Mruczanka po Nerwowym Dniu

Tak, po prostu bywają takie dni. Jak się nic nie dzieje – to nic, a jak się dzieje – to wszystko na raz. Wiadomo.

Wczoraj był właśnie dzień z tej drugiej kategorii.

A zaczął się tak spokojnie… Piłka na wakacjach, M. w domu z chłopakami coś tam robi, Puchatek pracuje (rzecz prosta).

Dzwonek do furtki. Pan z gazowni. Że na chwilę gaz wyłączali (remontują gazociąg…), więc żeby sprawdzić, czy już leci. Leci, leci – kuchenka po odpaleniu działa.

Ale kilka minut później okazuje się, że piec nie działa. Ni du du. Na piecu (w piwnicy) pali się pomarańczowa lampka która zgodnie z instrukcją oznacza „awarię palnika”.

Co robić? Instrukcja mówi: zresetować. Po szóstej próbie zresetowania Puchatek sobie odpuścił i zadzownił po fachowca. Musiał się długo napraszać, żeby fachowiec przyjechał OD RAZU, a nie „w środę” (trzy dni latem z dwójką Potworów bez ciepłej wody – marzenie każdego rodzica, prawda?). Stanęło na wersji „za godzinę”.

Tymczasem już za pół godziny okazało się, że siódma próba zresetowania pieca pomogła i piec normalnie odpalił. Zadzwonił więc Puchatek do fachowca, przesunął jednak na środę (żeby mimo wszystko zajrzał). I dobrze zrobił, bo właśnie kiedy rozmawiał z góry rozległo się głośne „ŁUP”, a potem niemniej głośny ryk Pucka, który właśnie bawił się był z dwójka koleżeństwa w podobnym wieku (dzieci znajomych wpadły z wizytą).

Samym rykiem Puchatek się aż tak nie przejął (wiadomo, dziecię czasem się w coś walnie, a zgodnie z filozofią ś.p. puchatkowego dziadka „…jak krzyczy, znaczy że żyje”). Ale w chwilę później przez wrzask Pucka przebił się głos M., wołający Puchatka, żeby SZYBKO TU PRZYSZEDŁ.

Puchatkowa żona do przesadnych panikarek nie należy, ale tym razem głos sugerował że COŚ SIĘ STAŁO.

Ano stało – Pucek raczył był wleźć na górę piętrowego łóżka (gdzie sypia jego starszy brat) i się z tej góry zwalić. I po drodze przywalić łepetyną w jakiś kancik.

Rozcięcie nie było może szczególnie imponujące (oj tam, jakieś trzy centymetry – cóż to jest w porównaniu z tym, co potrafiła Piłeczka…) – natomiast ilość lejącej się krwi jednak poniekąd imponowała.

Szpital. Izba przyjęć. Oględziny, wywiad… Szycie? A nie, szycie nie – bo „u nas nie ma chirurga dziecięcego, trzeba jechać do Warszawy”. Bo chirurgom ze Szpitalnego Oddziały Ratukowego (poza sytuacjami zagrożenia życia bodajże) nie wolno takich rzeczy robić. W tłumaczeniu na polski znaczy to zapewne, że nie mają podpisanego stosownego kontraktu z NFZ i nikt szpitalowi za taką procedurę nie zapłaci.

Co robić? Chirurg na SOR zalożył tylko prowizoryczny opatrunek. Ale jak to – z krwawiącym trzylatkiem z rozciętą głową do Warszawy? Samochodem, pociągiem? – Ależ nie – oburzył się pan doktor. – Oczywiście że nie. Zawieziemy państwa KARETKĄ.

I M. z Puckiem pojechali do Warszawy KARETKĄ, a Puchatek za nimi, samochodem, żeby było jak wrócić.

Cała proceudra w szpitalu na Działdowskiej – papierologia, ocena, dezynfekcja, trzy szwy, opatrunek, wypis – zajęła łącznie jakieś 20 minut plus kwadrans czekania w kolejce. I tylko po to wysłano KARETKĘ z kierowcą i ratownikiem medycznym, która do warszawy jechała ponad godzinę (korki, godziny szczytu), a potem przecież musiała jeszcze wrócić.

Czy ktoś mi wmówi, że w mieście G (30 tysięcy mieszkańców, cały powiat – bodaj ponad 50 tysięcy) takie przypadki zdarzają się na tyle rzadko, że bardziej opłaca się za każdym razem wysyłać KARETKĘ, niż zatrudnić na miejscu chirurgów dziecięcych? Co to za idiotyzm, słowo daję?

Nie chiałbym być źle zrozumiany: zdaję sobie sprawę, ża takie drobiazgi jak ryczące, zakrwawione dziecko wiezione do Warszawy w godzinach szczytu (przy obecnych korkach ponad godzinę w jedną stronę) nikogo nie wzruszy ani w NFZ, ani w dyrekcji szpitala. Rozumiem także, że fakt iż rodzice „przy okazji” tracą pół dnia także nie jest argumentem dla nikogo. Ale czy PIENIĄDZE też nie są?

Bo podobno pieniędzy nie ma na służbę zdrowia… A są na to, żeby bez sensu wozić karetką na zabieg, który przecież bez kłopotu wykonałby każdy chirurg…

O tym, że skancerowany Pucek rzecz prosta nie dał się położyć w karetce na leżance, tylko jechał u mamy na kolanach, bo w karetce rzecz prosta NIE BYŁO fotelika dla dziecka – to już nawet szkoda gadać. Kto by się tam bezpieczeństwem przejmował, jak trzeba się spieszyć?… A policja przecież karetki do kontroli nie zatrzyma.

***

Tak czy owak – Pucek wrócił do domu z pocerowaną czaszką i opatrunkiem. Bardzo był dzielny, tylko w czasie szycia trochę się spłakał.

***

A jak już wszyscy byli w domu, a Pucek zmeczony przeżyciami spał, to Pietruszka wylał sobie na nogę garnek z wrzątkiem. Na szczęście wrzątek „już trochę wystygł” (gotował się dziesięć minut wcześniej), a błyskawiczna Akcja Zdzierania Spodni i Skarpetek sprawiła, że tym razem wizyta w szpitalu nie była konieczna – wystarczyła zimna woda. A mówił tata, że się w kuchni piłki nie podrzuca? A mówił.

*** 

A wieczorem (tak już na deser) Puchatek dowiedzał się, że jego znajoma (czy raczej – znajoma puchatkowego ojca, ale bardzo przez Puchatka lubiana) mieszkająca w Paryżu, złamała sobie staw biodrowy. Pani ma 91 lat i nie wygląda to dobrze.

No i? Co dalej?

*** 

Dalej było dziś, kiedy Puchatek miał odwozić M. z chłopakami tam, gdzie już jest Piłeczka – i na godzinę przed wyjazdem Opelek odmówił posłuszeństwa. Pan mechanik przez telefon po opisie westchnął, że chyba rozrząd poszedł (a konto bankowe Puchatków zawyło z przerażenia). Na szczęście okazało się, że nie – jakieś głupstwo, którego usunięcie zajęło minutę. Kabelek czy co – już mi się nawet, powiem szczerze, pytać o szczegóły nie chciało. Grunt, że Opelek zadziałał i działa znakomicie.

No i zawiózł Puchatek resztę rodziny na wakacje, a sam wrócił w celach pracowniczych. I jest Puchatek Słomianym Wdowcem Bezdzietnym.

Pozostaje mieć nadzieje, że kolejny Tego Typu Dzień nastąpi nie wcześniej, niż za pół roku.

Ot, co.

(Przed?) Wakacyjnie

Uff.

Koniec roku szkolnego chyba specjalnie jest tak naładowany wydarzeniami, żeby nadejście wakacji cieszyło jeszcze bardziej…

Zakończenie roku w szkole zwykłej, zakończenie roku w szkole muzycznej, do tego jeszcze zakonczenie roku w przedszkolu M.

Wszystko to naprawdę bardzo miłe… W szkole – potwory z jakimiś nagrodami, wyróżnieniami i czym tam jeszcze. W muzycznej – tak samo, piątki, nagrody za konkursy i tak dalej. W przedszkolu – przedstawienie na koniec roku, rodzice wzruszeni jak stare sienniki, M. dostała trzy pudełka czekoladek i pięć kilo kwiatków (jakby nie można było odwotnie, Kocia Twarz!).

No i – wakacje. Again.

To znaczy: Potwory mają wakacje. M. ma wakacje (choć coś tam jeszcze robi, kończy i poprawia w przedszkolu). Ale Puchatek bynajmniej wakacji jeszcze nie ma…

***

Piłka wyjechała dziś na dziesięciodniowy obóz ze szkoły muzycznej, z panią od fletu. M. z pozostałymi powtorami dołączy do niej już w poniedziałek, co nie zmienia faktu że Piłka na „dzisiaj, jutro, pojutrze i popojutrze” (cytując klasyków) pojechała SAMA. No dobra, nie sama oczywiście – jest ukochana pani od fletu, jest kilka ulubionych koleżanek – ale jednak BEZ RODZICÓW. Była pełna entuzjazmu. Zobaczymy tylko, czy entuzjazm nie skończy się wieczorem, jak trzeba będzie pójść spać bez przedsennego przytulenia w wykonaniu mamy i taty. We’ll see. 😉

***

W poniedziałek, jako rzekłem, M. z pozostałymi Potworami dojeżdża do Piłki. Puchatek zostaje w domu i swoje robi, bo ktoś musi na ten obóz zarobić, prawda?

Po powrocie z obozu (za 10 dni) Puchatek wyjeżdża na trzy dni z Pietruszką w Tatry. To jest pietruszkowy prezent na Pierwszą Komunię – męska wyprawa z tatą. Plany – wejść powyżej 2 tysięcy metrów (na Kopę Kondracką konkrenie). Się zobaczy.

***

A potem Puchatki ruszają na Wyprawę. Najpierw do rodziny M. na Dolny Śląsk, stamtąd – do Niemiec (prawie pod francuską granicę) odwiedzić znajomych. A od znajomych – do Francji. Gdzie? To się zobaczy. Masyw Centralny? Wogezy? Szampania i Owernia? Może kawałek dalej? Wszystko będzie zależało od wytrzymałości Potworów na podróżowanie. I na mieszkanie w namiocie…

Witaj, przygodo. 😉

***

Jeszcze z kronikarskiego obowiązku: Pucek skończył trzy latka. A Puchatki miały dwunastą (!) rocznicę ślubu.

Dwanaście lat pod jednym dachem z Puchatkiem – już za samo to M. powinna mieć wolną kartę wstępu do Nieba z opcja czerwonego dywanu. Jak męczennicy… 

Mruczanka Powycieczkowo-Przedwakacyjna

Puchatek uniżenie przepasza, ale ostatnio pisać nie ma: a. siły, b. czasu oraz c. ochoty specjalnej. Nie, w zasadzie nic poważnego – ot, taki przedwakacyjny kryzys powoli narastający (jak pieczarki na… wiadomo czym) na nadmiarze pracy i zmęczenia przy jednoczesnym niedomiarze czasu i pieniędzy.

Pyszczak – zwany ostatnio głównie Puckiem – skończył był trzy lata. Tort był, goście byli i w ogóle impreza na całego.

Pucek to dziecię niezwykłe – zdecydowaniem i siłą przebicia mógłby obdzielić batalion radzieckich czołgów, a wrodzoną delikatnością i subtelnością także przypomina pojazd pancerny. A w dodatku – jak to trzecie dziecko – doskonale wie, że jest najmłodszy i że jest zabawny, więc uwielbia się wygłupiać w taki sposób, o jakim starsze potwory w tym wieku nawet nie myślały. Jakbyście zobaczyli takiego trzyletniego clowna… Uff.

***

A wczoraj Puchatki pojechały były do Puław. Bo w Puławach (Puchatek kiedyś o tym był pisał) mieszkali od wojny puchatkowi dziadkowie po kądzieli – i nadal tam w zasadzie mieszkają, tyle że z mieszkanka na pierwszym piętrze przeprowadzili się (najpierw dziadek, a dziewięć lat później także babcia) na drugą strone ulicy Piaskowej, na piękny, parkowy cmentarz.

A że Potwory nigdy jeszcze w Puławach nie były, to wybrały się Puchatki na rodzinną wyprawę. Najpierw na rzeczony cmentarz, potem na mszę do kościoła w którym Puchatek był ochrzczony, potem do fantastycznego parku Czartoryskich, a potem – w ramach obiadu – na rodzinną pizzę. Puchatek zamówił dwie pizze (bądź co bądź na pięć osób!) – ale nie wziął pod uwagę faktu, że te pizze są NAPRAWDĘ duże… Skończyło się na tym, że dwie połówki pojechały w pudełkach z Puchatkami w drogę, dzięki czemu dziś nie trzeba było gotować obiadu.

Z Puław pojechaliśmy jeszcze do Kazimierza (na zwiedzanie i lody…) i wpół do dziesiątej wieczorem byliśmy z powrotem w G.

***

A poza tym… Jak w poprzednim wpisie. „Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz – będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę… Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze – może orzeźwi cię, ale do nikąd dojść nie pomoże.”

Tak się właśnie czuję. Pewnie mi przejdzie. Kiedyś.

Mruczanka Z Wywiadówki

W Dniu Matki zostały Puchatki zaproszone do szkoły Potworów na „uroczyste przedstawienie” wystawiane z tej okazji przez klasę Piłki. Przedstawienie urocze, coś jeszcze o nim napiszę – ale tu nie o tym.

Po przedstawieniu (które trwało jakiś kwadrans) dzieci poszły jeszcze na boisko, a pani wychowawczyni klasy wykorzystała okazję, żeby zrobić mini-wywiadówkę. Bo się koniec roku zbliża, wiadomo.

No i wyczytywała, które dzieci maja najlepsze „wyniki w nauce” i będą miały jakieś nagrody (dzieci z problemami oczywiście nie wyczytywała).

We wszystkich „rankingach” na pierwszym miejscu powtarzało się to samo dziecko. Zgadnijcie, które.

Ale najlepsze przyszło na końcu. Pani wychowawczyni przeczytała wyniki testu szybkości czytania (oczywiście też tylko te z górnej piątki). To taki test robiony dzieciom standardowo, co roku: dzieciak dostaje do czytania tekst, którego nie zna a nauczycielka mierzy szybkość – ile słów na minutę delikwent czyta. A potem są tabele odnoszące to do standardów…

No i słyszymy:

– Jaś Kowalski – bardzo dobrze, 70 słów na minutę, jakby był już w drugiej klasie… Adaś Malinowski, nawet 75 słów na minutę, to w zasadzie początek trzeciej klasy… Asia Nowak, 40 słów na minutę, norma dla końcówki pierwszej klasy… Aha, no i oczywiście Piłka Puchatkówna – tu pani wychowawczyni popatrzyła na Puchatków znad okularów z porozumiewawczym uśmiechem. – No, co ja mogę powiedzieć, 107 słów na minutę. To jest w zasadzie poziom połowy szóstej klasy…

– Słuchaj, a ty byłaś kiedyś prymuską? – zapytał Puchatek małżonkę po wyjściu ze szkoły. – Bo ja nigdy!

– A ja kiedyś byłam – rozpromieniła się M.

– No to wszystko jasne – westchnął Puchatek ciężko. – To jednak twoje geny

Jestem tatą prymuski. Ale obciach! 😉 

Mruczanka Pokomunijna

Krótko. Komunia się odbyła. Było… Jak by to najlepiej ująć? Spokojnie było. Dzieci były dobrze przygotowane (chwała księdzu wikariuszowi i siostrze która je przygotowywała!). Stroje były jednakowe (choć… ale o tym niżej). Pieśni były dobrze dobrane. Wszystko odbyło się jak trzeba. Nawet ilość Upiorych Wierszyków była ograniczona do minimum (o zjawisku Upiornych Wierszyków pisałem TUTAJ).

A po komunii pojechaliśmy do domu, byli goście w liczbie rozsądnej i różne dobre rzeczy (w ilości nierozsądnej, dzięki czemu jeszcze przez kolejne trzy dni nie musimy obiadów gotować, a ciasta mamy tyle że jakby przyszedł batalion głodnych żołnierzy, to by się nieźle zasłodził).

***

Jeszcze miało być o strojach…

Od początku (od września ubiegłego roku) było wiadomo, że dzieci idą do komunii w jednakowych strojach (i chwała Bogu). Chłopcy w ministranckich komżach, dziewczynki w takich dłuższych albach. Jeśli ktoś koniecznie chciał swoje dziecko jakoś wyróżnić, mógł dać dziewczynce białe rękawiczki (połowa miała) albo wianek czy stroik (większość). No i dobrze – przynajmniej rewii mody nie było.

Są jednak rodzice, którzy po prostu muszą (inaczej się uduszą). Tak więc jedna z małych komunistek na tej standardowej białej albie miała przepięknościowe bolerko z jakiejś błyszczącej, białej włóczki (nie wiem – wielbłądzia wełna? Kaszmir? Bo zwykła wełna to na pewno nie była…). Ale że to wszystko i tak białe, to – siłą rzeczy – nie rzucało się w oczy. No i to wyraźnie był problem, bo przecież właśnie o to chodzi, żeby się rzucało w oczy, prawda?

Co zatem mogą zrobić nieszczęśni rodzice, skoro stroje jednakowe? Jak podkreślić wyjątkowość i szczególność dziecięcia swego, skoro dodatki sprawy nie załatwią?

To proste – można na przykład podjechać pod kościół bryczką. Nie, nie żartuję. Elegancka bryczka zaprzężona w dwa białe araby, ze stangretem w cylindrze i latarenkami zajechała pod kościół, po czym wysiadła z niej mała komunistka i jej rodzice. A po mszy ta sama bryczka podjechała znwou i całą rodzinę zabrała. Nie wiem gdzie, ale przpuszczam że do wynajętej sali.

Tak więc jeśli zapytacie mnie co jest najtrudniejsze w czasie Pierwszej Komunii dziecka – odpowiem: Nie parsknąć śmiechem na widok dziewięciolatki w białej albie wysiadającej z bryczki, którą spokojnie mogłaby jechać do ślubu, gdyby akurat była księżną.

Mruczanka w Oczekiwaniu…

Jutro wieczorem – uroczysta gala Nagród Kapuścińskiego. Organizatirzy – sadyści – oczywiście trzymaja buzie na kłódki i dopiero na samej gali ogłoszą, która z pięciu finałowych książek dostała nagrodę.

Tak, wiem, nagrda nie jest najważniejsza – sam fakt wejścia do finału otwiera wiele nowych możliwości i tak dalej. Pisałem o tym wcześniej.

Ale nie ukrywam, że zdobycie tej nagrody dałoby mi bardzo dużo… I to nie tylko w wymiarze satysfakcji. Te parę groszy też by się bardzo przydało. Akurat teraz…

No cóż – jutro już będzie wszystko wiadomo.

***

A w niedzielę pietruszkowa Piersza Komunia. Też dużo przemyśleń – ale to już nie teraz. 

Mruczanka Przed Tsunami

„Dzień świra”? W Puchatkowie Dzień Świra jest co tydzień (najczęściej w czwartek). Dzień Świra to betka. Dzień Świra jest dla mięczaków.

W Puchatkowie wielkimi krokami zbliża się Miesiąc Świra, z którego pierwsze dwa tygodnie będą Tylko Dla Prawdziwych Hardkorów.

15. maja Pietruszka ma Pierwszą Komunię. Przygotowania do tej uroczystości w naszej parafii odbywają się w zasadzie bezboleśnie – nie ma stu tysięcy czterogodzinnych spotkań, dzieci traktowane są… no, jak dzieci, ksiądz wikary (bo to na szczęście on odpowiada za to przygotowanie) to młody, badzo sympatyczny człowiek, który w dodatku sprawia wrażenie autentycznie wierzącego i zaangażowanego, siostra zakonna opiekująca się „pierwszokomunistami” jest po prostu znakomita, ksiądz proboszcz (przy wszystkich zastrzeżeniach, jaki Puchatki do niego mają…) nie jest typem nachalnie wyciagającym rękę po pienądze… Całe przygotowanie prowadzone jest naprawdę sensownie i – co dla nas bardzo ważne – „normalnie”, bez odjazdów, bez nakręcania, bez żadnej (mówiąc skrótowo) „polityki”.

Przy okazji – po raz pierwszy doceniam fakt istnienia katechezy w szkole. Zawsze dość krytycznie na to patrzyłem, uważając – jako osoba „zaangażowana” – że to jednak spłycanie i sprowadzanie katechezy do poziomu jeszcze jednej lekcji. I te zastrzeżenia podtrzymuję – co nie zmienia faktu, że z punktu widzenia rodziców którzy poza „pierwszokomunistą” mają jeszcze dwójkę Potworów fakt że dziecko ma tę „lekcję religii” w szkole i nie trzeba go wozić czy prowadzać na jeszcze jedne zajęcia – można uznać za duży plus. Zwłaszcza, że szkolna pani katechetka też sprawia wrażenie osoby sympatycznej i „normalnej”.

Ale jakby „normalnie” do kwestii Pierwszej Komunii nie podchodzić, zawsze będzie to jednak dodatkowa operacja logistyczna. Nie, nie urządzamy – jak to podobno jest teraz w zwyczaju – hucznego przyjęcia na sto osób. Niemniej – na Komunię przyjedzie kilka osób z najbliższej rodziny i chrzestni Pietruszki, co już daje łącznie około 15 osób (bo chrzestni mają dzieci). Co razem z Puchatkowem daje już osób 20. Te 20 osób zje jakiś obiad (bez odjazdów, ale czymś jednak gości wypada nakarmić), zje jakiś kawałek ciasta, wypije kawę czy inną herbatę.

Wszystko to trzeba przygotować, ugotować, popiec. Trzeba też na tę okazję ogarnąć Chatkę Puchatków, która – przy trójce Potworów i chronicznym braku czasu – jest na co dzień urocza oazą Twórczego Bałaganu (to taki eufemizm oznaczający stan dezorganizacji nieco mniejszej niż po wybuchu bomby atomowej, ale na pewno większej niż po zwykłym granacie).

A – jak na złość – akurat w piątek i sobotę przed Komunią odbywają się imprezy związane z Nagrodą Kapuścińskiego. I Puchatek musi w piątek wieczorem być na Uroczystej Gali (w Warszawie, rzecz prosta) a w sobotę – spędzić trzy godziny na Targach Książki (najpierw panel tłumaczy, potem spotanie z Autorem, w którym tłumacz rzecz prosta też musi wziąć udział).

A to oznacza, że w sobotę – kiedy najwięcej będzie przygotowań i roboty – M. zostanie sama z Potworami na gospodarstwie. Fatalnie.

No dobrze, może nie całkiem „sama” – już ktoś z nieocenionych Przyjaciół zadeklarował że przyjdzie i coś pomoże, już Ciocia rzuciła, że się pojawi i weźmie Potwory na spacer… Choć tyle.

A jeszcze okazało się, że w sobotę wieczorem (!), oczywiście też w Warszawie (!) Urząd Miasta (który jest współorganizatorem Nagrody) urządza… uroczystą kolację dla autorów i tłumaczy. Na której – rzecz prosta – nie wypada nie być. Fajnie.

A po komunii jest Biały Tydzień, czyli też czas dość zajęty. A – jak na złość – w tym właśnie tygdoniu (i kolejnym) Pietruszka musi CODZIENNIE być na zajęciach rehabilitacyjnych (ma jakieś lekkie skrzywienie kręgosłupa, lekarz go skierował: przez dwa tygodnie codziennie po pół godziny ćwiczeń – na szczęście rzut beretem od domu). I nawet nie można było zmienić dat, bo kolejne wolne miejsca na takiej serii ćwiczeń są za cztery miesiące…

No, a potem już będzie czerwiec – a w czerwcu tradycyjnie jest dużo różnych „dodatkowych atrakcji” wynikających z różnych puchatkowych zaangażowań.

Ma ktoś na zbyciu trochę wolnego czasu?…

Mruczanka Wielkanocna

Tak, wiem, z lekkim opóźnieniem. Ale po prostu za dużo się dzieje…

Wyjeżdżaliśmy na te święta. Pierwszy raz w życiu (to znaczy – w naszym życiu rodzinnym, czyli od 12 lat).

Nie, nie bylismy u rodziny, nie wyjechaliśmy też do ciepłych krajów. Byliśmy w miejscowości o uroczejnazwie Sikórz, siedemnaście kilometrów za Płockiem. Postanowiliśmy wyrwać się z zabiegania i codzienności (i z bylejakości liturgicznej naszej parafii, co tu dużo mówić…) i spędzić te Trzy Dni zupełnie inaczej.

Wyjeżdżaliśmy w czwartek – w Wielki Czwartek – przed południem. A początek Wielkiego Tygdonia okazał się tak intensywny, że nawet nie zdążyliśmy w gruncie rzeczy zrobić świątecznych porządków. Nie piekliśmy mazurków. Nie robiliśmy sałatek. I tak dalej.

I wiecie co? Jakoś nam tego zupełnie nie brakowało (zwłąszcza sprzątania…).

Triduum Paschalne. Po prostu – takie, jak powinno być. Wszystko było na swoim miejscu – każda liturgia, każdy znak, każde słowo. Nikt sie nie spieszył do domu, żeby jeszcze jednego mazurka upiec albo jeszcze jedno okono umyć. Nikt nie patrzył ze zniecierpliwieniem na zegarek, chociać Wigilia Paschalna skończyła się (razem z procesją!) koło wpół do pierwszej w nocy.

Ta liturgia mówi sama za siebie. Każdy znak, każdy symbol, każde słowo i śpiew są na swoim miejscu. Nawet ktoś, kto nie zna i nie rozumie liturgii, ba – nawet człowiek niewierzący jeśli ma choć odrobinę wrażliwości na symbole i gesty – może zrozumieć o co w tym chodzi.

Czuwanie. Cisza. Śpiew. Kzyż. Potem ciemność. A potem w ciemność wdziera się światło – i rozszerza się, rozpala, potężnieje. Proste znaki: woda, opozycja ciemności i światła, opozycja ciszy i śpiewu, kołatek i dzwonów.

Śmierć i Życie.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=3G5Qdlm72hG&login=mimikla&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Wulkanizacyjna

A dziś Wam Puchatek opowie, jak artystycznie zrobil z siebie idiotę…

Wiosna. Ciepło. Słonko i takie tam. A Puchatkowóz ciagle na zimowych oponach jeździł – bo zwyczajnie nie było kiedy pojechać na zmiane kapci…

No więc dziś rano się zebrałem i po odwiezieniu Pietruszki do szkoły zostawiłem Piłkę na chwilę w domu i wybrałem się do pobliskiego (na sąsiedniej ulicy) zakładu, gdzie zawsze zmieniam opony.

Tak, opony własnie, nie koła – bo nie mam zapasowych felg. Za każdym razem trzeba przekładać.

No więc cztery duże plastikowe worki z oponami do bagażnika – i jedziemy. Namiejscu o tej porze bez kolejki, akurat konczyli zmieniać opony w jakiejś pięknej terenówce – i podjeżdżamy. Pan opelka podniósł na pneumatycznym podnośniku, kola z jednej strony zdjął, na specjalnej maszynie ściagnął opony z felg, a potem wyjął z puchatkowego bagażnika worki z letnimi oponami i po zlokalizowaniu opowiednich („lewy przód, lewy tył”) zaczął je zakładać.

I wtedy właśnie zobaczyłem byłem, że TO NIE TE OPONY. Moje letnie opony to były jakies Dębice – a to co pan wyjął z mojego bagażnika to najwyraźniej były gumy Michelin Energy. Czyli – jak szybko skojarzyłem – stare opony od nieistniejącego już peugeota, te z którymi go kupiłem, a które po pierwszym sezonie poszły na emeryturę. A nowe (trzyletnie) Dębice musiały zostać w garażu…

Złapałem się za głowę. Powiedziałem panu, w czym problem.

– Nie ma problemu – usmiechnął się pan wulkanizator. – Wskakujmy do mojego auta i podjedziemy do pańskiego garażu po te właściwe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Puchatkowy garaż znajduje się w odległości jakichs 300 metrów, więc daleko nie było. Wpadłem do garażu klnąc włąsną głupotę, pan razem ze mną, łapiemy drugi komlet opon, pan wulkanizator na wszelki wypaek zagląda do środka worków – i naszym oczom ukazują się…

…cztery IDENTYCZNE opony Michelin Energy. Tylko wyraźnie starsze i bardziej zniszczone.

Przyznam, że w tym momencie zgłupiałem. Przecież to niemożliwe, to historia rodem z Archiwum X: były stare Micheliny i nowe Dębice, są dwa komplety Michelinów… A gdzie Dębice? Metamorfoza, transmutacja, głupi dowcip Harry’ego Pottera? Złodzieje, którzy włamali się do garażu i ukradli Dębice, podrzucając w zamian (lepsze skądinąd) Micheliny?

Pan wulkanizator popatrzył na mnie z sympatią i jakby odrobiną współczucia – ale na sugestię że może w warsztacie przez pomyłkę dali mi CZYJEŚ Micheliny zamiast moich Dębic pokręcił głową.

– U nas się takie pomyłki nie zdarzają, zresztą obok stało tylko fiat Uno, który ma inny rozmiar opon.

Wrócilismy do zakładu – pan lekko ubawiony, ja w stanie głebokiego szoku. Założyli mi te letnie Micheliny, zimówki wpakowali do bagażnika…

Dopiero w godzinę po powrocie do domu doznałem olśnienia. Co się wydarzyło?

To banalnie proste. W 2008 r. kupiłem nowe letnie opony Dębicy do Peugeota. Stare Micheliny leżały w garażu obok zimówek.

Ale przecież w październiku ubiegłego roku Peugeot zmienił właściciela. Jak myślicie, czy nowy właściciel odjechałby nim, gdyby auto nie miało opon?

No jasne, że nie.

I peugeocik pojechał sobie bodaj gdzieśpod Siedlce… na tych „nowych” letnich Dębicach. A my kupiliśmy opelka. A opoelek miał na felgach… Micheliny. Takie same, jak te stare z peugeota – tylko nowsze.

I kiedy zmieniałem opony na zimowe – to oczywiście zdjąłem te Micheliny. A Dębice… no właśnie.

Musze zajrzeć do tego warsztatu i opowiedzieć panom o mom zaćmieniu. Będe mieli radochę…