Nowy Rok (Szkolny), Nowy Uczeń, Nowe Leczenie…

Mamy nową chemię. Nasza Pani Doktor jest wprawdzie na urlopie, ale zostawiła swoim współpracowniczkom szczegółowe wytyczne i rozplanowane przez siebie leczenie. Tym razem – dla odmiany – tylko doustne.

Razem z M. byliśmy we wtorek w szpitalu. Badania, rozmowa – ale leki, jak się okazało, będą „dopiero jutro”. Dlaczego? Bo to niestandardowe leczenie, rzadko używana kombinacja, którą Pani Doktor ustaliła „na podstawie stosowanej na całym świecie praktyki klinicznej, ale spoza klasycznych schematów z ‚książeczek’ NFZ”. Co oznacza, że zapewne konieczne było wypełnianie jakichś kilogramów papierów i uzyskania miliona podpisów i zgody wszystkich świętych. Ale jak Pani Doktor doszła do wniosku, że to będzie najlepsza droga – to załatwiła. Tyle, że te leki sprowadzić można dopiero, jak pacjent fizycznie się pojawi, zostanie zbadany i lekarz zatwierdzi, że można podawać. Ot, taki biurokratyczny absurdzik, wymuszający na chorych i osłabionych ludziach dwie wizyty w szpitalu zamiast jednej.

Na szczęście okazało się, że lekarka zastępująca Panią Doktor jest rozsądna – zgodziła się na moją propozycję, że skoro M. i tak ma brać te leki w domu, to po co ma jeszcze raz jechać? Zwłaszcza, że ciągle jeszcze jest osłabiona po szpitalu (silne antybiotyki…)?

Ja pojechałem. Dostałem dwie paczki leków – w tym jeden, który trzeba zażyć „w ciągu godziny od wyjęcia ze szpitalnej lodówki”. Dobrze, że jest autostrada A2…

Pani farmaceutka (szpitalna, nie w aptece – takich leków w aptekach się nie kupuje, można je tylko dostać w szpitalu…), na pytanie (zadane z czystej ciekawości…) ile te dwie paczuszki są warte, odpowiedziała spokojnie, że jakieś pięć – sześć tysięcy złotych. Fajnie.

Tak więc M. zaczyna nową chemię. Mamy nadzieję, że zadziała. Bo jak nie, to może być kiepsko.

***

Pucek – sześciolatek – pierwszoklasista! Pierwszy dzień w szkole trudny – podkówka, „Boję się!” i takie różne. Ale szybko się rozczmuchał. Drugi dzień – trudne pierwsze chwile, ale po kwadransie w sali był już uchachany i zadowolony. Po powrocie ze szkoły stwierdził, że on chce chodzić do szkoły codziennie, w sobotę i niedzielę też, a jeśli coś mu się nie podoba, to fakt, że jutro idzie dopiero na 11:00. A chciałby wcześniej. Środa i czwartek – pełnia szczęścia, tornister na plecach, worek w garści, ruszamy. No, już, ruszamy, no!

To tyle w kwestii „biednych sześciolatków, które podłe władze siłą posyłają do szkoły, odbierając im dzieciństwo”. Zdaje się, że jednak nie trzeba będzie ratować malucha…

***

…co nie zmienia faktu, że rok szkolny zapowiada się niełatwy. Szkoła Potworów – choć niewielka i wciąż bardziej kameralna niż większość szkół w okolicy – też już jest nieco przepełniona, co oznacza naukę „na zmiany”. Zmiany jako takie uciążliwe nie są (ta „popołudniowa” zaczyna się o 11:00 lub 12:00 i kończy najpóźniej za kwadrans czwarta) – problem polega na tym, że przy trójce potworów nigdy nie da się zrobić tak, żeby wszyscy szli na tę samą godzinę i o tej samej godzinie kończyli. A od przyszłego tygodnia Potworom Starszym dojdzie jeszcze szkoła muzyczna, która – jak zwykle – niewiele robi sobie z faktu, że wszystkie szkoły w G. działają na zmiany. Jak to wszystko pogodzimy? Ano, zobaczymy.

Z jednej strony – na samą myśl czuję się zmęczony. Z drugiej – jeśli to będzie w tym roku nasz najpoważniejszy problem, to będę szczęśliwy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s