Wieści z Frontu

Jest nieźle. Leczenie działa: poprawa jest tak ewidentna, że widać ją gołym okiem. Co było mocno czerwone – jest bladoróżowe, prawie niewidoczne; co było różowe – zniknęło; „grudki” zanikły, znikł związany z nowotworem stan zapalny pod skórą, więc ustąpiły też wszystkie dolegliwości. Dziś Pani Doktor kazała zrobić ponowne USG węzłów chłonnych, które miesiąc temu były powiększone – dziś są czyściutkie i nie powiększone ani trochę.

– To znaczy, że jeszcze sobie pożyję… – stwierdziła M. filozoficznie.

– Wszystko na to wskazuje – zgodziła się pogodnie lekarka robiąca USG.

I tego się trzymajmy.

Wspomnienie o Dobrym i Mądrym Człowieku

Mam takie wspomnienie dotyczące Tadeusza Mazowieckiego…

1989 r., wigilia Bożego Narodzenia, pasterka w mojej rodzinnej parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Tłum ludzi, jak to na pasterce. Msza się kończy, proboszcz – także już nieżyjący o. Mirosław Paciuszkiewicz SI – jak zwykle składa parafianom życzenia świąteczne. To szczególny moment, pierwsze Boże Narodzenie po przełomie, wszyscy wciąż jeszcze mają poczucie wielkości chwili, historyczności wydarzeń…

I nagle o. Paciuszkiewicz dodaje:

– Kochani, właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że jest z nami na mszy pan premier Tadeusz Mazowiecki, którego chciałbym z wielką radością powitać w naszej wspólnocie!

Ludzie zaczynają się nerwowo rozglądać: gdzie, gdzie stoi? Ktoś obok mnie szeptem mówi, że dwie ulice od kościoła na Rakowieckiej mieszka syn Mazowieckiego, że pewnie był na wigilii u syna…

A proboszcz składa mu życzenia świąteczne w imieniu całej parafii, po czym dodaje (cytując z pamięci, z głowy cały fragment „Kwiatów Polskich”):

– Brzmią mi dziś w uszach słowa Juliana Tuwima:

Chmury nad nami rozpal w łunę,

Uderz nam w serca złotym dzwonem,

Otwórz nam Polskę, jak piorunem

Otwierasz niebo zachmurzone.

Daj nam uprzątnąć dom ojczysty

Tak z naszych zgliszcz i ruin świętych

Jak z grzechów naszych, win przeklętych.

Niech będzie biedny, ale czysty

Nasz dom z cmentarza podźwignięty.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi

I brzask wolności ją ozłoci,

Daj rządy mądrych, dobrych ludzi,

Mocnych w mądrości i dobroci.

– I wierzę, Panie Premierze, że oto dziś, po tylu latach, dobry Bóg wysłuchał tej modlitwy Poety – dodaje. – Że mamy dziś rządy mądrych, dobrych ludzi.

Wierzcie albo nie, ale pół kościoła miało łzy w oczach.

*

Przez te dwadzieścia z górą lat od 1989 r. prawie zawsze idąc na wybory prezydenckie miałem poczucie, że głosuję „przeciw”. Że głosuję na X, choć wcale nie jestem do niego przekonany, żeby prezydentem nie został Y.

Jeden, tylko jeden raz głosowałem naprawdę „za”, naprawdę z pełnym przekonaniem że chciałbym, aby ten właśnie człowiek został prezydentem mojej ojczyzny. Jeden raz: w 1990 r., w pierwszej turze, kiedy głosowałem na Tadeusza Mazowieckiego.

Blackout 2, czyli Komedia Omyłek

Jestem zmęczony. Zmęczenie objawia się kolejnymi zaćmieniami umysłu…

Wracaliśmy z M. z Warszawy – w środę, po chemii (tak, zaczęliśmy kolejny cykl). Kiedy M. leżała sobie pod kroplówką (z książką i herbatką), ja wpadłem na chwilę do ojca. Pogadaliśmy, kawkę wypili – i pojechałem z powrotem do szpitala, zabrałem M. i ruszyliśmy do domu.

Jeszcze przed wjazdem na obwodnicę zjechaliśmy na stację benzynową. Zatankowałem, sięgam do kieszeni kurtki (prawa, wewnętrzna) i… kieszeń jest pusta.

Całkiem pusta. Pusta na sto procent.

A nie powinna. Bo jeszcze godzinę wcześniej była w niej skórzana „okładka”, a w niej – dokumenty, karty do bankomatu, prawo jazdy, dowód rejestracyjny… Wszystko. Była saszetka – nie ma saszetki.

Im bardziej jej szukałem, tym bardziej jej nie było.

Za paliwo M. zapłaciła swoją kartą, ale co z resztą? Jak tu jechać do domu? Bez prawa jazdy, bez dowodu rejestracyjnego i ubezpieczenia? M. miała przynajmniej prawo jazdy – ale po chemii średnio nadawała się do siadania za kierownicę.

No i – co teraz? Nowy dowód, nowe prawo jazdy, nowe dokumenty samochodowe? Ile to kosztuje, to już nie wspomnę, ale ile czasu i biegania?

A jak już o kosztach – to przecież trzeba dzwonić do banków (w sumie trzech) i zastrzec karty, bo NAJPRAWDOPODOBNIEJ ktoś tę saszetkę ukradł…

No, kanał po prostu.

Co robimy? Ano cóż – ruszyliśmy do domu z nadzieją, że nas policja akurat do kontroli nie zatrzyma. Pędziliśmy autostradą w stronę G. Ja – wkurzony, M. – zmęczona i też zaniepokojona sytuacją.

Myślałem, myślałem… I wychodziło mi, że ten hipotetyczny złodziej po prostu NIE MIAŁ KIEDY mnie obrobić. Po mieście jeździłem autem, w żadnym tłoku nie byłem, na ulicy nikt na mnie nie wpadł… Impossible.

– Wiesz co? – powiedziałem do M. – Weź Ty tę moją kurtkę i przejrzyj jeszcze raz kieszenie. WSZYSTKIE kieszenie. Może w jakimś zaćmieniu schowałem dokumenty gdzieś indziej? (Oczywiście, że przeszukałem wcześniej wszystkie kieszenie – ale wiecie jak to jest: ktoś inny szuka i znajduje…).

No więc M. sięgnęła na tylne siedzenie i zaczęła przeglądać kieszenie. Pierwsza kieszeń, druga, trzecia…

– A co to jest? – zapytała w pewnym momencie moja Żona ze szczerym zdziwieniem, wyciągając z jednej z kieszeni Dziwny Przedmiot.

– To? – wybałuszyłem oczy (a w zasadzie jedno oko, bo drugim musiałem jednak obserwować drogę, co przy prędkości autostradowej bywa pomocne). – To jest kluczyk do samochodu!

– Widzę – odparła M. – Ale nie nasz.

– No jasne, że nie nasz – odpowiedziałem z pełnym poczuciem absurdalności sytuacji. – Przecież nasz jest w stacyjce. Poza tym to jest kluczyk od Hyundaia…

– Wygląda na to, że to nie jest twoja kurtka, kochanie… – skonkludowała M. po kilku chwilach zdziwionej ciszy.

– Najwyraźniej – potwierdziłem. – Ale czyja? – dodałem rozpaczliwie, uświadamiając sobie, że jedynym miejscem w którym mogłem tego dnia zamienić kurtki była szpitalna szatnia.

– Wygląda na to, że ktoś ma identyczną kurtkę jak twoja – kontynuowała M. – Ten sam fason, kolor, te same kieszenie, nawet ten sam rozmiar. Tyle, że jeździ Hyundaiem.

Hyundai! Słowo–klucz. Szpital nie był jedynym miejscem, gdzie mogłem zamienić kurtki. Kto jeździ Hyundaiem? Tatuś mój rodzony, rzecz prosta.

Wyszedłem od ojca w jego kurtce. Identycznej jak moja – obie kupiła kiedyś ciotka, jedną dla niego, drugą dla mnie.

M.. zadzwoniła i krztusząc się ze śmiechu powiedziała swojemu ulubionemu teściowi, że jednak ma w domu moje dokumenty. A my właśnie wieziemy do G. jego kluczyk do auta…

Blackout, czyl Chwilowe Zaćmienie Umysłowe

– Tych cegiełek starczy dotąd – powiedział pan Wiesław, fachowiec–remontowiec jakich mało. – Ale mnie się wydaje, że lepiej byłoby skończyć ten murek rządek niżej, o, tutaj – pokazał. – Jak pan woli?

Zastanowiłem się chwilę. – Też mi się wydaje, że dotąd będzie lepiej – odparłem. – Ale wolałbym, żeby jeszcze moja żona na to spojrzała, ona ma lepsze wyczucie… Ale ona wróci dopiero za pół godziny. Wiem, że panom się spieszy, ale… Ten murek będziecie stawiali od dołu?

(Tu chwila ciszy na wybrzmienie…).

Pan Wiesław popatrzył na mnie z lekko pochyloną głową. – No, wie pan… – powiedział z kamienną powagą, unosząc jedną brew. – Od góry to się raczej nie da…

Śmialiśmy się z tego jeszcze kilka godzin później.

Dawno, Dawno Temu…

Rozmowa przy stole. Opowiadam o czymś (temat nieistotny). Mówię, że jak miałem pięć lat, to widziałem (coś tam) w telewizji.

Piłka, szczerze zdziwiona:

– To jak ty miałeś pięć lat to już była telewizja?!

Ale oczywiście, córeczko. Tylko obraz był kiepski, bo dinozaury bez przerwy obgryzały antenę…

Dziś myślimy o Mai i jej rodzinie…

Pół roku temu… Jechaliśmy z M. do Warszawy. Ponieważ główny wiadukt w G. jest w remoncie, żeby dojechać do autostrady musieliśmy jechać objazdem, przez przejazd kolejowy. Strzeżony.

Przejazd jest szeroki (dwie linie torów, jedna podmiejska, druga dalekobieżna) – ma na oko ponad pięćdziesiąt metrów wszerz. Właśnie wjeżdżaliśmy na tory (czyli mijaliśmy pierwszy, „wjazdowy” szlaban), kiedy szlaban „wyjazdowy” zaczął się opuszczać – choć ten „wjazdowy” cały czas był podniesiony.

Przestraszyłem się, że zostanę na torowisku pod nadjeżdżającym pociągiem… Zacząłem cofać, była mała (na szczęście niegroźna) stłuczka z autem z tyłu. Poszedłem do dróżniczki z dość ostrym pytaniem typu „o co chodzi” – usłyszałem oburzone tłumaczenie, że przecież ona „tylko trochę” opuściła tamten szlaban, bo z przeciwka jechały tiry, a ona wiedziała, że niedługo pociąg przejedzie, ale przecież „…pan mógł jechać, o co panu chodzi?”

Jasne, mogłem jechać. Przez torowisko, w stronę zamkniętego szlabanu. Chyba by mnie zgłosili do Nagrody Darwina.

Napisałem potem sążnistego maila ze skargą do stosownej komórki kolejowej,z kopią do urzędów gminy i powiatu… Zgadnijcie, z jakim skutkiem. Potem, rozmawiając ze znajomymi, dowiedziałem się że to niestety codzienność na tym przejeździe. Jakieś przepisy, jakieś procedury bezpieczeństwa? Oj tam, oj tam…

Dlaczego piszę o tym dzisiaj, prawie pół roku później?

Ot, taka wiadomość z dzisiejszego ranka – może przewinęła Wam się przez ekrany komputerów. Niedaleko G., na przejeździe kolejowym oddalonym w prostej linii pewnie o jakieś dwa kilometry od tamtego, kobieta z dwójką dzieci wjechała prosto pod nadjeżdżający pociąg podmiejski. Siła uderzenia była tak duża, że samochód odrzuciło na sąsiedni, dalekobieżny tor – gdzie uderzył w niego jadący w przeciwnym kierunku pospieszny. Matka zginęła na miejscu, młodsza córka (trzyletnia) w szpitalu, starsza (dziewięciolatka) też w szpitalu, ale w stanie krytycznym z niewielkimi szansami na przeżycie.

Rano w G. i okolicach była gęsta mgła. Ale przejazd był strzeżony. A zapory były podniesione, mimo, że do przejazdu zbliżały się – jak już wiemy – dwa pociągi z dwóch stron. Co się stało? „Przyczyny bada komisja”.

Znaliśmy tę panią – z widzenia. Jej starsza córka, Maja – ta, która leży w szpitalu w śpiączce, w stanie krytycznym – chodziła z moimi dziećmi do szkoły muzycznej. Grała na fortepianie. Sympatyczny, zdolny, fajny dzieciak.

Jechali do szkoły. Była mgła, nie miały szans zobaczyć pociągu. A szlabany były otwarte.

„How fragile we are…”

 

Chemicznie

Chemia, chemia, chemia again („Od chemii się wszystko zaczyna”, jak śpiewali Golcowie).

Tym razem na szczęście znacznie lżejsza i mniej obciążająca – ale jednak. Cykl czterotygodniowy: najpierw 14 dni brania pigułek w domu, a w pierwszym i ósmym dniu – wlew dożylny (ale krótszy i mniej uciążliwy). Pierwszy dzień był wczoraj. Potem kolejne 14 dni przerwy. I da capo.

Jak długo? To się okaże, kiedy dowiemy się, jak toto działa. Wersja prawdopodobna – kilka takich cykli, a potem jakiś czas przerwy. Co dalej? Trudno powiedzieć.

– Gdyby pani miała przerzuty do organów wewnętrznych, do płuc, nerek czy mózgu, to sytuacja byłaby o tyle lepsza, że można by to próbować wyciąć – tłumaczyła Pani Doktor. – Ale też o tyle gorsza, że to mogłoby się nie udać, a wtedy można umrzeć. Pani przypadek jest o tyle gorszy, że nie da się go załatwić operacyjnie, trzeba go leczyć systemowo i traktować jak chorobę przewlekłą. Ale z drugiej strony jest o tyle lepszy że, jak już mówiłam, umrzeć się na to nie da.

I tego się trzymamy.

***

M. źle to znosi (psychicznie, bo fizycznie – jak zwykle całkiem dobrze).

Rok temu zaczynaliśmy pierwszą chemię. Była trudniejsza, cięższa, miała znacznie bardziej uciążliwe skutki uboczne… A jednak byliśmy w lepszym stanie psychicznym – bo mieliśmy dość konkretną perspektywę. Chemia, potem operacja, potem naświetlania – i już. I można (było) mieć nadzieję, że to sprawę załatwi.

Oczywiście, mieliśmy pełną świadomość że w przyszłości może być różnie. Że zaraza może kiedyś wrócić. Ale po pierwsze – mogliśmy mieć nadzieję, że tak się nie stanie. A po drugie – nawet gdyby tak się stało, to miało być „kiedyś”. W perspektywie był rok uciążliwego leczenia, a potem? W najlepszym przypadku „święty spokój”, a w gorszym – przynajmniej jakiś czas tego „świętego spokoju”.

A teraz nie tylko okazało się, że nawet tego „jakiegoś czasu” nie było, ale też nie ma żadnej konkretnej perspektywy. Być może trzeba się będzie leczyć przez długie lata, może do końca życia – i to jest ta optymistyczna wersja wydarzeń.

…się toczy…

Bywało lepiej…

Radioterapia, jak stwierdzili specjaliści, nie wchodzi w grę – zmiany są płytkie, ale rozrzucone i żeby coś osiągnąć, trzeba by naświetlać „pół człowieka” (albo, jeszcze lepiej, całego – wtedy nowotwór na pewno by się zatłukło, tyle że pacjenta przy okazji też).

Pozostaje chemia. Pani Doktor kazała poczekać tydzień – kazała przez ten czas zrobić w laboratorium dodatkowe badania tego pobranego fragmentu na obecność receptorów (ponieważ chodzi o wznowę, laboratorium standardowo nie robi takich badań, ograniczając się do stwierdzenia że nowotwór mikroskopowo jest taki sam, jak wcześniej; ale, jak mówi Pani Doktor, czasami jest tak, że biologia guza się zmienia. A jeśli pojawią się receptory – na przykład hormonalne – to leczenie będzie prostsze i skuteczniejsze).

Mamy dzwonić we wtorek. I zapewne przyjechać w środę.

***

Kiedyś – zanim byłem zmuszony się dokształcić… – myślałem, że raka albo da się wyleczyć, albo nie. Teraz wiem, że jest jeszcze trzecia opcja: nowotwór którego nie da się wyleczyć, ale można kontrolować i człowiek żyje sobie z nim, traktując go jako chorobę przewlekłą. Czasem żyje sobie tak długie lata (znamy panią, która z takim samym guzem żyje już lat prawie dwadzieścia i dobrze się ma). A czasem krócej.

Choroba przewlekła, kontrolowana. To jest wersja optymistyczna. Tego się trzymajmy.

…i od nowa…

Dziś byliśmy u naszej Pani Doktor z wynikami badań. No i niestety jest kiepsko: to „coś” okazało się jednak wznową nowotworu.

Sytuacja jest średnia – tragicznie nie jest, ale fajnie też nie… Pani Doktor powiedziała, że akurat tego typu wznowa (tylko skóra i tkanka podskórna) jest stosunkowo łatwa do leczenia i kontrolowania – znacznie gorzej byłoby gdyby to szło „do środka”.

– Wie pani – powiedziała tym swoim rzeczowym, spokojnym głosem – powiem brutalnie: rzecz jest męcząca i kłopotliwa, powoduje dyskomfort, ale umrzeć się na to nie da.

Tyle, że oczywiście gdzieś w powietrzu zawisło niedopowiedziane „na razie…”.

M. jest na razie strasznie rozbita. To miał być rok odpoczynku po tym poprzednim koszmarze…

W najbliższym czasie czekają nas albo naświetlania, albo chemia (tyle, że – jak powiedziała Pani Doktor – już znacznie mniej uciążliwa etc.), a najprawdopodobniej – jedno i drugie (to znaczy – najpierw jedno, potem drugie).

Dziś nie mam siły pisać nic więcej. Pamiętajcie o nas, bardzo tego potrzebujemy.

Czerwone i Czarne

Przyszły pocztą ostatnie zamówione podręczniki. Między innymi – do religii dla Pietruszki (piąta klasa). Wyjmuje z paczki, otwieram, przeglądam tematy, kiedy nagle moje czujne, zawodowe tłumacko–redaktorskie oko wyłapuje pewną drobną nieścisłość.

Patrzę z jednej, z drugiej – no jak byk stoi:

„Przejście przez Morze Czarne (…)”

Przyznam, że wizja Mojżesza prowadzącego Izraelitów na słoneczne plaże Bułgarii zwaliła mnie z nóg.

(Dalej w tekście było już poprawnie – ot, głupia pomyłka i nic więcej. Małe, a cieszy. Napisałem do wydawnictwa, żeby nie powtórzyli tego w kolejnych wydaniach…).