Mruczanka Powycieczkowo-Przedwakacyjna

Puchatek uniżenie przepasza, ale ostatnio pisać nie ma: a. siły, b. czasu oraz c. ochoty specjalnej. Nie, w zasadzie nic poważnego – ot, taki przedwakacyjny kryzys powoli narastający (jak pieczarki na… wiadomo czym) na nadmiarze pracy i zmęczenia przy jednoczesnym niedomiarze czasu i pieniędzy.

Pyszczak – zwany ostatnio głównie Puckiem – skończył był trzy lata. Tort był, goście byli i w ogóle impreza na całego.

Pucek to dziecię niezwykłe – zdecydowaniem i siłą przebicia mógłby obdzielić batalion radzieckich czołgów, a wrodzoną delikatnością i subtelnością także przypomina pojazd pancerny. A w dodatku – jak to trzecie dziecko – doskonale wie, że jest najmłodszy i że jest zabawny, więc uwielbia się wygłupiać w taki sposób, o jakim starsze potwory w tym wieku nawet nie myślały. Jakbyście zobaczyli takiego trzyletniego clowna… Uff.

***

A wczoraj Puchatki pojechały były do Puław. Bo w Puławach (Puchatek kiedyś o tym był pisał) mieszkali od wojny puchatkowi dziadkowie po kądzieli – i nadal tam w zasadzie mieszkają, tyle że z mieszkanka na pierwszym piętrze przeprowadzili się (najpierw dziadek, a dziewięć lat później także babcia) na drugą strone ulicy Piaskowej, na piękny, parkowy cmentarz.

A że Potwory nigdy jeszcze w Puławach nie były, to wybrały się Puchatki na rodzinną wyprawę. Najpierw na rzeczony cmentarz, potem na mszę do kościoła w którym Puchatek był ochrzczony, potem do fantastycznego parku Czartoryskich, a potem – w ramach obiadu – na rodzinną pizzę. Puchatek zamówił dwie pizze (bądź co bądź na pięć osób!) – ale nie wziął pod uwagę faktu, że te pizze są NAPRAWDĘ duże… Skończyło się na tym, że dwie połówki pojechały w pudełkach z Puchatkami w drogę, dzięki czemu dziś nie trzeba było gotować obiadu.

Z Puław pojechaliśmy jeszcze do Kazimierza (na zwiedzanie i lody…) i wpół do dziesiątej wieczorem byliśmy z powrotem w G.

***

A poza tym… Jak w poprzednim wpisie. „Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz – będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę… Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze – może orzeźwi cię, ale do nikąd dojść nie pomoże.”

Tak się właśnie czuję. Pewnie mi przejdzie. Kiedyś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s