Mruczanka Zdziwiona (Mimo Wszystko)

Pietruszka ma nową pasję – Rummikub. Dostał grę na dziesiąte urodziny – a że to cyferki i kombinacje z nimi związane, to go oczywiście wciągnęło. Gra ze mną, gra z M., nawet z młodsza siostrą (choć niechętnie, bo „…ten bachor nic nie rozumie i wszystko mu trzeba tłumaczyć”). 

Ale rodzinne rozgrywki możliwe są stosunkowo rzadko (czas, praca, wiadomo…). Pietruszka zakręcił się zatem i znalazł w Internecie miejsce, gdzie gra się w Rummikub on-line. Zasady są proste: wchodzisz do „pokoju” i jeśli akurat jest „wolna” osoba która czeka na grę, to system was zestawia i jest partyjka jeden na jeden.

Grają tam ludzie z całego świata (gra nie wymaga komunikacji werbalnej…), w różnym wieku – niemniej jednak znakomita większość jest od Pietruszki sporo starsza.

Gra tak od dwóch tygodni – ale dopiero kilka dni temu rzuciłem okiem na statystyki (na stronie musisz się zalogować, masz indywidualny nick, więc wiadomo co i jak). I co?

Pietruszka wygrywa średnio osiem partii na dziesięć. A że większość graczy w sygnaturkach podaje swój wiek i / lub wrzuca zdjęcia (on tego nie zrobił na szczęście), więc mam porównanie.

I widzę (z niejaką dumą, acz i zadziwieniem) jak mój dziesięcioletni syn łoi skórę różnym Francuzom, Amerykanom, Rosjanom i Niemcom mającym po 17, 18 czy 25 lat. Gdyby rejestrując się podał wiek, pewnie większość z tych ludzi nie chciałaby z nim grać (…z takim dzieciakiem?). Ale nie podał, więc zgadzają się na partyjkę – i dostają w tyłek.

Właśnie chwilę temu (siedzi w domu, bo jest mocno przeziębiony) spuścił łomot  jakiejś osiemnastoletniej Francuzce. Wystarczył mu kwadrans.

Tiaaaa…. 

No i jak to jest…?

Znajomi mają trójkę dzieci. Dwoje własnych (w sensie – biologicznych) i jedno (środkowe) adoptowane. Bo tak.

Zawsze chcieli mieć więcej. Myśleli nawet o jeszcze jednej adopcji – ale na razie nie były to plany sprecyzowane. Trochę na zasadzie „w przyszłości”.

Miesiąc temu, jak grom z jasnego nieba, telefon. Pani z opieki społecznej z miasta X. Dzwoni, jak oznajmiła, w zasadzie prywatnie.

„Bo państwo jesteście rodzicami adopcyjnymi takiej dziewczynki… No więc właśnie u nas do domu małego dziecka trafiła inna mała dziewczynka, biologiczna siostra tamtej. I także jest przeznaczona do adopcji. Więc pomyślałam, że gdybyście państwo chcieli, to pewnie z uwagi na to że adoptowaliście jej siostrę mielibyście pierwszeństwo… Gdybyście państwo mogli podjąć decyzję w ciągu tygodnia czy dwóch…”

Znajomi nie potrzebowali dwóch tygodni. Wystarczył jeden wieczór, jedna długa rozmowa – i decyzja zapadła. Tak, jeśli to będzie możliwe, adoptują tego malucha.

Zgłosili się. Wypełnili papiery, dostarczyli pięć miliardów zaświadczeń i pierydliard Bardzo Ważnych Papierków. Sprawa miała być formalnością. Dwa tygodnie, mówili urzędnicy. Znajomi „na gwałt” wymienili samochód na większy. Kupili wózek, jakieś ciuszki na początek.

Od tego czasu minęło już półtora miesiąca. Najpierw nie było jakiegoś papierka z sądu. Potem był, ale nie tam gdzie trzeba. Potem potrzebna była jakaś tam decyzja. Potem ktoś się odwołał. Potem okazało się, że owszem, sąd rodzinny zadecydował o skierowaniu dziecka do adopcji, ale nie wyznaczył opiekuna prawnego (czy jak to się tam nazywa). I że dziecko jest w X., a adopcja przez naszych znajomych (mieszkających pod Warszawą) wymaga najpierw ustanowienia tymże opiekunem (czy jak tam…) odpowiedniej instytucji w Warszawie.

Posiedzenia sadu odbywają się raz na… Nie wiem dokładnie. Każdy papierek i każda decyzja musi „nabrać mocy urzędowej”, uprawomocnić się, czyli odleżeć. Minęło półtora miesiąca i nic nie wskazuje na to, żeby to był koniec tej zabawy. Urzędnicy i sąd przerzucają się papierkami – czyli, mówiąc wprost, uprawiają czystą, nie skażoną cieniem sensu biurokrację. Bo przecież decyzja zapadła – dziecko ma być adoptowane. Teraz tylko trzeba podjąć decyzję kto je adoptuje i umożliwić to od strony prawnej. I nikt mi nie wmówi, że nie dałoby się tego zrobić w tydzień, najwyżej w dwa.

Półtora miesiąca. A mała dziewczynka leży w domu dziecka. Ma już ponad siedem miesięcy. Te miesiące to czas kluczowy dla jej życia, da rozwoju emocjonalnego, dla zdrowia. Powinna być w domu. Powinna mieć rodziców. Powinna być kochana i być „czyjaś”.

Jasne, można powiedzieć że siedem miesięcy to ciągle jeszcze małe dziecko. Że szybko się przyzwyczai, że zapomni…

Nie tak szybko. Jej starsza siostra trafiła do naszych znajomych kiedy miała trzy miesiące. Co może kojarzyć i rozumieć dziecko trzymiesięczne? Wydawałoby się, że niewiele, prawda?

A widzieliście kiedyś trzymiesięczne dziecko – zdrowe, nie upośledzone etc. – które nie pozwala się przytulić? Nie i już. Przez pierwszy miesiąc nie można jej było wziąć na ręce – nie wiedziała, o co chodzi. Potem już można ją było podnieść, ale przy próbie przytulenia (takiego zwyczajnego, jak matka przytula małe dziecko…) dziewczynka sztywniała i wyciągała przed siebie wyprostowane rączki broniąc się przed takim kontaktem. Minęło ponad pół roku, zanim to się zmieniło.

A kwestie zdrowotne, psychologiczne, jakieś ewentualne deficyty, z którymi trzeba zacząć pracować JAK NAJSZYBCIEJ (a przecież, nie oszukujmy się, w Domu Małego Dziecka nikt się tym nie zajmie)?

Jest dziecko, które ma być adoptowane. Są ludzie, którzy chcą je adoptować. Mają warunki (tak materialne jak psychologiczne), są „sprawdzeni” (przecież jedno dziecko już adoptowali), mają wszystko co trzeba żeby tym dzieckiem zając się choćby dziś.

I czekają. A dziecko leży w domu dziecka.

A papierki krążą. Bo sąd pracuje w godzinach. Bo urzędnikom wygodniej jest w innych godzinach. Bo każda instytucja „po drodze” musi pokazać, że jest ważna i potrzebna. Bo w końcu komu zrobi różnicę kolejny miesiąc, prawda?

„Niech ona wreszcie trafi do domu!” – mówi niemal ze łzami w czach nasza znajoma. „Do naszego albo do innego, ale gdzieś gdzie będzie u siebie. Każdy kolejny miesiąc, każdy tydzień to dla niej strata. Po co?…”

Bo tak.

…mać. 

Przedrcenzyjnie

Czytam świetną książkę – „Cmentarz w Pradze” Umberto Eco (tak, była w prezentach choinkowych, ale tyle się działo że dopiero teraz się za nią zdołałem zabrać). Jak skończę, to coś napiszę – ale już widzę, że będzie o czym.

Słucham wspaniałej płyty – „Secret Symphony” Katie Melua. Też coś napiszę… Jak już mnie trochę odetka. Bo na razie zatkało. W sensie absolutnie pozytywnym.

Dobra literatura, dobra muzyka… Przyjemnie czasami przypomnieć sobie, że ten świat nie kończy się na idiotycznych kłótniach polityków.

Miło jest pomyśleć, że kiedy tych dzisiejszych kłótni nikt już nie będzie pamiętał (podobnie zresztą zapewne jak nazwisk tych, którzy w nich biorą udział…), ludzie nadal będą czytali dobre książki i słuchali dobrej muzyki.

To pocieszające. Mimo wszystko. 

Drogowo (?)

Jeszcze tydzień temu wymienialiśmy jakieś maile. Ja potrzebowałem jakichś informacji na temat czegoś, co będzie się działo w jego okolicy, on mi napisał co i jak, obiecał że odezwie się do kogoś, kto wie więcej.

Słowa dotrzymał – ten „ktoś kto wie więcej” przysłał mi w sobotę późnym wieczorem maila ze wszystkimi informacjami, których potrzebowałem. Chciałem nawet napisać do X. z podziękowaniem, że moją sprawę poważnie potraktował, że przekazał, że dostałem wszystkie potrzebne dane…

Ale w sobotę wieczorem X. już nie żył. Zginął w piątek po południu, w wypadku samochodowym (nie ze swojej winy zresztą). A w mojej skrzynce mailowej nadal leżą sobie maile od niego. Zawsze uprzejme, zawsze pełne poczucia humoru i żartów.

***

A ja w sobotni wieczór, po spotkaniu, jechałem odebrać Potwory Starsze od kolegi. Była siódma, jeszcze zimowego czasu, ciemno. Nie wiem, dlaczego zamiast skrótem pojechałem dłuższą drogą, koło targu (o tej porze rzecz prosta pustego). Dojeżdżałem właśnie do ulicy, w którą miałem skręcić – więc zwolniłem (chwała Bogu). Właśnie wjeżdżałem na przejście dla pieszych, kiedy przed maską pojawił mi się Pan Rowerzysta.

Pan Rowerzysta miał (na oko) 70 lat i był (na oko) lekko wstawiony. A poza tym ubrany był w standardowy strój Pana Rowerzysty w tym wieku, czyli zgodnie z zasadą „każdy kolor jest piękny, pod warunkiem że jest czarny albo ciemnoszary”. I najwyraźniej wychodził z założenia, że oświetlenie roweru to zbędny wydatek, a światełka odblaskowe są dla dzieci. Co oznacza, że w ciemności zobaczyłem go w momencie, kiedy był jakieś dwa metry przede mną.

Pan Rowerzysta miał szczęście, że trafił na kierowcę obdarzonego naprawdę przyzwoitym refleksem. No i – co warto dodać – że przejeżdżał przez przejście dla pieszych tuż przed skrzyżowaniem. Bo gdybym miał trochę gorszy refleks, to bym go stuknął. A gdybym w tym momencie nie stawał właśnie przed skrzyżowaniem, tylko jechał normalne 50 km/h, to przy najlepszym refleksie na świecie i tak bym go rąbnął.

Zatrzymałem się (znowu – na oko) jakieś pięć centymetrów od niego. Gdybym nie miał zapiętych pasów, to pewnie straciłbym połowę zębów od walnięcia w kierownicę. Ale nawet go nie dotknąłem.

A Pan Rowerzysta przejechał jeszcze dwa metry (czyli wjechał już na chodnik) i… przewrócił się. Trudno mi ocenić, na ile był to efekt przestrachu (ja bym się w tej sytuacji przestraszył…), a na ile promili (niewielkich, ale jednak).

Wyskoczyłem z samochodu z adrenaliną cieknącą uszami (i lekkim bólem lewego barku od pasa bezpieczeństwa). Podniosłem Pana Rowerzystę i jego rower, sprawdziłem czy nic mu się nie stało (nic). Pan Rowerzysta, lekko przestraszony (choć na pewno nie tak jak ja…) potwierdził, że jest cały i że go nie dotknąłem. To akurat wiedziałem, ale NATYCHMIAST pojawiła się jakaś ciota rewolucji wrzeszcząc, że „przejechałem człowieka na przejściu dla pieszych”; na szczęście sytuacja była ewidentna, Pan Rowerzysta przewrócił się już za przejściem, a fakt że nie został nawet muśnięty potwierdzili także inni świadkowie zdarzenia. Ciota rewolucji burczała coś wprawdzie o wzywaniu policji, ale ludzie popukali się w głowy.

Jak już ochłonąłem, powiedziałem Panu Rowerzyście, żeby chociaż durny odblask sobie do szprych przyczepił – ale jakoś nie mam nadziei, że to coś da.

…A gdybym go stuknął? Choćby lekko? To oczywiście byłaby moja wina. Zwłaszcza, że na przejściu dla pieszych (i oczywiście nikt nie przejąłby się faktem, że zgodnie z kodeksem drogowym Pan Rowerzysta na przejściu nie miał prawa jechać na rowerze).

Ufff, jego anioł stróż świetnie się spisał. Mój zresztą też…

Powyjazdowo

Krótko, ale intensywnie.

Dobrze jest przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Dobrze uświadomić sobie na powrót podstawy, bazę na której buduje się pozostałe konstrukcje.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, z którymi na co dzień ma sie kontakt tylko drogą elektroniczną, albo – w najlepszym razie – telefoniczną.

Dobrze też – choć czasami niewygodnie… – uświadomić sobie, co jest nie tak, co powinno być inaczej, co trzeba by zmienić także tam, gdzie wydawało się, że wszystko jest z grubsza w porządku.

Narty, Narty i po Nartach…

A tak, Puchatki na nartach były. W Rzepiskach, koło Jurgowa. Potwory dostały dwie godziny z instruktorami, potem jeszcze trochę znajomi ich uczyli.

Pietruszka, jak się okazało, zapamiętał z ubiegłego roku właściwie wszystko: wpiął narty, złapał za wyciąg, wyjechał na górę i zjechał w dół. Najpierw z oślej łączki, potem z nieco większej oślej łączki, a w końcu z największej trasy stacji narciarskiej „Jurgów Ski”.

Piłka też radziła sobie świetnie. Co prawda wróciła z nogą w gipsie (…jakże mogło być inaczej?…), ale nie złamała jej w zasadzie, tylko „ją pękła” (lewy piszczel…), i to ostatniego dnia. Więc ogólnie wyprawę narciarską można było zaliczyć do udanych.

Pucek – jako najmłodszy – uczył się oczywiście najszybciej i już trzeciego dnia rżnął w dół oślej łączki jak stary, w pełni kontrolując zjazd, hamując tam gdzie trzeba i nie przewracając się. No, prawie. I już drugiego dnia sam (!) wjechał na górę wyciągiem talerzykowym. Taki twardziel.

M. zachwycona jeździła sobie po oślej łączce, a potem także po większej oślej łączce, a ostatniego dnia nawet po Dużej Górze. Znajoma Świetna Narciarka udzielała jej światłych wskazówek i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem szybkości postępów (zważywszy, że M. jeździła na nartach „trochę” jako dziesięcioletnia dziewczynka, a potem – dopiero rok temu, w Szczyrku).

A Puchatek?.. A Puchatek robił za wyciąg dla Pucka, za nosiciela plecaka z wałówką i herbatką i generalnie za obsługę techniczną tych wszystkich przyszłych mistrzów sportu.

I wiecie co? Wcale mu z tym nie było źle.

***

Nie przepadam za nartami. Serio-serio. Nauczyłem się kiedyś jeździć… Trochę. Nie na tyle, żebym się mógł z kimś ścigać czy szusować po naprawdę trudnych trasach – ale wystarczająco, żeby zjechać sobie rekreacyjnie z większości klasycznych „nartostrad” – i się nie zabić. Nauczyłem się – nie miałem wyjścia. Jak się pochodzi (po kądzieli) z NAPRAWDĘ góralskiej rodziny, to po prostu NIE DA SIĘ nie stanąć kiedyś na nartach.

Tyle, że narty mnie – że tak powiem – „nie wciągnęły”. Niby to fajne, niby przednia zabawa, ale… Jakoś „nie to”. Dlaczego?

Przyczyn pewnie można by znaleźć wiele… Kiedyś już pisałem o tym, że moje podejście do gór nie jest podejściem turysty czy podróżnika – ale wędrowca. Ja po górach wędruję. Narty (te zjazdowe) są za szybkie, za dużego wymagają skupienia i uwagi, żeby móc wędrować. Żeby móc widzieć góry dookoła, żeby pozwolić myślom błądzić, żeby słyszeć szum wiatru i czuć na twarzy promienie słońca (albo krople deszczu). Może gdzieś, w jakichś Alpach czy innych Górach Skalistych są trasy, którymi można zjeżdżać przez pół godziny czy dłużej – ale to czysta teoria, bo wypad na narty w Alpy pięcioosobową rodziną to chwilowo rzecz nierealna finansowo.

A gdyby nawet…

Wiecie, co mnie najbardziej męczyło na tych stokach w Jurgowie, na których cała reszta Puchatkowa świetnie się bawiła? Obśmiejecie się: ludzie. Inaczej mówiąc: tłok. Kolejka do wyciągu. Sznurek narciarzy jadących pod górę z talerzykami pod odwłokami. Sznurek narciarzy zjeżdżających z góry. Tłumek pod wyciągiem, tłumek w barze, tłumek na parkingu pod stokiem. Spędzanie czasu w tłumie – czy przynajmniej w zbiorowości. Wypoczynek – mniej lub bardziej – zbiorowy i zorganizowany.

Jak idę w góry, wolę być sam (przy czym moje „sam” może obejmować obecność osób najbliższych, czy niewielkiej grupki przyjaciół). Kiedy jestem sam – sam, mogę myśleć i wędrować. Kiedy jestem sam – w małej grupie, mogę rozmawiać (wiele – chyba większość – najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki rozmów w moim życiu odbyło się właśnie w górach).

Kiedy jeżdżę na nartach – nie mogę rozmawiać, nie mogę swobodnie myśleć. Wszędzie są ludzie. Wszędzie jest ruch. Nie słychać wiatru, nie ma czasu patrzeć na góry, nie da się poważnie pogadać. Jedziesz – i tyle.

Jakoś to chyba nie mój klimat. Czytelnicy – narciarze niech się nie obruszają: szanuję ich pasję i nie mam nic przeciwko niej. Tyle, że to nie moje pasja.

***

A swoją drogą – różne obrazki „z nart” zapadają w pamięć.

Pucek jadący w dół, zakręcający fachowym pługiem, hamujący na dole stoku, z miną tak absolutnie szczęśliwą, że aż się ciepło na sercu robi.

Pietruszka – intelektualista i człowiek którego normalnie trudno na dwór wygonić – wyraźnie zbudowany własną narciarską sprawnością i dumny z siebie.

Piłka – nawet ze łzami w oczach po złamaniu nogi – pytająca czy NA PEWNO za rok też tu przyjedziemy.

M. schodząca ze stoku z tym swoim szczęśliwym uśmiechem, z zaróżowionymi policzkami, z błyskiem w oczach.

Dla takich chwil warto robić za wyciąg i obsługę techniczną.

***

Ale też parę scen mniej przyjemnych.

Jakaś mała dziewczynka (na oko – cztery latka…), która bardzo nie chciała uczyć się jeździć na nartach. Płakała, wyraźnie się bała. Mamusia była nieugięta, bo „dziecko powinno jeździć na nartach, a im wcześniej zacznie, tym łatwiej się nauczy”. Więc dziewczynka miała drogi kombinezon, drogie narty, drogie buty, drogi kask i gogle (podobnie jak mamusia, rzecz prosta) – i musiała się uczyć. Mamusia wykupiła jej czas z instruktorem – instruktor (młody chłopak) był wyraźnie zmieszany i zażenowany, doskonale widział że dziecko się boi, że nie chce… Ale mamusia wiedziała lepiej. Dziecko powinno. Więc dziecko jeździło, płacząc i rozpaczliwie usiłując zrobić coś, co skłoniłoby mamusię do zakończenia tych tortur. Przez godzinę z instruktorem nie nauczyło się niczego – ale mamusia radośnie stwierdziła, że „jutro o tej samej porze”.

Po cholerę? Po co uszczęśliwiać malucha na siłę, skoro wyraźnie jeszcze do tego nie dorósł?… Bo taka moda, bo tak wypada, bo „się powinno”…

Bez sensu… 

Mruczanka ze Stacji Benzynowej

Sobotni wieczór. Podjeżdżam na stację benzynową. Akurat wszystkie dystrybutory z „właściwą stroną” są zajęte (opelek wlew paliwa ma na prawym boku). Czekam.

Podjeżdża pani, koło pięćdziesiątki, tleniony blond, futrzana kurtka, eleganckie i dość drogie auto. Ona też ma wlew po prawej. Staje za mną… Ale nie do końca. Trochę z tyłu, trochę z boku. Potem podjeżdża kawałek do przodu i czeka niemal równo ze mną. Widzę, że cały czas gada przez komórkę. Zwalnia się miejsce przy jednym z dystrybutorów i co? Jasne: pani rusza niemal z piskiem opon i pakuje się pierwsza.

Bardziej mnie to rozśmieszyło, niż zirytowało – OK., myślę sobie, pewnie pani się spieszy. Mnie się akurat nie spieszyło, więc niech tankuje pierwsza. Ale nie, pani nie tankuje. Samochód stoi przy dystrybutorze – a ona nie wysiada, tylko dalej gada przez telefon.

Po chwili zwalnia się drugie miejsce, ja podjeżdżam – widzę że pani gada dalej siedząc w aucie i twardo blokując dystrybutor (na szczęście kolejki już nie ma).

Otwieram wlew, leję ropę. Pani gada. Kończę lać, zamykam wlew. Pani gada. Idę do kasy zapłacić. Pani gada. Wychodzę, idę do samochodu – pani gada dalej, nie wysiadając z auta i blokując dystrybutor.

Tu już nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, nawet się z tym specjalnie nie kryjąc i jednoznacznie patrząc w jej stronę. No bo – myślę sobie – wciska się na chama, a teraz nie tankuje tylko siedzi i gada. Powiem szczerze – pomyślałem sobie „Głupia baba”.

I w tym momencie pani kończy rozmowę, wychodzi z samochodu, po czym uśmiecha się do mnie promiennie i wali tekst:

– Pewnie pan sobie pomyślał „Co za głupia baba”, zgadłam?

Padłem. Rozbroiła mnie kompletnie. Obśmiałem się, rzuciłem coś w stylu „JA tego nie powiedziałem”… – i odjechałem. Poprawiła mi humor na cały wieczór…

Mruczanka Z Cmentarza

– Ale ta ciocia X to sobie wybrała czas na umarcie…

– No mówię ci, kochana, korki były jak jasna cholera!

– Felek? Ten co miał tego kota dużego? Żyje, żyje. Złego licho nie weźnie. 

– Patrz, ile tych świeczek naćkała, cały pomnik zastawiony!

– Sztuczne! Jasne, że sztuczne. Kto by żywe kładł? Opadną zaraz i chuj z tego będzie.

– Papieroska?

– Ale w tym roku to słoneczko, ciepełko… A rok temu wieczorem to było zimno jak skurwysyn!

– A się wystroiła, ta X…owa! Kozaczki jakie! Myślały kto, że nie wiadomo co!

– Patrz no, ile tych liści napierdoliło!

– Jak to można taki grób zrobić? Płyta sama, bez pomnika? Babcia zmarła, to pożałowali..

– Kto by pomyślał rok temu, że on też się przekręci…

– A i księdzu zapłać, a nagrobek najmarniej sześc tysięcy, a ławeczkę postawić, a gdzie pieniądze na stypę? Dziś żeby umierać to trzeba spać na forsie!

– Patryk, gdzie biegasz do cholery, gówniarzu! Tu cmentarz jest, tu się kurwa zachowywać trzeba!

– Uważaj pani trochę, po co się taj pchać?!

– Ale te znicze tu, cholera drogie! Jak u Żyda!

– Halo, ciocia? No, właśnie jestem na cmentarzu… No, palą się jeszcze… A u Cioci co słychać?…

(Wszystkie komentarze usłyszane na trzech różnych cmentarzach, 1. i 2. listopada bieżącego roku. Cytowane dosłownie, z wyjątkiem nazwisk. Pisownia odpowiada oryginalnym wypowiedziom).

„Koncepcję cmentarza jako przestrzeni nienaruszalnej i świętej przejęło wczesne chrześcijaństwo z tradycji rzymskiej (…)” (Za Wikipedią)

„Miejscem świętym (locus sacer) nazywamy miejsce, przez konsekrację lub poświęcenie, według przepisów ksiąg liturgicznych przeznaczone na wykonywanie kultu religijnego lub chowanie zmarłych wiernych” (Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r.)

A nad jednym grobem stała sobie mała dziewczynka w granatowym płaszczyku, w żółtawym berecie. Trzymała w ręku kwiatek – nie chryzantemę, ale jakąś taką małą różyczkę i… płakała. Odchodząc rzuciłem okiem na grób:

Zuzanna X…, żyła lat 86, zmarła 24.10.2011.

Pewnie babcia.

Jakoś mi ta scena wróciła wiarę w ludzi. 

Jesiennie

Jak to jest, że już w kilka tygodnie po wakacjach – po czasie wędrowania, odpoczynku, otwartych przestrzeni… – czuję się tak, jakby to wszystko wydarzył się „dawno, dawno temu”, jakby codzienność i „szara rzeczywistość” trwały od wieków?

Jesienny spleen dopada mnie co roku silniej (to pewnie kwestia wieku…). Szarość za oknem, mokre chodniki i męcząca monotonia rytmu praca – szkoła Potworów – praca – obiad – praca – spać… Do tego dochodzą wlokące się za nami już od roku dołki finansowe (znowu ta sama historia: w powietrzu „wisi” ponad dziesięć tysięcy, które już powinny być na koncie – ale ich nie ma, a na koncie są cztery tysiące. Na minusie. A tu jeszcze trzeba było ubezpieczenie samochodu zapłacić, a tu jeszcze trzeba było wymienić pasek rozrządu, a jak już zaufany pan mechanik opelka obejrzał, to zadecydował że klocki hamulcowe też do wymiany i filtr oleju… Miało być pięć stów, wyszedł tysiąc…).

A tu jeszcze drobne (…i mniej drobne…) życiowe upierdliwości. To nie wychodzi, tamto nie wychodzi, to wyszło zupełnie inaczej niż miało, a tamto – choć wyglądało, że wreszcie posuwa się naprzód – dalej jest tak jak było, co niestety nie oznacza, że tak jak trzeba.

Niby to wszystko drobiazgi… Właściwie można by na to wszystko patrzeć zupełnie inaczej. Znajdować pozytywy, dostrzegać te lepsze strony.

Bo przecież jesień to nie tylko szarówa i plucha. Bo przecież wrzesień był piękny i ciepły. Bo sumak który widzę teraz przez okno – przy furtce – powoli zaczyna już pokrywać się tą niesamowitą, ognistą czerwienią, którą tak lubię.

Ale jakoś mnie to wszystko nie potrafi nakręcić. Jakiś smętek we mnie siedzi. Jakiś spleen. Jakieś zniechęcenie.