Mruczanka Piwniczna – c.d. i nie tylko

No i proszę – wbrew moim wszelkim oczekiwaniom w plebiscycie (patrz poprzednia notka) za Piosenkę Półwiecza Piwnicy pod Baranami uznano „Karuzelę z madonnami”.

Tyz piknie.

***

Jestem zmęczony. Przede mną jeszcze co najmniej dziesięć dni siedzenia od rana do nocy i tłumaczenia na akord. Potem – znowu jakaś robota, choć już mniej pilna, więc nieco spokojniej. Dopiero w sierpniu trochę wolnego. Jedziemy do Sianożęt (…ów?) i będziemy moczyć odwłoki w Bałtyku. Jeśli oczywiście będzie jaka taka pogoda…

Bo TERAZ jest pogoda, rzecz prosta. I co mi z tego? Tyle, że po południu ciężko mi pracować, bo temperatura przekracza granice zdrowego rozsądku.

Marzy mi się jakaś wyprawa na koniec świata, plecak na plecach, noclegi w namiocie. Tyle mojego, co sobie pomarzę…

Mruczanka Piwniczna

Plebiscyt ogłoszono na Piosenkę Półwiecza „Piwnicy Pod Baranami”. Czytam proponowane tytuły i… jestem w kropce.

Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś – ot tak, na ulicy – zapytał mnie co z repertuaru „Piwnicy” powinno być uznane za „piosenkę półwiecza”, odpowiedziałbym bez wahania, że „Grande Valse Brillante”. Nieprawdopodobny tekst Tuwima (znacie inny przykład tekstu poetyckiego napisanego tak, że czytany na głos – bez muzyki, z normalnymi polskimi akcentami – ma rytm walca?). Do tego wciskająca w fotel muzyka Koniecznego… No i oczywiście Ewa Demarczyk, bo wszystkie następne wykonania (z całym szacunkiem dla Budki Suflera na przykład) to już było zupełnie nie to…

Ale kiedy przeczytałem plebiscytowe propozycje (można je sobie przejrzeć TUTAJ) doszedłem do wniosku, że jeszcze przynajmniej dwie piosenki mogłyby o ten zaszczytny tytuł powalczyć.

Po pierwsze (tak, znowu Ewa Demarczyk…) „Na moście w Avignon”. Niezwykłe, delikatne, piękne. „W drzewach, w zielonych okien ramie, przez widma miast – srebrzysty gotyk – wirują ptaki płowozłote jak lutnie, co uciekły z rąk…”

Kiedy w 1993 r. po raz pierwszy przyjechałem do Paryża, kiedy stanąłem na środku katedry Notre Dame, kiedy spojrzałem na „…gotyk płynący z kolumn lasu…” i zachwyciłem się tak, że przez chyba dwie godziny nie mogłem się zdecydować, aby wyjść na zewnątrz…

…wtedy właśnie te słowa Baczyńskiego brzmiały mi w uszach.

Po drugie – „Naprawdę nie dzieje się nic”. to jedna z najbradziej poruszających piosenek „Piwnicy”. Może także dlatego, że jakoś trafia w mój nastrój… Właśnie teraz…

No i nie wiem. Ciekawe jestem, któa z piosenek wygra plebiscyt. Jak myślicie?

Mruczanka Z Pytaniem

A MOŻE NAD MORZE – CZY KTOŚ NAM POMOŻE?

Coś nam nie idzie w tym roku szukanie miejsca na wakacje. No i tak sobie Puchatek pomyślał, że może ktoś z Was ma jakieś ciekawe namiary?

Chodzi nam o pierwszą połowę sierpnia, jak się łatywo domyśleć: dwie osoby dorosłe i dwójka maluchów. Nasze „wymagania”:

– chodzi o miejsce nad morzem;
– najlepsze byłyby jakieś domki campingowe, ale (koniecznie) z bieżącą wodą i możliwościa gotowania;
– oczywiście w ROZSĄDNEJ cenie…
– we w miarę sensownej odległości od morza (nie jesteśmy zmotoryzowani);
– z tego samego powodu – w miejscu, gdzie można dojechać pociągami / autobusami.

Nie musi być telewizora, a nawet lepiej, żeby go nie było 🙂
Nie musi być także żadnych dodatkowych „wygód”.

Ma ktoś jakieś pomysły?

W razie czego – proszę o kontakt na puuchatek/małpa/gazeta.pl

Mruczanka Wyszczekana

M. szuka kluczy. Szuka ich intensywnie i nerwowo, bo to jedyny komplet, przy którym wisi także kluczyk do zapięcia od roweru, a M. się spieszy, a nie może pojechać na rowerze bez tego klucza, bo jak roweru nie przypnie, to wiadomo, a jak przypnie nie mając klucza – to nie odepnie.

Szuka zatem M., pomaga jej Puchatek, atmosfera jest nieco nerwowa, czas ucieka. Gdzie te klucze???

Piłeczka przygląda się zamieszaniu z coraz bardziej zamyśloną miną. Widać, jak się kółeczka zębate kręcą intensywnie w małej główce. W końcu staje na środku pokoju, bierze się pod boki i wygłasza z miną marsową, tonem z lekka dydaktycznym:

– Mamo! Cieba pilnować swoich zieci! Nie moźna gubić ich!

***

Gdzieś zginęła niewielka ikona (reprodukcja), która jeszcze niedawno stała na kredensie. Spadła? Dzeci wzięły? Nie wiadomo. Po dwóch dniach M. znajduje rzeczoną ikonę głęboko zakopaną w szafce z zabawkami Potworów. Zdziwona, mówi do Piłeczki, używając (lekko ryzykownego) skrótu myślowego:

– Piłeczko, co Pan Jezus robi w waszej szafce?

Piłeczka, z miną wyrażającą bezbrzeżne zdumienie, że można nie rozumieć tak prostych rzeczy:

-Spsiąta, ocywiście!

Kurtyna.

Mruczanka Po-Ślubna

Ślub się był odbył wczoraj, o czem Puchatek spieszy donieść. Ślub był o tyle istotny, że za mąż wychodziła chrzestna mama Piłeczki, czyli Ukochana Ciocia Kłapouchy.

Aaaaach, co to był za śluuuub! 🙂

A przy tym, jak to zwykle na ślubach, nadarzyła się okazja do spotkania wielu Dawno Nie Widzianych Krewnych-I-Znajomych-Królika. Znakomita większość także pozakładała już rodziny, dzieci mają (w ilościach różnych). Niektórzy bardzo się zmienili – jak Tygrys, która wyszła za mąż za Przystojnego Kubańczyka (!) i wygląda bardzo… Hmmmm… Dostojnie 🙂

Inni nie zmienili się wcale, jak Taka Jedna Ania, która dorwała Puchatka w czasie składania życzeń i stanowczo zażądała, żeby częściej coś tutaj pisał (co niniejszym czyni).

A sami nowożeńcy? Panna młoda wyglądała wspaniale (rzecz prosta!), pan młody był wyraźnie speszony, ale uśmiechnięty. A Puchatek poczuł się jak dawno temu, kiedy był Piękny I Młody (dziś zostało już tylko „I”, a i tego niedużo), bo musiał na rzeczony ślub przygotować scholę i poprowadzić całą mszę od strony muzycznej.

Co zresztą okazało się być zadaniem łatwiejszym, niż zwykle, bo trzon scholi stanowił zespół z Puchataka Byłej Parafii, znakomicie przygotowany przez Taką Jedną Zosię. Było równo, czysto i wielogłosowo nawet. Chwilami. 🙂

A teraz – koniec imprezowania, ślub ślubem, ale za robotę trzeba się brać, bo robota jest dokładnie tam, gdzie Puchatek bardzo by się chciał znaleźć. Czyli w lesie.

Mruczanka Z Żabami Zza Oceanu

Osobisty teść Puchatka, ten co to siedzi za Wielką Wodą, szykuje się powoli do powrotu na ojczyzny łono. Wielki Powrót ma nastąpić na jesieni, a tymczasem – żeby nie targać za dużo i nie dopłacać za bagaż w samolocie – Osobisty Teść przysyła od czasu do czasu w paczkach różne rzeczy.

RÓŻNE rzeczy. Dziś przyszła paczka ważąca – lekko licząc – ze dwadzieścia kilo. Było w nij mnóstwo ciuchów – część dla M., trochę dla Potworów, a trochę własne ciuchy Osobistego Teścia w ramach „mienia przesiedleńczego” 😉

Oprócz ciuchów w paczce była złocona rama do obrazu (?!) oraz… żaby. W sumie chyba dziesięć glinianych rzeźb (?) przedstawiających żaby, takie, co to się ustawia w ogródku. Żaby leżące, stojące, siedzące, jedna nawet z łopatą.

Każda z osobna sprawiłaby wrażenie strasznego badziewia (prawei jak ogródkowe krasnale…) – natomiast w zestawie, gdyby je ustawić razem w ogródku, będą wyglądały prześmiesznie. Żaby – ironistki, żabie przymrużenie oka, kpina z ogródkowych paskudztw ubrana w postać ogródkowych paskudztw. Bomba.

Najbardziej mnie jednak fascynuje zacięcie Osobistego Teścia, który te wszystkie żaby starannie pakował, owijał, wkładał do paczki, taszczył do biura wysyłkowego i płacił (w dolarach) za to, żeby żaby dotarły na drugi koniec świata. Trzeba mieć zacięcie, słowo daję…

Albo baaaardzo się nudzić. 🙂

Zdjęcie? Ależ prosię bardzo!

Mruczanka Zagoniona

A miało być tak pięknie… Do końca maja miał Puchatek skończyć książkę dla jednego Wydawnictwa Co Dobrze Płaci (w skrócie WCDP) i spokojnie wziąć się za drugą książkę – za mniejsze pieniądze, ale znacznie Ciekawszą (każdemu należy się czasem jakiś oddech intelektualny)… Miesiąc na tłumaczenie tej drugiej książki to nie było dużo, ale do zrobienia.

Niestety. Nagle zadzwoniła jedna pani redaktor z WCDP i głosem rozgorączkowanym powiedziała Puchatkowi, żeby na razie piżgnął w kąt tłumaczenie (które właśnie kończy), bo coś się przesunęło i to można oddać później, a za to dostanie Puchatek co innego, co nagle i bardzo szybko wydane być musi, w związku z czem trzeba to zrobić do połowy czerwca. Ha, ha, ha.

No, kanał po prostu. Zamulony zresztą. Bo jak teraz Puchatek MUSI zrobić to coś, to nawet zakładając, że przy intensywnym siedzeniu zajmi mu to nie dwa tygodnie, a tydzień, to potem na tę Ciekawszą Książkę zostaną trzy tygodnie. A to już jest dramatycznie mało czasu – zwłaszcza, że książka jest z gatunku „literatura”, więc siłą rzeczy tłumaczy się ją wolniej, niż – dajmy na to – książkę kucharską.

No i wygląda na to, że do końca czerwca mamy przegwizdane.

Są i plusy – finansowe, rzecz prosta. Ale jak Puchatek pomyśli o takim miesiącu, to już się czuje zmęczony.

😦

Bez Tytułu – Post Scriptum

Jest taka piosenka Boba Dylana, która jakoś smutno kojarzy mi się z całą tą sytuacją. Nazywa się „Hard Rain’s A-Gonna Fall”. Nie wkleję jej tutaj do posłuchania, bo nie mam własnego miajsca na serwerze. Poszukajcie na płytach w sklepach.

Choć tekst i muzyka są Dylana, to najpiękniej śpiewała to jednak Joan Baez (m. in. na płycie „Farewell Angelina”). Kto zna angielski – niech sobie przeczyta. Naprawdę, hard rain’s a-gonna fall…

Oh, where have you been, my blue-eyed son?
Oh, where have you been, my darling young one?
I’ve stumbled on the side of twelve misty mountains,
I’ve walked and I’ve crawled on six crooked highways,
I’ve stepped in the middle of seven sad forests,
I’ve been out in front of a dozen dead oceans,
I’ve been ten thousand miles in the mouth of a graveyard,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, and it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what did you see, my blue-eyed son?
Oh, what did you see, my darling young one?
I saw a newborn baby with wild wolves all around it
I saw a highway of diamonds with nobody on it,
I saw a black branch with blood that kept drippin’,
I saw a room full of men with their hammers a-bleedin’,
I saw a white ladder all covered with water,
I saw ten thousand talkers whose tongues were all broken,
I saw guns and sharp swords in the hands of young children,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

And what did you hear, my blue-eyed son?
And what did you hear, my darling young one?
I heard the sound of a thunder, it roared out a warnin’,
Heard the roar of a wave that could drown the whole world,
Heard one hundred drummers whose hands were a-blazin’,
Heard ten thousand whisperin’ and nobody listenin’,
Heard one person starve, I heard many people laughin’,
Heard the song of a poet who died in the gutter,
Heard the sound of a clown who cried in the alley,
And it’s a hard, and it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
And it’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, who did you meet, my blue-eyed son?
Who did you meet, my darling young one?
I met a young child beside a dead pony,
I met a white man who walked a black dog,
I met a young woman whose body was burning,
I met a young girl, she gave me a rainbow,
I met one man who was wounded in love,
I met another man who was wounded with hatred,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Oh, what’ll you do now, my blue-eyed son?
Oh, what’ll you do now, my darling young one?
I’m a-goin’ back out ‚fore the rain starts a-fallin’,
I’ll walk to the depths of the deepest black forest,
Where the people are many and their hands are all empty,
Where the pellets of poison are flooding their waters,
Where the home in the valley meets the damp dirty prison,
Where the executioner’s face is always well hidden,
Where hunger is ugly, where souls are forgotten,
Where black is the color, where none is the number,
And I’ll tell it and think it and speak it and breathe it,
And reflect it from the mountain so all souls can see it,
Then I’ll stand on the ocean until I start sinkin’,
But I’ll know my song well before I start singin’,
And it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard, it’s a hard,
It’s a hard rain’s a-gonna fall.

Bez Tytułu…

Znam księdza Michała Czajkowskiego od lat. Byłem jego studentem, później, „w czasach dziennikarskich” wielokrotnie z nim rozmawiałem. Znam go nie tylko jako naukowca (znakomitego biblistę) czy osobę zaangażowaną w dialog chrześcijańsko-żydowski. Znam go jako CZŁOWIEKA.

Nie, nie wierzę w „rewelacje” ogłoszone przez Życie Warszawy.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ksiądz Czajkowski z ubekami rozmawiał – zresztą mówił o tym nawet w wywiadzie-rzece wydanym bodaj przez „Więź”. Mogę uwierzyć, że przez naiwność mówił za dużo. Mogę także uwierzyć w to, że zgadzał się na jakieś rozmowy, żeby np. ułatwić sobie dostanie paszportu, kiedy (jako biblista bądź co bądź) jeździł studiować na Bliski Wschód. Nie on jeden.

Natomiast NIE WIERZĘ w to, że donosił, że szkodził kudziom. NIE WIERZĘ, że był „opłacanym agentem”.

Wystarczy zresztą uważnie przeczytać tekst zamieszczony w Życiu Warszawy, żeby mieć poważne wątpliwości: sam autor przyznaje, że nie ma ani jednego papierka z jego podpisem, ani jednego kwitu na pieniądze.

Ksiądz Czajkowski zdecydowanie zaprzecza. Twierdzi wprost, że „ktoś go wrabia” (to akurat całkiem prwadopodobne – był taki czas, kiedy zanosiło się na to, że ks. Czajkowski może zostać „kimś ważnym” w Kościele polskim, krążyły plotki o możliwym biksupstwie – na takich ludzi bezpieka lubiła „haki” zbierać).

Tyle, że co to wszystko zmienia? Choćby udowodnił, że nie jest wielbłądem, już do końca życia różni mali ludzie będą go nazywali „agentem” i pluli mu w twarz (dosłownie czy w przenośni). Tak samo przecież było z Wałęsą – kiedy IPN nadał mu status pokrzywdzonego, dowiedzieliśmy się, że „IPN działał na zamówienie”. Do dziś różne małe gnojki twierdzą, że Wałęsa to agent, do dziś krzyczą o „Bolku”.

Z księdzem Czajkowskim będzie tak samo. W kręgach, w których nigdy nie był popularny – właśnie dlatego, że mówił to, co myślał, że twardo powtarzał różne „niewygodne” prawdy (na przykład, że antysemityzm jest grzechem…), że bez chwili wahania pojechał na uroczystości do Jedwabnego – już panuje euforia (tak, euforia!), że oto, proszę bardzo, mówiliśmy przecież, że to zły ksiądz jest!

Mając z jednej strony słowo ks. Czajkowskiego, a z drugiej – słowo ubeka, współmordercy ks. Popiełuszki, nasi „superlustratorzy” decydują, że bardziej wiarygodne jest słowo tego drugiego i sporządzone przez niego notatki. No cóż, można powiedzieć, że każdy ma taki autorytet, na jaki go stać…

Ksiądz nie odbiera telefonów, nie odpowiada na maile. Jest już mocno starszym człowiekiem, zaczynam się obawiać, czy wszystko z nim w porządku.

Kto następny do „dzikiej lustracji”? Czyją teraz teczkę wyciągnie „przypadkiem” jakiś gorliwy historyk? Jak długo jeszcze ubeckie kwity będą traktowane jak prawda objawiona? CZYJĄ teczkę trzeba by ujawnić, żeby miłośnicy dokumentów bezpieki puknęli się wreszcie z głowy?