Urodziny, koncerty, wakacje…

Rok szkolny dobiega końca (choć czasami mam wrażenie, że raczej się do tego końca dowleka…). Zmęczenie wyłazi wszystkimi kanałami – gdyby nie świadomość, że wakacje tuż tuż, nie wiem, co bym zrobił.

Dzieje się dużo. To „dużo” to w znakomitej większości wydarzenia bardzo pozytywne – co nie zmienia faktu, że poziom zmęczenia znacząco utrudnia cieszenie się nimi.

***

Pierwszego czerwca Pucek skończył pięć lat. Pięć lat! Kiedy to minęło? Na urodzinach zjawiła się banda pięciolatków (wielce niesprawiedliwie określana w Puchatkowie mianem najazdu Hunów), która pożarła wszystko, co było do pożarcia, zdemolowała co było do zdemolowania (ścian na szczęście nie naruszając) i poszła, pozostawiając po sobie ruiny i zgliszcza, a także stosik prezentów i laurek. Rycerska zbrojownia Pucka powiększyła się o kolejne kilka mieczy, jego drużyna – o kilku kolejnych rycerzy (plastikowych). Sprzątanie trwało długo, ale trzeba przyznać że dziecię było szczęśliwe.

***

Piłka przez cały ten rok brała udział w warsztatach tanecznych w „Mazowszu” (główna siedziba zespołu – tak zwany Matecznik – mieści się niedaleko G.). Wiem, że większości z Was „Mazowsze” kojarzy się przede wszystkim z tańcami ludowymi – ale coroczne warsztaty „Roztańczeni z Mazowszem” to znacznie szersze zjawisko. Co roku tworzy się łącznie kilkanaście grup – najmłodsi uczestnicy mają po pięć–sześć lat, najstarsi tworzą grupę emerytów. Do wyboru są najróżniejsze formy taneczne: jest oczywiście taniec ludowy, ale także balet, taniec współczesny i nowoczesny (mimo szczegółowych tłumaczeń mojej córki nadal nie jestem w stanie wskazać istotnych różnic…), hip–hop, jazz i tak dalej. A w czerwcu wszystkie te grupy biorą udział w koncercie finałowym, gdzie prezentują efektu rocznej pracy.

A efekty są naprawdę imponujące! Kiedy pięciolatki tańczą krakowiaka, to można się uśmiechnąć i bić brawo – ale kiedy dziesięcio– czy dwunastoletnie dzieciaki prezentują kapitalny, kilkuminutowy układ taneczny w konwencji musicalowej – ze świetną muzyką, światłami, ubrane w jednakowe stroje i pełne dziecięcej radości tańca – to publiczność siedzi jak zaczarowana.

Patrzyłem na Piłkę – wciągnęło ją to. I nie mówię tylko o samym tańcu, ale o całości „zjawiska”. Praca w grupie z instruktorką, atmosfera za kulisami, scena, światła rampy… Jest w tym wszystkim jakaś magia. A kiedy po setce prób (na których entuzjazm zmagał się ze zmęczeniem) grupa odtańczyła swoje pięć minut na scenie i dostała huraganowe brawa, połowa tych dziewczynek miała łzy w oczach. Takie doświadczenie i emocje pozostają na całe życie: człowiek już wie, że jest w stanie wyjść na scenę i zaczarować publiczność. To daje siłę.

Jutro – pojutrze pokażę Wam parę zdjęć.

Pracowo i Nie

Codzienność, codzienność, codzienność. Dzieci do szkoły, dzieci ze szkoły, do sklepu, ze sklepu, do…, z…. Na razie, chwała Bogu, nie ma przynajmniej „do szpitala, ze szpitala”.

Mam tak strasznie dosyć tego roku szkolnego. Zmęczenia, znużenia tym wszystkim co było. Potrzebuję wakacji.

Ale kiedy się te wakacje zaczną? Ba. Jedną książkę oddałem – czekam na konkretną sumę, która pojawi się na koncie (miejmy nadzieję) pod koniec czerwca i (w połączeniu ze zwrotem podatkowym) pozwoli nam spokojnie przeżyć okres wakacyjny (łącznie z wyjazdami etc.). A teraz czekam na kolejną książkę, która trochę się przesuwa, bo nie dojechała jeszcze od brytyjskiego wydawcy (tak fizycznie: nie mogę jej tłumaczyć, bo jej nie ma). Teoretycznie – nie muszę się tym martwić, skoro do końca sierpnia mamy za co żyć.

W praktyce jednak nie jest to takie proste: żeby pod koniec sierpnia wpłynęły kolejne pieniądze (czyli żeby było za co żyć także po wakacjach) powinienem skończyć tę książkę przed wyjazdem na wakacje. Jeśli książka pojawi się do końca maja – to sądzę, że półtora miesiąca powinno wystarczyć. Ale jak się bardziej opóźni?… To będzie kiepsko. Bo wtedy będę miał do wyboru: albo sporo opóźnić wyjazd wakacyjny (czego jednak wolałbym uniknąć), albo kończyć książkę po wakacjach, czyli w drugiej połowie sierpnia (co z kolei oznaczałoby, że pieniądze za nią będą odpowiednio później). Tak źle i tak niedobrze…

Zwłaszcza, że Duży Portal jako źródło dochodów w zasadzie przestał funkcjonować – jeszcze za kwiecień dostałem od nich kilkaset złotych, ale w maju (na razie) przysłali mi jeden tekst. Czyli w zasadzie nie ma o czym mówić. Łącznie – nie robi mi to różnicy, bo jak mniej czasu poświęcam na Portal, to szybciej robię książki, więc finansowo wychodzi na to samo. Tyle, że za książkę pieniądze przychodzą w jakieś półtora miesiąca po skończeniu pracy, czyli trzeba na nie poczekać – a czasami przydałby się jakiś choćby niewielki zastrzyk pieniędzy na które czeka się nie dłużej niż dwa tygodnie.

Ot, takie uroki „wolnego zawodu”.

No, to sobie pomarudziłem.

…And Life Goes On

No dobrze. Trochę już po wczorajszym dniu ochłonąłem, choć głowa boli mnie dalej. Bo wczoraj – poza oczywistymi emocjami związanymi z wizytą u Pani Doktor – mieliśmy jeszcze różne przygody komunikacyjne… Ale o tym następnym razem.

Jakieś podsumowanie tego, co (na razie) za nami?

Jest połowa maja. „Coś” wykryliśmy w połowie sierpnia ubiegłego roku. Koniec sierpnia i wrzesień to były badania i diagnostyka. W końcu września trafiliśmy do Pani Doktor. Od października do stycznia – chemioterapia. W lutym operacja. W kwietniu – radioterapia.

Dziewięć miesięcy. Prawie cały rok szkolny podporządkowany reżimowi medycznemu. Rok wyjęty z życiorysu. Dużo się w tym czasie działo, wiele spraw, wiele wydarzeń, wiele rzeczy skądinąd dobrych, radosnych, pozytywnych… Ale temat dominujący był jeden.

A teraz (na razie) ma się to zmienić… To duża ulga, mimo wszystko. Ale też kiedy trochę opada napięcie, człowiek zaczyna odczuwać jak bardzo jest zmęczony. Obniżył mi się (przejściowo, miejmy nadzieję) próg reakcji nerwowych. Łatwiej się irytuję, łatwiej dopada mnie „smuga cienia”, łatwiej wpadam w jakieś smutki i przygnębienia. Łatwiej i szybciej męczą mnie inni ludzie, także własne dzieci. Łatwiej ulegam złym myślom. Łatwiej poddaję się słabościom.

Nie lubię siebie takiego. Mam nadzieję, że z czasem wszystko trochę wróci do normy.

***

Jednym z ubocznych efektów całej historii jest fakt, że będzie trzeba zmienić plany wakacyjne („plany” to w ogóle za duże słowo – do niedawna w ogóle baliśmy się jakieś „plany” czynić…). Ponieważ M. wolałaby na razie uniknąć zbyt długich podróży samochodowych, myśleliśmy o wyprawie na Bornholm. Ale nic z tego: Pani Doktor zasugerowała, że przez rok po zakończeniu terapii nie powinno się narażać na „ostre zmiany klimatyczne” – czyli w wypadku mieszkańców Mazowsza wyprawy nad morze czy w wysokie góry są raczej niewskazane. Nic to – może uda się pojechać na kilka dni do znajomych w Niemczech, a od nich – nad jakieś jeziora, w jakieś lasy… Coś się wymyśli. Szkoda, bo M. uwielbia morze.

***

Co przed nami? To się okaże. Lęk zostaje. Choćby gdzieś głęboko, choćby gdzieś pod powierzchnią świadomości… Znam osoby, które przeszły przez walkę z rakiem: choć są bardzo różne, wszystkie twierdzą że wizyty „kontrolne” co miesiąc (albo co trzy miesiące, w zależności od sytuacji) za każdym razem kosztują mnóstwo nerwów. No bo – co wyjdzie? Co pokażą badania?

Z drugiej strony – mam takie głębokie przekonanie (absolutnie nie mające racjonalnych podstaw…) że jednak będzie dobrze.

To All Whom It May Concern

Tydzień po zakończeniu naświetlań poszliśmy do naszej Pani Doktor. Spodziewaliśmy się jakichś piętrowych badań i innych tego typu atrakcji – ale nie. Pani doktor wypytała M., zbadała ją dokładnie, uważnie (kto nie widział Pani Doktor, ten nie wie co to znaczy „uważnie”…) przeczytała wszystkie wyniki badań ze szpitala w którym były naświetlania, nawet trochę pożartowała.

Potem odpowiedziała na naszą listę pytań. Potem powiedziała, na co trzeba uważać i na co zwracać uwagę. A potem zakończyła z typową dla siebie ostrożnością i uczciwością:

Na razie jest pani czysta. Widzimy się za trzy miesiące.

Co oznacza, że na razie mamy spokój. Czy na zawsze? Czy na długo? Tego oczywiście nie wiemy. Ale na razie jesteśmy czyści. Tu i teraz.

A Was prosimy o dalsze wsparcie duchowe. Żeby to na razie trwało i trwało.

No. Coś więcej napiszę może jutro – dziś już chyba się nie zbiorę.

Spałem w Spale, nie piłem w Pile

No i proszę – na ostatnie dwa dni Najdłuższego Weekendu Nowoczesnej Europy udało nam się pojechać do Spały*. Widzieliśmy hodowlę żubrów w Smardzewicach, jedliśmy lody, „zwiedzaliśmy” targ staroci – no i oczywiście spłynęliśmy kajakami na trasie Spała – Inowłódz (to najkrótsza trasa z możliwych, ale z uwagi na słabszą rękę M. nie chcieliśmy na razie ryzykować dłuższej).

Choć raz, choć na chwilę wyrwaliśmy się z domu trochę dalej, niż do Warszawy…

Jutro ostatnie naświetlanie. Co dalej – zobaczymy po wizycie i naszej głównej Pani Doktor.

* Uwaga: każdego, kto w ewentualnym komentarzu chciałby poczuć się oryginalny i nawiązać do znanej piosenki Artura Andrusa spieszę poinformować, że przed nim zrobili to już (na wieść o naszych planach) wszyscy nasi znajomi, a także Puchatkowy Ojciec i ksiądz Maciej, wikariusz w Puchatkowej Parafii. Piłem w Spale, spałem w Pile, i to jak na razie tyle. Howgh.

Się toczy

Nie piszę, bo nie mam kiedy.

Naświetlamy się. Na razie – po pierwszym tygodniu – względnie bezproblemowo (choć dziś w badaniu krwi wyszło, że nastąpił spadek leukocytów – jak do jutra nie przejdzie, to trzeba będzie jakieś sterydy brać…).

M. – już od ubiegłego wtorku – jeździ do Warszawy sama, bo tak jest po prostu najszybciej: gdybyśmy chcieli najpierw rozdysponować Potwory, a potem jechać – bylibyśmy na Wawelskiej koło dziesiątej. A wtedy jest więcej ludzi i dłużej się czeka. A jak M. pojedzie poranną kolejką (mnie zostawiwszy rozwożenie menażerii), to jest na miejscu przed dziewiątą, kwadrans później wychodzi – i na dziesiątą jest już z powrotem w G.

A co poza tym? No cóż – mówiąc szczerze właściwie nic poza tym. Szkoła, przedszkole, szkoła muzyczna, praca, obiad, praca, spać. I tak jeszcze przez jakiś czas.

Pytanie do Specjalistów

Mam pytanie a propos globalnego ocieplenia. Czy są tu jacyś specjaliści w tej dziedzinie? Przydałby mi się ktoś, kto naprawdę się na tym zna i wie więcej, niż statystyczny czytelnik gazet.

Jeśli ktoś taki czyta przypadkiem moje zapiski, bardzo proszę o odpowiedź – może być w komentarzach, może być na email. Pytanie jest bardzo konkretne:

Czy jest jakaś metoda, żeby to cholerne globalne ocieplenie  TROCHĘ PRZYSPIESZYĆ?!

Habemus Papam. Franciszek

Kilka myśli nie daje mi spokoju po wyborze papieża Franciszka…

„Jezuita papieżem! Może rzeczywiście koniec świata jest bliski?” – szybka wymiana maili z Jednym Nieparzystokopytnym Znajomym. Żart, oczywiście, zresztą ciepły – kto mnie zna, wie że do jezuitów mam generalnie stosunek bardzo pozytywny.

Zaskoczenie – na pewno. Nie wymieniano go tym razem wśród „papabile”. Z tych, których wymieniano, najbliższy chyba był mi kardynał O’Malley z Bostonu – ale kiedy po ogłoszeniu nazwiska nowego papieża rzuciłem się do Internetu żeby się czegoś więcej o nim dowiedzieć, okazało się, że w zasadzie ma wszystkie te cechy, które najbardziej podobały mi się w O’Malleyu.

Imię jakie wybrał… Przyznam, że aż mnie na chwilę zatkało (kto mnie zna, ten wie że to rzadki przypadek…). Franciszek! Od początku – po jego zachowaniu, po tym „Bracia i siostry, dobry wieczór!” – byłem pewien, że chodzi o Franciszka z Asyżu. Dużo o tym imieniu teraz piszą – o tym, co ono znaczy i co znaczyć może… – ale głównie skupiają się na „biedaczynie”, na skromności, na ubóstwie etc. Ja mam chyba skojarzenie nieco szersze.

Nie wiem, czy sobie z tego zdajecie sprawę, ale na początku XIII w. sytuacja Kościoła była (toutes proportions gardées) bardzo podobna do współczesnej. Jakieś zatrzymanie, zahamowanie dynamiki ewangelizacyjnej i misyjnej, jakieś trochę zamknięcie we własnym sosie. Problemy na poziomie instytucji, która „obrosła w piórka” i zaczęła po trochu wystarczać sama sobie… Afery finansowe… Afery obyczajowe na najwyższych szczeblach… Znamy to skądś?

I wtedy właśnie pojawił się Franciszek. Biedaczyna. Człowiek znikąd. I postawił wszystko na głowie. I nadał Kościołowi nowy rozpęd, nową dynamikę która starczyła na dobre dwieście lat.

Czy papież Franciszek miał także to w głowie, kiedy przyjmował to imię? Czy ma taką wizję teraz?

Nie wiem. Na razie jego skromność, zwyczajność, uśmiech i poczucie humoru – połączone z wielką wiarą i pokorą – robią na mnie ogromne wrażenie.

Zarzutu (pojawiającego się od pierwszych chwil) że „za stary” nie traktuję poważnie. Jan XXIII był w tym samym wieku, kiedy został papieżem. Był nim „tylko” pięć lat – a jak zdążył zamieszać! Jeśli Franciszek zamiesza tak samo – to za 10 lat możemy się obudzić w zupełnie innym Kościele. To znaczy – w tym samym, oczywiście, ale jednak zupełnie innym.

***

Zarzuty do nowego papieża – nie mogę o tym nie napisać… – o rzekomą współpracę z argentyńską juntą w latach siedemdziesiątych. Piszę „rzekomą” – bo dowodów nie ma. Są zarzuty, że podobno „wydał” dwóch lewicujących księży (zresztą współbraci zakonnych). Sam kard. Bergoglio kilkakrotnie i jednoznacznie temu zaprzeczał. Bronią go także ludzie tacy jak Adolfo Pérez Esquivel (laureat pokojowego Nobla właśnie za obronę praw człowieka w czasach dyktatury Videli). Głównym „dowodem winy” są zeznania jednego z tych „zdradzonych” księży. Ale przecież i u nas, w Polsce, ubecy wmawiali wielu aresztowanym opozycjonistom, że wydali ich współpracownicy – to stara jak świat metoda rozbijania zaufania i więzi.

Jak było naprawdę – trudno powiedzieć. Argentyńska junta ma na sumieniu rzeczy podłe i wyjątkowe draństwa. Z drugiej strony ci z którymi junta walczyła też aniołkami nie byli – przed objęciem władzy przez Videlę zamachy terrorystyczne i morderstwa polityczne były w Argentynie na porządku dziennym (żeby było jasne: w niczym to nie usprawiedliwia późniejszego mordowania, porywania i torturowania przeciwników junty; kiedyś już o tym pisałem: największą klęską w walce ze złem jest stać się takim samym jak ci, których się zwalcza…). Jaką rolę odegrał w tym wszystkim kard. Bergoglio? Nie wiem, oczywiście – ale pewnie historycy to wyjaśnią.

Dziwnie mi się jednak robi, kiedy patrzę na reakcje części (no dobrze, lewej części) polityków w Polsce i Europie. Oburzają się, wyciągają tę rzekomą współprace z juntą ci sami ludzie, którzy w naszych, polskich realiach oburzają się kiedy kogoś oskarża się o współpracę z bezpieką w czasach PRL. Sytuacja jest podobna: tu i tu są oskarżenia / pomówienia (nie wiemy, jak jest / było naprawdę), tu i tu nie ma dowodów. Czyli co: jak kogoś oskarża się o współpracę z komunistyczną bezpieką – trzeba go bronić, odwoływać się do zasady domniemania niewinności, oburzać się że stawia się zarzuty bez dowodów. A jak kogoś oskarża się o współpracę z prawicową bezpieką – z równie małą ilością dowodów – to należy tego kogoś skrytykować, nawymyślać mu, wypomnieć.

O co chodzi? Czy tortury w imię ideałów lewicowych różniły się od tortur w imię ideałów prawicowych? Czy śmierć z ręki komunistycznej bezpieki różniła się od śmierci z rąk bezpieki Videla?

Pani dyrektor Teatru Ósmego Dnia na swoim facebookowym profilu napisała, że „Wybrali ch…ja, który donosił”.

Nie wiadomo czy donosił, nie wiadomo co i jak, nie ma pewności, nie ma dowodów – ale pani dyrektor już zdążyła podzielić się ze wszystkimi swoim głębokim przemyśleniem.

Dawno już mówiłem, że facebookowa „ściana” (czy jak to się tam fachowo nazywa) to taki odpowiednik płotu czy muru sprzed kilku dekad: wystarczy kawałek kredy i każdy może swoje zdanie napisać. I w zasadzie przejmować się tym należy tak samo, jak napisem „dupa” kredą na płocie… Tyle, że jeśli to „dupa” pisze ośmioletni Jacuś, który dorwał kawałek kredy i jest zachwycony swoim dziełem; albo pijany pan Miecio spod monopolowego, zamroczony kolejnym jabolem – to jestem w stanie to zrozumieć i moją jedyną reakcją będzie wzruszenie ramion.

Ale jeśli wielkie „dupa” wypisuje na tym płocie osoba kulturalna, wykształcona, dyrektor znakomitego teatru, człowiek ze świata Sztuki… To jakoś smutno mi się robi.

Dyrektorzy teatrów mówiący językiem meneli. Hurra–oskarżyciele, korzystający z każdej wątpliwości, żeby pokazać że Kościół jest be.

A może by tak zajrzeć do dzisiejszej Ewangelii?… (Podpowiem: J 8, 1–11).