Co się stało z naszą klasą?…

Dwadzieścia pięć lat – to jeszcze tak nie brzmi. Ale kiedy sobie człowiek uświadomi, że to ćwierć wieku… Włos się jeży. I siwieje.

Ćwierć wieku minęło od pamiętnego roku 1989. Pamiętnego nie tylko przez wielkie przemiany – ale także ze względu na naszą maturę.

Spotkaliśmy się wczoraj w Stolicy, w pewnym pubie. Z klasy liczącej ponad trzydzieści osób zjawiło się piętnaście. Z kilkoma osobami nikt nie ma kontaktu, więc nie było do nich jak dotrzeć z zaproszeniem. Jedna koleżanka mieszka w Londynie. Jedna gdzieś na północy Norwegii razem z mężem (też Polakiem) prowadzi od piętnastu lat gospodarstwo rolne. Inna jest panią leśnik, gdzieś w Puszczy Białowieskiej. Jeszcze inna – siostrą karmelitanką, więc z przyczyn oczywistych też jej nie było.

A reszta? Paru lekarzy (endokrynolog, anestezjolog, pani chirurg plastyczny, internista już bodaj z doktoratem). Paru chemików (bo w końcu klasa biol–chem), w tym jeden szef polskiego oddziału jakiejś specjalistycznej, międzynarodowej firmy chemicznej. Jedna pani psycholog biznesu (czy jakoś tak). Jeden doktor (bodaj już nawet habilitowany) biologii, też mieszkający gdzieś pod Puszczą Białowieską, pracujący na uczelni w Białymstoku. I tak dalej…

To nie była zgrana klasa. Sporo silnych indywidualności, sporo „charakterów”… Ale kiedy spotkaliśmy się po tych dwudziestu pięciu latach (z niektórymi widywałem się raz czy drugi, ale z częścią – pierwszy raz od matury), naprawdę świetnie się bawiliśmy w swoim towarzystwie. Rozmowom nie było końca – wspomnienia ze szkoły i wycieczek klasowych mieszały się z „teraźniejszością” – dzieci, małżonkowie (obecni i byli), plany i sukcesy zawodowe… Zdjęcia…

Kapitalne doświadczenie: jesteśmy naprawdę bardzo różni, różne mamy poglądy, różne drogi życiowe – ale jednak wszyscy (także ci „nieobecni”) jakoś „wyszliśmy na ludzi”. I mimo wszystkich różnic okazuje się, że jednak w sprawach podstawowych, w kwestii principiów, jesteśmy z grubsza z jednej bajki.

Spotkaliśmy się o szóstej po południu. Z lokalu wyszliśmy o północy – i to tylko dlatego, że pan kelner od dłuższego czasu patrzył już na nas bardzo znacząco (bo też byliśmy ostatnimi gośćmi w lokalu).

Czy tęskniłem za tymi ludźmi? Nie. Ale spotkanie z nimi było przeżyciem nadspodziewanie sympatycznym – i (jak postanowiliśmy jednogłośnie) musi się powtórzyć. Może nawet wcześniej, niż za następne ćwierć wieku…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s