Mruczanka Na Jazzowo

Poświąteczna recenzja numer 2.

Czy jak ktoś nazywa się Caroline Esmeralda van der Leeuw, to musi przyjmować pseudonim sceniczny? Moim zdaniem – nie musi. Zwłaszcza, jak nie śpiewa tandetnego popu (którego „grupa docelowa” słuchaczy nie jest w stanie zapamiętać artysty o imieniu dłuższym niż dwusylabowe…), tylko jazz.

Niestety pani van der Leeuw zdecydowała (a może zdecydował o tym jej agent, producent, impresario?…) że to za długie. Szkoda – muszę przyznać, że Caro Emerald nie brzmi już tak dobrze.

To znaczy – nie brzmi sam pseudonim. Bo nosząca go pani brzmi owszem, jak najlepiej.

Panie i Panowie, Puchatek ma zaszczyt polecić Państwu płytę „Deleted Scenes From The Cutting Room Floor.”

To jazz – ale jazz specyficzny. Na pierwszy rzut ucha ma się wrażenie, że żywcem przeniesiony z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych. Z nocnych klubów pełnych papierosowego dymu, ze stylowych filmów z Bogartem… Cała zresztą stylistyka (nie tylko muzyczna – także okładka albumu, teledyski) nawiązuje właśnie do kina okresu powojennego.

Dowcip polega na tym, że jak się już wykona drugi rzut ucha, to człowiek głupieje. Muzyka, rytm, klimat – patrz wyżej, ale wykonanie i aranżacje są naprawdę bardzo współczesne. Są tu i tradycyjne jazzowe motywy, jest swing, jest i tango – a obok trąbek, saksofonów (GENIALNYCH zresztą…) są instrumenty elektroniczne, są skrecze (czy jak się tam fachowo nazywa zarzynanie płyt winylowych).

I to wszystko brzmi. Po prostu brzmi. Okazuje się, że można pożenić bardzo tradycyjną stylistykę muzyczną z bardzo współczesnymi środkami wyrazu – i jeszcze w dodatku znakomicie się przy tym bawić.

Bo pani van der Leeuw naprawdę lubi to co robi. To widać, słychać i czuć. Tak, widać też – bo Mikołaj się szarpnął i podrzucił pod choinkę wydanie dwupłytowe, z DVD z koncertu. Zabawne wrażenie – wokalistka śpiewa po angielsku, a potem rozmawia z publicznością i muzykami z zespołu (garnitury, krawaty, wszystko w stylu lat czterdziestych…) w ojczystym języku niderlandzkim.

Najbardziej chyba zaskakujące jest to, że płyta (skądinąd debiutancka) w paru krajach Europy pobiła liczne rekordy czasu utrzymywania się na szczytach list przebojów. W Holandii na przykład na liście Album Top 100 utrzymywała się podobno przez 27 tygodni. Dotychczasowy rekord (26 tygodni) pochodził z 1982 r. (!) i należał do albumu Thriller Michaela Jacksona. Czyżby wracała moda na dobrą muzykę?… Bo jednak (z całym szacunkiem dla „króla popu”) na poziomie czysto muzycznym to co reprezentuje pani Caroline Esmeralda van der Leeuw to naprawdę wyższa półka. Dużo wyższa, moim skromnym zdaniem.

Panie i Panowie – odjazd. Pełny, kompletny odjazd.

Piosenka „A Nigh Like This” grywana była w najróżniejszych stacjach radiowych (od Trójki po Zetkę i z powrotem) – na pewno ją słyszeliście. Ja zatem proponuję posłuchać dwóch innych kawałków – równie odjazdowych.

 

Mruczanka Telekomunikacyjna

Zgodnie z wczorajszą obietnicą krótki opis dokonań zdobywczyni Zaszczytnego Drugiego Miejsca w konkursie – czyli (fanfary!) TP SA.

Puchatek od ładnych paru lat jest właścicielem łącza internetowego znanego pod dumną nazwą „Neostrada” (choć Bogiem a prawdą rzeczywiście przypomina toto autostrady… w Polsce).

To, że od maja 2010 r. dosyć regularnie – mniej więcej co miesiąc – powraca problem ze zrywaniem połączenia, to już chyba kiedyś pisałem. Połączenie się zrywa, po chwili loguje ponownie… Jeśli dzieje się to raz na godzinę – pal sześć. Jeśli co dwie minuty, to nie da się ukryć, że w zasadzie uniemożliwia pracę.

Do tego dochdodzi fakt, że za każdym razem kiedy Puchatek usiłuje zgłosić ten problem, kolejna średnio rozgarbięta panienka z infolinii usiłuje mu wmawiać, że to na pweno wina jego (Puchatka) routera, bo „tak pokazuje program diagnostyczny”.

Tyle, że po jakims czasie problem znika i sieć działa normalnie – a Puchatek, choć jest człowiekiem wierzącym, to jednak nie aż na tyle żeby uwierzyć w samonaprawiające się urządzenia elektroniczne.

Ale to wszystko pikuś (Pan Pikuś!).

Po aferze z „brakiem możliwości technicznych” ze strony Netii (patrz poprzedni wpis) Puchatek szybko wycofał rezygnację z Neostrady (konkurencji na razie nie ma, a Internet necesse est). Uprzejmy pan z TP zaproponował Puchatkowi, że za te same pieniądze co dotąd miał łącze 2 Mb, teraz będzie miał (uwaga, uwaga!) 6 Mb.

– Ale to zadziała? – zapytał Puchatek podejrzliwie.

– Zadziała, zadziała – pan z TP zatarł ręce – sprawdziłem w komputerze, pańskie łącze taką szybkość obsłuży.

No więc od 1. stycznia miał Puchatek mieć 6 Mb. Ale pan uśmiechając się dodał, że ponieważ 1. stycznia jest Nowy Rok (np, faktycznie, kto by pomyślał…), to tę zwiększoną szybkość podłączą Puchatkowi już dwa – trzy dni wcześniej.

No i rzeczywiście, podłączyli. Dokładnie o 15:45 dnia 29. grudnia.

Puchatek zna tę godzinę dokładnie, bo w tym właśnie momencie stracił był jakiekolwiek połączenie z Internetem i nie odzyskał go przez kolejne 3 dni.

Bo okazało się, rzecz prosta, że liczące sobie jakieś ćwierć wieku kabelki wiszące pomiędzy centralą a Chatką Puchatków nie są w stanie zapewnić takiej szybkości transferu. Zdechł pies.

Trzy dni dzwonienia (z komórki…), awantur, tłumaczenia, irytacji – dopiero po takim czasie udało się pracownikom TP wyjasnić, że 6 Mb nie pójdzie (na szczęście potwierdził to na piśmie Pan Monter przysłany z zewnętrznej firmy, który jak usłyszał że mieli Puchatkowi dać 6 Mb, to się obśmiał tak, że się mało nie udusił).

TP dała się więc łaskawie namówić na coś, co się fachowo nazywa „migracja”, a oznacza po prostu powrót do starych, dobrych 2 Mbps.

Potem jeszcze jeden pełny dzień (1. stycznia) kiedy kable najwyraźniej dochodziły do siebie, bo mimo opuszczenia transferu do 2 Mb połączenie zrywało średnio co trzy minuty – i już od wczoraj Internet działa. Znowu. Tak, jak dawniej. Czyli nie, żeby rewelacyjnie – ale da się wytrzymać.

Nie mogły kolejne patałachy przysłać tego samego Pana Montera zanim podpisali umowę i uszczęśliwili Puchatka podwyższeniem transferu?

To co – należy się Zaszczytne Drugie Miejsce? Należy.

Puchatek żyje nadzieją, że już w tym roku pojawi się jednak na Puchatkowym Osiedlu możliwość podłączenia się do sieci u niezależnego, lokalnego providera. I że 31. grudnia 2011 r. będzie ostatnim dniem toksycznego związku z TP SA.

Czyli – c.d.n.

Miejmy nadzieję.

Mruczanka Rozstrzygająca Konkurs, czyli Słów Kilka o Wolności Wyboru

Konkurs nie był na puchatkowym blogu ogłaszany – konkurs jest nieustający i trwa bez przerwy.

Chodzi o konkurs na największego patałacha / badziewiarza / cieniasa / nieudacznika roku w kategorii „Firmy i Instytucje Świadczące Usługi Puchatkowi”.

Długo, naprawdę długo zaszczytne pierwsze miejsce w tej kategorii zajmowały (na zmianę albo ex aequo) dwie firmy: Polskie Koleje Państwowe i Telekomunikacja Polska. Mówiąc szczerze – długo, dłuuugo nie było nikogo, kto choćby zbliżyłby się do tych dwóch bezspornych liderów. Ten niepowtarzalny poziom usług, to wyjątkowe w skali europejskiej podejście do klienta, ten uroczy, artystyczny (zapewne, bo jakże to inaczej wytłumaczyć?…) burdel panujący w tych instytucjach wydawały się być poza wszelką konkurencją.

Ale oto w minionym roku Pańskim 2010 znalazł się godny konkurent! Znalazł się pretendent do tytułu który zdołał popisać się takim poziomem nieudacznictwa, że Puchatkowi – choć zaprawiony w bojach – łapy opadły i jeszcze leżą.

A więc, żeby dłużej nie trzymać wszystkich w napięciu:

Panie i Panowie, Ladies and Gentlemen, Towarzysze i Towarówki! W tegorocznym konkursie pierwsze miejsce zajmuje… (tu prosimy werble)… And the winner is…:

NETIA SA !!!!!

Tak, właśnie TA Netia. Ta od „wolności wyboru”. Ta od rewelacyjnych reklam z rewelacyjnym Tomaszem Kotem. Ta, która miała nas uwolnić od konieczności utrzymywania toksycznych związków z TP SA.

A teraz uzasadnienie werdyktu w postaci krótkiej (względnie) Historii Pewnego Telefonu.

Puchatek od dłuższego czasu był już klientem Laureata – miał mianowicie obsługiwany przez Netię telefon. Internet natomiast wciąż jeszcze dostarczała mu (Puchatkowi znaczy) stara, (nie)dobra TP SA.

No i jakoś tak pod koniec września ubiegłego (już) roku na całym puchatkowym osiedlu w mieście G. pojawiły się ulotki reklamowe Netii. Że super oferta, że „Intiernet z tieliefonom za adin zloty” i tak dalej.

Puchatek pomyślał sobie – „Czemu nie?”. Weźmie od rzeczonej Netii rzeczony pakiet, uwolni się na dobre od TP SA, będzie miał szybsze łącze (4 Mb!), a w dodatku zapłaci taniej (bo pakiet).

Jeden telefon pod numer z ulotki – i już następnego dnia zjawił się u Puchatka pan „przedstawiciel handlowy” (dawniej to się nazywało po prostu „akwizytor”… I komu to przeszkadzało…).

Pan Przedstawiciel Handlowy (nazywajmy go dalej panem PH) roztoczył był przed Puchatkiem wizję jak z kolorowej książeczki. Netia – mówił – postawiła w mieście G. nową centralę, na światłowodach. Inna jakość Internetu, lepsze parametry połączeń… Żyć nie umierać. Jedna wada: nowa centrala, więc będzie nowy numer telefonu.

OK., Puchatek ze starym numerem nie był emocjonalnie związany (zwłaszcza, że coraz częściej dzwoniły do Puchatka różne firmy z Niezwykle Atrakcyjną Ofertą). Zgodnie z zaleceniem pana PH złożył więc w Netii rezygnację z dotychczasowej linii, a w TP SA rozwiązanie umowy Neostrady z dniem jej wygaśnięcia, czyli z końcem roku. I podpisał z panem PH piękną umowę z firmą Netia na pakiet Internet + telefon. Wprawdzie okazało się, że „promocja się już skończyła i założenie kabla będzie kosztowało 100 zł, a routery też już nie kosztuja złotówkę, tylko kolejne 100”, ale to przecież pikuś (pan Pikuś!). Może stare ulotki mieli?…

A potem – zgodnie z sugestią pana PH – czekał był Puchatek grzecznie na monterów z Netii, którzy mieli założyć nowy, lepszy kabelek i nowe, lepsze gniazdko.

Pan monter zjawił się po trzech tygdoniach (spokojnie, myślal Puchatek, mamy czas). Popatrzył, pomyślał, głową pokiwał i oznajmił, że żeby Puchatkowi podłączyć rzeczone lepsze, to on musi pociagnąć bodaj ze 30 metrów kabla od jakiejś tam podcentralki. I że on to zrobi, ale musi mieć na to zgodę z Netii, więc przyjdzie za parę dni.

No i…? Tak, zgadliście – nie przyszedł. Przyszedł za to list. Do skrzynki. Nawet nie polecony. „Szanowny Panie, nawiązując do podpisanej przez Pana umowy numer… informujemy, że niestety (uwaga, teraz będzie najlepsze) nie ma możliwości technicznych podłączenia tej usługi w pana miejscu zamieszkania, w związku z czym umowę uznajemy za rozwiązaną”.

Łapiecie? Ulotki, przedstawiciel handlowy, cały cyrk – a teraz nie ma możliwości technicznych. Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego te patałachy nie sprawdziły tego wcześniej, zanim dostarczono te ulotki etc.?

Ale nie, to nie koniec. Teraz, jak u Hitchcocka, napięcie dopiero zacznie rosnąć…

Puchatek najpierw szybko pofatygował się do TP SA żeby wycofać rozwiązanie umowy (bo inaczej od 1. stycznia zostałby bez Internetu). A potem zadzwonił był do Netii z awanturą. Niewielką. A jak już się wyawanturował, to zażądał, żeby wycofano w takim razie jego rezygnację z dotychczasowego numeru telefonu.

– Niestety, proszę pana, to niemożliwe – odpowiedział miły młody człowiek z infolinii. – Wycofać rezygnację można tylko do dziesięciu dni po jej złożeniu.

Puchatek zdaje sobie sprawę, że te zapiski czytają także damy, dlatego nie zacytuje tego, co powiedział miłemu młodemu człowiekowi. Wystarczyło to jednak, żeby miły etc. przełączył Puchatka do jakiegoś Znacznie Ważniejszego Pana (ZWP).

ZWP powiedział że oczywiście, że natychmiast, że to się rozumie, że bez dwóch zdań. Wycofał rezygnację, i jeszcze zaproponował Puchatkowi podpisanie nowej umowy dzięki której miałby Puchatek tańszy abonament telefoniczny (przy tych samych warunkach).

Dobre i to. Nowa umowa miała obowiązywać od 8. grudnia. Rzeczywiście, bodaj 10. grudnia przyszła już zupełnie nowa faktura, na niższą sumę. Suuuper.

Cieszył się był Puchatek… Do 21. grudnia. Bo tego dnia puchatkowy telefon zamilkł. Na amen. Awaria? Zerwane przez śnieg kable? Chyba nie, bo Neostrada działała jak zwykle (czyli tak sobie, ale jednak).

Co się stało? Tak, znowu zgadliście: niezależnie od tego ZWP który podpisał z Puchatkiem  nową umowę, jakiś idiota z innego działu nie zauważył wycofania rezygnacji i spokojnie wysłał do TP SA (właściciela kabli) infrmację, że ten klient z telefonu inumeru zrezygnował.

A TP SA z właściwym sobie refleksem wyłaczyła Puchatkowi telefon.

Kolejne telefony do Netii wykazały, że w dodatku dotychczasowy numer Puchatka został już „przekazany do TP SA”, więc oni nic już zrobić nie mogą. „Będzie pan musiał podpisać umowę z TP SA” – oznajmiła Puchatkowi jakaś kolejna panienka z infolnii.

Podusmowując: Pakietu z Netii Puchatek nie ma. Nie ma nowego Internetu, nie ma nowego telefonu. Ale za to starego też nie ma.

W związku z tym wszystkich którzy znali puchatkowy numer stacjonarny prosi Puchatek o kontakt na maila albo na numer komórkowy, to Puchatek poda nowy numer stacjonarny (internetowy VoIP, w zupełności wystarczy).

A gdyby ktoś z firmy Netia okazał się na tyle łebski, że korzystając z Google’a znajdzie ten wpis i będzie chciał odebrać nagrodę (…albo podać Puchatka do sądu za szarganie dobrego imienia firmy…) niech dzwoni. Najlepiej na dotychczasowy numer stacjonarny. I czeka tak długo, aż mu krzesło pod tyłkiem zbutwieje.

A jakby się przypadkiem dodzwonił, to usłyszy najwyżej że może Puchatkowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra

Morał: Wolność wyboru w dziedzinie telekomunikacji w Polsce (poza wielkimi miastami) nie istnieje. TP SA, Netia – nieważne. Ten sam syf, ten sam bajzel, to samo podejście do klienta.

Howgh.

P.S. Żebyście nie pomyśleli, że Puchatek w ten sposób chwali swojego dotychczasowego Dostawcę Internetu, czyli TP SA – w następnej notce krótka historia badziewiarstwa w wykonaniu tej jakże zasłużonej instytucji. Netii nie przebije, ale Zaszczytne Drugie Miejsce jak najbardziej się należy.

No.

Mruczanka Z Bluesem

Trzy płyty dostał był Puchatek pod choinkę. Co prawda nie były to takdo końca niespodzianki, a raczej prezenty „zamówione” – ale w niczym to nie umniejsza zachwytu Puchatka nad tym, czego słucha. Dziś – poświątecznie – recenzja numer 1.

Eric Clapton – płyta pod jakże wymownym tytułem: „Clapton”.

Różne recenzje tej płyty czytałem… Niektórzy krytycy pisali, że „wtórna”, że Clapton „się powtarza”, że „odcina kupony” (rzeczywiście, większość utworów na tym albumie to nowe aranżacje starych przebojów).

No i – że się wtrącę – CO Z TEGO?

To, co ten gość wyrabia, jest po prostu nieopisywalne. Każdy z tych kawałków ma w sobie tyle energii, takiego „powera” (pardon), taką ikrę, że mógłby obdzielić tuzin współczesnych „gwiazdek jednego sezonu” i jeszcze by sporo zostało.

Któryś z recenzentów napisał rzecz moim zdaniem niezwykle celną: Clapton jest w takim wieku i na takim etapie swojej kariery, że już nikomu niczego nie musi odowadniać. Krytyków oskarżajacych go o „odcinanie kuponów” może serdecznie zlekceważyć. On już nie musi pokazywać, „jaki jest świetny” – bo po prostu jest świetny.

I to jest w gruncie rzeczy najciekawszy okres w karierze muzyka: kiedy niczego już nie musi udawać, kiedy może grać to, co naprawdę chce grać. I nic więcej.

A co Clapton chce grać? Ano to, co zawsze grał najlepiej: po prostu bluesa.

I tu mała dygresja: ze wstydem muszę się Wam przyznać do czegoś, o co nikt z Was na pewno mnie nie podejrzewał. Tak, to straszne, ale taka jest prawda: jestem rasistą.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mój rasizm przejawia się w jednej tylko, konkretnej dziedzinie: uważam mianowicie (co niewątpliwie jest przekonaniem rasistowskim), że (uwaga) biali ludzie nie potrafią grać bluesa.

Nie pytajcie mnie dlaczego – nie wiem. Zauważam tylko taki prosty, empiryczny fakt: najlepsi, najbardziej kochani biali bluesmani grają w najlepszym wypadku tak, jak czarni bluesmani ze średniej półki.

Wyjątki? Są wyjątki, ale można je policzyć na palcach.

A oprócz tych kilku wyjątków jest jeszcze Eric Clapton – jedyny biały człowiek, który gra bluesa jak czarni. I to jest najwyższy komplement, na jaki mnie stać.

Zresztą posłuchajcie.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=2rgBve9gYmT&login=malamarzycielka&width=450&bg=ffffff

I jeszcze to:

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=71544uYrgDN&login=malamarzycielka&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Horror-Świąteczna

A zapowiadało się tak miło…

Drugi dzień świąt – na obiad do Dzadka P, czyli Puchatkowego Ojca. Dzieci – zachwycone, bo Dziadka P. rzecz prosta bardzo kochają – a tym razem miała być dodatkowa atrakcja w postaci „koncertu”. To znaczy – koncert miały dać Potwory osobiście. Piłka na flecie (jak najbardziej poprzecznym), Pietruszka na klarnecie (prostym zupełnie, ale za to Es-dur). Kolędy, znaczy się, miały Potwory zagrać, żeby dziadek mógł je pochwalić.

No więc w samochód, wszystkie prezenty do bagażnika (dla dziadka, dla cioci jednej, dla cioci drugiej…) i zaraz po mszy – hajda do Stolicy.

Na wstępie (już w czasie jedzenia zupy…) Piłka wykonała numer absolutnie popisowy, a mianowicie przewróciła choinkę. Taką dużą, do sufitu. Huk, brzdęk, parę bombek poszło się paść, cały dywan w świerkowych igłach.

Szczotka, szufelka, odkurzacz, kwadrans robity – i ślady katastrofy zostały zatarte. Choinka stała.

Koncert się zaczął… i bardzo szybko się skończył, bo Potwory pokłóciły się jak dzikie o to kto ma co grać, kto pierwszy i kto komu przeszkadza – a obrażone Potwory jakoś do muzykowania weny nie mają. Czyli kicha.

Żeby zatrzeć złe wrażenie przeszlismy do prezentów podchoinkowych. Wszyscy byli zachwyceni, oprócz… Cioci A., czyli puchatkowej siostry. Bo okazało się, że jej prezent… został w mieście powiatowym G. Czyli Puchatek, jako ta dupa wołowa zostawił go był w domu.

Obciach, nieprawdaż?

Prawdaż – ale to i tak nic w porównaniu z obciachem jaki nastąpił kiedy Piłka – bardzo się spiesząc do stołu po sok – wpadła na choinkę.

Tak, tak, zgadliście – przewróciła ją po raz drugi.

A kiedy koło siódmej wieczorem Puchatki wychodziły od Dziadka P., to odniosły (przynajmniej Puchatki Starsze) wrażenie, że po zamknięciu drzwi usyszały głębokie westchnienie ulgi…

Czy to można jakoś skomentować? Jedyne, co mi się kojarzy:

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=aKFIfyfP0BO&login=dano2005&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Świąteczna

Świątecznie. Wam wszystkim.

Wigilia – domowo, jak zwykle. Ciocia B. przyjechała, teść nie – bo musiał być w pracy.

Pucdk dostał pod choinkę łyżwy (takie na podwójnych płozach). I gitarę. Zabawkową – ale jemu to jeszcze bez różnicy. Mało się nie posikał ze szczęścia.

Dziś w domu. Śwęty Spokój, znaczy.

Jutro – do dziadków.

Znaczy się – Wesołych Świąt!!!

 

 

Mruczanka Śródzimowa

No i znowu to samo. Nienawidzę serdecznie tego okresu w roku. Pracy od metra, czasu na nic nie ma, na dworze zimno, wszystko zawalone śniegiem…

Ja jestem stosunkowo odporny na pracę – mogę siedzieć naprawdę długo, pisać, działać… Ale jest jeden warunek: że mam jakąś odskocznię. Coś, co robię „poza tym”.

Mogę tłuc cały dzień jakieś głupie (mniej lub bardziej) tłumaczenie, jeśli wiem że wieczorem siądę sobie przy filiżance dobrej herbaty, obejrzę dobry film, posłucham muzyki, pogadam z Piękną Kobietą 🙂

Tyle, że jak po trzeciej robi się już ciemno, to do wieczora jestem zupełnie wykończony samym wysiłkiem wkładanym w to, żeby nie zasypiać nad klawiaturą. A jak przychodzi wieczór, to trzeba jeszcze zrobić sto rzeczy umożliwiających bezbolesny strat w kolejny dzień, trzeba położyć Potwory (i sprawdzić, czy na pewno zapakowały wszystko to, co powinny mieć jutro w szkole), trzeba „ogarnąć” rzeczywistość kuchenną, trzeba co nieco odśnieżyć, trzeba…

…I już robi się jedenasta. Wieczorem. I na herbatę jest już za późno (bo herbatę to trzeba wypić na spokojnie, a przedtem ją na spokojnie zaparzyć…), na oglądanie filmów za późno (no bo niby można posiedzieć do pierwszej w nocy, ale potem ciężko wstać rano…), na słuchanie muzyki za późno, a Piękna Kobieta marzy tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku (i pójść spać, żeby nie było niedomówień…).

Najbardziej męczącą rzeczą nie jest nadmiar pracy – ale jej monotonia. Monotonia dnia codziennego. Brak czasu i sił na jakiekolwiek działania twórcze, na poezję, na dobrą książkę, na muzykę.

Chodzi mi po głowie tyle pomysłów… Muzycznych, literackich, artystycznych (jakby to patetycznie nie brzmiało ;-). I, Kocia Twarz, kompletnie nie mam kiedy się za nie zabrać.

Tak, wiem, to swego rodzaju „czas przejściowy”. Taki kairos. Za kilka lat będzie już inaczej, dzieci starsze, wiele uwarunkowań ma szanse się zmienić. Ale na razie jest tak, jak jest – i trochę mnie to męczy.

No dobra, pomarudziłem sobie. Dobrze, że przynajmniej niedługo Święta.

***

List się „upublicznił”. List, który o. Ludwik Wiśniewski, dominikanin, znakomity duszpasterz i legenda „Solidarności”, wysłał (podobno już we wrześniu) do nuncjusza apostolskiego w Polsce.

Przeczytałem – i po prostu mnie zatkało. Ci, którzy mnie znają – wiedzą że nie jestem człowiekiem który się byle czym wzrusza – ale czytając te słowa miałem łzy w oczach.

Bo jest dokładnie tak, jak pisze o. Wiśniewski. Już dawno nie czytałem analizy życia polskiego Kościoła, która tak bardzo by mnie poruszyła… A porusza mnie dlatego, że widzę to wszystko dokładnie tak samo. Że byłbym w stanie podpisać się pod każdym słowem.

Przeczytajcie ten list. Warto. Ciekaw jestem, czy coś z niego wyniknie – czy tylko, jak zwykle, skończy się na krótkim szumie medialnym, a o. Wiśniewski dołączy do szacownego grona ludzi Kościoła przez środowiska Radia M. i innych Frond nazywanych „zdrajcami” i „liberałami”.

Pełen tekst – TUTAJ.

Mruczanka Z Zaspy

Zawaliło, zawiało, i nagle okazało się, że jest zima. W takich sytuacjach Puchatek szczerze marzy o tym, żeby ocieplenie klimatu postępowało nieco szybciej.

Nie, żeby Puchatek śniegu nie lubił… odgarniać. Ale poświęcanie na to wesołe i skądinąd zdrowe zajęcie dwóch godzin (dwóch WIECZORNYCH godzin, które naprawdę można było wykorzystać na kilka ciekawszych sposobów…) uważa Puchatek za lekką przesadę. Zwłaszcza, że padające z nieba Białe Paskudztwo stosunkowo szybko zaciera ślady puchatkowej interwencji…

Szalony kołowrotek zwany przewrotnie codziennością wiruje jak zwykle. Dzieje się tyle rzeczy na raz, że nawet nie ma kiedy się nad nimi spokojnie zastanowić. A tu jeszcze jakieś jesienno-zimowe kaszle Potworów się zaczynają…

A na dodatek w Chatce Puchatków szaleje remont. Remont panoszy się wprawdzie tylko w przedpokoju, ale i tak jest złośliwy i gryzie.

A wczoraj (czyli w poniedziałek) Pietruszka jechał z klasą na wycieczkę (!) do kina w Warszawie (!) autokarem (!!!). Z powiatowego miasta G. do stolicy jest raptem trzydzieści kilometrów… Ale trafiło na WCZORAJ. Dzieci były w kinie dwie godziny (łącznie z jakąś zabawą zorganizowaną po obejrzeniu filmu o oceanach w 3D). A w autobusie spędziły łącznie około PIĘCIU godzin. Pięć godzin zajęło im przejechanie (łącznie, w obie strony) sześćdziesięciu kilometrów. Pietruszka po wyjściu z autokaru nie nadawał się do użytku – dopiero jak przyszedł do domu, zjadł coś, zległ na godzinę – to odżył…

Nieeee, Puchatek zimy nie lubi…

***

Z kronikarskiego obowiązku Puchatek donosi, że ukazała się już najnowsza płyta Loreeny McKennitt „The Wind that Shakes The Barley”. W Polsce oficjalnie jeszcze jej chyba w sklepach nie ma, choć na niezawodnym Allegro już można ją upolować (ale ceny na razie wysokie). Fragmentów można posłuchać TUTAJ. O Loreenie McKennitt już Puchatek był kilka razy pisał (o, na przykład TUTAJ).

Jakąś „recenzję” na pewno Puchatek tu wrzuci, jak tylko dostanie płytę w łapy (co, jak Puchatek się zna, nie zajmie dużo czasu…).

Mruczanka Bez Kicka

Piątek, sobotę i niedzielę spędziły Puchatki w Węgierskiej Górce (czyli w Beskidzie Żywieckim). Wyprawa była na zaproszenie Pewnych Znajomych, którzy poprosili Puchatka o bycie ojcem chrzestnym ich córeczki. Nie, znajomi mieszkają w Warszawie – ale tam właśnie dziecię było chrzczone, z przyczyn różnych.

Dom u uroczych beskidzkich górali (gospodyni, Jagusia, była zresztą chrzestną matką). Cały dom dla nas (to znaczy dla czworga Znajomych i pięciorga Puchatków). Jedzenie takie (i w takich ilościach), jakbyśmy wszyscy pracowali ciężko pod ziemią. Pogoda fantastyczna (to znaczy – jak na listopad).

Ado tego na dole, w „salonie” – kominek, przy którym siedzieliśmy sobie wieczorami leniwie gadając na Poważne Tematy. Jak to przy kominku…

Trochę zdjęć w linku po lewej. 🙂

Mrczanka Z Ogniem

Piłeczka usiłuje zapalić świeczkę. Intensywnie pociera zapałką o draskę – niestety, z tej strony pudełka od zapałek draska jest akurat zdarta, chyba też nieco zawilgocona. Zapałka za nic nie chce się zapalić.

– Spróbuj z drugiej strony – radzi dziecku Puchatek.

Piłeczka patrzy na ojca z niedowierzaniem… No, ale skoro tata tak mówi, to chyba musi być prawda, nie?

Więc dziecko posłusznie… odwraca zapałkę i zaczyna pocierać o tę samą draskę końcówką bez siarki.

Jeszcze godzinę potem brzuchy nas bolały.