale na poziomie muzycznym – na poziomie wyłączonego telewizora, że się tak wyrażę – Jackson był po prostu niezłym piosenkarzem, o niezłym głosie i niezłych pomysłach muzycznych. I nic więcej.

OK, jasne, to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale dla mnie to niezwykle ważne rozróżnienie – bo to właśnie to, co „nowatorskie, autorskie, własne” zawsze było dla mnie tym, co przyciagało mnie i fascynowało w śpiewaniu różnych artystów.

Dlatego mogę w nieskończoność słuchać Dylana, z jego beczącym głosem – a na dłuższą metę nie fascynuje mnie Presley, który przepięknym, aksamitnym barytonem doskonale śpiewał Cudze Piosenki. Dlatego z marszu kupię każdą nową płytę Joe Cockera czy Leonarda Cohena, a na przykład Celine Dion czy Whitney Houston są dla mnie niedomiennie „plastikowe”. I tak dalej.

Tak, zdaję sobie sprawę, że mieszam gatunki, nurty, klimaty (mój Boże, gdzie Cocker, gdzie Cohen i gdzie w tym wszystkim Dion…). Ale jeśli ktoś potrafi włożyć w to, co śpiewa, odrobinę siebie, jeśli tekst który śpiewa nie jest dla niego tylko „wypełniaczem rytmu” – to może śpiewać pieśni Schuberta, folk, bluesa, jazz, rocka, pop, poezję śpiewaną albo arie operowe – zawsze będę go słuchał z zapartym tchem.

Bo wtedy można wziąć nawet najbardziej znany utwór na świecie – i zaśpiewać go tak, że będzie własny, jedyny i niepowtarzalny.

I jeszcze na koniec: tego sie nie da nauczyć. To się ma – albo nie. Cocker to ma, Dylan to ma, Aretha Franklin to ma, Katie Melua to ma, ja wiem – Barbra Streisand, Loreena MacKennitt, Shane MacGowan, Sting, Bono, Johnny Cash…

Jackson tego nie miał. Był genialnym showmanem – i nic więcej.

Mruczanka Chirurgiczna

Piłeczka. Rower. Piłeczka na rowerze. To zawsze był niebezpieczny zestaw. Jak miała trzy i pół roku, szyliśmy głowę. Ilości upadków, katastrof i wywrotek nie ogarniam. Nauczyła się jeździć na dwóch kółkach, skubana, równo ze swoim o dwa lata starszym bratem – i od prawie trzech lat szaleje.

No i dziś: przed samym domem. Jakoś źle skręciła, za szybko jechała… Rowerek w jedną, ona w drugą. Walnęła lewą nogą w krawężnik. Podchodzę, patrzę – rana jak pod Grunwaldem. Pod kolanem rozcięcie, jakby nie spotkała się z krawężnikiem, tylko z krzyżackim mieczem. Cięcie proste, równe, nadpodziewanie gładkie. Długość – na oko dziesięć centymetrów. Głębokosć – co najmniej 2,5. Nie, nie przesadzam. Nie mam zwyczaju wpadać w panikę w takich sytuacjach, więc oceniam na chłodno.

A samochód akurat trafił na dwa dni do warsztatu… Telefon. Niezawodny Wujek D. Szpital w G. Izba przyjęć. Dziecko przerażone, ale trzyma się dzielnie. – Tatusiu, ale powiedz im, że muszą mi przed tym szyciem dać znieczulenie! – powtarza jak nakręcona.

Gabinet zabiegowy, sympatyczny młody chirurg zagaduje Piłeczkę przygotowując sobie materiały do dziergania. Znieczula i szyje.

Czternaście szwów. CZTERNAŚCIE. Siedem wewnątrz („Za głęboko, żeby szyć samą skórę…”), siedem po wierzchu.

– W poniedziałek proszę przyjść na zdjęcie, bo już się trochę zagoi, więc wyjmiemy i złapiemy plasterkami – tłumaczy pan doktor. – Wie pan, szwy zostawiają blizny, a przecież kiedyś dziewczyna będzie chciała chodzić w mini…

Cóż za perspektywiczne podejście 🙂

(A swoją drogą – mimo przerażenia całe szycie bez jednego miauknięcia. Zuch dziewczyna.)