Żesz Do Cholery, No…

Paskudztwo które miało zejść po antybiotyku – nie zeszło. Ni cholery.

Co oczywiście nic nie musi oznaczać. Ale może. Oczywiście.

Pani Doktor popatrzyła, pooglądała, podumała, poprosiła o konsultację kolegę – chirurga (tego samego, u którego byliśmy na samym początku, rok temu).

Oboje zadecydowali, że „czekanie czy samo zniknie” byłoby zbyt ryzykowne. (– Gdyby nie pani historia choroby, to byśmy spokojnie poczekali jeszcze z miesiąc, i pewnie by zeszło – powiedziała Pani Doktor. – Ale w tej sytuacji nie ma co ryzykować).

Więc od razu do ambulatorium – i jedną taką „grudkę” pan chirurg wyciął (na miejscu, trwało to pięć minut…) żeby ją zbadać mikroskopowo i mieć pewność, o co chodzi. Wyniki badań laboratoryjnych będą za dwa tygodnie (może ciut dłużej). Więc czekają nas dwa tygodnie nerwów…

Jak powiedziała Pani Doktor – to może być „wszystko”, od jakiejś bakterii po stan zapalny w skórze – ale (choć to dość mało prawdopodobne) może też być „wznowa miejscowa”, czyli powrót nieproszonych gości…

Dwa tygodnie. No, cholera jasna, czy nie mogłoby być wreszcie normalnie?…

Dobrodziejstwa Bezpłatnej Edukacji

Właśnie za pośrednictwem Internetu zamówiłem dla moich Potworów podręczniki na nowy rok szkolny. Piłka idzie do czwartej klasy, Pietruszka do piątej. Co oznacza, że żadne z nich nie ma już pakietów do edukacji zintegrowanej – obojgu trzeba kupować podręczniki (i ćwiczenia, i atlasy…) do konkretnych przedmiotów.

Na szczęście cztery podręczniki po Pietruszce nadają się dla Piłki. Dzięki temu zapłaciłem jedynie 920 złotych polskich nowych.

A to tylko podręczniki. A jeszcze zeszyty, a ołówki, a kredki się wykredkowały, a piórnik się podarł, a kapcie, a śmapcie….

A za rok Pucek idzie do zerówki. Nosz, kurde…

Nic Nowego, Raczej

Wakacje, wakacje i po wakacjach. No, prawie.

Trochę przejechaliśmy, trochę–śmy widzieli. Najpierw byliśmy w Niemczech, na samym zachodzie (Nadrenia–Palatynat, 30 kilometrów od francuskiej granicy) u Starych Znajomych. Nocowaliśmy co prawda na kempingu, bo Starzy Znajomi niecały rok temu dochowali się piątego potomka, a domek mają niewielki i wszyscy byśmy się nie pomieścili. Ale był czas żeby razem posiedzieć, pogadać o Starych Dobrych Czasach (po polsku, niemiecku i angielsku…) pojeździć razem po okolicy. A okolica tam piękna jest naprawdę…

Potem byliśmy tydzień we Francji – po trzy dni na dwóch kempingach w Lotaryngii. Jakieś jeziora (z pływaniem), jakieś lasy, jakieś stare kościółki i spacerki rano do boulangerie po świeże bagietki na śniadanko… Z miejsc które udało nam się zobaczyć warto wymienić Wogezy – kolejny punkt na mapie Europy otagowany chorągiewką z napisem „Kiedyś trzeba tu przyjechać na dłużej”.

A na drugim kempingu widzieliśmy między innymi ponad 370 balonów na ogrzane powietrze wiszących na raz w powietrzu. Podobno pobito w ten sposób rekord świata. Widok był naprawdę imponujący.

Potem pojechaliśmy jeszcze do Holandii, gdzie puchatkowy Znajomy – naukowiec, fizyk – siedział przez całe lato, bo współpracuje z uniwersytetem w Lejdzie. Lejda jest uroczym miastem. Holandia… No cóż, nie jest to chyba miejsce gdzie chciałbym mieszkać na stałe, ale niewątpliwie jest tam co zwiedzać.

Drogę z Lejdy przez Niemcy do C. na Dolnym Śląsku (łącznie z objazdem pod Zgorzelcem – 950 kilometrów) pokonaliśmy w dziesięć i pół godziny. Z czego łącznie około godziny poświęciliśmy na postoje, co oznacza że średnia szybkość samej jazdy wynosiła 100 kilometrów na godzinę. Takie rzeczy – tylko w Niemczech.

***

A teraz, jak pisałem, jesteśmy już w domku. Dziś byliśmy u Pani Doktor. Generalnie – wszystko OK., ale M. dostała jakiejś (najprawdopodobniej) później reakcji alergicznej na skórze w okolicach miejsc po naświetlaniach, więc dostała leki i prikaz zgłoszenia się za dziesięć dni celem sprawdzenia, czy leki działają. Więc oczywiście się denerwuje – no bo przecież nie ma stuprocentowej pewności, czy te „grudki” to reakcja alergiczna i związany z nią stan zapalny, czy co gorszego; Pani Doktor powiedziała, że to normalne – przez jakiś czas po zakończeniu terapii WSZĘDZIE widzi się objawy wracającego raka. Ale cóż – nerwy są, bo dopóki przepisane leki nie zadziałają, to rzeczywiście stu procent gwarancji nie ma. A jak wiadomo „prawie” robi wielką różnicę, więc 99,5 procent to zupełnie nie to samo co 100… I tak to będzie jeszcze przez parę lat.

Wreszcie Wielkie W.

Wakacje się zaczęły. Zmęczenie spływa ze mnie powoli, ale skutecznie. Czasami muszę się przełamywać, żeby się za cokolwiek zabrać – ciągle czuję się niewyspany, choć gdyby spojrzeć na zegarek, to śpimy całkiem sporo. Może po tym roku potrzebuję uczciwego odespania?

Potwory starsze były dziewięć dni poza domem, na wyjeździe z tą samą grupą co w ubiegłym roku. Jedno dziecko w domu zamiast trójki… Muszę przyznać, że to także miało swój urok. Czasem nawet udawało mi się dojść do głosu i (niesamowite!) dokończyć rozpoczęte zdanie. Choć Pucek robił co mógł, żeby nadrabiać za rodzeństwo. A starszaki dziś wieczorem wracają. Życie jest ciężkie…

My byliśmy cztery dni na Suwalszczyźnie. Piękne tereny… Lasy, jeziora, cisza – całkiem jak Mazury, tylko bez tłumów turystów. Trzeba by się tam kiedyś wybrać na dłużej.

Książka do tłumaczenia wreszcie dotarła. Tylko nie ta. Okazało się, że tamta była… po niemiecku. Ale to i lepiej, bo ta jest zakwalifikowana jako „trudniejsza”, co oznacza że nieco więcej za nią płacą. A de facto trudniejsza nie jest – bo to kolejne dzieło o podobnej tematyce, więc całe słownictwo mam już nieźle opracowane.

Za jakiś tydzień odwożę M. z potworami na Drugi Koniec Polski, a sam wracam do domu na parę dni popracować. A potem do nich dołączam – i jedziemy na wyprawę.

Trochę muzyki się zebrało, trochę książek do wymienienia w tym miejscu – ale to już nie teraz. Na razie kończę, bo… spać mi się chce.

Przedwakacyjnie

Poziom zmęczenia (ale także zakręcenia spowodowanego zbliżającym się końcem roku szkolnego) sprawia, że nie jestem w stanie rejestrować wydarzeń na bieżąco. Zatem krótka retrospektywa (i perspektywa też).

*

W ubiegłą środę – poza tym, że urodziny obchodził Garfield… – mieliśmy rocznicę ślubu. Czternastą. Nie do wiary, jak ten czas leci.

*

W niedzielę – Podkowa Leśna, koncert Filharmonii Dziecięcej, w której dwudziestka dzieciaków w wieku Pucka (mniej więcej) grała na tysiącu sprzętów – od metalofonów po różne „pukadełka” i „piszczki”. Kapitalna sprawa.

*

Potwory Starsze przyniosły ze szkoły oceny na koniec roku. Dobrze, że w przy wszystkich tegorocznych trudnościach przynajmniej z tym nie ma problemu… Piłka – prawie same szóstki, najwyższa średnia w klasie, nie mówiąc o tym że dyplomy za udział we wszystkich chyba konkursach i wydarzeniach, jakie w tym roku w szkole były. Pietruszka – średnia 5,25 (!), dla odmiany też najwyższa w klasie, „biało–czerwony pasek” i takie tam różne.

– Ja w życiu nie miałem świadectwa z paskiem – poskarżył się Puchatek. – Nigdy!

– A ja zawsze – powiedziała M. skromnie jak zwykle.

No i wszystko jasne.

*

W piątek oficjalne zakończenie roku. Weekend akurat wystarczy na pakowanie. A w następny poniedziałek rano (okropnie rano…) Potwory starsze jadą na obóz z Dziećmi Bożymi, w Tatry, na całe dziewięć dni. A Puchatki z Puckiem – na cztery dni w dokładnie przeciwnym kierunku, prawie pod Litewską granicę.

*

Książka nadal nie dotarła, Kocia Twarz. Pewnie będzie w tym tygodniu – ale to niestety oznacza, że przed wyjazdem na „główne” wakacje na pewno jej nie skończę. Na szczęście wydawnictwo nie ma żadnych zastrzeżeń do płacenia na raty (oddajesz ćwierć tekstu, płacą ci za ćwierć tekstu…).

Urodziny, koncerty, wakacje…

Rok szkolny dobiega końca (choć czasami mam wrażenie, że raczej się do tego końca dowleka…). Zmęczenie wyłazi wszystkimi kanałami – gdyby nie świadomość, że wakacje tuż tuż, nie wiem, co bym zrobił.

Dzieje się dużo. To „dużo” to w znakomitej większości wydarzenia bardzo pozytywne – co nie zmienia faktu, że poziom zmęczenia znacząco utrudnia cieszenie się nimi.

***

Pierwszego czerwca Pucek skończył pięć lat. Pięć lat! Kiedy to minęło? Na urodzinach zjawiła się banda pięciolatków (wielce niesprawiedliwie określana w Puchatkowie mianem najazdu Hunów), która pożarła wszystko, co było do pożarcia, zdemolowała co było do zdemolowania (ścian na szczęście nie naruszając) i poszła, pozostawiając po sobie ruiny i zgliszcza, a także stosik prezentów i laurek. Rycerska zbrojownia Pucka powiększyła się o kolejne kilka mieczy, jego drużyna – o kilku kolejnych rycerzy (plastikowych). Sprzątanie trwało długo, ale trzeba przyznać że dziecię było szczęśliwe.

***

Piłka przez cały ten rok brała udział w warsztatach tanecznych w „Mazowszu” (główna siedziba zespołu – tak zwany Matecznik – mieści się niedaleko G.). Wiem, że większości z Was „Mazowsze” kojarzy się przede wszystkim z tańcami ludowymi – ale coroczne warsztaty „Roztańczeni z Mazowszem” to znacznie szersze zjawisko. Co roku tworzy się łącznie kilkanaście grup – najmłodsi uczestnicy mają po pięć–sześć lat, najstarsi tworzą grupę emerytów. Do wyboru są najróżniejsze formy taneczne: jest oczywiście taniec ludowy, ale także balet, taniec współczesny i nowoczesny (mimo szczegółowych tłumaczeń mojej córki nadal nie jestem w stanie wskazać istotnych różnic…), hip–hop, jazz i tak dalej. A w czerwcu wszystkie te grupy biorą udział w koncercie finałowym, gdzie prezentują efektu rocznej pracy.

A efekty są naprawdę imponujące! Kiedy pięciolatki tańczą krakowiaka, to można się uśmiechnąć i bić brawo – ale kiedy dziesięcio– czy dwunastoletnie dzieciaki prezentują kapitalny, kilkuminutowy układ taneczny w konwencji musicalowej – ze świetną muzyką, światłami, ubrane w jednakowe stroje i pełne dziecięcej radości tańca – to publiczność siedzi jak zaczarowana.

Patrzyłem na Piłkę – wciągnęło ją to. I nie mówię tylko o samym tańcu, ale o całości „zjawiska”. Praca w grupie z instruktorką, atmosfera za kulisami, scena, światła rampy… Jest w tym wszystkim jakaś magia. A kiedy po setce prób (na których entuzjazm zmagał się ze zmęczeniem) grupa odtańczyła swoje pięć minut na scenie i dostała huraganowe brawa, połowa tych dziewczynek miała łzy w oczach. Takie doświadczenie i emocje pozostają na całe życie: człowiek już wie, że jest w stanie wyjść na scenę i zaczarować publiczność. To daje siłę.

Jutro – pojutrze pokażę Wam parę zdjęć.

Pracowo i Nie

Codzienność, codzienność, codzienność. Dzieci do szkoły, dzieci ze szkoły, do sklepu, ze sklepu, do…, z…. Na razie, chwała Bogu, nie ma przynajmniej „do szpitala, ze szpitala”.

Mam tak strasznie dosyć tego roku szkolnego. Zmęczenia, znużenia tym wszystkim co było. Potrzebuję wakacji.

Ale kiedy się te wakacje zaczną? Ba. Jedną książkę oddałem – czekam na konkretną sumę, która pojawi się na koncie (miejmy nadzieję) pod koniec czerwca i (w połączeniu ze zwrotem podatkowym) pozwoli nam spokojnie przeżyć okres wakacyjny (łącznie z wyjazdami etc.). A teraz czekam na kolejną książkę, która trochę się przesuwa, bo nie dojechała jeszcze od brytyjskiego wydawcy (tak fizycznie: nie mogę jej tłumaczyć, bo jej nie ma). Teoretycznie – nie muszę się tym martwić, skoro do końca sierpnia mamy za co żyć.

W praktyce jednak nie jest to takie proste: żeby pod koniec sierpnia wpłynęły kolejne pieniądze (czyli żeby było za co żyć także po wakacjach) powinienem skończyć tę książkę przed wyjazdem na wakacje. Jeśli książka pojawi się do końca maja – to sądzę, że półtora miesiąca powinno wystarczyć. Ale jak się bardziej opóźni?… To będzie kiepsko. Bo wtedy będę miał do wyboru: albo sporo opóźnić wyjazd wakacyjny (czego jednak wolałbym uniknąć), albo kończyć książkę po wakacjach, czyli w drugiej połowie sierpnia (co z kolei oznaczałoby, że pieniądze za nią będą odpowiednio później). Tak źle i tak niedobrze…

Zwłaszcza, że Duży Portal jako źródło dochodów w zasadzie przestał funkcjonować – jeszcze za kwiecień dostałem od nich kilkaset złotych, ale w maju (na razie) przysłali mi jeden tekst. Czyli w zasadzie nie ma o czym mówić. Łącznie – nie robi mi to różnicy, bo jak mniej czasu poświęcam na Portal, to szybciej robię książki, więc finansowo wychodzi na to samo. Tyle, że za książkę pieniądze przychodzą w jakieś półtora miesiąca po skończeniu pracy, czyli trzeba na nie poczekać – a czasami przydałby się jakiś choćby niewielki zastrzyk pieniędzy na które czeka się nie dłużej niż dwa tygodnie.

Ot, takie uroki „wolnego zawodu”.

No, to sobie pomarudziłem.