Wszystkie odcienie szarości

Regularnie, co jakiś czas, słyszę to samo pytanie. Znajomi, przyjaciele, krewni pytają z troską: „No i jak sobie radzisz?”

Troska jest szczera, intencje oczywiście najlepsze. Ale ja tego pytania po prostu nie znoszę. Bo nie wiem, co właściwie mam na nie odpowiadać.

To znaczy: w zasadzie wiem, co powinienem odpowiedzieć – bo wiem, o co w gruncie rzeczy pytają. Więc odpowiadam: tak, radzę sobie. Tak, trójka dzieci, gotowanie, sprzątanie, pranie, dojazdy. Tak, to trudne. Ale sobie radzę. Jakoś to się wszystko układa. Powoli.

Prawda jest taka, że te wszystkie sprawy, o które większość ludzi pyta, to są sprawy najmniej ważne. Jasne – są pilne i wymagają uwagi i wysiłku, ale… Wszystkie te kwestie „techniczne” i „logistyczne” są do ogarnięcia, jeśli tylko nie jest się kompletną pierdołą. A ja nie jestem. Albo jeśli nie jest się w depresji. A ja nie jestem.

Prawdziwy problem leży przecież zupełnie gdzie indziej. Prawdziwym problemem jest pustka. Pustka, która „objawia się” w tysiącu małych, drobiazgów, głupich sytuacji, szczegółów.

Jak wtedy, kiedy idę przez galerię handlową i mam odruch wejścia do sklepu, w którym zawsze kupowałem dla Niej jakieś drobiazgi — i przypominam sobie, że już nie mam po co.

Albo kiedy szukając czegoś w szafie trafiam na Jej spódnicę, tę wspaniałą, czarno-czerwoną, w której tak fantastycznie wyglądała – i zdaję sobie sprawę, że już nigdy jej nie założy.

Czy wtedy, kiedy patrzę na kwitnące w naszym ogrodzie morele, kiedy widzę, że najdalej jutro zakwitnie też magnolia – i natychmiast mam przed oczami Jej uśmiech na widok tych kwitnących na wiosnę drzew.

Albo kiedy łapię się na tym, że myśl o Wielkiej Wakacyjnej Wyprawie, którą planujemy z Potworami latem, wcale mnie nie kręci – bo mam świadomość, że bez Niej to już nie będzie to.

Albo kiedy zastanawiam się, jak powinienem zareagować na takie czy inne zachowania któregoś z Potworów – i mam odruch, żeby Ją zapytać, co o tym myśli, bo to przecież Ona w lot rozumiała wszystkie dziecięce problemy, smutki czy wątpliwości.

Kiedy widzę, że niektóre z tych zachowań – nawet, jeśli to kompletnie nieuświadomione – wynikają właśnie z Braku, który przecież w ich życiu też się pojawił. I że ja sam nic nie jestem w stanie na to poradzić, że mogę tylko być i wspierać.

I tak dalej, i tak dalej…

Coś w moim życiu się skończyło. Nie wiem, co mnie czeka w przyszłości – może jeszcze wiele wspaniałych chwil – ale wiem, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Tak, zdaję sobie sprawę, że to brzmi absolutnie banalnie.

„Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…” – śpiewał Marek Grechuta. Kiedyś bardzo lubiłem tę piosenkę, wydawała mi się taka… Czy ja wiem? Mądra. Przemyślana.

Ale to nieprawda. To, co było, jest niezwykle ważne. Są wydarzenia, przeżycia, które nas definiują. Bez których nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. Powiedzieć, że ważne jest tylko to, co przed nami, byłoby równoznaczne ze zrezygnowaniem z części siebie. Byłoby w jakimś sensie zdradą tego, co nas ukonstytuowało.

Nie, nie chodzi mi o to, żeby „żyć przeszłością”, bo to oczywiście także do niczego nie prowadzi… Ale to, co było – Jej obecność, nasze wspólne życie przez te dwadzieścia lat (w tym piętnaście pod jednym dachem) – to było największe i najważniejsze, co tu, na tym świecie miałem. Było oparciem, punktem odniesienia.

A teraz mam wrażenie, że wszystko jest szare, nijakie i puste. Bo co z tego, że widzę śnieg na Baraniej Górze, rozgwieżdżone niebo nad Beskidem Żywieckim, piękny witraż ze Świętym Krzysztofem w rybnickim kościele czy półmetrowego zaskrońca wygrzewającego się na asfalcie pod G.? Co z tego – skoro nie mogę Jej o tym opowiedzieć?

Nie (podkreślam raz jeszcze) – nie wpadam w depresję, nie idę się załamywać ani skakać z mostu. Ale – tak zwyczajnie, po prostu, po ludzku – jest mi smutno. I pewnie jeszcze długo, długo tak będzie.

Więc proszę, nie pytajcie mnie „jak sobie radzę”.

Czuję się po prostu cholernie samotny. I Wasza obecność – za którą jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczny! – tej akurat samotności rozproszyć nie jest w stanie.

(Paradoksalnie – fakt, że mam dzieci, sprawia, że poniekąd czuję się jeszcze bardziej samotny. Bo samotność to nie tylko brak kogoś, z kim można pogadać czy do kogo się można przytulić. Samotność to także poczucie, że ciężar, który się niesie – ciężar odpowiedzialności – niesie się samotnie. Więc im większa odpowiedzialność, tym większe poczucie samotności…).

Krok za krokiem…

Poprzedni wpis niestety się zdezaktualizował: w niedzielę była bronchoskopia, która wykazała, że całe lewe oskrzele (nie tylko główne, ale też oskrzela płatowe) są „zamknięte”, zaciśnięte od zewnątrz naciekiem nowotworu. Pleurodezy nie będzie.

Chirurg – niezależnie od swojego mało sympatycznego sposobu bycia – był bardzo rzeczowy, wyjaśnił mi wszystko i wyraźnie widać było, że też jest mu z tym źle. Co nie zmienia faktu, że nic nie może zrobić. Oskrzele jest zablokowane, płuco się nie rozpręży, więc zabiegu zrobić nie mogą.

Pani Doktor (gorąca linia…) kazała zaraz po wypisie jak najszybciej się zgłosić – jest jeszcze szansa, że uda się tym razem trafić z chemią tak, że zmiany zaczną się trochę cofać. W ekstremalnie pozytywnym przypadku może być nawet tak, że cofną się na tyle, że odblokują to oskrzele.

Ale, umówmy się, szanse są niewielkie. Nawet jeśli chemia zadziała, to jednak zwykle trzeba trzech czy czterech kursów, żeby zobaczyć efekty. A tyle czasu raczej nie mamy…

M. jest w fatalnym stanie. Fizycznie jest strasznie słaba, ma problemy z jedzeniem. Wczoraj chodziliśmy na „spacer” od łóżka do okna w szpitalnym pokoju (jakieś 2,5 metra w jedną stronę) – zrobiliśmy tę trasę bodaj pięć razy, potem jeszcze poszliśmy do łazienki (1,5 metra) i z powrotem – i była wykończona.

Ale po wczorajszych wieściach jest też w fatalnym stanie psychicznym. Ten zabieg to była jakaś nadzieja, jakieś światełko w tunelu (nawet przy świadomości, że droga za tunelem jest krótka). Teraz – w zasadzie został już tylko cud (niekoniecznie taki „z przytupem”, mógłby to być „cud medyczny” – idealnie trafiona chemia, która kupiłaby nam jeszcze trochę czasu).

Ja mam taki charakter, że choćby szansa była jak jeden do miliarda – do końca bym się jej trzymał. Marzena jest inna. I jest jej teraz bardzo źle. A ja NIC nie mogę zrobić.

Na Płockiej

Parafrazując słowa, które napisałem tu dwa i pół roku temu, kiedy to wszystko się zaczynało: jest źle. Jak bardzo jest źle, okaże się w ciągu najbliższych kilku dni.

M. leży w szpitalu na Płockiej, w Instytucie Chorób Płuc. Spuszczają Jej płyn z lewej opłucnej, robią setki badań, ale co realnie będą w stanie zrobić – na razie nie wiadomo. Chirurg był bardzo sceptyczny – nie wiadomo, czy tę pleurodezę w ogóle zrobią, bo pacjentka za słaba, choroba zaawansowana, bo zmiany w mózgu (choć od naświetlań nie dają o sobie znać) zwiększają ryzyko przy narkozie…

Zabieg w jej stanie jest ryzykowny.

Ale jeśli go nie przeprowadzą – to będzie fatalnie.

M. jest potwornie słaba, nie ma siły na nic, nawet na rozmowę przez telefon.

A ja, do cholery, siedzę w domu i nic nie mogę zrobić. NIC.

Dojazd z G. na Płocką jest bardzo dobry – ale mając w domu trójkę Potworów nie jestem w stanie być z Nią dłużej, niż godzinę czy półtorej… A nikogo innego oglądać nie chce.

Chciałbym po prostu być tam z Nią.

Źle to wszystko wygląda.

***

EDIT – po dzisiejszej wizycie na Płockiej. Właśnie kiedy u Niej siedziałem, przyszedł bardzo sympatyczny pan doktor anestezjolog. Przeprowadził wywiad i powiedział, że w poniedziałek rano będzie pleurodeza. Z czego wynika, że chirurg uznał moje argumenty (czy raczej, nie oszukujmy się, argumenty Pani Doktor, których ja byłem tylko przekazicielem).

Choć tyle. Jakieś światełko w tunelu. Jakaś szansa na to, że – jak mawia Pani Doktor – jeszcze „da się coś ugrać”.

Oczywiście „jeśli”.

Jeśli zabieg się uda.

Jeśli nie będzie komplikacji.

Jeśli potem, po odzyskaniu sił, trafi się wreszcie we właściwą chemię.

Jeśli M. będzie ją dobrze tolerować.

Jeśli te wszystkie warunki zostaną spełnione – to może jeszcze trochę czasu uda się kupić.

Ile?

I znowu w szpitalu…

W poniedziałek badania krwi. Hemoglobina 10,1 – czyli wciąż nisko, ale już dużo lepiej, wyraźnie idzie do góry. No dobrze, ale w takim razie skąd to osłabienie?

„Niska tolerancja wysiłku”. Każdy wysiłek natychmiast skutkował dusznością, brakiem oddechu. Przez „wysiłek” rozumiem nie długi spacer czy mycie okien, ale przejście z łóżka do łazienki czy wyjście z wanny. Wejście na górę po schodach to już była wyprawa jak na Mount Everest. O co chodzi?

Odebrałem wyniki tomografii – i wszystko jasne: cholerny płyn w płucach. Ten, co to go ściągali półtora miesiąca temu. Narósł od nowa. Tym razem było go tyle, że całe lewe płuco praktycznie nie funkcjonowało, opłucna naciskała na przeponę (!), na tchawicę… To wszystko w połączeniu z wciąż dość niską hemoglobiną sprawiało, że organizm był właściwie permanentnie niedotleniony.

Pani Doktor (po telefonicznym przeczytaniu jej wyników tomografii) powiedziała, że trzeba się tego płynu natychmiast pozbyć, bo przy takim osłabieniu ona nie może podać żadnych leków (nie mówiąc już o generalnym komforcie życia). No i M. zlądowała w szpitalu w G. Dziś mają jej ściągać płyn.

Ale co zrobić, żeby za miesiąc czy dwa nie zaczynać całej zabawy od nowa? Pani Doktor podsunęła propozycję zabiegu, który się nazywa pleurodeza, po polsku – talkowanie. Do opłucnej wstrzykuje się jakiś specjalny talk (?), który sprawia, że płyn się więcej nie gromadzi. Zabieg (jak przeczytałem) jest niegroźny, robi się go szybko, jest bardzo skuteczny i naprawdę sensowny.

Ale czy go zrobią? W szpitalu w G. się takich wymyślnych rzeczy nie wykonuje. Musieliby przewieźć M. do Warszawy, na Płocką. Czy podejmą taką decyzję? To będzie zależało od paru czynników (między innymi, oczywiście, od wyników badań). Jeśli nie – to pewnie Pani Doktor i tak nas ostatecznie na tę Płocką wyślę… Tyle, że można by to zrobić „za jednym zamachem”, czyli za jednym pobytem w szpitalu. Ano, zobaczymy. Ja dziś spróbuję użyć całego uroku osobistego (…), żeby sączyć lekarce prowadzącej delikatne sugestie…

A poza tym w tomografii – cytując klasyków – „na zachodzie bez zmian”. To znaczy zmiany są – trochę się powiększyły, w jednym miejscu trochę zmniejszyły… Stagnacja. Co oznacza, że z jednej strony chemia trochę działa (bo gdyby nie działała, to zmiany poszłyby już dużo dalej…), z drugiej – że działa za słabo (no bo chodzi o to, żeby zmiany cofnąć, zredukować, a nie tylko spowolnić.

Pani Doktor mówi, że „opcji mamy jeszcze sporo”, czyli jest jeszcze parę schematów do wyboru. Tylko pytanie, ile jeszcze opcji zdążymy wypróbować.

Powoli. Tylko w którą stronę?…

Nie bardzo wiem, co pisać.

Po Nowym Roku była jeszcze jedna chemia – to znaczy wlew i pigułki przez 14 dni w domu. Pigułki dokończyliśmy (choć pod koniec już w nieco zmniejszonej dawce), ale drugiego wlewu (w ósmym dniu kursu) nie było – okazało się, że krew za bardzo spadła. Hemoglobina najpierw 9,5, a potem 8,9 – czyli już za mało, żeby można było kroplówki podać.

Żelazo. W dużych ilościach. W poniedziałek albo wtorek będą badania krwi, zobaczymy, na ile się już odbudowało.

M. słaba. Wejście po schodach na górę to poważny wysiłek. Co się wydaje, że trochę lepiej – to znowu osłabienie.

Nie wiem, co będzie. W najbliższy czwartek tomografia kontrolna, która ma sprawdzić, czy chemia działa (i na ile). Dwie poprzednie chemie nie zadziałały. Jeśli ta też nie pomoże, to – jak powiedziała Pani Doktor – „jest jeszcze sporo opcji do wyboru”. Pytanie tylko, ile z tych opcji zdąży się wypróbować…

Jakoś ciężko.

***

Piłka pojechała na tydzień do Portugalii – z tymi samymi Znajomymi, z którymi w lecie była we Francji. Dziś poleciała – SAMA, i to z dwiema przesiadkami. Oczywiście pod opieką kolejnych stewardes („unaccompanied minor”, czyli „umek”, jak uroczo określiła to pani na lotnisku). Ostatnia z nich na lotnisku w Faro przekazała Piłkę do rąk własnych Wujka S.

Pietruszka trochę wkurzony, że znowu jej się udało, a jemu nie. Pocieszam go, że i na niego czas przyjdzie.

Pucek szaleje.

A jutro obaj chłopcy idą z dziadkiem do Muzeum Kolejnictwa oglądać makiety pociągów. Choć raz dziadek (czyli Teść mój…) miał jakiś dobry pomysł.

Mruczanka Poświąteczna

W poniedziałek po szpitalu (czyli już prawie dwa tygodnie temu) – wizyta u Pani Doktor. CRP podwyższone (60). Infekcja. Antybiotyk, dokończyć chemię pigułkową w domu. Za tydzień na badania. (Zgadnijcie, gdzie M. mogła tę cholerną infekcję złapać? Jasne, na cholernej izbie przyjęć w czasie paru godzin czekania wśród chorych ludzi przychodzących na SOR. Dlaczego ja, idiota, nie kazałem dla niej otworzyć izolatki?)

Zatem w przedświąteczny poniedziałek znowu do Warszawy. Rentgen bez zmian („No, to znaczy że nic się nie pogorszyło!”). CRP spadło, ale ciągle koło 40. Dokończyć antybiotyk, siedzieć w domu. Kolejna chemia po Nowym Roku, a po drodze, jakby coś się działo, mamy dzwonić. No, chyba, żeby się działo bardzo źle. To do szpitala.

– Ja Państwu życzę na te święta, żebyśmy się nie musieli słyszeć aż do następnej wizyty – uśmiechnęła się Pani Doktor na pożegnanie.

Święta pod znakiem infekcji. Trochę lepiej. Trochę gorzej. Znowu lepiej. I znowu 37,3. Wieczorem – wszystko lepiej. Rano – 37,2. I tak ad mortem defecatum.

Niestety, po iluś chemiach człowiek nie ma dobrej odporności.

M. jest strasznie słaba. Choroba „podstawowa” plus chemia, plus infekcja bakteryjna, plus antybiotyki. Ile tak można?

W wigilię przed południem całe zastępy Dobrych Dusz poprzynosiły różne pyszne rzeczy, wychodząc najwyraźniej z założenia, że nasze moce przerobowe są mocno ograniczone. Założenie słuszne, ale dóbr przynieśli tyle, że nie wiem, kiedy to wszystko zjemy.

Całą wigilię M. przeleżała w łóżku. My – z Potworami – robiliśmy jedzenie (Piłka lepi świetne uszka, serio!) i sprzątaliśmy. M. zeszła dopiero na samą wieczerzę – bardziej siłą woli, niż siłą mięśni… Ale potem poczuła się lepiej. Grono było czysto puchatkowe – teść musiał tego dnia być w pracy, więc nie dojechał. Może uznacie, że jestem świnia, ale dodam: i chwała Bogu, tym razem. Odpoczęliśmy.

Pierwszy dzień świąt – znowu trochę lepiej.

Drugi – znowu trochę gorzej.

Dziś zdecydowanie lepiej – ale wieczorem ni z gruszki ni z pietruszki znowu 37,3. Szlag.

Mimo wszystko mam wrażenie, że trochę się poprawia. Trochę. Powoli.

A ja?

A ja trochę pracuję, trochę coś czytam… Czuję się zmęczony. Nie pracą czy domowymi obowiązkami (choć oczywiście po trochu także). Zmęczony głębiej, gdzieś w środku. Bezsilnością. Tym, że nic nie mogę.

***

Wczoraj były takie dwie godziny… Potwory – całą trójką – poszły imprezować do Sąsiadów z Sąsiedniej Uliczki, gdzie każde z nich ma towarzystwo mniej więcej w swoim wieku. Oglądały filmy, napychały się makowcem, grały w gry planszowe…

A my siedzieliśmy na dole. M., słaba, leżała na kanapie, ja siedziałem obok. Na kominku palił się ogień, było ciepło, świeciły lampki na choince, a z głośników leciał „Winter Garden”, a potem „To Drive the Cold Winter Away” Loreeny McKennitt. Cisza. Cisza pełna muzyki i myśli. Myśli niekoniecznie wesołych i optymistycznych – ale mimo wszystko: tego nam było trzeba.

Choć tyle.

Mruczanka Zawałowa (prawie)

(W dzikim biegu, ale zapisać trzeba)

Wieczór. Siedzę przy pracy. Pietruszka w szkole muzycznej, M. z pozostałymi Potworami pojechała do znajomej. Robota idzie powoli, spać się chce… I nagle – dzwonek do furtki.

A za furtką, na podjeździe stoi… radiowóz. Dwóch młodych panów policjantów uśmiecha się niepewnie. – Dzień dobry, starszy aspirant Jakiś-Tam, szukamy pana… (tu pada puchatkowe nazwisko, na tyle niepopularne, że o pomyłce nie ma mowy).

No, ładnie, policja mnie szuka… Co robić, potwierdzam, że ja to ja.

– Czy jest pan właścicielem samochodu Opel Combo o numerach rejestracyjnych… (tu padają numery puchatkowozu)? – pyta pan policjant.

Nie powiem, w tym momencie zrobiło mi się zimno. No, bo co można sobie pomyśleć? Wypadek był, M. i Potwory w szpitalu (albo gorzej)…?

– Co się stało – pytam zatem z niejakim przerażeniem.

– A nie, spokojnie, nic się nie stało – odpowiada szybko pan policjant, który najwyraźniej dopiero teraz załapał, co ja sobie mogłem pomyśleć. – Tylko widzi pan, pański samochód stoi na ulicy Kilińskiego…

– Co, źle zaparkowany? – pytam z ulgą (M. raczej nie zaparkowałaby na środku ulicy, ale…)

– Nie, nie o to chodzi – tłumaczy pan policjant z przepraszającą miną. – Chodzi o to, że on tam stoi i śmierdzi

CO ROBI?

– No, śmierdzi. Ale wie pan, tak, że ludzie straż pożarną wezwali, bo myśleli, że coś się pali w środku – komentuje stróż prawa. – Niech pan powie, czy on ma instalację gazową?

– Nie, to diesel… – odpowiadam, przytłoczony pokładami surrealizmu.

– Aaaa, to w porządku, to pewnie się panu sprzęgło przegrzało – odpowiada uspokojony policjant i przekazuje tę wiadomość strażakom. Przez radio.

***

Zawieźli mnie na Kilińskiego. Radiowozem. Rzeczywiście, sprzęgło (ale nawet się nie spaliło, działa na razie normalnie). Nie wiadomo, dlaczego się tak rozgrzało. – Jakby się powtarzało, to niech pan przyjedzie, na razie wszystko OK., nie ma sensu dłubać – skomentował mechanik.

Strażacy zostawili nawet protokół. Że akcja była, ale wszystko w porządku.

No żesz.

I dalej…

Czas leci… Czy leczenie działa – na razie trudno orzec. Chwilami (zwłaszcza po kroplówkach) wydaje się, że kaszlu jakby mniej. Potem znowu nieco więcej. Moje wrażenie jest takie, że kaszel jest nieco inny – nawet jeśli częsty, to nie aż tak męczący, bez takich długotrwałych ataków. No i niewątpliwie noce są lepsze (co nie znaczy, że idealne…). Ale ile w tym faktycznych zmian, a ile mojego myślenia życzeniowego?…

Ostatnie kilka dni bardzo trudne. M. zmęczona, słaba, rozbita. Trochę to wina jakichś wirusów, które ewidentnie po domu krążą (wszystkich przejechały – poza Puckiem, na razie), a na które ona jest oczywiście mniej odporna. Trochę – „trudnej” pogody, obrzydliwego przesilenia jesiennego, tym bardziej przygnębiającego, że cały październik i część listopada były ładne i ciepłe. Trochę także tego, że – do licha – ona jest od lipca (!) w zasadzie bez przerwy na „truciznach”. W dodatku pierwsze dwie serie chemii nie zadziałały na to, na co miały zadziałać – ale to przecież nie znaczy, że nie osłabiły i nie dały w kość.

No i – o czym staramy się nie myśleć – osłabienie i rozbicie to także kwestia (jak to ładnie nazywają lekarze…) „choroby podstawowej”. Tego, co gdzieś tam w środku siedzi.

Czy tylko siedzi? Może już się trochę kurczy pod wpływem leków? A może nie – może (nie daj Boże) rośnie dalej, lekce sobie ważąc kolejną chemię? Szybko się tego nie dowiemy – kończymy pierwszy kurs, żeby zrobić badania i sprawdzić, czy działa (i żeby to miało sens) trzeba przejść pewnie minimum trzy. Czyli jeszcze ze dwa miesiące. A tymczasem – jak pisałem – „piknik pod wiszącą skałą”. Cofa się, czy nie? Stoi, czy rośnie? A ten ból głowy czasami – to wirus, zmęczenie plus kaszel, czy może coś tam „odrasta”? W końcu sierpnia badania wykazały, że naświetlania pomogły bardzo ładnie, ale to było prawie trzy miesiące temu. Pani Doktor mówi, że za wcześnie, żeby się tym martwić, że kolejne badania za następne trzy–cztery miesiące. Ale lęk jest.

***

Nowe perspektywy pracowe wyglądają sensownie. Mają parę zalet – poza oczywistą (…wyższe stawki…), są to stosunkowo niewielkie, zamknięte całości, co w moim obecnym stanie psycho-fizycznym jest znacznie lepsze, niż długie (…a głupie…) książki po kilkaset stron. Taki pojedynczy tekst, nawet, jeśli jest akurat nudny czy męczący, zamyka się w kilka godzin – i już.

Perspektywy – dzięki współpracy z S. – wyglądają dość sensownie. Teraz tylko trzeba jakoś przeżyć te dwa miesiące, a potem ma szansę być „z górki”…

***

Mówiłem już, że jestem zmęczony?…

Życie Płynie

Kolejna chemia rozpoczęta. Klasyczny schemat CMF. Rok temu, kiedy pojawiła się wznowa, zadziałał rewelacyjnie: już po pierwszym z sześciu kursów wszystkie objawy zniknęły i nie wróciły w tych miejscach do dziś. Czy tym razem też pomoże? Oby. Na razie – po czterech dniach, a więc jeszcze nawet nie w połowie pierwszego kursu – można odnieść wrażenie, że jakaś różnica jest: prawie nie ma kaszlu w nocy. W dzień niestety jest. Jest też osłabienie, klasyczne „tąpnięcie”, zwłaszcza wieczorami. Na ile wynika to z działań ubocznych leków, na ile z samej choroby? Trudno powiedzieć. Czas pokaże. Najbliższe dwa miesiące mogą okazać się decydujące.

***

Pieniądze, które miały być do końca października, będą być może do końca listopada. A najbardziej prawdopodobne, że do końca grudnia. S. komentuje (i ma rację…) żebym się nie dziwił, skoro tak w umowie zapisali (tak, jak pisałem: 90 dni na „przyjęcie” tłumaczenia i potem 30 dni na wypłatę). Problem polega na tym, że redaktor, dla którego tłumaczyłem, obiecywał, że te zapisy to formalność i na pewno zapłacą szybciej. A redaktora znam od lat, współpracowałem z nim w innym wydawnictwie i wiem, że należy do ludzi, którzy słów na wiatr nie rzucają i jak obiecają, to zrobią.

I pewnie by zrobił – gdyby nie to, że… właśnie go zwolnili. Nota bene, jak się właśnie dowiaduję, jemu też są winni jakieś pieniądze.

Zapłacą, oczywiście. Tyle, że jeśli zrobią to rzeczywiście w końcu grudnia, to będzie cienko. Jakieś pieniądze wpłyną nam za circa dwa tygodnie, pod koniec listopada dojdzie parę groszy z przedszkola… Na rachunki starczy. Z głodu nie umrzemy. Ale jakieś święta? Jakieś drobiazgi typu Mikołaj po drodze? Chwilowo na koncie mamy jakieś 70 zł (nie, nie pomyliłem liczby zer). Dobrze, że jest debet…

***

A w dodatku cała sytuacja sprawia, że praca idzie wyjątkowo opornie. Bo jakoś mało na nią czasu. Bo nerwy, napięcie, stres. Bo zmęczenie (poza wszystkim innym nie miałem w tym roku ani dnia wakacji…). Żeby zdążyć z książką powinienem zrobić około dziesięciu stron dziennie. To niedużo – ale w praktyce robię raczej koło pięciu, czasem dobiję do siedmiu. I nie lenię się, nie bawię przecież. Po prostu nie jestem w stanie pracować szybciej. Zupełnie nie pomaga także fakt, że książka jest głupia jak torba młotków…

Da Capo…

Kolejna tomografia (w ostatni piątek). Kolejna porażka (dziś odebraliśmy wyniki). Ta chemia też nie działa. To znaczy: coś tam działa, węzły się pozmniejszały, ale same zmiany – nie. A niektóre nawet porosły. Może kolejne dziesięć kursów by pomogło – ale na tyle nie mamy czasu. Za duże ryzyko.

W czwartek zaczynamy kolejną chemię. Tę samą, która tak świetne pomogła przy wznowie, rok temu.

Teraz pewnie też pomoże… Ale na jak długo? No i – niestety – ta chemia jest bardziej szkodliwa dla krwi, dla szpiku.

Jestem zmęczony jak cholera. Jesteśmy zmęczeni. Dziś tyle. Nie mam siły więcej pisać – tyle musiałem, bo paru osobom jestem winien te informacje, a jeszcze bardziej nie mam siły pisać czy dzwonić do każdego oddzielnie. Wybaczcie.