Stary, a Głupi…

Potwory od dwóch tygodni odgrażały się, co mianowicie zrobią na prima aprilis. Miały sto tysięcy straszliwych pomysłów, każdy bardziej wyrafinowany od poprzedniego.

I co?

I nic, of course. Zapomniały, nie chciało im się…

A ja? Nie, żadnych wyrafinowanych pomysłów. Proste, stare, sprawdzone sposoby.  Potwory dostaną dziś ciasteczka oreo z pastą do zębów i butelkę coli, do której po odkręceniu zakrętki wpadnie mentos. 🙂

Jestem geniuszem zła!

 

 

Our Big, Fat ‚R’ Word…

Nie jest źle. Badania (dokładne, a nawet dwukrotne – bo Pani Doktor zażądała, żeby USG zrobiła jednak ta sama osoba, która badała M. od początku choroby) potwierdziły jednoznacznie, że wszystko wygląda dobrze.

A jak wygląda dobrze – to możemy zrobić przerwę w leczeniu, „…żeby szpik mógł sobie trochę odpocząć”.

No i dobrze, bo choć M. znosi chemię znakomicie, to przez ostatnie dwa kursy była już mocno zmęczona, a w ostatnich dniach łykania prochów patrzyła już wieczorem na te trzy małe pigułki jak na trzy duże pluskwy, który trzeba połknąć.

Nie, to raczej nie koniec leczenia – tak dobrze nie jest (a w każdym razie – to bardzo mało prawdopodobne). Ale nawet takie „wakacje” to dużo.

– No, to teraz widzimy się co miesiąc – uśmiechnęła się Pani Doktor. – A za dwa miesiące następne USG.

Jak długo będą trwały te „wakacje”? Zobaczymy. Może trzy miesiące? Może pół roku? Kto wie…

„Remisja” to zdecydowanie jedno z najlepiej brzmiących słów, jakie miałem szczęście usłyszeć tym roku…

Szczęście w Nieszczęściu

Kilka dni ferii spędzonych na Dolnym Śląsku – u rodziny M. – to był dobry pomysł. Odpoczęliśmy, niektórzy nawet na nartach pojeździli – w Szklarskiej Porębie, na jedynym, naśnieżonym stoku (o nartach jeszcze coś napiszę, ale później). Zwiedziliśmy kilka zamków (między innymi Grodziec i wspaniały Książ). Oglądaliśmy sztolnie w Walimiu, zbudowane w czasie wojny w ramach projektu Riese. Byczyliśmy się. No, prawie.

A, i zepsuł nam się samochód. A konkretnie – padł alternator, który przecież dopiero co był naprawiany. Chyba muszę pogadać z panem elektrykiem…

Ale przy okazji awarii poznałem definicję opisową terminu „szczęście w nieszczęściu”. Definicja opisowa brzmi następująco:

Jedziesz samochodem na wycieczkę. Z rodziną – czyli w samochodzie poza tobą są jeszcze cztery osoby, w tym trzy małoletnie. Jesteś czterysta kilometrów od domu i ponad pięćdziesiąt kilometrów od najbliższego miejsca, które można uznać za „znajome” (czyli domu Cioci D.). Jedziesz przez jakieś kompletne buraki, wiejską drogą siedemnastej kategorii odśnieżania, in the middle of nowhere. I nagle psuje ci się samochód: kontrolki wariują, a kiedy w lekkim ataku paniki zjeżdżasz na pobocze, czujesz że właśnie przestaje działać wspomaganie kierownicy. A kiedy po chwili próbujesz ponownie uruchomić silnik, ten zdecydowanie odmawia posłuszeństwa.

I kiedy zastanawiasz się, co teraz zrobić (i ile będzie kosztowało holowanie czy laweta…), wysiadasz z samochodu i zaczynasz się rozglądać. I widzisz, że stanąłeś w jakiejś wioseczce o długości trzystu metrów, składającej się z ośmiu domków i sklepiku. I że w tej wioseczce poza tymi ośmioma domkami i sklepikiem nie ma w zasadzie nic…

…nie licząc bramy z napisem „Mechanika samochodowa”, którą widzisz dokładnie po drugiej stronie drogi.

Pan mechanik podładował nam przez godzinę akumulator, żebyśmy mogli wrócić do Cioci D. Nie wziął za to ani grosza. Życzył nam szczęśliwej drogi.

Przez całą powrotną drogę specjalnie patrzyłem – nigdzie nie było innego warsztatu.

A przecież awaria mogła się wydarzyć w każdym innym miejscu. Ba – mogła się wydarzyć poprzedniego dnia, kiedy późnym wieczorem wracaliśmy z Karpacza po kompletnie ciemnych i krętych jak krętek blady (a w dodatku zupełnie mi nieznanych) dróżkach przedgórza Karkonoszy. Albo na autostradzie w połowie drogi do domu.

Jest „szczęście w nieszczęściu”? Jest.

A wymiana alternatora? Drobiazg, jeden dzień, pięć stów i po sprawie. Czyli znowu „nieoczekiwane wydatki”…

Epitafium?…

Włączone jakieś radio. Słyszę komentarz: „Trwa pogrzeb Wojciecha Kilara. Znany kompozytor muzyki filmowej został pochowany…”

Kilar był zatem „znanym kompozytorem muzyki filmowej”. Nieważne są jego koncerty, symfonie, preludia… W świadomości współczesnego człowieka zaistniał wyłącznie dlatego, że napisał muzykę do iluś tam filmów.

Nie chcę być źle zrozumiany: znam muzykę filmową Kilara i uważam, że jest genialna. Ale nazwanie go „znanym kompozytorem muzyki filmowej” dowodzi, że w dzisiejszych czasach ktoś, kto nie pojawia się w kontekście filmu, telewizji czy teledysku w świadomości powszechnej po prostu nie istnieje.

„Mozart, Mozart… A, wiem – to ten gość co pisał melodyjki do komórek!”

Mogło Być Gorzej, Mogło Być Lepiej… Czyli Update do Poprzedniego Wpisu

Pralka okazała się głupstwem. Takim, że aż głupio pisać – gdybym się nie zafiksował na „kodzie błędu”, to mógłbym to pewnie zrobić sam. A tak – 40 zł do tyłu i uchachany fachowiec. No, ale mogło być gorzej.

Auto… Złe wieści – zdechł alternator. Dobre – nie zdechł do końca, czyli zamiast kupować nowy można było naprawić stary. Cztery stówy (z częściami i robocizną). Mogło być gorzej (nawet sporo gorzej, gdyby trzeba było wymieniać i alternator i akumulator). Co nie zmienia faktu, że akurat przed świętami mamy 440 złotych polskich w plecy.

No, ale to jeszcze nie dramat. Mogło być gorzej (i to ma mnie pocieszać, wiem…).

O Tym, że Szewc Bez Butów…

Trzy tygodnie temu. Telefon. „Dzień dobry, nazywam się Kleofas Pipsztycki, dzwonię ze Szkoły Szybkiego Uczenia Się i Pamięci ‚Mały Sklerotyk’, czy mówię z panem Puchatkiem Puchatkowskim?” (wszystko to, rzecz prosta, na jednym oddechu z typową telemarketerską manierą pt. „Jeszcze nie wiesz, jak bardzo możemy cię uszczęśliwić”).

Potwierdzam, po czym słyszę jednym tchem opowiedzianą historię o tym, że przedstawiciele „Szkoły szybkiego…” etc. byli w czerwcu w szkole Potworów, prowadzili „takie zajęcia informacyjne” i że „…pańskie dzieci były zainteresowane, więc zostawiły telefon do pana, więc dzwonimy żeby zapytać, czy byłby pan zainteresowany zajęciami dla swoich dzieci…”.

Nie, nie byłbym. „A można zapytać, dlaczego?”.

A można, odpowiadam. Po pierwsze dlatego, że moje dzieci mają już bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych i dodawanie im jeszcze jednego nie byłoby dobrym pomysłem. Po drugie dlatego, że nie wydaje mi się żeby zajęcia z szybkiego uczenia się były im bardzo potrzebne – oboje uczą się doskonale, pamięć mają świetną. Po trzecie dlatego, że nie podoba mi się fakt, że organizujecie państwo w szkole zajęcia na których wyciągacie od dzieci telefony ich rodziców nie pytając najpierw tych rodziców o zgodę. Wie pan, ustawa o ochronie danych osobowych i tak dalej… Z tego co wiem, osoba nieletnia nie może dysponować… Po czwarte wreszcie dlatego, że nie do końca wierzę w efekty takich genialnych kursów (nie licząc, oczywiście, efektu nabijania kabzy prowadzącym – ale to już, jako człek z grubsza kulturalny, pozwalam sobie zostawić w podtekście).

„Ale czy pan wie, jak funkcjonuje ludzki umysł i jak można poprawić sposoby uczenia się?” – pyta wyuczonym tonem pan Pipsztycki, udając że nie usłyszał pierwszych trzech punktów.

Otóż właśnie wiem, odpowiadam. Jestem psychologiem z wykształcenia i akurat wiem to dość dobrze.

Na tym rozmowa się kończy.

Dzisiaj. Dzwoni telefon. „Dzień dobry, nazywam się Kleofas Pipsztycki…” – i dalej jak za pierwszym razem.

Przerywam w połowie, informując pana P., że przecież już do mnie dzwonił.

„Doprawdy?” – dziwi się. „Musiałem… ZAPOMNIEĆ”.

Kurtyna.

Wieści z Frontu

Jest nieźle. Leczenie działa: poprawa jest tak ewidentna, że widać ją gołym okiem. Co było mocno czerwone – jest bladoróżowe, prawie niewidoczne; co było różowe – zniknęło; „grudki” zanikły, znikł związany z nowotworem stan zapalny pod skórą, więc ustąpiły też wszystkie dolegliwości. Dziś Pani Doktor kazała zrobić ponowne USG węzłów chłonnych, które miesiąc temu były powiększone – dziś są czyściutkie i nie powiększone ani trochę.

– To znaczy, że jeszcze sobie pożyję… – stwierdziła M. filozoficznie.

– Wszystko na to wskazuje – zgodziła się pogodnie lekarka robiąca USG.

I tego się trzymajmy.

Chemicznie

Chemia, chemia, chemia again („Od chemii się wszystko zaczyna”, jak śpiewali Golcowie).

Tym razem na szczęście znacznie lżejsza i mniej obciążająca – ale jednak. Cykl czterotygodniowy: najpierw 14 dni brania pigułek w domu, a w pierwszym i ósmym dniu – wlew dożylny (ale krótszy i mniej uciążliwy). Pierwszy dzień był wczoraj. Potem kolejne 14 dni przerwy. I da capo.

Jak długo? To się okaże, kiedy dowiemy się, jak toto działa. Wersja prawdopodobna – kilka takich cykli, a potem jakiś czas przerwy. Co dalej? Trudno powiedzieć.

– Gdyby pani miała przerzuty do organów wewnętrznych, do płuc, nerek czy mózgu, to sytuacja byłaby o tyle lepsza, że można by to próbować wyciąć – tłumaczyła Pani Doktor. – Ale też o tyle gorsza, że to mogłoby się nie udać, a wtedy można umrzeć. Pani przypadek jest o tyle gorszy, że nie da się go załatwić operacyjnie, trzeba go leczyć systemowo i traktować jak chorobę przewlekłą. Ale z drugiej strony jest o tyle lepszy że, jak już mówiłam, umrzeć się na to nie da.

I tego się trzymamy.

***

M. źle to znosi (psychicznie, bo fizycznie – jak zwykle całkiem dobrze).

Rok temu zaczynaliśmy pierwszą chemię. Była trudniejsza, cięższa, miała znacznie bardziej uciążliwe skutki uboczne… A jednak byliśmy w lepszym stanie psychicznym – bo mieliśmy dość konkretną perspektywę. Chemia, potem operacja, potem naświetlania – i już. I można (było) mieć nadzieję, że to sprawę załatwi.

Oczywiście, mieliśmy pełną świadomość że w przyszłości może być różnie. Że zaraza może kiedyś wrócić. Ale po pierwsze – mogliśmy mieć nadzieję, że tak się nie stanie. A po drugie – nawet gdyby tak się stało, to miało być „kiedyś”. W perspektywie był rok uciążliwego leczenia, a potem? W najlepszym przypadku „święty spokój”, a w gorszym – przynajmniej jakiś czas tego „świętego spokoju”.

A teraz nie tylko okazało się, że nawet tego „jakiegoś czasu” nie było, ale też nie ma żadnej konkretnej perspektywy. Być może trzeba się będzie leczyć przez długie lata, może do końca życia – i to jest ta optymistyczna wersja wydarzeń.