Życzenia Dla Tłumaczy…

Oto takie dostałem dziś życzenia. Mailem. Od Przyjaciół. Całość bardzo prawdziwa, a zakończenie sprawiło, że musiałem wycierać monitor…

Drogi Przyjacielu!

Ś.p.Henryk Fross S.J., który parę książek hagiograficznych za życia popełnił, napisał o nim między innymi tak:

„Spuściznę literacką pozostawił po sobie olbrzymią. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty. Potem (391-405) wprost z hebrajskiego przetłumaczył niemal cały Stary Testament.(…)

Przełożył także wiele pism Orygenesa, Euzebiusza, Pachomiusza i innych. Ponadto napisał życiorysy Pawła pustelnika, Hilarego itd. W swym De viris illustribus stworzył wreszcie zarys historii literatury starochrześcijańskiej. Osobne miejsce zajmują jego pisma polemiczne skierowane przeciw Helwidiuszowi, Jowinianowi, Janowi Jerozolimskiemu, Rufinowi, pelagianom i innym. Jeśli dodamy do tego liczne listy, staniemy przed ogromem tak imponującym, że niemal nie podobna przypisać go jednemu człowiekowi. Nie dziwi nas przeto, że jego niespożyta pracowitość, a z nią jego gorące przywiązanie do Kościoła, umiłowanie Matki Najśw., czystości, bezinteresowności i ascetyzm przysłoniły potomnym jego niewątpliwe wady: skłonność do namiętnych polemik, kłótliwość, posługiwanie się inwektywami, zgryźliwość, zarozumiałość.

Jego atrybutem jest zazwyczaj księga, ale nieraz także oswojone lwiątko.”

Niech św. Hieronim, wspominany dziś przez Kościół, patron tych, którzy parają się tłumaczeniem tekstów, swoją wprawą i mądrością pomaga Ci w pracy. Niech w Twoim imieniu idzie do Twoich pracodawców i obracając Twoje wady w zalety, upomina się w Twoim imieniu o zaległe wynagrodzenie. Niech weźmie ze sobą swoje oswojone lwiatko. które w razie dalszej opieszałości ugryzie ich w zadek.

Serdeczności,

(…)

Co się stało z naszą klasą?…

Dwadzieścia pięć lat – to jeszcze tak nie brzmi. Ale kiedy sobie człowiek uświadomi, że to ćwierć wieku… Włos się jeży. I siwieje.

Ćwierć wieku minęło od pamiętnego roku 1989. Pamiętnego nie tylko przez wielkie przemiany – ale także ze względu na naszą maturę.

Spotkaliśmy się wczoraj w Stolicy, w pewnym pubie. Z klasy liczącej ponad trzydzieści osób zjawiło się piętnaście. Z kilkoma osobami nikt nie ma kontaktu, więc nie było do nich jak dotrzeć z zaproszeniem. Jedna koleżanka mieszka w Londynie. Jedna gdzieś na północy Norwegii razem z mężem (też Polakiem) prowadzi od piętnastu lat gospodarstwo rolne. Inna jest panią leśnik, gdzieś w Puszczy Białowieskiej. Jeszcze inna – siostrą karmelitanką, więc z przyczyn oczywistych też jej nie było.

A reszta? Paru lekarzy (endokrynolog, anestezjolog, pani chirurg plastyczny, internista już bodaj z doktoratem). Paru chemików (bo w końcu klasa biol–chem), w tym jeden szef polskiego oddziału jakiejś specjalistycznej, międzynarodowej firmy chemicznej. Jedna pani psycholog biznesu (czy jakoś tak). Jeden doktor (bodaj już nawet habilitowany) biologii, też mieszkający gdzieś pod Puszczą Białowieską, pracujący na uczelni w Białymstoku. I tak dalej…

To nie była zgrana klasa. Sporo silnych indywidualności, sporo „charakterów”… Ale kiedy spotkaliśmy się po tych dwudziestu pięciu latach (z niektórymi widywałem się raz czy drugi, ale z częścią – pierwszy raz od matury), naprawdę świetnie się bawiliśmy w swoim towarzystwie. Rozmowom nie było końca – wspomnienia ze szkoły i wycieczek klasowych mieszały się z „teraźniejszością” – dzieci, małżonkowie (obecni i byli), plany i sukcesy zawodowe… Zdjęcia…

Kapitalne doświadczenie: jesteśmy naprawdę bardzo różni, różne mamy poglądy, różne drogi życiowe – ale jednak wszyscy (także ci „nieobecni”) jakoś „wyszliśmy na ludzi”. I mimo wszystkich różnic okazuje się, że jednak w sprawach podstawowych, w kwestii principiów, jesteśmy z grubsza z jednej bajki.

Spotkaliśmy się o szóstej po południu. Z lokalu wyszliśmy o północy – i to tylko dlatego, że pan kelner od dłuższego czasu patrzył już na nas bardzo znacząco (bo też byliśmy ostatnimi gośćmi w lokalu).

Czy tęskniłem za tymi ludźmi? Nie. Ale spotkanie z nimi było przeżyciem nadspodziewanie sympatycznym – i (jak postanowiliśmy jednogłośnie) musi się powtórzyć. Może nawet wcześniej, niż za następne ćwierć wieku…

Życie płynie…

Planowa scyntygrafia kości wykazała „lekko zwiększony wychwyt izotopu w lewej kości biodrowej”. Poza tym cały kościec idealny i bez zmian – ale te jedną zmianę trzeba było sprawdzić. Czyli zrobić rentgen. Czyli kolejny dzień nerwów, czy to przypadkiem nie przerzuty do kości. Mało prawdopodobne, bo objawy nie te i kości nie te (jak już są przerzuty do kości przy tym nowotworze, to raczej do kości długich) – ale nerwy były i tak.

Na szczęście opis zdjęcia rentgenowskiego był jednoznaczny – poza jakimś drobnymi zmianami zwyrodnieniowymi „…ogniskowych zmian osteolitycznych na wykonanym zdjęciu nie stwierdza się”.

Brak złych wiadomości to dobra wiadomość.

Nowy Rok (Szkolny), Nowy Uczeń, Nowe Leczenie…

Mamy nową chemię. Nasza Pani Doktor jest wprawdzie na urlopie, ale zostawiła swoim współpracowniczkom szczegółowe wytyczne i rozplanowane przez siebie leczenie. Tym razem – dla odmiany – tylko doustne.

Razem z M. byliśmy we wtorek w szpitalu. Badania, rozmowa – ale leki, jak się okazało, będą „dopiero jutro”. Dlaczego? Bo to niestandardowe leczenie, rzadko używana kombinacja, którą Pani Doktor ustaliła „na podstawie stosowanej na całym świecie praktyki klinicznej, ale spoza klasycznych schematów z ‚książeczek’ NFZ”. Co oznacza, że zapewne konieczne było wypełnianie jakichś kilogramów papierów i uzyskania miliona podpisów i zgody wszystkich świętych. Ale jak Pani Doktor doszła do wniosku, że to będzie najlepsza droga – to załatwiła. Tyle, że te leki sprowadzić można dopiero, jak pacjent fizycznie się pojawi, zostanie zbadany i lekarz zatwierdzi, że można podawać. Ot, taki biurokratyczny absurdzik, wymuszający na chorych i osłabionych ludziach dwie wizyty w szpitalu zamiast jednej.

Na szczęście okazało się, że lekarka zastępująca Panią Doktor jest rozsądna – zgodziła się na moją propozycję, że skoro M. i tak ma brać te leki w domu, to po co ma jeszcze raz jechać? Zwłaszcza, że ciągle jeszcze jest osłabiona po szpitalu (silne antybiotyki…)?

Ja pojechałem. Dostałem dwie paczki leków – w tym jeden, który trzeba zażyć „w ciągu godziny od wyjęcia ze szpitalnej lodówki”. Dobrze, że jest autostrada A2…

Pani farmaceutka (szpitalna, nie w aptece – takich leków w aptekach się nie kupuje, można je tylko dostać w szpitalu…), na pytanie (zadane z czystej ciekawości…) ile te dwie paczuszki są warte, odpowiedziała spokojnie, że jakieś pięć – sześć tysięcy złotych. Fajnie.

Tak więc M. zaczyna nową chemię. Mamy nadzieję, że zadziała. Bo jak nie, to może być kiepsko.

***

Pucek – sześciolatek – pierwszoklasista! Pierwszy dzień w szkole trudny – podkówka, „Boję się!” i takie różne. Ale szybko się rozczmuchał. Drugi dzień – trudne pierwsze chwile, ale po kwadransie w sali był już uchachany i zadowolony. Po powrocie ze szkoły stwierdził, że on chce chodzić do szkoły codziennie, w sobotę i niedzielę też, a jeśli coś mu się nie podoba, to fakt, że jutro idzie dopiero na 11:00. A chciałby wcześniej. Środa i czwartek – pełnia szczęścia, tornister na plecach, worek w garści, ruszamy. No, już, ruszamy, no!

To tyle w kwestii „biednych sześciolatków, które podłe władze siłą posyłają do szkoły, odbierając im dzieciństwo”. Zdaje się, że jednak nie trzeba będzie ratować malucha…

***

…co nie zmienia faktu, że rok szkolny zapowiada się niełatwy. Szkoła Potworów – choć niewielka i wciąż bardziej kameralna niż większość szkół w okolicy – też już jest nieco przepełniona, co oznacza naukę „na zmiany”. Zmiany jako takie uciążliwe nie są (ta „popołudniowa” zaczyna się o 11:00 lub 12:00 i kończy najpóźniej za kwadrans czwarta) – problem polega na tym, że przy trójce potworów nigdy nie da się zrobić tak, żeby wszyscy szli na tę samą godzinę i o tej samej godzinie kończyli. A od przyszłego tygodnia Potworom Starszym dojdzie jeszcze szkoła muzyczna, która – jak zwykle – niewiele robi sobie z faktu, że wszystkie szkoły w G. działają na zmiany. Jak to wszystko pogodzimy? Ano, zobaczymy.

Z jednej strony – na samą myśl czuję się zmęczony. Z drugiej – jeśli to będzie w tym roku nasz najpoważniejszy problem, to będę szczęśliwy.

…Ale do przodu…

Minął tydzień od poprzedniego wpisu. Bardzo trudny tydzień – ale dziś jest już lepiej. Trochę.

M. w szpitalu czuła się coraz gorzej. W sobotę – kiepsko, w niedzielę już bardzo źle, w poniedziałek jeszcze gorzej. Mimo wszystkich leków i naprawdę sensownej opieki nic nie szło ku lepszemu – a wręcz przeciwnie.

Ja byłem u niej po kilka razy dziennie, dwie najbliższe przyjaciółki też, wpadał teść… Rozmawiałem z lekarzami, doprowadziłem do konsultacji telefonicznej z naszą Panią Doktor.

Były antybiotyki i wiele innych koniecznych leków – ale gorączka nic sobie z nich nie robiła.

Krótkie wyjaśnienie: gorączka w takiej sytuacji mogła mieć różne przyczyny. Mogła wynikać z infekcji (zapalenie płuc), albo z samej choroby nowotworowej (co by sugerowało dalsze rozsiewy, czyli przerzuty). W pierwszym przypadku – trzeba było jak najszybciej zwalczyć infekcję, bo wcześniej nie można podać chemii. W drugim – trzeba by właśnie jak najszybciej z powrotem na chemię. Niby proste – ale co zrobić, jeśli nie wiadomo?…

Gorączka się trzymała. CRP było niskie, co sugerowało, że nie chodzi jednak o infekcję bakteryjną – ale może o wirusową. Pani Doktor „kazała” sprawdzić dwie rzeczy pod kątem przerzutów: wątrobę i głowę. USG wykazało, że wątroba jest czysta jak łza („O, to jest bardzo dobra wiadomość!” – ucieszyła się telefonicznie. Pani Doktor się ucieszyła, nie wątroba, rzecz prosta). Na wyniki tomografii czekaliśmy całą dobę (pierwszeństwo mają tomografie z oddziału ratunkowego…), ale kiedy wreszcie przyszły, także były pozytywne („Znacząca regresja zmian w porównaniu z badaniem z lipca”). Znaczy się – naświetlania na Ursynowie zrobiły swoje.

No więc co z tą gorączką? Chyba wirus. Albo jednak bakteria, ale jakaś nietypowa. Ale w posiewie nic nie wyszło. A może bakteria, ale układ odpornościowy po chemii osłabiony i nie wychodzi CRP? A może… i tak dalej.

W nocy z poniedziałku na wtorek nastąpił kryzys. Fatalne samopoczucie i bardzo wysoka gorączka, która nie schodziła nawet po paracetamolu podanym dożylnie. Ustąpiła dopiero po kroplówce z pyralginy we wtorek rano… Przez chwilę byłem naprawdę przerażony. Wyglądało to fatalnie – piąty dzień w szpitalu i żadnej poprawy, jest coraz gorzej…

Ale okazało się, że właśnie w ten wtorek nastąpił przełom. Poprawiło się (względnie…), gorączka już nie wróciła, coś się najwyraźniej „przewaliło”. Wczoraj po południu M. wróciła do domu.

Jest strasznie słaba, czuje się kiepsko, nie ma siły wyjść za próg – ale jest w domu i samo to wyraźnie przywraca jej energię.

Teraz chwila odpoczynku – a we wtorek jedziemy z powrotem na chemię. Pani Doktor wyjechała na dwa tygodnie na jakąś konferencję i urlop, ale ustaliła dalsze leczenie, którego pierwszą serię poda jedna z pozostałych dwu lekarek pracujących w chemioterapii.

Głowa w porządku (względnym…), dalszych przerzutów nie ma – teraz trzeba się wziąć za te płuca, bo skoro pierwsze leczenie nie trafiło, to tam się nic na lepsze nie zmieniło. Oby kolejne zadziałało lepiej. Kaszel dalej męczy – choć po szpitalnych lekach i inhalacjach jest nieco lepiej.

***

Nowy rok szkolny się zaczyna. Łatwy, zdaje się, nie będzie. A Pucek idzie do pierwszej klasy…

Powoli Do Przodu (?)

Miałem o koncercie, ale trochę nie mam siły (ani czasu). Życie toczy się około–chemicznie.

Piłka była dwa tygodnie we Francji z Takimi Jednymi Znajomymi, którzy – jak się dowiedzieli, że nasze wakacje poszły się okopać – przysłali SMS z rzeczowym pytaniem „Czy Piłka ma paszport”. Paszportu nie miała, miała dowód, do Francji wystarczy. Łaziła po Wogezach, zwiedzała Colmar, wspinała się w parku linowym, podziwiała pokazy sokolnicze… I tak przez dwa tygodnie. Wróciła zachwycona jak rzadko. Jak Znajomi czytają, to się do Nich uśmiecham…

Pietruszka w piątek jedzie za to na tydzień na Bornholm, na obóz rowerowy. Dziadek znalazł i częściowo zasponsorował. Tys piknie.

Tylko Pucek siedzi w domu, nie licząc dwudniowego wypadu z tatą i starszym bratem nad morze (pozdrowienia dla Znajomych z Poznania, co to ich w powrotnej drodze przenocowali…).

***

Dziś była kontrolna tomografia, która ma sprawdzić, czy chemia działa (albo czy działa dostatecznie). Może się uda i wyniki będą dziś – jak nie, to za kilka dni.

Z zewnątrz – trudno ocenić. Niby chemia działa (bo duszności zniknęły już po pierwszym podaniu leku), ale kaszel nadal męczący (choć już jakby ciut rzadziej… ale nie wiem, czy to nie jest myślenie życzeniowe). Pani Doktor mówi, że to normalne i o niczym nie musi świadczyć – świadczyć będą dopiero wyniki tomografii…).

Czyli na razie dalej nic nie wiemy.



Mruczanka Po Koncercie (Jednak!) 

Jak niektórzy wiedzą (…) jeszcze w czerwcu dostałem w prezencie (przed)urodzinowym bilety na koncert – ten sam, o którym pisałem TUTAJ.

Wszystko było zaplanowane, trasy wakacyjne ustawione tak, żeby 29 lipca dotrzeć do Szczecina, przenocować Potwory u znajomych i pójść na koncert.

Niestety, jak wiadomo, wszystkie plany wakacyjne wzięły w łeb z powodów medycznych. Wakacje poszły się okopać – o ile Potwory gdzieś tam jeżdżą, o tyle my siedzimy kołkiem w domu, a wypuszczenie się gdziekolwiek dalej niż do Warszawy na kolejną chemię nie wchodzi w grę. Pogodziliśmy się z tym, że koncert szlag trafił (zresztą, Bogiem a prawdą, to akurat było najmniejsze zmartwienie).

Jakieś półtora tygodnia temu M. powiedziała nagle:

– Słuchaj, ale właściwie dlaczego ty masz na ten koncert nie pojechać? Ja nie pojadę, ale jak ty pojedziesz na jeden dzień, to mnie się przecież w tym czasie nie pogorszy… Jedź, przecież to twój prezent urodzinowy…

W pierwszej chwili zaprotestowałem. Jak mam jechać, sam? A co to za przyjemność? Poza tym Szczecin jest na drugim końcu świata, koncert we wtorek, a w środę rano musimy być na chemii… Odpada.

Ale M. namawiała. Bijąc się z myślami sięgnąłem do Google Maps, żeby zobaczyć, ile właściwie jedzie się z G. do Szczecina – i stwierdziłem ze zdumieniem, że… cztery i pół godziny. Bo autostrada A2 jakieś 100 kilometrów za Poznaniem krzyżuje się z ekspresówką S3 do samego Szczecina. Hmmm…

W dwa dni powstał plan Akcji Koncert. Zwerbowałem kolegę z prawem jazdy (w końcu bilety były dwa, a przy kierownicy warto się zmieniać). Wyjazd z G. koło jedenastej. Bez pośpiechu, z postojami – koło piątej po południu w Szczecinie. Odpocząć, zjeść coś – i na ósmą na koncert. Koncert skończy się pewnie koło dziesiątej – więc przy odrobinie szczęścia i zmieniając się za kółkiem o trzeciej w nocy można być z powrotem w domu. Przespać się do siódmej – i do Warszawy na chemię. Trochę wariactwo, ale wykonalne.

Jak postanowili, tak zrobili. Co prawda koncert skończył się o wpół do jedenastej, a zanim ruszyliśmy z powrotem była jedenasta, dwa postoje trzeba było zrobić – więc w domu byłem dwadzieścia po czwartej… Ale co tam.

Podsumowując: koncert trwał dwie i pół godziny. Żeby na nim być, przejechałem tysiąc sto kilometrów i spędziłem ponad jedenaście godzin w samochodzie. Jak za studenckich czasów…

No i powiedzcie, czy ja jestem normalny?…

Ale, Kocia Twarz, było warto! Było warto, powiadam Wam!

O samym koncercie napiszę parę słów, ale już nie dziś. A na razie:

 

Piknik pod Wiszącą Skałą…

Dziś mija tydzień, jak M. wyszła ze szpitala. Pierwsze dwa dni były upiorne: była tak słaba, że przejście z fotela do łóżka było dużym wyzwaniem. Ale kiedy w środę pojechaliśmy na chemię (– Płuca i tak trzeba przetrzepać – powiedziała Pani Doktor filozoficznie), to wyniki krwi okazały się być absolutnie w normie. Skąd więc takie osłabienie?

– Po naświetlaniach głowy to zupełnie normalne – powiedziała Pani Doktor. – Będzie się pani tak czuła jeszcze najmarniej tydzień… – dodała.

Po środowej chemii M. była tak wykończona, że po powrocie do domu padła na łóżko i zasnęła. Obudziłem ją (co nie było proste…) koło dziesiątej wieczorem. Umyła się, zjadła, wzięła leki i poszła spać.

Ale potem już co dzień było trochę lepiej. W niedzielę zdołaliśmy nawet pojechać do parku w G., gdzie Piłka i Pucek turlali się po placu zabaw, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy walców i polek Straussów (co niedzielę przez całe wakacje w parku są koncerty…).

Piłka wróciła znad morza, opalona i szczęśliwa. Ma tydzień w domu, w sobotę rusza na Wielką Wyprawę do Francji z naszymi Znajomymi. Na dwa tygodnie. S_a_m_o_l_o_t_e_m ! Pierwszy raz w życiu. Poziom ekscytacji niebezpiecznie rośnie…

Pietruszka z kolei pojechał nad morze z innymi Znajomymi. Są jakieś chłopaki, grają w piłkę, z rozmów telefonicznych wynika, że jest zadowolony.

Pucek siedzi w domu… No, uczciwie mówiąc siedzi głównie w domach Rozlicznych Narzeczonych i Kolegów.

I tak się te wakacje turlają.

***

Co dalej?

Nie wiemy. Coś więcej będziemy wiedzieli za jakieś półtora miesiąca. Gdzieś tam, choćby na poziomie podświadomym, lęk towarzyszy nam nieustannie.

Hello darkness, my old friend,

I’ve come to talk with you again,

Because a vision softly creeping,

Left its seeds while I was sleeping,

And the vision that was planted in my brain

Still remains

Within the sound of silence.

Między Medycyną a Życiem

W piątek do pokoju M. doszła jeszcze jedna pacjentka. W podobnym wieku. Rak mózgu – ale sprawa świeża, dopiero co złapana. Dziewczyna roztrzęsiona, przerażona (czemu dziwić się trudno). Do szpitala przyjechała z nią matka – pani w wieku balzakowskim, pełna dobrej woli, ale… Jakby to rzec… Bardzo prosta. Czy wręcz niebezpiecznie zbliżająca się do tej subtelnej granicy między prostotą a prostactwem.

Kiedy wszedłem w piątek do M., od wejścia zaczęła mnie pouczać, że „powinienem żonę bardziej rozruszać, bo to nie można tak siedzieć i siedzieć, co tam osłabienie, chodzić trzeba, bo to zdrowo, bo jak ona była po operacji woreczka (!), to już następnego dnia wstawała i chodziła!”. Na końcu języka miałem propozycję, żeby poszła się ponaświetlać, a potem pogadamy – ale odpuściłem, bo po co język strzępić. Obróciłem sprawę w żart, po czym zacząłem rozmawiać z M., która – jak to ona – specjalnie na mamuśkę uwagi nie zwracała.

Kilka chwil później wychodziliśmy z pokoju. Nowa współlokatorka M. siedziała na łóżku, świeżo po rozmowie z lekarzem, i chlipała po cichu. Mamuśka natychmiast zaczęła ją strofować (w najlepszej wierze, rzecz prosta). Że „nie ma co płakać, trzeba się wziąć w garść, co to pomoże ryczeć, no, uszy do góry…” – i tak dalej.

I wtedy M. – choć słaba i mało rozmowna – zawróciła na pięcie. Podeszła do dziewczyny (kompletnie ignorując mamuśkę), położyła jej rękę na ramieniu i powiedziała:

– Niech pani płacze. Niech się pani nie boi ani nie wstydzi płakać. Czasami trzeba się wypłakać, czasami to naprawdę pomaga!

…I wyszła. Mamuśka została w pozycji „na koparkę”. Na szczęście, jak się później dowiedziałem, dziewczyna pochodzi z miejsca oddalonego o jakieś 60 kilometrów (i to nie autostradą), więc mamuśka raczej nie będzie stałym i codziennym gościem…

***

Teść mój przechodzi sam siebie. Ponieważ jest zdenerwowany i bardzo się boi o M., musi mieć poczucie, że „coś robi”. Niestety w jego przypadku – już kiedyś o tym pisałem – „robienie czegoś” sprowadza się do siedzenia przy komputerze i wynajdowania w Internecie kolejnych rewelacji. I tak co drugi dzień dowiadujemy się, co mianowicie trzeba pić, jeść i robić, żeby zwalczyć raka. Dopóki są to jakieś wspomagające metody mające wzmacniać odporność – nie jest najgorzej. Niestety, na tym się nie kończy.

Internet – źródło wiedzy, ale też największy śmietnik świata… – pełen jest „rewelacji” na temat raka i jego leczenia. Nawet moja ogólna, mocno humanistyczna wiedza na temat biologii i medycyny wystarcza, żeby 95 procent tych rewelacji już na wejściu zakwalifikować do kategorii „brednie”. Jakieś kolejne „wszystkoleczące” roślinki z Ameryki Południowej, jakieś kuracje mające odkwaszać organizm („…w środowisku zasadowym nowotwór nie może się rozwijać…”), jakieś bajki o grzybach powodujących raka, o dodatkach do mąki, opowieści o przeciwnowotworowych właściwościach sody oczyszczonej, syropu klonowego zmieszanego z wodą utlenioną (!) itp. Co drugi dzień muszę słuchać tym, że te leki to leczą tylko objawy, a nie przyczyny, że lekarze to nie wiedzą i się nie znają, bo…

Bo przecież wiadomo, że jak „w internetach napisali”, to jest to bardziej rzetelna i wiarygodna wiedza, niż lata badań prowadzonych przez rzesze naukowców, prawda? A jak już jeden z drugim (w większości przypadków albo oszołom, albo oszust) napisze że „środek X. leczy raka, ale podłe koncerny farmaceutyczne blokują tę informację, bo zarabiają miliony na nieskutecznych lekach” – o, wtedy mój teść chwyta wiatr w żagle i JUŻ WIE. Próbowałem wyjaśniać mu, że gdyby środek X rzeczywiście leczył raka, to już dawno podłe koncerny by na nim zarabiały – ale ten poziom argumentacji nie dociera. „Bo ty jesteś impregnowany!” – słyszę w odpowiedzi.

„Tak, jestem impregnowany na głupotę” – mam wtedy na końcu języka. Ale zachowuję to dla siebie.

Próbowałem podsunąć mu książkę Mukherjee („Cesarz wszech chorób”, pisałem o niej jakiś czas temu), żeby przeczytał choćby ostatnią część, w której stosunkowo przystępnym językiem wyjaśnione jest, na czym (na poziomie medycznym i biologicznym) polega ta choroba. Jak człowiek to przeczyta, to trochę trudniej mu uwierzyć w objawiane w sieci brednie (jak się rozumie, czym jest nowotwór, to ma się na przykład świadomość, że stwierdzenie „środek X leczy każdego raka” po prostu MUSI być brednią).

Ale to chyba na nic.

***

Tak więc, kochani czytelnicy moi, gdyby komuś z Was przyszło do głowy (w najlepszej wierze) uszczęśliwiać mnie wiedzą o jakiejś cudownej, super–nowoczesnej (albo starożytnej, whatever), stuprocentowo skutecznej niekonwencjonalnej terapii… Gdyby, powiadam, coś takiego przyszło Wam do głowy, to błagam: siądźcie sobie cichutko w kąciku i poczekajcie, aż Wam przejdzie. Bo nie ręczę za siebie…

 

Szpitale, Wakacje i Takie Tam Różne…

No i tak się dzieje.

M. na Ursynowie. Zawiozłem Ją tam wczoraj. Przesympatyczna pani dr J. – znajoma, współpracownica i chyba „uczennica” naszej Pani Doktor – zaopiekowała się Nią od wejścia. Badania, „maska”, symulator. – A mąż niech w tym czasie pozałatwia papierki – powiedziała.

Zanim mąż papierki załatwił, M. była już zmierzona, zważona, przebadana i gotowa do leczenia. Ursynów to nie Madalińskiego – gmach ogromny, miejscami nieco ponury i wyraźnie zmęczony własnym wiekiem – ale nie jest źle. Pokoik dwuosobowy, z własną łazieneczką, na razie M. jest w nim sama. Byłem z nią ile mogłem, czyli do drugiej po południu, a potem pojechałem do domu. Po południu – po kolejnych badaniach i podanych lekach – miała pierwsze naświetlanie. Łącznie będzie ich pięć (do poniedziałku, z przerwą w niedzielę).

Pucek podkówkę zrobił, jak się dowiedział że Mamy do poniedziałku nie będzie – ale jakoś nam się udało tę podkówkę rozchmurzyć, w czym bardzo pomogła niewielka porcja lodów i kwadrans rozmowy z Mamą przez telefon. Nie do wiary, ile można opowiedzieć przez piętnaście minut…

***

Znajomi zaprosili Potwory na tydzień nad morze. Pucek nie pojedzie bez mamy i taty (mógłby, ale jeszcze chyba na to za wcześnie…). Piłka oczywiście pojedzie (zwłaszcza, że córka znajomych to jej serdeczna koleżanka). Pietruszka się waha. Bo może by pojechał… Ale nie jest pewien… A w niedzielę (czy jakoś tak) mecz finałowy, a nad morzem telewizji nie ma… No i nie wie. Zmuszać go nie mogę, choć wolałbym, żeby się zdecydował – niewykluczone, że to jedyna w czasie tych wakacji okazja, żeby gdzieś się ruszyć.

Piłka (ale już tylko ona) ma jeszcze jedną propozycję: inni Znajomi chcą ją wziąć na dwa tygodnie do Francji. Jeśli się zdecyduje – to będzie miała fajną wakacyjną wyprawę. Z lotem samolotem włącznie. Ano, zobaczymy.

Propozycja spadła nagle, czasu na decyzję mało – ale myślę, że może i dla Pietruszki coś się jeszcze wymyśli.

Najgorzej z Puckiem, bo – jako rzekłem – do wyjazdów bez rodziców jeszcze nie dojrzał, a my raczej nigdzie się nie ruszymy (no dobrze, może w sierpniu, jak M. będzie się dobrze czuła, to między chemiami wyskoczymy na dwa czy trzy dni na działkę do dziadka; co jednakowoż trudno uznać za „prawdziwe wakacje”).

***

Po rozmowie z Kolegą S. przypomniał mi się taki dialog z M. sprzed ośmiu lat. Pewna Bardzo Starsza Pani leżała w szpitalu, wiadomo było, że jest źle. Kiedy wróciłem z Warszawy, M. zapytała mnie czy coś się zmieniło. – Nic, niestety – odparłem. – Lekarze mówią, że to już raczej kwestia „kiedy”, a nie „czy”…

– Wiesz… – odpowiedziała M. zamyślonym głosem. – W zasadzie to samo można powiedzieć o każdym z nas…