Mruczanka Wielkanocna Poniekąd

Pęd, zabieganie i wariactwo skończyły się akurat w porę, żebyśmy mogli spokojnie i bez pośpiechu przeżyć Triduum Paschalne. Wigilia Paschalna – u pobliskich sióstr zakonnych – była akurat w sam raz dla ludzi z dziećmi: niewielka, ogrzewana kaplica, ludzi na tyle dużo, że można było zobaczyć Kościół w pęłnym wymiarze, a na tyle mało, że każdy miał gdzie usiąść (co dla M. jest obecnie dosyć istotne…).

A w dodatku wszystko – choć bez fejerwerków – było jak należy. Wigilia Paschalna zaczęła się po zmroku, ognisko było jak trzeba, znaki były na tyle czytelne, że nawet czteroletnia Piłeczka – po odpowiednim wprowadzeniu – nie miała wątpliwości, co oznaczają (na poziomie czterolatki, rzecz prosta).

Tak, jak pisała Włóczkoholiczka – jest coś niepowtarzalnego w znaku ognia pojedynczej świeci rozpraszającego ciemność. Znak stary jak świat, czytelny dla każdego i przypominający, o co w tym wszystkim chodzi…

***

W Niedzielę Wielkanocną – Tour de Varsovie. Jeden dziadek, drugi dziadek. U jednego śniadanie, u drugiego – dla odmiany – śniadanie i obiad, i tort (bo urodziny).

Niestety, Tour miał swoje wady: Piłeczka, od kilku dni kaszląca, ostatecznie przegrała walkę z paskudą, dostałą gorączki i padu płaskiego. Nie chcąc jechać na NPL, gdzie zwykle pediatry nie uświadczysz, pojechały Puchatki od Drugiego Dziadka do chrzestnej mamy Pietruszki, która jest pediatrą właśnie. Ano – zapalenie oskrzeli.

No i siedzimy dziś wszyscy w domu, Piłeczka z płonącymi oskrzelami, od których cała reszta Piłeczki też osiąga temperatury wysoce dodatnie…

Ooooo, Kocia Twarz, jaj ja nie znoszę, jak oni są chorzy… 😦

 

Mruczanka Ekstremalna

Wczoraj wieczorem Puchatki zafundowały sobie sporty ekstremalne. Wsiadły mianowicie Puchatki w samochód i udały się były do Pewnej Wioski, oddalonej o jakieś piętnaście kilometrów od miasta G. W rzeczonej wiosce pracuje od września pewien Znajomy Ksiądz, do którego Puchatki miały sprawę.

Piętnaście kilometrów to niedużo. Problem polegał na tym, że właśnie wczoraj wieczorem Pani Zima przypomniała sobie, że nie była jeszcze w tych okolicach. W tym roku, znaczy.

Puchatki były umówione na wpół do siódmej. Zadecydowały zatem, że jak wyjadą kwadrans po szóstej, to wystarczy w zupełności.

Akurat. Śnieg walił tak, że nie było widać gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze. Ślisko było jak jasna, nagła, niespodziewana cholera. Jazda z prędkością powyżej czterdziestu kilometrów na godzinę oznaczała samobójstwo. Zbiorowe.

A poboczami jeździli rowerzyści. Trzy czwarte z nich nie miało – oczywiście – ŻADNYCH świateł, nawet odblasków. Trzy czwarte z tych trzech czwartych wyraźnie uznawało, że czarny strój to najlepsza możliwa opcja do jechania bez rzeczonych świateł poboczem drogi przy niemal zerowej widoczności.

O tym, że połowa z nich była w stanie wymuszającym jazdę zygzakiem – już nawet nie wspominam, bo to norma.

Puchatki jechały czterdzieści na godzinę – i tylko to uratowało życie kilku z tych potencjalnych samobójców. A, i jeszcze to że akurat nic nie jechało z przeciwka i było gdzie „uciec”.

Ale tak sobie Puchatek pomyślał, że jakby nie jechał Peugeocikiem, tylko – dajmy na to – tirem, to w śnieżycy mógłby nawet nie zauważyć, że mu coś chrupnęło pod podwoziem.

MORAŁ:

Jeżdżenie nieoświetlonym rowerem jest niebezpieczne. Jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku to już głupota. Ale jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku w śnieżnej zadymce przy widoczności poniżej dziesięciu metrów – to już warte nominacji do Nagrody Darwina.

Na szczęście kiedyśmy wracali, pogoda się poprawiła a rowerzyści (chyba…) już spali. I tak udało mi się nikogo nie zabić…

Mrucznka (Przed)Wiosenna

Zimy w tym roku w zasadzie nie było. A teraz – dla odmiany, rzecz prosta – wiosna idzie, idzie i przyjść nie może. Miało być ciepło, miał być rower, a tu Kocia Twarz – za oknem plucha, na ulicy błoto, malamuty ciągną do domu, zamiast szaleć w ogródku…

***

„Zatory finansowe” (już kiedyś o nich Puchatek pisał) to zjawisko nieziemsko irytujące. Gdyby Puchatkowi spłynęły wszystkie pieniądze, które już zarobił (i podpisał, i podstemplował…) to by miał na koncie lekko licząc jakieś dwanaście tysięcy. A ma… debet. Nieduży, ale ma. I rachunki do zapłacenia w sumie na półtora tysiąca. Kocia Twarz.

No i powiedzcie, jak to jest: Duże Amerykańskie Wydawnictwo, która całą europejską księgowość ma w Holandii (co zmusza je do wysyłania każdego rachunku do akceptacji tamże) płaci zawsze w ciągu dwóch tygodni. No dobra, jak się akurat trafią święta albo długi weekend, to zdarza się (raz na ruski rok), że pieniądze wpływają po trzech tygodniach od podpisania faktury.

A Bardzo Duże I Niezmiernie Nobliwe Polskie Wydawnictwo, która całą siedzibę (księgowość także) ma w Warszawie (i to w centrum), już w umowie zapisuje, że płatność nastąpi w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni od wystawienia faktury.

No i niech mi ktoś, do licha, wytłumaczy dlaczego? Dlaczego podpisanie papierka i przelew zajmuje czterdzieści dni?

***

No i w ogóle. Kocia Twarz.

 

Mruczanka Różnościowa

 

W piątek (wreszcie! Po trzech tygodniach!) odebrał Puchatek Peugeocika z warsztatu. Okazało się, że cała stłuczka – choć autko wyglądało po niej lekko szyicko – w zasadzie nie wyrządziła mu większej szkody. Same „blachy” (wymieniony błotnik, zderzak i atrapa), reflektory – a z „poważniejszych” spraw silnikowych – tylko wymiana chłodnicy. Reszta – nietknięta.

 

A przy okazji Puchatek doświadczył, co to znaczy autoryzowana stacja obsługi Peugeota „zaaprobowana” przez ubezpieczyciela. Przyjechał Puchatek o umówionej godzinie, a miły pan zaproponował Puchatkowi kawę (gęsto się tłumacząc, że bez mleczka, bo się akurat skończyło…). Po czym wyjasnił, że trzeba jeszcze kwadrans poczekać, bo pracownicy właśnie Peugeocika kończą… suszyć.

 

– Suszyć? – zdziwił się był Puchatek.

– Suszyć – potwierdził miły pan. – No,  wie pan, jak się wymyło, to trzeba dobrze wysuszyć, bo jednak jeszcze jest dosyć chłodno…

 

No, ba.

 

Po rzeczonym kwadransie  Peugeocik stał przed drzwiami, i Puchatka z lekka zatkało. Samochód wyglądał jak nowy. Nie chodzi Puchatkowi o to, że go naprawili – bo w końcu po to do nich trafił. Ale panowie – „gratis, w ramach dobrej współpracy z klientem” zrobili także kilkanaście drobnych rzeczy, których robić nie musieli, bo nie były skutkiem stłuczki. Zniknęły gdzieć dwa zarysowania, z którymi Puchatek Peugeocika kupił. Zniknęła wgniotka (minimalna, co prawda), którą osobiście był zrobił zjeżdząjąc do garażu. Pan dodał od niechcenia, że wymienili też przewód od klimatyzacji, „…bo już był trochę sparciały i dłużej niż pół roku by nie wytrzymał, a przecież lato idzie”.

 

A w dodatku – i to już Puchatka po prostu rozłożyło – samochód był nie tylko umyty i (wtraźnie) nawoskowany (!), ale wyczyszczony na błysk także w środku, łączniE z BARDZO DOKŁĄDNYM wyczyszczeniem tapicerki i podłóg.

 

Ha, taki serwis to ja rozumiem! I to wszystko na koszt ubezpieczyciela.

 

Teraz tylko trzeba będzie wziąć coś na serce zanim się usłyszy, o ile Puchatkowi podnieśli składkę.

 

Ale to dopiero w Październiku. A teraz jest wiosna, więc nie będzie Puchatek o tym na razie myślał. Howgh.

🙂

A zatem: jakby ktoś potrzebował NAPRAWDĘ SOLIDNEGO autoryzowanego warsztatu Peugeota w okolicach Warszawy – niech się do Puchatka odezwie. 😉

 

Mruczanka Stuknięta Psia Krew

Wyjeżdżał Puchatek z podporządkowanej. Skręcał był w lewo. Stanął, jak Pan Bóg przykazał. Popatrzył w prawo – pusto. Popatrzył w lewo – jedzie zielony Golf i miga prawym migaczem, że skręcać będzie w tę ulicę, z której Puchatek wyjeżdża.

No, jak on skręca, to Puchatek rusza.

BUUUUUM.

Cholera, nie skręcił.

Kierowca (nota bene – znajomy, jak się okazało) przysięgał, że kierunkowskazu nie wrzucał. Puchatek kierunkowskaz widział – ale odpuścił. I tak nie udowodni, a choćby udowodnił – to i tak z punktu widzenia kodeksu drogowego jest Puchatka wina. Bo z podporządkowanej, bo zasada ograniczonego zaufania, bo teoretycznie nie powinien Puchatek ruszać, aż tamten zacznie skręcać…

Prawy błotnik, zderzak, atrapa, oba reflektory, chłodnica, etc.

I już Puchatek nie ma wątpliwości, że postąpił słusznie wykupując pełne auto-casco i assistance. Bo tak – cała naprawa na koszt ubezpieczyciela. Tyle, ze Puchatkowi składkę podniosą – ale zważyszy, że ubezpieczenie ma do października, to obecnie najmniejsze zmartwienie.

A, Puchatek cały. Tylko wkurzony. Trochę.

Żesz, by to szlag.

Ot, co.

Mruczanka z Dzikiego (…) Zachodu

Pietruszka, wychodząc z wanny, skarżył się wczoraj, że coś go swędzi. Po łapce się drapał. Oględziny rzeczonej łapki (i reszty Szanownego Prawie Sześciolatka) nic wszakże nie wykazały. Ano cóż – swędzi, trudno. Może go co użarło?

***

Minęły trzy godziny. Puchatek z M. szykowali się już do spania, ale jeszcze o czymś zawzięcie dyskutowali. Nagle z sypialni Potworów dały się słyszeć charakterystyczne odgłody: BUM – SZUR – PAC – TUPTUPTUPTUP…

I po chwili zbliżającego się tuptupania w drzwiach sypialni pojawił się nieduży, acz mocno zaspany człowiek.

Wzrostem przypominał Pietruszkę. Fryzurą rozwichrzoną – takoż. Nawet piżamkę miał zdecydowanie pietruszkową. Tylko jeden szczegół sie nie zgadzał.

Otóż nieduży człowiek w pietruszkowej piżamie był C Z E R W O N Y. Czerwony jak wódz Apaczów po prostu.

Czerwony pysio. Czerwone łapy. Czerwone nogi. Czerwona szyja. Po podciagnięciu i opuszczeniu stosownych części ubioru okazało się, że za to brzuch i pupa też. Czerwone.

***

Szybki telefon do pietruszkowej Chrzestnej Mamy, lekarza pediatry zresztą. Jakieś pytania z gatunku „…a czy to jest bardziej czerwone, czy bardziej takie różowe?…”. I decyzja, że jednak trzeba do lekarza, bo kto wie, jak to się rozwinie…

Do lekarza. Ha, o północy do lekarza… Na szczęście w szpitalu w G. jest bardzo sprawna nocna pomoc lekarska.

Pani Doktor – siwa, sympatyczna starsza pani – zareagowała bardzo spokojnie. Obejrzała, westchnęła i zapytała:

– Czy ten młody indianin jadł dziś mandarynki?

Jako żywo, jadł. Ale przecież jadał już wielokrotnie i jeszcze nigdy…

– Tak bywa – oznajmiła Pani Doktor spokojnie. – Może trafił na jakąś bardziej pryskaną… – Po czym zwróciła się do pielęgniarki: – Pani Aniu, 30 miligramów Czegoś-Tam-Takiego proszę. Domięśniowo.

Pani pielęgniarka strzykawkę wyciagnęła, rzeczonego specyfiku w nią nabrała, Pietruszka dostał szprycę w pupsko.

– Ale dzielny facet, nawet nie drgnął! – powiedziała z uznaniem Pani Doktor.

– No ba! – skomentował Puchatek. Z dumą 🙂

A Pietruszka po zejściu z kolan odwrócił się i z tym swoim szczerbatym uśmiechem (górne jedynki przeszły na własność Wróżki Zębuszki) powiedział do Puchatka:

– Ale powiesz mamie, że byłem dzielny?

***

Pół godziny później byliśmy już w domu. Do rana po indiańskiej karnacji zostało tylko niewielkie kółko na pupie i jeszcze mniejsze na prawej nodze.

A dziś rano do przychodni, do naszej Stałej Pani Doktor.

Diagnoza: pokrzywka. Terapia: zyrtec, wapno. I nie przejmować się.

A, i „może się powtórzyć”.

Baaardzo pocieszające 🙂

Mruczanka Karnawałowa

A w przedszkolu był wielki bal… O, jaki wielki… I to w sam Tłusty Czwartek! Były pączki, ciastka i piętnaścioro poprzebieranych dzieciaków. Łomattko 🙂

Swoją drogą – ewolucja przebrań daje do myślenia. Jeszcze w ubiegłym roku Pietruszka stanowczo zażądał, żeby go przebrać za renifera (i tak też się stało). Piłeczka natomiast była biedronką. Przeznakomitą biedronką – siedmiokropką.

W tym roku Pietruszka przebrany był za kosmonatutę.

A Piłeczka – oczywiście – za królewnę.

W pewnym wieku dziewczynki po prostu MUSZĄ być królewnami, księżniczkami i wróżkami. Nawet Piłeczkowa Koleżanka, która zawsze, na wszelkich przebieranych kinderbalach występowała jako kot, w tym roku była wróżką w różowej (a jakże) sukience. Ha, taki wiek widocznie.

Poniżej: królewna Piłeczka i kosmonauta Pietruszka. Bez komentarza 🙂

Mruczanka ze Światełkiem w Tunelu

Ano, jest światełko. Co prawda jeszcze za daleko, aby stwierdzić z większą dozą pewności, czy to wyjście, czy nadjeżdżajacy z przeciwka pociąg…

Pamiętacie sprawę mieszkania mojego Osobistego Teścia i całą aferę powstałą na skutek mojej osobistej głupoty i niewielkiego (zdawałoby się) zaniedbania? (Jak nie pamiętacie – jest TUTAJ).

Przez długi czas – przez ponad pół roku! – sprawy szły fatalnie. Każda kolejna widomość w tej sprawie była gorsz od poprzedniej. Na każdym kolejnym „rozjeździe” sprawy szły w najgorszą możliwą stronę.

No i wreszcie coś się zaczęło zmieniać. Na początku stycznia udało się uzyskać zgodę sądu na rozważenie kwestii „przywrócenia terminu”.

Tu wyjaśnienie dla nie-prawników: ponieważ wyrok został wydane zaocznie, a Osobistego Teścia w Polsce nie było (…i nawet o tym nie wiedział…) to – rzecz prosta – nie dało się skorzystać z ustawowego terminu złożenia odwołania. A jak termin odwołania minął – to umarł w butach, wyrok jest prawomocny i z głowy.

Jedyna szansa – to tak zwane „przywrócenie terminu”. Oznacza to ze sąd uznaje, że osoba zainteresowana przeoczyła termin odwołania z jakichś obiektywnych, niezależnych od niej  przyczyn. I „przywraca” ten termin.

Tyle, że to się bardzo rzadko udaje.

Wczoraj (w poniedziałek) odbyła się rozprawa w sprawie przywrócenia terminu. Jeszcze dzień przed nasza pani prawniczka – poproszona żeby szczerze oceniła szanse – powiedziała ostrożnie, że „50 na 50”. Poczym dodała: „Najwyżej”.

Wytłumaczyła też, że sprawa wygląda tak: z punktu widzenia czysto formalnego nie ma żadnych wskazań. Nie ma też formalnych przeszkód. Czyli – wszystko zależy od sędziego i jego podejścia.

Jeśli zdarzy się sędzia – formalista i sztywniak, może podejść do sprawy na zasadzie: „Nie mam żadnych formalnych podstaw, żeby zgodzić się na przywrócenie terminu”.

Jeśli natomiast zdarzy się sędzie „normalny”, który będzie skłonny zobaczyć „ludzką stronę” całej historii, to równie dobrze może zaprezentować podejście:””Nie mam żadnych formalnych podstaw, żeby N I E zgodzić się na przywrócenie terminu”.

No i wreszcie, po pół roku – jako rzekłem – światełko. Bo zdarzył się „ludzki” sędzia. Sąd wyraził zgodę na przywrócenie terminu, rozprawa odwoławcza będzie pod koniec kwietnia.

Nasza pani prawniczka (brawa dla tej pani!!!) mówi ostrożnie, że to oczywiście jeszcze nic nie znaczy, że zobaczymy, co w kwietniu…

…ale sama dodaje (a w jej głosie brzmi optymizm), że to duży krok na przód i że teraz będzie łatwiej.

A Puchatek wie swoje. Bo Puchatek wie, ilu Dobrych Ludzi modliło się wczoraj w intencji tej rozprawy.

***

Wygląda na to, że ten paskudny ubiegły rok rzeczywiście odszedł na dobre. Że wreszcie sprawy idą tak, jak iść powinny.

***

A swoją drogą – rozprawa była wczoraj o pierwszej. Pięć po wpół do drugiej zadzownił Osobisty Teść i oznajmił grobowym głosem, że się nie udało. Puchatek mało nie dostał zawału, M. się popłakała. A ten na to zaczął się śmiać – i powiedział, że sobie żartuje i w ogóle. No, niech go drzwi ścisną z takim poczuciem humoru. Ale trzeba przyznać, że ma zdolności aktorskie. 🙂