Mruczanka W Sklepie

Puchatek w supermarkecie (lokalnym, średniej wielkości). Kolajka do kasy. Towary na taśmie. Karta płatnicza w pogotwiu.

Pani W Kasie podlicza poprzednigo klienta. Niestety, gdzieś poginęły „poprzeczki”, które można kłaść po swoich zakupach, żeby było wiadomo, że przecier pomidorowy w słoiczku pochodzi z koszyka Tamtego Pana, a dajmy na to litrowa butla „Kubusia” już z koszyka Puchatka.

Pani W Kasie, lekko niepewna, pyta zatem: „Czy te soki należą do pana?”

Puchatek – jakoś tak odruchowo, w dobrym nastroju będąc – odpowiada logicznie: „Do mnie to one będą należeć dopiero, jak za nie zapłacę!”

Pani W Kasie niestety nie docenia błyskotliwego poczucia humoru. Przesuwając kolejne produkty przed czytnikiem jeszcze duższą chwilę mamrocze coś pod nosem o klientach – niewczesnych żartownisiach.

Mruczanka Noworoczno – Ciasteczkowa

Tośmy mieli Sywlestra! Impreza na całego! :)))

Najpierw Potwory poszły spać – koło dziewiątej. Potem zeszliśmy na dół. I zaczęliśmy imprezę.

A konkretnie, to M. ledwo ciepła leżała na kanapie („zapalenie tchawicy”, jak się okazało – znacie taką jednostkę chorobową?), a Puchatek zrobił herbatki (doooobrej herbatki zrobił!), ukroił ciasta, włączył płytę i zległ obok. Leżeliśmy sobie, rozmawiali, słuchali i pojadali. Potem zrobiliśmy drugą herbatkę. A koło jednenastej poszliśmy na górę. Wykąpaliśmy się, przebraliśmy w piżamiki. O północy Puchatek narzucił na piżamkę polar i wylazł na balkon pooglądać sztuczne ognie. Wytrzymał był kwadrans.

A potem szybciutko do łóżeczka. O wpół do pierwszej już okno było zasłonięte, Potwory przykryte (bo się wykopały, rzecz prosta…) i lampka zgaszona.

Jeśli wierzyć przepowiedniom, to w roku 2006 będziemy wyspani 🙂

***

Podsumowanie ubiegłego roku?

Właściwie jedno spostrzeżenie warte zapisania. Okazuje się, że decyzja o „zostaniu w domu” była absolutnie trafiona. Pracy jest tyle, że nie zdążam przerobić, zarabiam tyle, ile jeszcze w życiu nie zarabiałem – i to nie wychodząc z domu. Pozostaje tylko sprawa ZUS i składek emerytalnych – ale po prostu w połowie tego roku trzeba będzie „założyć działalność” i tyle.

Ja wiem – minął dopiero rok, to jeszcze za mało, żeby mieć pewność. Ja wiem, że różnie jeszcze być może. Ale co do meritum – to moja (nasza) decyzja była słuszna. Oczywiście, może się okazać, że jeszcze kiedyś wyląduję gdzieś na etacie i będę jeździł na osiem godzin do pracy.

Ale wtedy będę już wiedział, że to jest etap przejściowy, że to chwilowo tylko. Że docelowo – pracujemy w domu. I że to jest możliwe i sensowne.

Ot, co.

***

A od dziś biorę się za kolejne tłumaczenie. Obśmiejecie się: tym razem to książka kucharska o… pieczeniu ciasteczek. Tysiąc (jeśli nie więcej) przepisów na ciasteczka. Jak oglądam ilustrację, to muszę uważać, żeby nie zapluć klawiatury 😉

Jak będziecie grzeczni, to Wam mogę czasem jakiś co ciekawszy przepis podesłać. Na blogu nie zamieszczę, bo prawa autorskie i w ogóle… 🙂

Ciasteczkowy Puchatek, ojciec Ciasteczkowych Potworów 😉

Mruczanka Podbiegunowa

Aaaaa!!! Ratunku!!! Zasypało nas!!!

Puchatek o trzeciej w nocy musiał zasuwać z łopatą, bo na obu balkonach leżało po metrze śniegu i się przestraszył (Puchatek, nie śnieg), że mu się zarwą. Balkony znaczy.

A dziś rano dojście do furtki zajęło Puchatkowi kwadrans, a przekopanie się przez podjazd – dwadzieścia minut. Na podjeździe – poza cienką odśnieżoną ścieżką – śnieg sięga do pasa. W ogródku pod śniegiem znikła juz ławka (taka normalna, jak w parku, z oparciem). Szelma przebija się przez śnieg (szczęśliwa), tylko jej ogon widać. A psem jest słusznych rozmiarów.

I w dodatku dalej pada. Co to będzie?

Z zasypanego posterunku w G. – Puchatek.

P.S. Kable jeszcze nad śniegiem, to piszę. 🙂

P.S.2 Sąsiad uparł się, że wyjedzie z domu samochodem, bo jedzie do znajomych na sylwestra. Nawet mu się udało. Ale zasuwał z łopatą bite dwie godziny (!). A coś mi się widzi, że po południu – żeby na tego Sylwestra wyjechać – zajmie mu to drugie tyle. Bo – dla odmiany – sypie…

Mruczanka Budowlanka

Zrobili Puchatkowi dowcip miesiąca. Dowcip roku w zasadzie.

Wszystko zaczęło się od tego, że a konto przyznanego kredytu Puchatek zamówił w Pewnej Firmie materiały do ocieplenia Chatki Puchatków. Styropian, klej, zaprawę, siatkę, kołki, …, …, i tak dalej. Oczywiście – ocieplanie odbędzie się dopiero latem, ale kupić trzeba było już teraz, żeby się na sławetną Ostatnią Ulgę Remontową załapać.

Zamówił Puchatek internetowo – telefonicznie. Zaliczkę wpłacił. I zainteresował się, kiedy nastąpi dostawa. „Proszę się nie martwić, pani ze spedycji zadzwoni i się z panem umówi. Przecież nam też zależy, żeby pan był w domu” – oznajmił Uprzejmy Głos W Słuchawce.

Puchatek postanowił zatem, że poczeka na telefon. A jak rzeczona pani zadzwoni, że na przykład jutro (Pewna Firma mieści się bowiem na Drugim Końcu Polski…), to Puchatek przygotuje miejsce w piwnicy i skrzyknie kilku znajomych do pomocy.

To był błąd.

W środę rankiem zadzwoniła komórka. „Czy to pan Puchatek? Z ulicy Takiej A Takiej w G.? Bo ja jestem na sąsiedniej ulicy, no, to niech pan mi powie, w którą mam skręcić?”

To nie była pani ze spedycji. To był pan kierowca.

Dziesięć minut później pod Chatkę Puchatków podjechał tir. Pan kierowca odkrył plandekę, a oczom Puchatka ukazało się trzysta metrów kwadratowych styropianu popakowanego w gustowne paczki o wymiarach metr na pół metra na pół metra. Było tych paczek 100. Słownie: sto. Jedynka, dwa zera, bez przecinków.

Widział ktoś z Was, jak wygląda sto paczek styropianu o wyżej wymienionych wymiarach? Nie? No to wam powiem obrazowo.

Wygląda tak, że podjazd, z którego prowadzą bramy wjazdowe do czterech w sumie posesji został zastawiony na amen, albo jeszcze trochę bardziej. Bo oczywiście pan kierowca pomógł tylko wywalić to wszystko na podjazd. Bo się spieszył.

W sumie to mu się Puchatek nie dziwi – jemu za wyładunek nie płacą.

Okazało się jednak, że poza styropianem trzeba jeszcze przenieść do piwnicy klej i zaprawę. Kleju było czterdzieści worków, każdy ważył 25 kilo. Zaprawy – dla odmiany – było czterdzieści worków i każdy ważył – dla odmiany – 25 kilo.

Jak łatwo policzyć – kleju  była tona, a zaprawy dla odmiany była tona.

Pierwszą tonę Puchatek przerzucił sam – z ciężarówki do garażu. Po 25 kilo. Na ramieniu. W tę i z powrotem.

Tymczasem M. (która nawet wyjść z domu nie mogła, bo Potwory chore, a ona sama dla odmiany też) rozpaczliwie wydzwaniała po znajomych, więc w połowie drugiej tony zjawił się zasapany kolega K. i pomógł.

Ale potem kolega K. pojechał do domu, bo musiał dzieci z przedszkola odebrać. A Puchatek został sam. To znaczy – nie sam. Został ze stoma paczkami styropianu, stoma, jedynka, dwa zera, bez przecinków. I z grypą, która go od kilku dni męczyła. I zaczął te paczki nosić do garażu (grypa nosiła się sama, przy okazji). I w różne inne miejsca, bo garaż szybko okazał się pełny.

I nosił Puchatek ten piórkowany styropian cztery godziny. Bo styropian ma to do siebie, że (w przeciwieństwie do zaprawy) jest lekki – każda paczka ważyła pewnie ze trzy kilo – więc można by nosić nawet po pięć paczek na raz, ale…

…Ale wymiary. Nie da rady, nie ma siły, nie da się złapać. Można na raz wziąć JEDNĄ paczkę. Pójść do garażu. Ustawić. Wrócić. Wziąć jedną paczkę. Pójść do garażu (na strych, do schowka w ogródku, niepotrzebne skreślić). Ustawić. Wrócić. Przepisać sto razy.

Możecie mi mówić „Styropianowy Joe”.

Jeden z tego wszystkiego pożytek: grypa jak ręką odjął. Widać taka mobilizacja zmotywowała organizm do wypowiedzenia grypie wynajmowanego lokalu.

Tyle, że dziś (czwartek) Puchatka wszystko boli. Wszystko. Rusza się Puchatek z trudem, podniesienie rąk powyżej ramion nie wchodzi w grę.

Ale za to będzie ciepło.

Za rok.

Mruczanka Już Świąteczna

Uwaga – czytać do końca! 😉

Jest u nas taka „nowa, świecka tradycja”, że Piłeczka w wigilię jest chora. Rok temu jechaliśmy z nią rano do lekarza i całe święta siedzieliśmy w domu. A dziś rano okazało się, że mamy powtórkę z rozrywki. Lekarz („Nocna Pomoc lekarska”, choć w dzień…), zapalenie oskrzeli. Lekkie, wirusowe – ale jednak. No i z jutrzejszego wyjazdu na obiad do Osobistego Taty nici.

Żebym się ekstremalnie tym martwił, to nie powiem – chyba nawet mam ochotę posiedzieć spokojnie w domu…

Wigilię mieliśmy w spokojnym gronie czteroosobowym („…nie licząc psa”). A przedtem, kiedy M. z Piłeczką pojechała do lekarza, ubieraliśmy z Pietruszką choinkę. I tak sobie pomyślałem…

Kiedyś, dawno temu, we wczesnym dzieciństwie, uważałem wigilię Bożego Narodzenia za Najważniejszy Dzień w Roku. Czekałem na nią już od wakacji, skreślając dni w kalendarzu (dosłownie! Czerwoną kredką…).

Potem – z różnych przyczyn, nie czas i miejsce o nich pisać… – było zupełnie inaczej. Był nawet taki czas, że tego dnia wręcz nie lubiłem. Święta zaczynały się dla mnie dopiero na pasterce, od proroka Izajasza i jego pełnych mocy słów („…naród, kroczący w ciemnościach, ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło!”).

Potem, kiedy zaczęliśmy obchodzić wigilię w gronie już tylko „najbliższorodzinnym”, czyli z M. i (potem) Potworami – ten dzień znów zaczął być miły, choć takiej magii jak kiedyś już nie było. A dziś…

A dziś obserwowałem, jak czteroletni Pietruszka drżącymi łapkami usiłował powiesić na choince drewnianego bałwanka. Jak z otwartą buzią gapił się na wyjęte z pudełka, absolutnie magiczne Czerwone Bombki. Jak z niesamowitym przejęciem wygłaszał swoje komentarze na temat tego, gdzie powiesić kolejną pozłacaną szyszkę. Jaki był dumny, że gwiazdka wisi dokładnie tam, gdzie zechciał…

Dla niego te szklane bombki, drewniane bałwanki i słomiane gwiazdki miały naprawdę moc magiczną. Miały siłę misterium.

I nagle poczułem tę magię, tę moc dziecięcej wiary w Ten Dzień…

Przez cały wieczór przychodziły SMS-y, maile, dzwonili różni Krewni-I-Znajomi-Królika. Z życzeniami, rzecz prosta.

I nagle – ni z gruszki, ni z pietruszki – zadzwoniła Inside we własnej osobistości! Aż mnie przytkało (co u mnie naprawdę nie jest stanem normalnym 😉 – bo od osoby z blogosfery oczekiwałbym raczej maila, SMS-a czy komentarza na Puchatkowie. A tu stary, dobry, tradycyjny głos w słuchawce. 🙂

A teraz Potwory już śpią, gary posprzątane, a my sobie siedzimy i pijemy Bożonarodzeniową Herbatkę (z cynamonem, goździkiem, odrobiną imbiru i paroma innymi ingrediencjami).A z głośników leci mój prezent choinkowy, na specjalne zamówienie: Enya, Amarantine.

A jak się skończy, to chyba włączę sobie Bacha. Mam taką płytę z sonatami skrzypcowymi w wykonaniu Menuhina. Nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem…

A specjalnie dla Was – mam coś TAKIEGO.

 

 

 

 

 

To właściwie muzyka na drugi dzień świąt (…on the Feast of Stephen, czyli „…w dniu świętego Szczepana…).

Słowa – John Mason Neale (1818 – 1866), na podstawie staroangielskiej legendy o królu Wneceslasie. Muzyka – tradycyjna, w aranżacji i opracowaniu Loreeny McKennitt. (Wszystkie Prawa Zastrzeżone, 1995 Quinlan Road Ltd.). Pełny tekst – gdyby ktoś chciał przeczytać – znajdziecie tutaj. (To nagranie także wisi dzięki uprzejmości Inside. Dzięki 🙂

Wesołych Świąt!

Mruczanka Antybankowa – c.d.

Wygląda na to, że wszystkie zastrzeżenia da się jakoś wynegocjować. Czyli – wszystko wskazuje na to, że rzeczony kredyt (patrz – poprzednia notka) jednak weźmiemy.

No i bardzo dobrze – zawsze lepiej płacić mniejsze raty, niż płacić większe raty, a jeśli do tego jeszcze można zainwestować i płacić mniej za ogrzewanie – to już znakomicie.

Tylko…

Jak sobie pomyślę o ilości rzeczy, które trzeba będzie załatwić… O kolejkach w sądzie wieczystoksięgowym, żeby zrobić wpis do hipoteki… O urzędzie skarbowym, w którym trzeba będzie zapłacić zryczałtowany podatek za wpis hipoteki kaucyjnej (durne dziewiętnaście złotych, ale biegania tyle samo, co z każdą inną sprawą)… O pięciu milionach papierków, które „w terminie X dni” muszę dostarczyć do banku PO otrzymaniu kredytu…

…to mi się odechciewa. Wszystkiego.

Mruczanka Antybankowa

Pisał Puchatek TUTAJ, że się stara o kredyt na Spłatę Kredytu i Coś Jeszcze. No i właśnie przyszło mailem, że jest decyzja kredytowa. A po otwarciu maila okazało się nawet, że pozytywna.

No i niby pięknie… Tyle, że Puchatek w kwestiach finansowych ostrożny jest do potęgi. Przeczytał sobie tę decyzję baaardzo uważnie. I oczywiście znalazł co najmniej trzy sprawy, które mu baaaardzo nie podchodzą, i które jutro telefonicznie z bankiem wyjaśnić musi.

No bo tak: że ostateczne oprocentowanie będzie wyższe niż to, które rzeczony Bank wypisuje na swoich wielkich, reklamowych plakatach, to Puchatek nie miał wątpliwości. Reklama reklamą, a z czegoś bank żyć musi. Oprocentowanie (choć wyższe, niż w „promocji” powiedziano) jest i tak duuużo niższe, niż to, które Puchatek płaci obecnie. Tak, że rata kredytu byłaby i tak niższa, niż obecna – i to mimo, że chce Puchatek wziąć o 20 000 Polskich Nowych (jak mawia Inside) więcej. No i super.

To, że bank domaga się dostarczenie paru dokumentów, które Puchatek dawno dostarczył – to w sumie też pestka. Się wyjaśni. A jak nie – kopie są w domu, się dostarczy. No i super.

Niestety, są w „decyzji kredytowej” trzy punkty, które zdecydowanie NIE SĄ super. I tak (Puchatek przeprasza, ale jest wkurzony, więc przechodzi na opis w pierwszej osobie. No.):

1. Bank żąda od kredytobiorcy ubezpieczenia na życie – to rozumiem (no bo jakby mnie szlag trafił, to żeby bank nie był stratny). Jeśli ubezpieczenie już jest (a jest) – bank żąda cesji tegoż na swoją rzecz. OK.
I tylko mały problem: moje ubezpieczenie opiewa na sumę WYŻSZĄ, niż suma kredytu, którą chcę od banku. Wyższą (w zależności od rodzaju mojej ewentualnej śmierci 😉 od 20 procent do 80 procent. A Bank życzy sobie być „jedynym uposażonym” w tej polisie.

I tu składam protest: mogę podpisać cesję ubezpieczenia DO WYSOKOŚCI DŁUGU wobec Banku. Ale jeśli (odpukać) zginę w wypadku, to dlaczego Bank ma dostać z mojego ubezpieczenia sumę zdecydowanie przewyższającą mój dług? Dlaczego reszty (po spłaceniu długu) nie ma dostać moja rodzina? Ubezpieczenie wykupiliśmy nie po to, żeby dogodzić Bankowi, ale po to, żeby w razie tak zwanego „czego” moi bliscy mieli za co żyć (bo na razie jestem „jedynym żywicielem” i tal dalej).

2. Choć kredyt ma być we Frankach szwajcarskich, Bank żąda wpisu do hipoteki w wysokości konkretnej sumy w złotówkach, przy czym suma ta jest WYŻSZA O 40 PROCENT od sumy kredytu. O co chodzi? O ryzyko kursowe? To niech Bank wpisze do hipoteki sumę w CHF. Poprzedni Bank tak zrobił – jest w hipotekę wpisana suma w Euro. Dlaczego obciążenie hipoteki ma być prawie o połowę wyższe, niż suma, którą biorę z banku?

3. Te „dodatkowe pieniądze” – jak pisałem – mają być przeznaczone na ocieplenie domu i wymianę ogrzewania. Opisałem to we wniosku, w rubryczce „data zakończenia inwestycji” wpisałem październik przyszłego roku. Tymczasem w „decyzji” stoi, że mam się rozliczyć z tej inwestycji (łącznie z dokumentacją fotograficzną) w ciągu czterech miesięcy od uruchomienia kredytu. Jeśli kredyt uruchomiony będzie teraz, to jak sobie to, przepraszam, szanowny Bank wyobraża – że będę w styczniu ocieplał dom? Że będę w lutym wymieniał ogrzewanie? A dzieci trzymał w tym czasie w lodówce (no bo w lutym ma być -10, a w lodówce jest jakieś 3 – 4 stopnie, to zawsze trochę cieplej…)?

Co to za brednie? Czy ktoś poza analitykiem finansowym w ogóle czytał mój wniosek kredytowy? Czy też walnięto standardowe formułki dla klientów z cyklu „befsztyk raz”?

No, Szanowny Banku, ja myślałem, że jest konkurencja i że się klienta traktuje poważniej. Zobaczymy, co Bankowi Fachowcy powiedzą. Bo na takich warunkach to ja tej umowy nie podpiszę. O ile jeszcze tę zawyżoną hipotekę mogę przełknąć, o tyle sprawy ubezpieczenia nie odpuszczę, a czteromiesięczny termin „realizacji inwestycji” nie wchodzi w grę.

Ano, zobaczymy.

Mruczanka Taka Sobie

Nienawidzę, jak pada. Panie Boże, na świecie jest tyle miejsc, w których lecącą z nieba wodę uznano by za błogosławieństw. Nie mogłoby popadać właśnie tam? Musi u nas? Błoto na naszej uliczce sięga już wyżej dziurek. Dowolnych.

***

Pietruszka od Mikołaja (za pośrednictwem dziadka…) dostał komputer. Nie, spokojnie, nikt nie kupuje trzylatkowi prawdziwego komputera! Zabawkę taką. Ale – trzeba przyznać – edukacyjną. Teraz może jeszcze ciut na wyrost, ale już za chwileczkę, juz za momencik na tym „komputerze” (rrrróżowym skądinąd…) będą się mogli oboje uczyć angielskiego.

A na razie Pietruszka siedzi, rozkłada komputer (ów ma bowiem formę laptopa) i z wielce poważną miną mówi do Piłeczki:

– Ja tu placuję. To jest mój gabinet. Placuję na komputezie.

***

Nie znoszę współpracować z ludźmi, którzy udają zaangażowanie w to, co robią.

To znaczy – rozumiem, że takie podejście  zdarza się w pracy zawodowej. Wiadomo, życie różnie się układa, nie zawsze zarabiamy na chleb tak, jak byśmy chcieli, więc bywają takie sytuacje, że człowiek musi robić dobrą minę do złej gry i udawać, że robi coś z pełnym zaangażowaniem, podczas gdy w rzeczywistości głęboko go to nie obchodzi…

Nie rozumiem natomiast sytuacji, w której ludzie angażują się w coś z własnej woli, „społecznie”, bez przymusu – a potem to lekceważą, olewają mówiąc niekulturalnie. Nie rozumiem sytuacji, kiedy w rozmowie „teoretycznej” każdy jest chętny do działania, ma mnóstwo pomysłów, z przekonaniem wygłasza sądy o tym, co ważne i co z tego wynika – a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że nie ma kto wszystkich tych wspaniałych pomysłów realizować. Bo ten ma to, tamten co innego, ów wyjeżdża a kolejny cierpi na Poważny Ból Paznokcia Małego Palca U Prawej Nogi.

Jak mam z takimi ludźmi współpracować, to mi się odechciewa.

Mruczanka Zamyślona

Czego boją się Wasze dzieci?

Nie, nie chodzi mi o złego psa sąsiadów, agresywnego kolegę w przedszkolu czy gniew rodziców, kiedy zdarzyło się rozbić zabytkowy wazon po babci. Chodzi mi o te irracjonalne, dziecięce lęki, siedzące gdzieś tam w małych główkach, tym gorsze, że niezrozumiałe nawet dla rodziców… Te głębokie, poza świadomością umieszczone strachy, tkwiące korzeniami w jakichś ciemnych czasach jaskiń i drapieżników Z Zewnątrz…

Każdy ma takie lęki. Kiedy dorastamy – racjonalizujemy je, oswajamy, umiemy z nimi żyć. A jednak gdzieś tam są – najlepszym dowodem to, jak bardzo lubimy się bać w sytuacjach kontrolowanych (nie ma to jak dobry horror, nieprawdaż? 😉

Mój Pietruszka jest wielkim wrażliwcem i introwertykiem. Ma – na nasze psychologiczno-pedagogiczne spojrzenie – nawet lekkie rysy spektrum autystycznego (bardzo lekkie).

Wielu rzeczy się boi – przy czym zawsze są to przedmioty czy zjawiska nie kojarzące się (nam…) z jakimkolwiek zagrożeniem.

Kiedy miał półtora roku bał się pokrętła od kaloryfera. Takie małe, czarne kółko, którym w starych typach kaloryferów regulowało się przepływ wody. Zawsze, kiedy wchodził do pokoju, z wyraźnym lękiem przyglądał się temu dziwnemu przedmiotowi.

Później pokrętła „zanikły”, za to pojawił się lęk przed latarnią, która stoi na podjeździe między nami a domem sąsiadów. W ciągu dnia latarnia nie robiła żadnego wrażenia, ale wieczorem, kiedy się zapaliła – była najwyraźniej obiektem przerażającym. Pietruszka bał się wtedy nawet podejść do okna. Co dziwne – inne okoliczne latarnie (skądinąd identyczne…) nie robiły na nim wrażenia.

Potem latarnia stopniowo zanikała (choć do dziś Pietruszka nie lubi momentu, kiedy latarnia się zapala; ale już się jej tak wyraźnie nie boi, teraz to raczej „przyzwyczajenie”).

Teraz (od jakichś dziewięciu miesięcy) Pietruszka boi się muzyki, która płynie z naszej wieży. To ważne połączenie: nie chodzi o muzykę jako taką. Kiedy włączę tę samą płytę w gabinecie na komputerze, to wszystko jest OK; Jak byliśmy na słynnym weselu, to Pietruszka tańczył, skakał i był Pierwszym Imprezowiczem. Natomiast jak włączę wieżę, która stoi w dużym pokoju – to jest panika. Nie, właściwie nie panika – histeria. Przerażenie. Nie pomaga przytulanie, nie pomaga spokojne tłumaczenie (które w wielu sprawach u Pietruszki działa znakomicie).

Nie, nie jestem sadystą – po prostu chwilowo (…miejmy nadzieję…) nie włączamy muzyki, kiedy Pietruszka nie śpi. Ale o co chodzi? Nie wiemy. Jest parę teorii. Jedną z nich jest lekka nadwrażliwość słuchowa, prawie potwierdzona przez Znajomą Panią Psycholog Dziecięcą. To akurat nie dziwi – Pietruszka ma to po tatusiu, który też ma w uszach dodatkowy, prywatny wzmacniaczyk i wszystko słyszy o poziom głębiej. A wieża – choć nie najnowsza – jest dosyć dobrej klasy i odtwarza dźwięk na naprawdę przyzwoitym poziomie, a więc podaje zapewne różne harmoniczne, których nie przenoszą komputerowe głośniczki czy wielkie kolumny nagłośnieniowe…

A wczoraj w nocy Pietruszka obudził się ze strasznym płaczem po jakimś koszmarnym snie. Okazało się, że śnił mu się… telewizor.

„ZEPSUTY!!! Telewizol zepsuty! Ty go naplaw! Naplaw go tatusiu! Zepsuty telewizol!”

Nie mógł się uspokoić przez bitą godzinę! Nie chodziło o to, że „telewizor się zepsuł, więc nie będzie można obejrzeć dobranocki”. Nasze Potwory nie są bardzo telewizyjne, jedyne, co oglądają to właśnie dobranocka, a i to nie zawsze. O tym, że telewizor (skądinąd liczący sobie chyba ze szesnaście lat) nigdy zepsuty nie był, nawet nie wspominam.

Tu chodzi o coś innego. O jakiś wewnętrzny lęk, o jakieś zakłócenie ustalonego porządku świata… O jakiś pierwotny chaos, który za sprawą tego „zepsutego telewizora” wpycha się w jego rzeczywistość… Wpycha się i odziera go z poczucia bezpieczeństwa.

Rano, po obudzeniu, pierwsze pytanie brzmiało: „Czy telewizol jest zepsuty?” Nasze zapewnienia nie pomagały. Temat wracał przez cały dzień. Kiedy wieczorem włączyliśmy „bajkę” – Pietruszka był tak spięty, że aż sztywny. Nawet sobie pomyślałem, że gdyby zadziałały prawa Murphy’ego i ten cholerny telewizor akurat by się zepsuł… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Bajka obejrzana, pudło wyłączone… A Pietruszka zrzucał z siebie napięcie jeszcze do samego pójścia do łóżka.

Jak dziecko boi się złego psa, to ja mogę tego złego psa pogonić. Jak boi się sam wejśc do ciemnego pokoju – mogę wejść z nim, albo zapalić mu światło. Ale jak pojawia się taki lęk – głęboki, irracjonalny, atawistyczny jakiś… – to jestem bezsilny.

Pocieszam się, że ja w dzieciństwie też taki byłem. Też miałem nadaktywną wyobraźnię, też miałem masę irracjonalnych lęków i dziecięcych strachów. I że z tego się jednak wyrasta – a towarzysząca temu wrażliwość pozostaje i może być bardzo cenna.

Pocieszam się też, że Pietruszka – z wielu względów – ma jednak znacznie lepsze warunki do walki z lękami, niż ja miałem w dzieciństwie.

Ale i tak czasem mi go strasznie żal…

Mruczanka Literacko-Ekonomiczna

Ceny książek to temat – rzeka. Iluż to dobrych książek Puchatek nie kupił, bo zwyczajnie były za drogie…

A z drugiej strony – jak można NIE KUPOWAĆ ksiażek? Sytuacja ciut bez wyjścia…

Wczoraj Puchatek wysiadł był z kolejki w Mieście Stołecznem, przedreptał przez podziemia… I nagle cofnął się o kilkanaście metrów, bo dotarła do niego treść plakatu wiszącego w oknie niewielkiej księgarenki.

Plakat był duży, napisany czerwonym flamastrem i głosił:

„PROMOCJA!!! Dziś książki Umberto Eco o 15% taniej!”

Wparował Puchatek do rzreczonej księgarni. I rzeczywiście – zniżka! Najnowsza powieść Eco – „Tajemniczy płomień królowej Loany” – zamiast 45 zł kosztowła 38,25. I juz – już miał Puchatek ją kupić, kiedy błysnęła my w gowie myśl godna doprawdy Biednego Humanisty Z Rodziną Na Utrzymaniu.

– Przepraszam – zwrócił się Puchatek do Pani Sprzedwczyni – a czy może mają państwo wydanie w miękkiej okładce?

Pani Sprzedawczyni spojrzała na Puchatka jak na pluskwę, ale przyznała, że państwo mają. Przyznała także – jeszcze bardziej niechętnie – że także wersję w miękkiej okładce obejmuje rzeczona promocja.

No i bomba. 🙂

Puchatek stał się posiadaczem wyżej wymienionego dzieła (…w miekkiej okładce…) za jedyne 33,80.

Jest sukces? Jest!

:-)))))