Mruczanka Potworowa

Piłeczka, oglądając jakąś dobranockę – nie do końca na temat, wspomina jakąś szkolną uroczystość:

– A wiesz,  tato, są tacy ludzie, którzy nawet jak się ubiorą na galowo, to wyglądają jakby nie byli ubrani na galowo… Jakieś takie maja twarze, że po prostu nie wyglądają bardzo poważnie.

– Na przykład ja? – pyta Puchatek żartem.

– O, no właśnie! – odpowiada ukochane dziecko absolutnie serio…

***

Pietruszka przy śniadaniu pyta ni z tego ni z owego, filozoficznie (jak to on):

– Tato, dlaczego w lodówce zawsze jest więcej jajek niż parówek?

Puchatek (mimo lekkiego zdziwienia tematem) stara się odpowiedzieć całkiem racjonalnie:

– No wiesz, parówki to czasami na śniadanie jemy,  a z jajkami to można robić różne rzeczy…

– Na przykład żonglować? – pyta Pietruszka rzeczowo.

…to się zdaje si.e właśnie nazywa „humor surrealistyczny”…

Mruczanka Jesienna Niestety

Właściwie po takim tytule nie ma już sensu pisać dalej, prawda?

„Bo jesień, wie pan, głupia historia: Grypa i wiatr, i oratoria…”

***

Z jednej strony ta jesień to jeden wielki, nieustający Dzień Świra. Potwory mają setkę różnych spraw i zajęć, na każde trzeba je dowieźć, czasu mało, pracy dużo. I tak dalej. Z drugiej strony – paradoksalnie – jak przypomnę sobie czas sprzed roku, to okazuje się że teraz jest dużo spokojniej i mniej nerwowo.

A przed nami wyprawy… Jedna na Wszystkich Świętych, druga w końcu listopada… Chociaż tyle…

Mruczanka Literacka (także Z Obrazkami)

Kiedyś byłem absolutnym fanem Przy Johna Irvinga. „Świat według Garpa” czy „Hotel New Hampshire” mógłbym czytać co kilka lat od nowa (oczywiście gdyby nie to, że ciągle pojawia się wiele nowych, wartych przeczytania rzeczy, na które i tak nie mam czasu…). Jego wcześniejsze rzeczy – choć nie tak popularne – także bardzo do mnie trafiały („Metoda wodna”, „Małżeństwo wagi półśredniej”…).

Potem trochę się zniechęciłem – „Regulamin tłoczni win” specjalnie mnie nie zachwycił, „Syn cyrku” takoż (może dlatego, że generalnie nie porywa mnie tematyka i kultura Indii i związane z nią „klimaty”). A „Jednoroczna wdowa” po prostu mnie odrzuciła.

Ale potem przyszło znakomite (mimo paru zastrzeżeń) „Zanim cię znajdę” – książka która (to oczywiście absolutnie subiektywna ocena) była dla mnie powrotem dawnego, „wielkiego Irvinga”.

A teraz połknąłem „Ostatnią noc w Twisted River” – i muszę powiedzieć, że… Bomba!

Czy zauważyliście, że Irving właściwie zawsze pisze o pisarzach? Że stały, uparcie nawracający motyw we wszystkich chyba jego książkach to stwierdzenie że życie jest narracją? Że granica między „prawdziwy życiem” a powieścią jest w gruncie rzeczy dosyć płynna? Że to, co bierzemy za „prawdzie życie” często okazuje się także narracją, czyjąś opowieścią skonstruowaną dla osiągnięcia konkretnych celów albo po prostu dlatego, że w takiej konstrukcji łatwiej (?) było żyć?

Najwyraźniej chyba widać to w „Zanim cię znajdę”, gdzie główny bohater – pisarz, jakże by inaczej? – odkrywa w końcu, że wiele podstawowych prawd które zadecydowały o całym jego życiu było de facto fabułą stworzoną przez jego matkę, a Prawda – ta pisana wielką literą – wygląda zupełnie inaczej.

W „Ostatniej nocy…” jest w gruncie rzeczy podobnie. Życie jest powieścią. A może to powieść jest życiem? A może jedno i drugie? Kiedy w ostatnim rozdziale główny bohater – pisarz, oczywiście – zastanawia się nad pierwszym zdaniem swojej nowej powieści i formułuje je w końcu dokładnie tak, jak zaczynał się pierwszy rozdział książki, której jest bohaterem – narracja zatacza pełne koło, ale robi to tak zgrabnie, tak delikatnie i pewnie zarazem, że czytelnik przyjmuje to bez zmrużenia oka. W każdym razie niżej podpisany czytelnik.

***

A z innej beczki…

Prezent Puchatek był dostał – lekko spóźniony – z okazji urodzin. No i jak na czterdzieste urodziny przystało, prezent jest poważny wielce.

„Fistaszki zebrane”, czyli genialne paski komiksowe Charlesa M. Schulza – kompletny zbiór z lat 1955-1956.

Puchatek czyta i kwiczy ze śmiechu – ale też czuje się bezlitośnie zmuszony do myślenia. Kto zna „The Peanuts”, ten wie. Kto nie zna – niech się nawet nie przyznaje…

Piosenkowo…

Jechałem samochodem, słuchałem radia. Piosenka leciała – podobno przebój, nie wiem, nie jestem na bieżąco z listami przebojów.

Shakira zdecydowanie nie należy do moich ulubionych piosenkarek, a to co śpiewa – do mojej ulubionej muzyki (myślę, że nie znalazłaby się nawet w pierwszej pięćsetce 😉

Ale sama piosenka całkiem sympatyczna, a jeden wers szczególnie jakoś wpadł mi w ucho:

„Walking gets too boring when you learn how to fly”.

True, true…

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=7GGF1ajPtv6&login=mzkr&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Szkocka – Dzień Szósty i Siódmy

Tak, dzień szósty i siódmy razem.

Dzień szósty (czyli 1. sierpnia) upłynął mi pod znakiem starego, dobrego autostopu. Rano zwinąłem namiocik i dotarłem z kempingu z powrotem do Oban (z miłą pomocą dwójki przesympatycznych Hiszpanów, którzy podrzucili mnie samochodem, dzięki czemu nie musiałem dreptać z tobołem całych siedmiu kilometrów…).

W Oban zwiedziłem pewien uroczy sklepik prezentowy, gdzie nabyłem drogą kupna jakieś drobiazgi dla reszty Puchatkowa, a potem – jako że to była niedziela – poszedłem na mszę do miejscowej katedry.

A po mszy – wyszedłem na drogę i… Kciuk do góry.

Plan był taki, żeby tego dnia dojechać do Stirling. W Stirling miałem przenocować, a rankiem dotrzeć do Edynburga, żeby ten ostatni dzień połazić po szkockiej stolicy.

Plan udało mi się zrealizować tylko częściowo: rzeczywiście popołudniem dotarłem do Stirling. Niestety, urocze miasto przywitało mnie w mało uroczy sposób, czyli rzęsistym deszczem. Na kemping było daleko, autobus już nie jeździł (niedziela…), trzeba by było zasuwać piechotą ładne parę mil. W deszczu.

Szczerze mówiąc – nie chciało mi się. A że Stirling znałem dosyć dobrze, postanowiłem że od razu pojadę do Edynburga i znajdę schronisko (kemping w Edynburgu jest baaardzo daleko od centrum, w zupełnych burakach, a ja we wtorek musiałem być na lotnisku o szóstej rano).

„Jak pomyślał, tak zrobił”. Pociąg podmiejski ze Stirling do Edynburga jedzie trzy kwadranse. Wysiadłem na dworcu Waverley, podreptałem pod górę na Royal Mile i w ciągu kwadransa byłem już zameldowany na dwie noce w schronisku. Umyłem się, zjadłem coś i… jeszcze wieczorem „ruszyłem w miasto”.

***

Miasto..

Edynburg to półmilionowe miasto, zdaniem wielu – jedno z najpiękniejszych na całych Wyspach Brytyjskich. Londyn? Londyn jest cudowny, ale to ogromna, kosmopolityczna metropolia. A Edynburg jest taki… bardzo szkocki, ale też bardzo brytyjski właśnie.

W dodatku właśnie zaczynał się Fringe, czyli Festiwal Edynburski. A Fringe to nie tylko znakomite spektakle teatralne, koncerty, wystawy i inne duże wydarzenia artystyczne. Fringe to także teatry uliczne, najróżniejsi magicy i akrobaci na każdym rogu ulicy, połykacze ognia, żonglerzy, ludzie-orkiestry, mimowie, lalkarze klauni… Nie dało się przejść pięćdziesięciu metrów, żeby nie mieć okazji do obejrzenia kolejnego ulicznego przedstawienia, pokazu, koncertu.

Atmosfera fantastyczna – choć muszę przyznać, że po tygodniu spędzonym na Wyspach Zachodnich ta nieprawdopodobna ilość ludzi i wydarzeń sprawiła, że po dwóch godzinach głowa mi pękała.

Więc dałem głowie odpocząć – wróciłem do schroniska i poszedłem spać.

***

W poniedziałek wstałem rano, coś zjadłem, przy śniadaniu pogadałem z sympatycznym Brazylijczykiem (zapytał skąd jestem, odpowiedziałem, na co on odparł że „tak mu się właśnie wydawało, bo wyglądam na kogoś ze wschodu”; odpaliłem, że jakby pomieszkał tydzień w małym namiocie na Western Islands to też by wyglądał na kogoś ze schodu. I obaj się obśmialiśmy).

A potem znowu ruszyłem w miasto… I chodziłem po tym mieście do dziesiątej wieczorem. Tak, chodziłem – w Edynburgu naprawdę wszystko co warte zwiedzania można zobaczyć „na piechotę”.

Zamek, Hollyrood, cała Royal Mile (pewnie z pięć razy w tę i z powrotem), katedra, National Gallery of Scotland, parę innych muzeów, park, szkocki parlament, Princess Street i okolice…

Nie będę Wam tego wszystkiego opisywał, bo możecie to znaleźć w dowolnym przewodniku. Powiem tylko, że jak o dziesiątej wieczorem dotarłem z powrotem do schroniska, to nogi mi już właziły tam, gdzie pan może pana majstra… i tak dalej.

A następnego dnia – czyli we wtorek – wstałem o czwartej rano, przed szóstą byłem na lotnisku, o ósmej oderwałem się od pasa startowego (to znaczy nie sam, tylko z całym samolotem Bardzo Tanich Linii) i… po dwóch godzinach z haczykiem lądowałem w Krakowie.

***

I tyle. I wiecie co? Kocia Twarz – już tęsknię za Szkocją…

Ale następny raz (nie wiem kiedy, nie mam pojęcia, ale – nigdy nic nie wiadomo…) to już musi być z M. Bo samotne wędrowanie ma swoje uroki, ale wędrowanie z Nią ma tego uroku zdecydowanie więcej.

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=9k2VhjvPMYg&login=w912&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Szkocka – Dzień Piąty

Dzień piąty – czyli 31. lipca. I tu właściwe samego opowiadania jest stosunkowo niedużo…

Z Lochmaddy porannym autobusem (czyli w zasadzie minibusikiem) pojechałem na południe. Przejechałem wzdłuż cały North Uist, Benbeculę, South Uist, dotarłem na Barrę. Widoki, widoki, widoki… (kilka obrazków wrzucam poniżej). Z Barry cofnąłem się na South Uist, do Lochboisdale, skąd późnym popołudniem odpłynąłem już, niestety, na szkocki mainland, do Oban.

Z ciekawszych widoków – z pokładu promu zobaczyłem nagle dużą (półtora – dwa metry wysokości)… trójkątną płetwę nad wodą. Skojarzenie ze „Szczękami” nasunęło się niemal automatycznie. Płetwa była ewidentnie trójkątna, nie podłużna – a więc nie były to orki. Rekin? TAKI rekin?! Nawet ten w „Szczękach” musiał być mniejszy… Okazało się (co wytłumaczył mi jakiś uprzejmy Szkot widząc moje zdziwienie), że to rzeczywiście rekin – ale też że skojarzenie ze „Szczękami” było zupełnie nietrafione. To był rekin długoszpar – rybka niemała, drugi co do wielkości (po rekinie wielorybim) rekin świata (10 do 12 metrów długości, 4 tony…). Ale przy tym wszystkim zwierz zupełnie niegroźny, bo żywi się wyłącznie planktonem… W czasie ponaddwugodzinnej przeprawy widziałem ich łącznie chyba z dziesięć. „Leżały” tuż pod powierzchnią wody i wygrzewały się w promieniach słońca…

Wieczorem byłem już w Oban – uroczym portowym miasteczku położonym mniej więcej w połowie wysokości zachodniego wybrzeża Szkocji. Miasteczku? Po tym, co widziałem na Hebrydach powinienem chyba napisać – „w wielkim mieście”…

Zjadłem coś, a potem zarzuciłem plecak i ruszyłem na kemping. Przetuptałem tak, lekko licząc, siedem kilometrów, na miejsce dotarłem po dziesiątej wieczorem. Mżyło… Namiot, prysznic i spać. A nazajutrz czekała mnie droga z Oban w kierunku Edynnburga…

Obrazki (nie moje, na szybko znalezione w sieci…)

Benbecula:

South Uist:

Barra:

Oban:

Przerywnik Z Dreszczykiem

Zmuszony jestem przerwać, żeby Wam opowiedzieć co przeżyłem.

Przeżyłem – to istotne w tym wszystkim słowo. Niewiele – naprawdę bardzo niewiele – brakowało, a poprzedni wpis byłby ostatnim.

Co, że to brzmi (melo)dramatycznie? Być może. Ale przesady w tym nie ma. Ani-ani.

Wszystko zaczęło się od tego, że kupowaliśmy nowe autko. No bo stare już zaczęło robić numery – niby drobiazgi (a to klamka, a to dmuchawa, a to jakieś żaróweczki…), ale każdy taki „drobiazg” oznaczał trzy stówy (co najmniej) w plecy. Więc postanowiliśmy, że kupimy nowy (…tam zaraz nowy – używany, rzecz prosta, ale nowszy), a stary się sprzeda.

I dlatego właśnie razem z kolegą B. (tym samym, co w 1995 r. był z nami w Szkocji) pojechaliśmy w piątek do Piły. Bo akurat w Pile stało auto, które się nam spodobało. Opel Combo Tour, ‚2006, niecałe 80 tysięcy na liczniku, doskonały silnik (1,7 CDTI, czyli znowu turbo-diesel).

Pojechaliśmy zatem. „My” to znaczy Puchatek i kolega B. A że auto okazało się dokładnie takie, jak w ogłoszeniu, to wracaliśmy już na dwa samochody – kolega B. z odpalonym GPS-em jechał przodem w Puchatkowym Peugeociku, a Puchatek za nim – w Opelku.

Tyle, że z Piły ruszyliśmy kwadrans po piątej, a potem trzeba było jeszcze się zatrzymać na tankowanie i jedzenie jakieś… A z Piły do G. (pod Warszawę) jest 360 kilometrów – ale jedzie się sześć godzin. Takie drogi…

No więc jedziemy. Koło wpół do jedenastej w nocy, w okolicy Płońska, utknąłem za jakimś tirem – nie było jak wyprzedzać, bo ciągle coś jechało z przeciwka. Jechałem za nim jakieś dwadzieścia kilometrów, osiemdziesiątką… Aż wreszcie – można wyprzedzać.

„Wychylam się” zza tira, rzut okiem: w ciemności rozświetlonej długimi światłami ciężarówki widać drogę na dobry kilometr do przodu. Nic nie jedzie, droga prosta, daleko (ale naprawdę daleko) z przodu widać łagodny zakręt. Linia przerywana.

Lewy kierunkowskaz, zmiana pasa, gaz, wyprzedzam. Opelek grzecznie zrywa się do biegu, sunie do przodu, jestem właśnie za połową długości tira, kiedy w oddali widzę wyjeżdżający zza zakrętu samochód.

Zakręt jest daleko, zapas jest duży, ale… Ale nagle (wszystko to trwa oczywiście znacznie krócej, niż opisuję, sekundy…) zdaję sobie sprawę, że to coś z przeciwka jedzie SZYBKO.

Nie, to jedzie BARDZO SZYBKO. Znacznie szybciej, niż mogłem sobie wyobrazić. Światła zbliżają się w takim tempie, że (jak sobie potem wyliczyłem), gość musi jechać 200 kilometrów na godzinę. Może nawet nieco więcej. W dodatku – choć przecież widzi moje światła i tira obok – nie hamuje, nie zwalnia, nawet nie miga długimi. Po prostu pędzi w moim kierunku z prędkością światła.

Mniej więcej sekundę zajęło mi zdanie sobie sprawy z faktu, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Nie miałem szans zdążyć wcisnąć się przed tira – gość z przeciwka jechał za szybko. A że w tym momencie byłem już prawie na wysokości kabiny tira, nie zdążyłbym także wyhamować i schować się z powrotem za nim.

Wiecie co? Już słyszałem („w głowie”) ten huk.

Zrobiłem – jak się potem okazało – jedyną rzecz, którą mogłem zrobić: ostro hamując uciekłem W LEWO. Na lewe pobocze.

A potem zdarzyły się trzy rzeczy jednocześnie: ja hamowałem z piskiem opon na LEWYM poboczu, w tym samym momencie na prawym pasie mijał mnie tylny zderzak tira, a między mną a tirem przeleciał ten samochód. Nie wiem, co to było – ale jak przeleciał, to aż mi zakołysało samochodem. Od pędu powietrza. Nie, nie przesadzam i nie koloryzuję.

Kiedy stanąłem, moje prawe koła stały na poboczu (to znaczy – na asfalcie), a lewe – metr czy półtora za końcem asfaltu, na ziemi. A ja miałem jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby na wszelki wypadek włączyć światła awaryjne i siedziałem tak ze trzy minuty, czekając aż ręce przestaną mi się trząść.

A gdyby w tym miejscu nie było pobocza? Gdyby zaraz za asfaltem był rów? Albo, co gorsza, gdyby tam była metalowa barierka? Zresztą co tam barierka – wystarczyłoby, żeby na lewo od pobocza, już poza asfaltem, stało drzewo, prawda?

Czy ten gość był pijany? Czy był po jakichś prochach? Normalnemu człowiekowi trudno uwierzyć, że ktoś także w miarę normalny może nocą, na wąskiej drodze jechać 200 czy więcej…

Cholera! Możesz jeździć rozsądnie, z wyobraźnią, zgodnie z przepisami, bezpiecznie, zachowywać wszelkie zasady – a i tak nie masz gwarancji, czy dojedziesz bezpiecznie do domu, bo możesz spotkać jakiegoś świra / pijaka / ćpuna albo młodego gniewnego który chce się popisać przed panienką swoim wielkim BMW (na przykład).

Jeszcze następnego dnia rano czułem tę adrenalinę.

***

A swoją drogą – to była noc z piątku na sobotę, a w sobotę było wspomnienie Świętych Aniołów Stróżów. No to mój anioł stróż chyba naprawdę był na swoim miejscu…

***

Kiedyś, dawno, dawno temu, w czasie jakichś studencko-turystycznych wojaży, wysokich Tatrach, w rozmowie ze znajomymi powiedziałem coś, co (mam nadzieję…) było stwierdzeniem proroczym: co jak co, ale ja na pewno nie zginę w górach ani na drodze. Bo to moje naturalne środowisko…

Mruczanka Szkocka – Dzień Czwarty – Wieczór

Hostel w Lochmaddy… Urocze miejsce. Naprawdę. Takie jakieś… turystyczne. Jacyś morscy kajakarze, którzy przypłynęli na Uist na kajakach (!) z Oban, przez Morze Hebrydzkie. Jakiś ojciec z dwojgiem nastoletnich dzieci jadący przez całe Western Islands na rowerach. Jakiś motocyklista przemierzający to odludzie na wielkim Harleyu – i tym podobne typy. Dało się pogadać…

Zjadłem coś (tak, poczęstowano mnie – jak się towarzystwo dowiedziało, że przyjechałem już po zamknięciu jedynego sklepiku, to mnie po prostu nakarmili…) i poszedłem na długi spacer.

Długi – bo w tej okolicy krótko spacerować się nie da. Jak już człowiek wyjdzie za próg, jak wejdzie na drogę pomiędzy kamienistymi wzgórzami, to mógłby tak iść i iść… („A droga wiedzie w przód i w przód…”).

Pustka. Cisza. Jakiś wiatr, jakieś ptaki, czasami beczenie samotnej owcy snującej się niedaleko szosy. „Szosa” to dróżka na szerokość jednego samochodu z mijankami. Domków – po wyjściu z „miasteczka” – w zasadzie brak. Kamienie, trawy, trochę wrzosów, jakieś drzewka, tu i tam niewielkie lustra wody… I nad tym wszystkim takie bardzo, bardzo wyspiarskie niebo: trochę pochmurne, ale z przebłyskami słońca: niesamowity zestaw plam czystego błękitu przeświecających pomiędzy groźnymi (pozornie…) stalowo-sinymi chmurami.

Pewnie się powtarzam – ale przez takie okolice mógłbym iść bez końca. To klimat w którym samo przemieszczanie się, samo poczucie stawiania kolejnych kroków, sam wiatr i promienie słońca na twarzy sprawiają, że czuję się szczęśliwy (co, że patetyczne? Trudno, u ha ha). Że tak zwana „reszta świata” przestaje istnieć. Że wszystkie trudne sprawy, kłopoty, nierozwiązane problemy, ważne-rzeczy-do-zrobienia, polityczne spory, przepychanki i jazgot wydają się być równie odległe jak ciemna strona księżyca.

W takich chwilach zawsze myślę, że mógłbym w takim miejscu mieszkać. Rzucić wszystko, wziąć rodzinę i wynieść się tam, gdzie można tak właśnie iść przed siebie. Tak, tak, to oczywiście fikcja, realia pewnie byłyby zupełnie inne…

Po kilku godzinach takiego wędrowania, okrężną drogą wróciłem do Lochmaddy. Ale nie poszedłem prosto do schroniska, tylko „główną ulicą” podreptałem na przystań.

Przystań w Lochmaddy… O, przepraszam: „Lochmaddy Ferry Terminal”. Betonowe nabrzeże, przy którym stoi bardzo nowoczesna (zbudowana kilka lat temu) szklano-metalowa „buda” w której można kupić bilety na prom i poczekać na wygodnych krzesełkach jeśli akurat pada.

Promy które tu przypływają z Oban to naprawdę spore statki (każdy zabiera koło setki samochodów). Jeden z nich (bodaj MV Clansman) stał właśnie przy nabrzeżu – wielka, stalowa góra przycumowana przy niewielkim skrawku betonu sprawiała kompletnie surrealistyczne wrażenie – jak czołg zaparkowany przy domku dla lalek.

Wrażenie potęgował jeszcze fakt, że jak okiem sięgnąć – ani na statku, ani na nabrzeżu, ani przy widocznych w głębi domach – nie było żywego ducha. Mały port, wielki prom, parę domków – i kamieniste wzgórza dookoła. Krajobraz trochę jak z katastroficznych filmów z gatunku „wszyscy ludzie na świecie wymarli, ja jestem ostatni”.

Było już dobrze po jedenastej w nocy – ale na dworze było zupełnie jasno. Kiedyś już chyba o tym pisałem: północ Szkocji jest już na tyle daleko na północ (a Hebrydy – dodatkowo na zachód), że słońce zachodzi tu dużo później, niż w Polsce. O wpół do dwunastej w nocy (a więc o wpół do pierwszej polskiego czasu) jest jeszcze zupełnie jasno. Naprawdę ciemno robi się po północy, ale już o trzeciej można czytać na dworze bez latarki. Mowa o miesiącach letnich, rzecz prosta.

Siadłem na betonowym nabrzeżu, tyłem do statku i „terminalu promowego”, z twarzą zwróconą na zatokę. Siedziałem tak godzinę, po prostu gapiąc się na morze, na wzgórza po drugiej stronie zatoki, na skały wystające z wody. W miarę jak słońce zachodziło zielono-kamieniste wzgórza powoli traciły kolor i zamieniały się w czarne sylwety na tle jasnego jeszcze nieba. Woda była niemal zupełnie gładka, wiatr ustał.

Jest coś niemal magicznego w takim morsko-zatokowym krajobrazie tuż po zachodzie słońca. O tym też już chyba kiedyś pisałem – ale w takich chwilach rozumiem ludzi którzy kiedyś, dawno temu, siedzieli nad morzem i zastanawiali się co jest tam dalej. Za pasmem skał, za zatoką… Za morzem… To właśnie takie chwile – tak myślę – sprawiły, że ludzie w końcu zaczęli budować łodzie, statki, że ruszyli na morze, że szukali za tym morzem nieznanych lądów. Potem był Brendan Nawigator, potem byli Wikingowie, Magellan, Kolumb, Cook… Ale wcześniej, gdzieś w zamierzchłej przeszłości, wszystko zaczęło się właśnie od takiego siedzenia na morzem, o zmierzchu, od patrzenia na tajemniczo wyglądająca wodę i myśli „Co jest tam dalej?”…

Plum! Kilka metrów od miejsca w którym siedziałem z wody wnurzyła się foka. Rozejrzała się, poniuchała, zniknęła. Po chwili wynurzyła się znowu, metr czy dwa dalej. Siedziałem w zupełnym bezruchu, nie wiem czy zdawała sobie sprawę z mojej obecności… Niestety, było już za ciemno żeby zrobić zdjęcie (podejrzewam zresztą, że gdybym zaczął odpinać pokrowiec aparatu, natychmiast zniknęłaby pod wodą).

Wróciłem do hostelu koło pierwszej i położyłem się spać, ale długo jeszcze nie mogłem zasnąć. Wiatr szumiał za oknami a ja ciągle myślami byłem na wzgórzach, na drodze, nad wodą.

I tylko żałowałem, że jestem tu sam. Muszę kiedyś przyjechać tu razem z M. Muszę jej to pokazać.

Mruczanka Szkocka – Dzień Czwarty

Dzień czwarty, czyli 30. lipca.

Najgorszy pogodowo dzień całej wyprawy… Kiedy obudziłem się rano – padało. Nie lało, ale padało. Niebo było szare (nasi górale mawiają na takie niebo „zaciungło się”). Zwinąłem się, zjadłem coś i ruszyłem ze Stornoway na południe. Ruszyłem z niejakim żalem, bo gdybym mógł, to chętnie bym się jeszcze po Lewis powłóczył – ale cóż, czasu miałem tyle, ile miałem. Czyli mało.

Droga na południe, z powrotem w kierunku Tarbert, bez większych niespodzianek. Padało, przestawało, znowu padało… Ale ludzie autostopowicza zabierali chętnie, a po drodze były piękne góry, którym snujące się między nimi pasma mgły dodawały tylko uroku i tajemniczości…

Szkockie góry to specyficzne miejsce: niby nie są wysokie, ale kiedy się po nich chodzi potrafią dać w kość. Ben Nevis (najwyższy szczyt całych Wysp Brytyjskich) ma wysokość bieszczadzkiej Tarnicy – więc komuś kto zna Tatry, chodził po Pirenejach i był w Górach Skalistych, łatwo taką „górkę” zlekceważyć. Znam osobiście co najmniej trzy osoby, które się na Ben Nevis ostro nacięły – właśnie dlatego, że spojrzały na mapę czy do przewodnika i pomyślały: „Eeee, 1300 z groszami, wielka mi góra!”. Mało kto (z przyjezdnych) bierze pod uwagę fakt, że na Tarnicę (jeśli już jesteśmy przy tym porównaniu) wchodzi się z Doliny Wołosatki, czyli „w pionie” około 500 metrów. Natomiast na Ben Nevis – jeśli wybierzemy szlak z Fort William – wchodzi się w zasadzie z poziomu morza, czyli przewyższenie wynosi całe 1300 metrów…

Oczywiście Ben Nevis to była tylko dygresja (nie leży on przecież na Hebrydach) – ale jadąc ze Stornoway na południe (a zwłaszcza stojąc w oczekiwaniu na okazję) przyglądałem się tym wyspiarskim górom i myślałem, że chciałbym kiedyś przyjechać tu tylko po to, aby po nich powędrować. Wysokie nie są (najwyższe – niecałe 600 metrów n.p.m., większość poniżej 300…), ale naprawdę byłoby gdzie chodzić i co oglądać. Może kiedyś…

Tymczasem stałem sobie na poboczu czekając na okazje (samochody pojawiały się średnio co dziesięć minut…), dmuchałem sobie w organki i czułem się jak za dawnych czasów – jakby cały czas tego świata należał do mnie, jakbym nic nie musiał, nigdzie się nie spieszył… Złudzenie, ale miłe. 🙂

Chciałem odbić od głównej drogi w prawo, czyli na zachód, aby dotrzeć do miejscowości (?) o uroczej nazwie Hushinish, gdzie podobno są przepiękne klify i w ogóle bajkowy krajobraz. Niestety, to akurat mi się nie udało: stałem przy drodze odchodzącej na zachód, w deszczu, przez półtorej godziny (!) – przez ten czas przejechały tamtędy dwa (!) samochody, oba zbyt pełne, aby mnie zabrać. Poddałem się – ruszyłem dalej na południe, to Tarbert. W Tarbert złapałem już regularny autobus (…autobus to brzmi dumnie, w gruncie rzeczy był to dziesięcioosobowy mikrobusik) którym ruszyłem na samo południe wyspy, do Leverburgha.

O Leverburghu niewiele mogę napisać, bo to w zasadzie bardziej punkt na mapie niż „miejscowość”. Ale po drodze…

Przyznam, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nawet w Szkocji.

Z Tarbert do Leverburgha prowadzą dwie drogi – „główniejsza”, zachodnim wybrzeżem i „boczna” wschodnim. Traf chciał, że ten akurat autobus jechał tą „boczną.

Głusza. Kompletna głusza i dzicz. Wzgórza, niekończące się wzgórza – bez drzew, bez domów, niemal bez śladów działalności człowieka. Kamienie i trawa, trawa i kamienie. Trochę wrzosów, dużo wody, kamieni, trawa, kamienie… Czasami tylko – jakżeby inaczej – jakieś owce. O, taki klimat:

Gdzieniegdzie – z rzadka – jakiś samotny domek. I tak przez dobre dwadzieścia kilometrów. Krajobraz po prostu hipnotyzujący… Największe wrażenie zrobił na mnie moment, kiedy jeden z pasażerów – starszy człowiek z dużą torbą i twarzą pooraną wiatrem – powiedział kierowcy, że wysiada. Autobus zatrzymał się „w środku niczego” (nie było tam przystanku, nie było nic…), mężczyzna wysiadł, zarzucił swoją torbę na ramię i… poszedł. Ruszył pod górę ścieżką, którą zauważyłem dopiero kiedy na nią wszedł. Zapewne za wzgórzem był jego domek, zapewne… Ale z mojego punktu widzenia – zza szyby odjeżdżającego autobusiku – wyglądało to tak, jakby po prostu postanowił pójść „na pustynię”. Poszedł między skaliste wzgórza i zniknął…

Do Leverburgha dojechałem po południu. Coś zjadłem w miejscowej restauracyjce (czyli w starym autobusie w którym na kilku ławkach można było usiąść i zamówić fish and chips albo jakiegoś hamburgera…) i poczekałem na prom. Promem (takim małym, na kilka samochodów…) przepłynąłem na Berneray – niewielką wyspę, z której już połączeniem drogowym można jechać dalej na południe na North Uist. Kolejne dwadzieścia kilometrów (już autostopem, nie wiem czy na tej trasie w ogóle jeżdżą jakiekolwiek stałe autobusy…) podobnymi drogami z mijankami co 200 metrów i owcami snującymi się melancholijnie wśród kamieni (i po asfalcie) – i dotarłem do Lochmaddy, „stolicy” North Uist.

Lochmaddy wygląda tak:

Tak, jakby kto pytał – to już w zasadzie cała miejscowość. Po okolicznych wzgórzach (patrz poprzednie zdjęcie) rozrzuconych jest jeszcze kilka domków, „z tyłu” jest jeszcze jedna „uliczka” (nie wiem, czy nie jest to zbyt odważne słowo w tym kontekście), ale poza tym nie ma tam NIC. Jeden hotelik, jeden sklepik (otwarty do piątej po południu, a ponieważ przyjechałem kwadrans po piątej, nie miałem już szans kupić sobie nic na kolację…). Jeden hostel. Kempingu brak.

Co było robić, poszedłem do hostelu…

Ale o tym już w następnym odcinku.