Mruczanka Zdechlanka

Zbliża się lato. Zbliża się wielkimi krokami. Jak zwykle o tej porze roku najtrudniej mi usiedzieć w domu. Jak zwykle gdzieś, głęboko, budzi się pragnienie wędrówki…

Złapałem się na tym, że co jakiś czas – nieświadomie – sięgam po jeden z ostatnich numerów National Geographic, w którym znalazł się duży artykuł o „świecie Celtów”. I wgapiam się bezmyślnie w zdjęcia ze Skye, z Harris i Lewis, z północy Szkocji i zachodu Irlandii.

Nic z tego, na razie. Jest nadzieja, że w sierpniu uda się pojechać nad morze (nasze, polskie). Dobre i to.

A tymczasem siedzę i tłumaczę. Z jednej strony i tak jestem w dobrej sytuacji – pracuję „na swoim”, nikt mnie nie pogania, nie muszę się użerać z jakimkolwiek szefostwem, nie tracę czasu na dojazdy do pracy. Z drugiej – mam jednak poczucie stagnacji (głównie w sensie intelektulanym…).

Grać nie ma kiedy i z kim. Posłuchać muzyki można dopiero wieczorem, kiedy dzieci już śpią – a wtedy często już się nie ma siły. Pisać własnych rzeczy nie ma jak i kiedy. Kupno wymarzonego aparatu należy odłożyć ad Kalendas Graecas (bo nie ma na to pieniędzy, a nawet jak będą, to jest parę istotniejszych wydatków…).

Zdechlactwo.

Mruczanka – Reaktywacja

Wczoraj (wieczorem zresztą) skończyłem najbardziej up…liwe tłumaczenie w historii. Osobistej.

Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie, którzy podzielili się ze mną fachową wiedzą z różnych dziwnych dziedzin, na czele z szyciem i szydełkowaniem. I na co mi przyszło…

Pozostaje jakiś niesmak. Zawsze uważałem, że człowiek nie powienien brać się za coś, na czym się kompletnie nie zna – a już szczególnie nie powinien na tym zarabiać. Jakoś to jednak nieuczciwe.

Oczywiście, tłumacz nie może się znać na wszystkim – tak, jak dziennikarz często musi pisać o sprawach, które nie są jego specjalnością. Kiedy byłem dziennikarzem, zdarzało mi się pisać na bardzo różne tematy – o niekórych nie miałem pojęcia… Ale to była tylko relacja, opis. No i nigdy nie zdarzyło mi się pisać – czy ja wiem? – o ekonomii czy fizyce atomowej, bo tym zajmowali się dziennikarze ekonomiczni czy naukowi, a nie tacy kompletni humaniści jak ja.

A tu dostałem do tłumaczenia coś, na czym naparwdę kompletnie się nie znałem – nawet po polsku. Odmówić nie mogłem. Zrobiłem to najlepiej, jak potrafiłem – pocieszam się tylko, że dzięki temu jeszcze ktoś parę groszy zarobi na konsultacji. Ale jakoś jednak…

*****

Remont w chatce Puchatków wyniósł się był na dwór. W środku panowie skończyli w ubiegłą środę, od tego czasu okładają nam dom styropianem. A, po drodze jeszcze wylali piekne schody z tych nowych drzwi do ogródka. Schody schną. Styropian leży („…tam pod spodem jest nasz domek!” – oznajmił Pietruszka poklepując białą, sprężystą płaszczyznę na ścianie…). Konto świeci (pustkami). Jak zapłacimy panom za styropianowanie i za schody, to już mamy debecik… Na szczęście nie na długo, bo w ciągu dwóch tygodni przyjdą pieniądze za trzy ostatnie tłumaczenia, więc katastrofy finansowej nie ma. A nawet jest (…będzie) nie najgorzej.

Nauka na przyszłość: jak planujesz remont, Puchatku, pamiętaj, że obliczone koszty należy ZAWSZE pomnożyć przez 1,25, a jeśłi w grę wchodzą schody – czasami przez 2.

****

A poza tym? Wiosna. Rowery poszły w las. Pierwsza wyprawa co prawda skończyła się niewielkim zmoczeniem kuprów przez Niespodziewany Deszczyk, ale Potwory nawet nie marudziły, traktując to chyba jako przygodę.

Za to w czasie jazdy przez lasek, kilka kilometrów od chatki Puchatków (przypomnę, okolice trzydziestotysięcznego miasta powiatowego, 30 kilometrów od Pajacu Kultury) przeszło nam przez drogę stado saren. NAwet nie „przebiegło”, ale właśnie przeszło – spokojnie, bez strachu, dziesięć metrów przed rowerami.

O bażantach to już nawet nie piszę, na pęczki po prostu. I zające. Aż się chce żyć.

„Szedłem do ciebie, maju, przez mrozy i biele,
Przez śniezyce i zaspy, i lute zawieje…
Przez wyblakłe, szpitalne korytarze stycznia
– W tych korytarzach światło gasło ustawicznie…

A teraz maj, dokoła maj wyświęca ogrody,
I cały ja, i cały ja zanurzony w Jordanie pogody!
A teraz maj i maj, i maj dokoła się święci,
Od wonnych bzów, szalonych bzów, aż w głowie się kręci…”

Zagadka dla młodszych (starsi wiedzą) – skąd to cytat? 🙂

U Puchatków bzy akurat nie rosną, ale przed domem zakwitła magnolia, na biało. Nareszcie.

Mruczanka Uspokajająca (?)

Ano znaleźli się. Pan Marek przybył dziś nawet przed czasem. I co się okazało? Rzeczywiście był wypadek.

Rzeczony Fachowiec Drugi, czyli pan Wojtek, co to w niedzielę imieniny był obchodził, jechał sobie na rowerze – chodnikiem, jak Pan Bóg przykazał, a kodeks drogowy nie pozwala – i z bocznej bramy wyjechał samochód. I pan Wojtek się był w ten samochód wtarabanił. Stracił przytomność, krew się polała, do szpitala go wzięli… Na szczęście okazało się, że nic poważnego (żadnych złamań, znaczy, tylko stłuczenia) – ale na kilka dni jest wyłączony z pracy wszelakiej. Także dlatego, że – jak zeznał pan Marek – (cytuję) „…gębę ma taką, jakby się nie z samochodem, tylko z buldożerem zderzył i nie może nawet z domu wyjść, bo by ludzie z wrzaskiem uciekali”.

A pan Marek spędził cały dzień z kolegą w szpitalu, zostawiwszy komórkę w domu. A teraz zasuwa w kuchni, aż furczy.

Dobrze, że nic więcej się nie stało.

Nawet M. jak usłyszała, o co chodzi, to zmiękła i (wbrew wczorajszym twardym zapowiedziom) zrobiła panu Markowi kawę. Rozpuszczalną.

A że Pan Wojtek się w rzeczony samochód wtarabanił zapewne dlatego, że poprzedniego dnia (…i nocy…) ostro balował i refleksu nie stało… To już, jak mawiał Kipling, Zupełnie Inna Historia.

Mruczanka Załamana Remontowo

No bo się załamać można na amen i kawałek dalej. Fachowcy (obaj) skończyli swoją robotę w sobotę po osiemnastej. To znaczy – skończyli pracować, bo do roboty to jeszcze jest sporo. A fachowcy zasuwali – trzeba im przyznać uczciwie – od rana do tej osiemnastej z groszami z jedną dwudziestominutową przerwą na „śniadanko” około pierwszej.

Pożegnali się grzecznie i powiedzieli (jak codziennie przed wyjściem), że będą w poniedziałek o wpół do dziewiątej.

No i… głupia sprawa. Nie przyszli. W OGÓLE. W dodatku dodzwonić się do nich nie dało za grosz.

Uczucia Puchatki mają mieszane. Niby wiadomo – wczoraj było Wojciecha, a Ten Drugi Fachowiec jest właśnie Wojciech. Więc Puchatek jest w stanie zrozumieć, że w niedzielę zapili, a w poniedziałek albo trzeźwieją, albo… poprawiają.

I gdyby to był kto inny – to by się Puchatek nawet nie zdziwił za bardzo (wiadomo, jak jest z fachowcami – to jest cena, którą się płaci za to, że się ma robotę wykonaną znacznie taniej, bez wynajmowania specjalnej firmy i tak dalej). Ale…

Ale problem polega na tym, że Ten Pierwszy Fachowiec, czyli pan Marek, dał się poznać jako gość poważny, odpowiedzialny, uczciwy i solidny. Jak coś powiedział – to zrobił. Jak powiedział, że robota będzie kosztowała pięćset – to wziął pięćset, chociaż mu zajęła cztery dni zamiast dwóch. Jak powiedział, że będzie o ósmej – to był o ósmej z dokładnością do dwóch minut. A jak się raz o pięć minut spóźnił, to następne pięć minut stracił na przepraszanie.

I tak było za każdym razem, kiedy coś u Puchatków robił. I nagle taki numer? I tak sobie Puchatek myśli – czy to rzeczywiście był szewski (…a raczej murarski…) poniedziałek (no, bo panowie w sobotę wychodząc uczciwie zapowiedzieli, że jutro imieninki, więc idą zabalować)? Ale wtedy chyba by pan Marek zadzownił.

Czy może – nie daj Boże – coś się stało złego?

No, jeśli się nie stało, to może się stać. Jutro. Jak się panowie rano zjawią, i jak będą mieli tego pecha, że się napatoczą na M. (która ma już serdecznie dosyć mieszkania w połowie domu bez kuchni), to Puchatek im współczuje szczerze.

Mruczanka Z Półuśmieszkiem

Puchatków odwiedził dziś Kłapouchy. Kłapouchy (uwaga, żeby potem nie było) jest rodzaju żeńskiego (TA Kłapouchy) i właśnie w czerwcu wychodzi za mąż. No i Kłapouchy z Narzeczonym Kłapouchego odwiedzili Puchatków.

No i trzeba przyznać, mieli pecha. Bo na parterze Chatki Puchatków remont totalny, a na piętrze dwa chore Potwory w stanie rozmazania i wycia totalnego.

Kłapouchy z Narzeczonym Kłapouchego posiedzieli u Puchatków dwie godzinki, ale nawet się specjalnie pogadać nie dało, bo Potwory wyły w zasadzie bez przerwy. Trzeba przyznać, że TAKIEGO koncertu nie dały od bardzo, baaardzo dawna.

Po wyjściu Gosci M. westchnęła ciężko i powiedziała:

– Wiesz co? Po takiej wizycie to ludziom chyba się odechciewa mieć dzieci…

A co, niech się uczą życia 😉

A co najśmieszniejsze – kwadrans po wyjściu gości Potworom przeszło wycie. Zaczęły się świetnie bawić i w ogóle (nie licząc suchotniczych kaszelków) były do rany przyłóż. Ot, złośliwe bestie… A przecież Ciocię Kłapouchego (skądiną Matkę Chrzestną Piłeczki) lubią oboje niezmiernie. Prawie Wujka też zawsze witały radośnie. Hi hi hi. 😉

Mruczanka Apokaliptyczna

Jak się nic nie dzieje, to się nic nie dzieje (jakże odkrywcze, nieprawdaż?). A jak się dzieje – to wszystko na raz.

Po pierwsze – Puchatek ma teraz (dokońca kwietnia mniej więcej) robotę koszmarną. Książka jest głupia, nudna (to oczywiście czysto subiektywne odczucia…) a w dodatku zawiera słownictwo, którego Puchatek nie tylko po angielsku, ale nawet po polsku nie prowadzi! Na przykład z dziedzniy szycia… Albo szydełkowania… Czy robienia na drutach… No, po prostu bomba. Czasu mało, tekstu dużo, szlag Puchatka trafia. Hej.

Po drugie – w chatce Puchatków jest remont. W zasadzie – kontynuacja remontu sprzed roku. Tak to jest – jak człowieka nie stać na to, żeby zrobić wszystko na raz, to robi po kawałku. Kuchnia… w zasadzie nie istnieje. I nie będzie istnieć jeszcze do poniedziałku (to wersja optymistyczna; pesymistycznej tu nie podam, bo mnie szlag trafi przy pisaniu).

Po trzecie – Pietruszka chory. Jakieś wirusowe paskudztwo, ze stanem zapalnym krtani. Niby nic – bez gorączki etc., ale za to z duszącym kaszelkiem i w ogóle niemiło. Psikacz do gardła, dwa inhalatorki, Eurespal, Zyrtec. Howgh.

Ratunkuuuu!!!!! Niech się ten kwiecień już skończy!!!

Mruczanka Semi-Kulinarna

Mattkapolka kapitalną historyjkę wrzuciła o tym, jak kupowała „bednarkę” w dużych ilościach (przeczytajcie!). A Puchatkowi się w związku z tem przypomniała podobna w klimacie, choć zupełnie nie dotycząca spraw technicznych, historyjka rodzinna.

Daleki kuzyn / stryjeczo-wujeczno-cioteczno-pociotek Osobistego Taty Puchatka miał żonę – nazwijmy ją Ciocia E. – kobietę cudowną, sympatyczną, inteligentną, mającą wszelako jedną wadę: otóż Ciocia E. nie umiała gotować. Kompletnie, zupełnie i dokumentnie. Nic, poza herbatą (a i to z trudem).

Problem był niewielki, jako że państwo ci mieszkali sobie w Paryżu, on był (bodajże) wziętym adwokatem, stać ich było na gosposię gotującą w dni powszednie – a od święta gotował sam pan domu, który zresztą lubił to i był w tym (podobno) świetny.

Pewnego dnia rzeczony kuzyn etc. pichcił właśnie jakiś Bardzo Specjalny Obiad, kiedy – o zgrozo – zabrakło mu liści laurowych (w Polsce zwanych potocznie bobkowymi). A liście owe były przyprawą do Bardzo Ważnego Obiadu absolutnie niezbędną…

Ponieważ rzeczony kuzyn etc. mie mógł sam wyjść z domu (…bo gary na ogniu i w ogóle), poprosił Ciocię E., żeby skoczyła do sklepu i rzeczone zielsko kupiła. No problem (przypominam, jesteśmy w Paryżu, jest połowa lat siedemdziesiątych). Ciocia E. wyszła z domu, przeszła dwie uliczki, znalzała sklep, w którym można było kupić wszelkie przyprawy i zioła. Przywitała się uprzejmie z panem sprzedawcą i poprosiła o rzeczone liście laurowe.

„Ile szanowna pani sobie zyczy?” zapytał grzecznie sprzedawca.

I tu się Ciocia E. zacukała, gdyż nie znając się na kuchni nie miała pojęcia, ile. Przypominam, lata siedemdziesiąte, o telefonach komórkowych jeszcze nikt nie słyszał.

Ale że Ciocia E. była osobą zdecydowaną, konkretną i stanowczą, uśmiechnęła się do pana sprzedawcy z miną Mistrza Kuchni i powiedziała głosem pewnym i jasnym:

„Dwa kilo poproszę”.

Pan sprzedawca wytrzeszczył oczy jak królik Bugs i – nie wierząc własnym uszom – zapytał, czy na pewno dwa kilo. Ciocia E. (która nie lubiła, jak się jej zdanie podawało w watpliwość) stanowczo potwierdziła.

Pan sprzedawca wyszedł na zaplecze. Po chwili wrócił z pomocnikiem i postawili na ladzie przed Ciocią E. OSIEM OGROMNYCH PAPIEROWYCH TOREB LIŚCI LAUROWYCH.

Kiedy Ciocia E. wróciła do domu (taksówką…), jej mąż dostał takiego ataku śmiechu, że dłuższą chwilę siedział na podłodze i nie mógł wstać. A kiedy już wstał, wyjął z jednej z ośmiu ogromnych toreb DWA LISTKI LAUROWE i wrzucił je do gara z jedzeniem.

Z tego, co wiem, to te liście wykorzystywano w tej rodzinie w kuchni jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych…

Mruczanka Science-Fiction

Jeśli chodzi o „science”, to konkretnie Puchatek ma na myśli medycynę. A dlaczego „fiction” – o tym niżej.

Udał się był Puchatek na badania. To znaczy nie naukowe badania, tylko badania Puchatka. Czyli nie był Puchatek badającym, jeno obiektem badań.

Badania odbyły się na intencję prawa jazdy. No, bo przecież nie można dać tak ważnego dokumentu byle komu! Osobnik z prawem jazdy zdrowy być musi, co by innych użytkowmników drogi czymś nie zaraził…

Zatem Puchatek udał się do Całkiem Prywatnej Przychodni X. Do rejestracji się zgłosił, siedemdziesiąt (!) PLN uiścił, w kolejeczce swoje odstał i wszedł.

Przyjęła Puchatka bardzo miła pani doktor T. I natychmiast zaczęła badania. I skończyła je jeszcze szybciej. Całe „badania” trwały de facto czterdzieści sekund (zegar wisiał na ścianie). Potem jescze trzy minuty trwał „wywiad”, w kolejne dwie – wypisywanie świstka. I po krzyku.

I dlatego Puchatejk pisze o „science-fiction”. Cała „science” sprowadziła się do badania wzroku (tablica na ścianie, proszę przeczytać dolny rządek lewym okiem, prawym, dziekuję).

Potem była już kompletna „fiction”. Pani doktor wypytywała Puchatka o kolejne Straszne Choroby i Regularnie Przyjmowane Leki, Puchatek konsekwentnie odpowiadał „nie” (zgodnie z prawdą akurat). I tyle.

I tak się Puchatek zastanawia – po co ta szopka? Czy tylko po to, żeby uprawniony lekarz mógł sobie dorobić? Przecież mógł Puchatek ukryć przed panią doktor WSZYSTKO. Mógł być na przykład ciężkim epileptykiem, albo – ja wiem – cukrzykiem regularnie zapadającym w krótkie drzemki spowodowane niedoborem cukru… „Miał pan kiedykolwiek ataki padaczki?” „Ależ skąd”. Dziękuję, następne pytanie. Przecież nikt tego nie sprawdza…

A szczyt „fiction” polegał na tym, że pani doktor nawet nie zajrzała w puchatkowe dokumenty. I to nie przez zapomnienie, bo Puchatek grzecznie zapytał, czy ma dowód wyciagnąć. Nie, dziękuję, nie trzeba.

Czyli na upartego Puchatek (będący skądinąd rzeczywiście osobnikiem zdrowym generalnie) mógłby (za drobną opłatą?…) pójść na takie badania za kogoś, kto – na przykład – ma poważną wadę wzroku. Powiedzieć, że nazywa się Kleofas Pipsztycki, podać pesel (nauczenie sie jedenastu cyfr na pamięć nie jest wielkim wysiłkiem), przejść etap „science” z tablicą do badania wzroku, podać poprawne odpowiedzi na pytania o Straszne Choroby – i dostać zaświadczenie (na nazwisko Kleofas Pipsztycki, rzecz prosta), że może ubiegać się o prawo jazdy (bezterminowe).

Nie, Puchatek tego nie zrobi, oczywiście. Nie tylko dlatego, że nie pozwoli mu na to Wrodzona Uczciwość. Także dlatego, że Puchatek trochę bałby się spotkać kiedyś na ruchliwej drodze z Kleofasem Pipsztyckim siedzącym za kierownicą w tych swoich szkłach kontaktowych na sto sześćdziesiąt dioptrii…

…ale technicznie – dałoby się zrobić. I jak Puchatek zna polskie realia – pewnie się robi na co dzień.

Mruczanka Na Trzecim Biegu (Na Razie)

Stało się. Puchatek robi prawo jazdy.

Dotąd jakoś się nigdy nie składało. Albo nie było pieniędzy, albo nie było czasu, albo nie było motywacji… I tak się Puchatek uchował jako jeden z ostatnich wśród znajomych. Trzydzieści sześć wiosen i bez prawa jazdy! No, skandal.

Ale to już przeszłość! Bo teraz Puchatek się szkoli. To znaczy – pan Jurek Puchatka szkoli. Ten sam pan Jurek, który kilka lat temu szkolił M. I wyszkolił skutecznie, bo M. zdała za pierwszym razem!

Pan Jurek repreezentuje typ „siła spokoju”. Jak trzeba, to za kierownicę złapie i skoryguje, ale zawsze na spokojnie, bez krzyków, wszystko tłumaczy, generalnie jest typem Nie-Do-Zdenerwowania. Ma pełne uprawnienia, odpowiedni samochód, a że na co dzień robi zupełnie co innego, więc wielu uczniów nie ma. Podjeżdża zatem pod chatkę Puchatka, zakłada na dach dużą literę „L” – i w drogę. Czyli można powiedzieć, że Puchatek ma Indywidualny Tok Nauczania, w dodatku z dostawą do domu. Hi hi hi.

Postępy są. Dotąd Puchatek odbył dwie jazdy. Samochodu nie rozbił, nikogo nie przejechał, a jechał już – ho ho! – całe 60 km/h! I to przez środek ruchliwej arterii w G., ze skrętem w lewo i przejazdem przez wiadukt! O!

*****

A tak mówić zupełnie serio, to… Czy ja wiem? Jakoś mnie to aż tak nie fascynuje. To znaczy – jasne, miłe to nawet, czemu nie, można jechać… Ale jakoś nie ma we mnie tej fascynacji, tej głębokiej chęci jeżdżenia, tego poczucia, że nareszcie, potrzeby szybkości…

A podobno każdy prawdziwy mężczyzna… I tak dalej… A ja siadam za kierownicą, uczę się, traktuję sprawę zadaniowo – ale w gruncie rzeczy wolałbym wsiąść na rower…