Mruczanka w szkocką kratę – odcinek 3.

 

 

Tak, jak obiecałem – jedziemy dalej… Kyle of Lochalsh – niewielka mieścina, znana głównie z tego, że stąd pływały promy na Skye. Pływały – w czasie przeszłym, bo od kiedy zbudowano most, promy pływają już tylko w lecie, jako atrakcja dla turystów…

 

Pierwszy raz w Szkocji byłem w 1994, ale wtedy nie dojechaliśmy aż tak daleko na północny zachód. Za długo siedzieliśmy w Londynie i zabrakło czasu. Za to rok później – udało się. Byliśmy we trójkę – z M. (z którą ledwie rok wcześniej się poznaliśmy) i kolegą Beblokiem.

No i – co wyjaśnia, po co te historyczne wstawki J – wtedy jeszcze nie było mostu. To znaczy – chyba właśnie zaczynał się budować, ale ciągle jeszcze jedyną metodą dostania się na wyspę Skye był prom.

.

Prom… to brzmi dumnie. Drewniano-blaszana, płaskodenna (chyba) łajba, na której mieściło się kilka samochodów (osobowych, duża ciężarówka – jedna) i kilkadziesiąt osób. Promy kursowały właściwie bez przerwy – dobijały do brzegu, samochody zjeżdżały, wjeżdżały nowe – i z powrotem. Co ciekawe – płaciło się od samochodu, ludzie jechali za darmo (co dla nas wtedy było duuużym plusem…).

 

Długo mógłbym Wam opisywać samą wyspę i jej geografię, ale po co – popatrzcie sobie na mapkę i tyle (na przykład http://www.skye.co.uk/skye-regions-home.html). A ja wolałbym opisać Wam kilka miejsc najpiękniejszych (subiektywnie, rzecz prosta).

.

Zatem – najpierw Uig. (To ci dopiero nazwa – jak to czytać? Dowcip polega na tym, że – jak duża część nazw na północy Szkocji – to już nie angielski. Geografię językową Wielkiej Brytanii najlepiej można zrozumieć patrząc na tablice z nazwami miejscowości i informacjami drogowymi. Anglia i południe Szkocji – tablice po angielsku. Północ Szkocji – tablice po angielsku, pod spodem te same informacje w gaeliku. The Isle of Skye – tablice w gaeliku, a pod spodem, mniejszymi literami, po angielsku…)

Uig to kompletna dziura. Kilkanaście domków na nabrzeżu, w okolicy kilka posiadłości, parę farm i jeden zamek (o nim kiedy indziej) – a ponad tym wszystkim mroczne skały, mgły, tajemnica. Rozbiliśmy namiot na polu jakiegoś farmera (oczywiście po otrzymaniu pozwolenia właściciela…), a potem poszliśmy sobie na spacer. Po kilku kilometrach przez dzicz (wrzosowiska, łąki, skałki…) doszliśmy na brzeg (przypominam – jesteśmy na wyspie). A właściwie – „nad” brzeg, bo sam brzeg leżał jakieś dwadzieścia metrów niżej. Byliśmy na klifie. Klify na Skye to jedne z najwyższych klifów morskich w Europie (wyższe są w Norwegii, a najwyższe – na północy Irlandii). No, ale nie po to Wam o tym piszę, żeby Was uczyć o atrakcjach turystycznych…

.

Ścieżka (wydeptana chyba przez gospodarzy szukających owiec) biegnie wzdłuż klifu. Momentami – tuż nad krawędzią. Można nią (idąc na południe) dojść w miejscem z którego widać jak na dłoni całe Uig, razem z portem, do którego wpływają promy (już takie „prawdziwe”, duże) łączące „Main Land”, czyli Wielką Brytanię właściwą, z Wyspami Zachodnimi (Hybrydy Zewnętrzne).

Ale można też pójść w drugą stronę – na północ – i po kilku milach trafić w miejsce naprawdę warte odwiedzenia.

Nie, tym razem nie będzie niespodzianek – wież, zamków, starych dworów. Ale za to…

Czy byliście kiedyś w miejscu, gdzie można naprawdę zapomnieć „…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok…”, że zacytuję Klasyków?

.

Wrzosowiska dookoła. Żywego ducha. Niebo lekko pochmurne. Szumy i szelesty – to lisy polują na dzikie króliki w wysokich trawach. Można po prostu usiąść i słuchać. I patrzeć.

Skały i góry. Ciemne, tajemnicze, nie takie „pocztówkowe” jak na ładnych zdjęciach. Szum wiatru. Dwadzieścia metrów poniżej – morze. Ciemne, niemal czarne. Fale rozbijają się o kilka skał wystających z wody.

Siedzi człowiek i patrzy – dokładnie na zachód. Na linii horyzontu – jeśli pogoda jest dobra – można zobaczyć zarys Wysp Zachodnich. Ale ma się poczucie, że jest się na końcu świata. Że dalej już tylko Ocean – a za nim…

.

Tak, dziś wiemy, co za nim i w ogóle. Ale kiedy tam siedzieliśmy – zrozumiałem, co musieli czuć ludzie kilka (…naście) wieków temu, kiedy NIE WIEDZIELI. Kiedy mogli tylko wyobrażać sobie i marzyć. Zrozumiałem, co czuł Frodo Baggins, kiedy odpływał z Szarych Przystani do Valinoru, na Najdalszy Zachód.

 

 

Szum morza w połączeniu z szumem wiatru jest po prostu hipnotyzujący. To muzyka – ta Pierwsza, prastara, ta, z której wyrosły brzmienia harf celtyckich, fletów, bodhranów usiłujących ją naśladować.

Doszliśmy tam około trzeciej po południu. Siedzieliśmy – praktycznie bez słowa – prawie do północy. Zachód słońca nad oceanem – wcale nie „romantyczny” jak z karaibskich pocztówek. Raczej tajemniczy, potężny, przytłaczający. Widok, który sprawia, że człowiek czuje się nagle malutki wobec bezkresu.

.

 

 

A potem – wschodzący księżyc (w pierwszej kwadrze, cienki sierpik). I odgłosy nocy – szum morza i wiatru jeszcze wyraźniejszy, krzyki jakichś nocnych zwierzaków. I te same kształty skał i wzgórz, co przedtem – ale nagle powiększone przez pozbawienie koloru i przejście w formę samej ciemnej, wieloznacznej sylwetki. Dotknięcie tajemnicy.

 

Kiedy wróciliśmy do namiotu – była prawie druga w nocy. I nie dane nam było pospać dłużej, bo…

Teraz będzie akcent komediowy z elementami horroru. Czytelnicy o słabych nerwach niech przysiądą albo profilaktycznie zażyją nitroglicerynkę J)

Ale najpierw słowo wyjaśnienia. Jakem napisał – było nas troje. Trzy osoby, trzy plecaki. Namiot – dwójka. Obszerna, spało się całkiem wygodnie (mimo, że kolega Beblok do najchudszych nie należy) – ale na plecaki już w nim miejsca nie było. Parę lat póżniej kupiłem sobie lepszy namiocik, z odpowiednim przedsionkiem, ale wtedy nasze plecaki nocowały po prostu obok namiotu. A żeby w razie deszczu nie zmokły – wkładaliśmy je do kilkumetrowego „tunelu” z folii. Podwijało się potem brzegi folii i żaden deszcz nie był plecakom straszny.

 

Śpimy zatem spokojnie (choć z przerwami, bo sen mam lekki, a dookoła namiotu łąka, na której życie nocne kwitnie – dzikie króliki i w ogóle). Śpimy „na przemian” – ja od brzegu, w środku Beblok z głową w przeciwną stronę, pod ścianą zaś M. – w tę samą stronę co ja. No i nagle…

 

Wpół do czwartej rano. Budzi mnie dziwny odgłos – jakby ktoś szarpał folię, w którą zawinięte są plecaki. Podnoszę głowę, żeby rozpiąć namiot i spojrzeć, co się dzieje – a tu nagle przeciwległa ścian namiotu, pod którą śpi M., zaczyna wbrzuszać się do środka! Coś się w niej jakby rusza, coś jakby próbuje dosięgnąć nas (M. śpiącej przy ścianie!) przez nylon. I w dodatku – co z jednej strony pociesza, a z drugiej przeraża – wcale to na działanie człowieka nie wygląda. Zastrzyk adrenaliny – wyskakuję ci ja z namiotu (jest już prawie jasno, bo to środek lata i bądź co bądź północ dosyć daleka) – i co widzę?

(Napięcie rośnie…)

Otóż widzę… krowę.

Nie, nie śmiejcie się. Nie krasulę czarno-białą, ale KROWĘ. Rasy Highland Cattle – czyli szkocka specjalność, krowy deszczo- i wiatroodporne. Popatrzcie – tak toto wygląda:

http://www.oaklandzoo.org/atoz/azcattle.html

http://www.highland-coos.com/

 

No i ta krówka (…) właśnie wpycha nochal swój włochaty w nasz namiot, wyraźnie zainteresowana, co to za zwierzę wyrosło na jej łące. A jej koleżanka właśnie odrywa zębiskami kawałek folii chroniącej nasze plecaki (może chciała dawać mleko w folii od razu, czy co?).

Trochę się uspokoiłem (bądź co bądź krowy, nawet kudłate, ludzi nie jadają J) – wrzasnąłem, żeby się bydlęta przestraszyły. Na mój wrzask z namiotu wyskoczył lekko nieprzytomny Beblok, zobaczył to co ja, oprzytomniał błyskawicznie i wspólnymi siłami (za pomocą jakiegoś kija) pogoniliśmy kudłacze od naszego dobytku. Były zdziwione (w zasadzie wstrząśnięte… ale nie zmieszane), ale sobie poszły. M. nawet się nie obudziła (moja ukochana tak właśnie ma – jak śpi, to już śpi J). Pośmialiśmy się z Beblokiem i poszliśmy (czujnie) spać. Kiedy wstaliśmy rano (czyli koło jedenastej) – krowy (okazało się, że było ich kilkanaście) pasły się spokojnie jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego namiotu.

Konkluzja?

Uważaj, człowieku, gdzie się rozbijasz, bo coś może przyjść i… zeżreć ci plecak.

Potem opowiadaliśmy o nocnej historii gospodarzowi (właścicielowi łąki). A ten nam powiedział, że specjalnie zaproponował nam miejsce na tej łące – bo jest ogrodzona, więc są na niej TYLKO krowy, a one są OK. Za ogrodzeniem, na wzgórzach pasą się owce – a one NIEWĄTPLIWIE zeżarłyby nam przynajmniej linki od namiotu, zanim byśmy się zorientowali… J

 

No i tyle na razie. Ale to nie koniec – The Isle of Skye jeszcze wróci w kolejnym odcinku, bo to miejsce szczególne bardzo. Następnym razem opowiem Wam o naszym drugim pobycie na Skye – kilka lat później, już tylko we dwoje, w czasie naszej podróży poślubnej. Ale na razie – kończyć muszę. Do zobaczenia. Failte.

Puchatek

Mruczanka odsłaniająca…

…rąbek tajemnicy 🙂

Ukłon w stronę Holly, która pisała, że tylko literki i literki. Pełnych nazw na razie nie mogę (no, nie mogę po prostu, przepraszam…), ale rąbka uchylę.

Pismo D. to kolorowe pismo dla rodziców. Ciąża, poród, opieka nad dzieckiem, wychowanie, zabawki, dziecięce choroby. Redakcja doszła do wniosku, że pismo jest za bardzo „tylko do matek” skierowane i postanowiła, że potrzebny ktoś, kto poprowadzi oddzielną rubrykę właśnie dla tatusiów. Czyli – małe dziecko (i wszystkie sprawy związane) z punktu widzenia faceta. Fajnie, nieprawdaż? 🙂

Wymagania redakcji były proste. Musi to być facet (rzecz prosta), osoba pisząca (z doświadczeniem dziennikarskim), ale także – młody tata, zainteresowany sprawami wychowania (i posiadający jakąś tam wiedzę na ten temat). No więc Puchatek doszedł do wniosku, że jest kandydatem idealnym, bo ze swoim (między innymi) psychologicznym wykształceniem spełnia WSZYSTKIE wymagania. Na szczęście redakcja pisma D. podzieliła ten pogląd.

No i M. powiedziała: „No pewnie, że się nadajesz! Jesteś świetnym tatusiem!” – i Puchatek wymiękł po prostu, bo redakcja redakcją, ale żeby coś takiego z ust własnej kobiety i matki swoich dzieci usłyszeć, to choćby po to warto w takim konkursie wystartować :)))))

…a w B. się dziwią, że w całej „trudnej i niepewnej sytuacji” ja chodzę uśmiechnięty od ucha do ucha i mam humorek przedni, i w ogóle się nie przejmuję tym bajzelkiem. Ano – nie przejmuję. Są ważniejsze rzeczy 🙂

Mruczanka z nadzieją…

Wczoraj Puchatek wziął wolny dzień (urlopu Puchatek ma aż nadto – i tak nie wykorzysta całego). A wziął po to, żeby spotkać się z redakcją pisma D. (patrz – poprzednia mruczanka). Uczestniczył Puchatek w kolegium redakcyjnym, potem omawiał z naczelnym (a w zasadzie – naczelną) sprawy tej rubryki, co to ją ma prowadzić (całe dwie kolumny, z widokiem na trzecią, jeśli teksty będą dobre!).

Ech… Co tu dużo mówić – pracując w firmie B. Puchatek już zapomniał, jak wyglądają normalne kolegia redakcyjne. Kolegia, na których grupa dorosłych ludzi dyskutuje o tym, co zrobić, jak i kiedy, żeby pismo było ciekawe, żeby czytelnicy byli zadowoleni… Na którym nikt nie traktuje dziennikarza jak idioty, któremu trzeba palcem pokazać i zbesztać go co coś (za cokolwiek, bo to przecież niedopuszczalne, żeby dziennikarz uważał, że coś robi dobrze…).

Niestety – marzenia o „półetacie” nie do zrealizowania. Ale stała współpraca – jak najbardziej. I płacić będą uczciwie.

A do tego dochodzi jeszcze fakt, że pan C. (ten od Nowego Projektu, co to chce Puchatka zatrudnić…) obiecał, że do 20 grudnia już będzie coś wiadomo.

A zatem: jeśli pan C. powie, że Puchatka zatrudnia – powiedzmy – od maja czy nawet czerwca (a to wersja pesymistyczna, może się zdarzyć, że już od marca) – to znaczy, że w dniu 23 grudnia (czwartek, ostatni w firmie B. dzień roboczy przed świętami) Puchatek pójdzie do Dyrektora Wydawniczego i położy mu na zawalonym papierami biureczku jeszcze jedna karteczkę. A na kerteczce będzie napisane „….proszę o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron z dniem…”

Ech, rozmarzyłem się…

No bo tak – nawet, jeśli te 4 czy 5 miesięcy będę „bezrobotny”, to:

– są tłumaczenia – aktualnie w dużej ilości (wystarczającej, żeby na upartego przeżyc nawet pół roku… A w dodatku, jeśli nie będę siedział osiem godzin dziennie w B., to zrobię to wszystko w dwa – dwa i pół miesiąca).

– jest pismo D. – praca stosunkowo nieduża, a dodatkowe pieniądze i owszem (zwłaszcza – jak na dodatkowe).

Czyli – byle do świąt! :))))

Bo w B. – coraz śmieszniej. Dziś przynieśli nam wydruki wierszówek. Mój kolega Tomek się załamał (a raczej – wściekł). Jak przychodziliśmy tu do pracy, to nam opowiadano, że „motywacyjny system wynagrodzeń”, że im więcej napiszesz – tym więcej zarobisz. A teraz okazuje się, że nie całkiem. Bo jest pewien budżet przeznaczony na wierszówki w jednym numerze. Więc – od pewnego poziomu więcej pieniędzy nie ma i już. W praktyce polega to na tym, że jak za dużo napiszemy, to przy wycenie tekstów tną współczynniki, żeby mniej zapłacić.

Poza tym ktoś wymyślił, że w jednym miesięczniku może być maksymalnie 85 stron (standardowych, chodzi o ilość tekstu) do wyceny. Więc – jeśli napiszemy więcej, to resztę robimy de facto za darmo (a w ostatnim numerze było tych stron standardowych… 113. Czyli 25% zrobiliśmy za friko). A było tych stron 113, bo inaczej nie byłoby czym zapełnić powierzchni – bo reklam brakuje. A reklam brakuje, bo… już pisałem, pismo weszło na rynek kompletnie nieprzygotowane. Przecież nie z mojej winy, kurczę.

O tym, że ileś czasu co miesiąc tracę na bieganie i robienie zdjęć (za które nikt mi nie płaci) już nie wspominam.

A teraz jeszcze kwiatek dodatkowy – dziś dowiedzieliśmy się, że ma do naszego trzyosobowego zespołu dojść czwarta osoba. Czyli – w domyśle – któregoś z nas mogą za jakiś czas zwolnić. To niby nic niezwykłego – ale ta osoba to pan znany z tego, że pracował (kurczę, już bez literek, wprost napiszę) najpierw w Rzeczpospolitej, a potem w Pulsie Biznesu – i z obu redakcji wyleciał za to samo – za branie łapówek mianowicie. I pracuj tu z kimś takim. A może jeszcze – pod jego szefostwem. Błeeeee.

No dobrze – dość tego narzekania. Ważne, że to już (miejmy nadzieję) niedługo…

Obiecuję w najbliższym czasie kolejną mruczankę szkocką. Tym razem będzie o wsypie Skye. Może się niektórym humor poprawi… 🙂

Mruczanka dumna wielce

No bo tak:

pismo D. (nie wymienię nawet tematyki na razie, bom jeszcze na drodze wstępnej) konkurs zrobiło – na kogoś, kto by prowadził rubrykę X w wyżej wymienionym (całe dwie kolumny). Zgłoszeń było – podobno – z całej Polski kilkadziesiąt. A Puchatek wygrał – zaproponował najlepszy projekt nowej rubryki i przysłał najlepszy tekst próbny, No i Puchatek jest dumny z siebie :)))))

A dumny jest tym bardziej, że robił to wszystko „po godzinach” – czyli w dwu heroicznych zrywach raz od 21.00 do północy i cztery dni później od 21.00 do 1.00 w nocy (czyli po pworocie z firmy B. i położeniu Potworów spać…). Na ostatnich nogach, z piekącymi oczami i na mocnej herbacie (kawa na Puchatka pobudzająco nie działa). Czyli w warunkach frontowych.

I M. też się cieszy i jest z Puchatka dumna, a jak żona jest dumna, to mąż rośnie we własnych oczach jak ciasto drożdżowe w ciepłym pokoju. :))))

No i dziś wieczorem Puchatek ma dzwonić do redaktora W., który projekt prowadzi (zastępcy naczelnego, a raczej naczelnej pisma D.) i „porozmawiać o szczegółach”.

No i tak sobie Puchatek myśli – że niestety to będzie pewnie tylko współpraca, czyli pisanie i przygotowywanie (umowa-zlecenie…) za jakieś tam pieniądze. To znaczy – to i tak wspaniale, bo pismo D. wydaje firma A., bogata i nieźle płacąca (Puchatek wie, kiedyś już z firmą A. współpracował… blisko…) – więc zawsze będą jakieś extra pieniądze za 2 – 3 godziny pracy w miesiącu (bo pismo D. to miesięcznik). To już plus.

Ale gdyby – marzy Puchatek – pismo D. zaproponowało Puchatkowi zamiast zlecenia (za te same pieniądze… albo nawet za trochę mniejsze…) powiedzmy – ćwierć etatu… Bo jeśli chodzi o pieniądze – to Puchatek ma za co żyć (właśnie dostał kolejne tłumaczenie z R-D, znowu parę tysięcy wpadnie, a tekst wygląda na dosyć prosty, a w dodatku jest dosyć pilne, więc płacą więcej trochę…). Ale jakby te pół czy ćwierć etatu – to jest ZUS i wszystkie inne Janosiki – i można w firmie B. zanieść wymarzoną karteczkę z wymówieniem i sobie firmę B. darować….

Ano, zobaczymy.

Zwłaszcza, że zapewne niedługo będzie już coś wiadomo o Projekcie pana C. – więc gdyby z kolei u pana C. etat czy pół… Patrz wyżej. Tylko żeby już coś było wiadomo…

Trzymajcie kciuki.

Mruczanka z Cummingsem

Znalazłem wiersz, którego jakiś czas szukałem. No i właśnie znalazłem. Więc wrzucam – może i wam się spodoba…

Edward Estlin Cummings (tłumaczenie Barańczaka, rzecz prosta).

obym miał serce zawsze otwarte dla małych

ptaków bo każdy z nich jest tajemnicą życia

cokolwiek zaśpiewają jest lepsze niż wiedzieć

gdy ktoś już ich nie słucha znaczy że siwieje

obym miał myśli krążące dokoła

męstwa pragnienia uległości głodu

nawet gdy jest niedziela obym mógł się mylić

gdy ktoś ma rację znaczy że już nie jest młody

obym nie robił nic co pożyteczne

i kochał ciebie bardziej niż wiernie i wiecznie

nie było takich głupców co by nie umieli

jednym uśmiechem schować się w nieba pościeli

 

Mruczanka zaspanka

Na skutek zbiegu różnych złośliwych okoliczności (prawa Murphy’ego zdecydowanie miały wczoraj swój dzień…) wróciłem do domu o wpół do dwunastej. W nocy. Po drodze robiłem jeszcze zakupy, więc siaty, ręce do kostek i w ogóle (nie należę do szczęśliwej mniejszości zmotoryzowanych).

Wchodzę zatem ci ja do domu, a w kuchni stoi M. a na jej rękach matczynych… Piłeczka. Uśmiech od ucha do ucha (na mój widok, znaczy), oczki otwarte szeroko, podskakuje (cały czas siedząc na maminych rękach, oczywiście). Pełna energia, humor i chęć do życia. M. – wręcz przeciwnie.

Co się stało? Ano obudziła się po dwu godzinach spania i nie dała się już uśpić. Każda próba pójścia z nią na górę, do sypialni, kończyła się rykiem. Natomiast w kuchni – pełnia szczęścia i mina z gatunku „…Taaaaka imprezka, zostaję do środy!”.

Ostatecznie poszła spać razem z nami, czyli koło pierwszej. A dziś – rzecz prosta, Murphy nie śpi – Pietruszka obudził się wcześniej niż zwykle. A jak Pietruszka się budzi – to koniec. Wszyscy wstają. SZYBKO. Nie maja innego wyjścia.

Ciekawe, jak ten dzień będzie wyglądał. M. się po prostu zamęczy z Potworami – marudzącymi zapewne, niedospanymi.

No i mam nadzieję, że wczorajszo-dzisiejsza akcja nie jest na przykład zapowiedzią nowych zwyczajów Piłeczki na najbliższe pół roku…

Mruczanka antyreklamowa

Nie, nie jestem przeciwnikiem reklamy. Wiem, dźwignia handlu etc. Czasem bywa nawet zabawna. Czasem – rzadko – czegoś uczy.

ALE CZASEM MNIE WKURZA.

„Wyraź marzenia” – głosi hasło na plakacie reklamującym telefony komórkowe firmy X.

Szanowny Panie copywriterze! Nie wiem, jakie Pan ma marzenia. Być może do wyrażenia Pańskich marzeń wystarczy elektroniczny gadżet. Jeśli tak – pozostaje mi Panu współczuć.

Do wyrażania moich marzeń służą znacznie bardziej skomplikowane narzędzia. Choć – nie ukrywam – znacznie mniej nowoczesne.

Język. Wie Pan, panie copywriterze, o czym marzył Sokrates? Albo – czy ja wiem – Dante? Norwid? Wie Pan, oni nie używali telefonu komórkowego. A jednak wyrazili jakoś – lepiej lub gorzej – swoje marzenia i jeszcze kilka innych rzeczy.

Muzyka. Bach też komórki nie miał (chyba, że komórkę na nuty). Ani Prokofiew. A wyrażali, niezgorzej.

Malarstwo. Rzeźba.

A katedrę w Orleanie Pan widział, Panie copywriterze? Czy Pan w ogóle wie, co to są marzenia?

PAŁA, Panie copywriterze. Nawet w reklamie nie można traktować klienta jak roślinki, której szczytem marzeń jest nowa doniczka.

Mruczanka z banałem

W „Anywhere is” (z albumu „The Memory of Trees”) Enya śpiewa:

You go there you’re gone forever
I go there I’ll lose my way
if we stay here we’re not together
Anywhere is

To jednak uderzające. Nie można stać w miejscu. Nie można nie dążyć do.

Droga może dużo kosztować (nie, ona ZAWSZE dużo kosztuje). Ale pozostanie w miejscu ZAWSZE kosztuje więcej (choć na pierwszy rzut oka wydaje się wygodne i bezpieczne).

…w zasadzie – to to samo, co głosi słynny napis z Bremy:

Navigare necesse est…

Tak! I to co dalej także:

…vivere non est necesse.

Jeśli żeglujesz – możesz zginąć. Umrzeć, znaczy. Jeśli nie żeglujesz – zachowasz życie.

…tylko po co?

Może to i banał. Ale czasem warto sobie przypomnieć.

„Nie żyć – to nie mieć po co umierać” (Zabłocki).

No, to dosyć tych imponderabiliów 😉

Mruczanka ze złośliwą satysfakcją

Chyba znalazłem metodę na firmę B. To się nazywa „włoski strajk”. Postanowiłem sobie być sumiennym pracownikiem i wykonywać – dokładnie, rzetelnie i dosłownie – wszystkie polecenia przełożonych. No i zaczęło się – jaja jak berety! 🙂

Ponieważ W. – mój naczelny, człek cudowny i wielkiej zacności, acz pierdoła, kazał mi zrobić kilka rzeczy – nazwijmy je dla ułatwienia A, B i C – wziąłem się za nie ochoczo, uświadomiwszy jednakowoż W. (przez uszy, jak Gombrowicz uczył), że to bez sensu i że się nie da (że czasu nie wystarczy). W połowie czynności A mój drogi szef – z lekka przerażony pokrzykiwaniem Szefa Wyższego Rzędu – kazał mi jeszcze znaleźć zdjęcie – ilustrację do tekstu X. Czy ja jestem fotoedytorem? Ale OK – szef każe, ja robię 🙂

Szukałem (naprawdę uczciwie!!!) – ale oczywiście tylko na stronach darmowych agencji fotograficznych (bo o płatnych zdjęciach nie ma mowy, zarząd się nie zgodzi na takie fanaberie, a przecież kraść nie będę…). Szukałem 2 godziny (słownie dwie). Przednia zabawa. Nie znalazłem, niestety. W. mało zawału nie dostał. „Jeszcze się tym zajmujesz?!” „No przecież mi kazałeś…” – odpowiedziałem w bezbrzeżnym zdumieniu. „Nie, no co ty, tyle pracy, zostaw to, pal sześć, poproszę grafików, to zrobią rysunek…”. Proszę państwa – to działa! Jego mina wskazywała, że jutro – zanim mi coś każe – pomyśli. I o to chodzi. 🙂

A swoją drogą – nie można było OD RAZU podjąć decyzji o rysunku? Przecież było wiadomo, że tak się to skończy… Jak się oszczędza i w firmie wydającej miesięczniki (kolorowe i na baaardzo ładnym papierze… przerost formy nad treścią skądinąd…) nie zatrudnia fotoedytora… Z pustego i Salomon…

No, dobranoc. Jutro strajku włoskiego c.d.

🙂

Puchatek