Mruczanka z nadzieją…

Wczoraj Puchatek wziął wolny dzień (urlopu Puchatek ma aż nadto – i tak nie wykorzysta całego). A wziął po to, żeby spotkać się z redakcją pisma D. (patrz – poprzednia mruczanka). Uczestniczył Puchatek w kolegium redakcyjnym, potem omawiał z naczelnym (a w zasadzie – naczelną) sprawy tej rubryki, co to ją ma prowadzić (całe dwie kolumny, z widokiem na trzecią, jeśli teksty będą dobre!).

Ech… Co tu dużo mówić – pracując w firmie B. Puchatek już zapomniał, jak wyglądają normalne kolegia redakcyjne. Kolegia, na których grupa dorosłych ludzi dyskutuje o tym, co zrobić, jak i kiedy, żeby pismo było ciekawe, żeby czytelnicy byli zadowoleni… Na którym nikt nie traktuje dziennikarza jak idioty, któremu trzeba palcem pokazać i zbesztać go co coś (za cokolwiek, bo to przecież niedopuszczalne, żeby dziennikarz uważał, że coś robi dobrze…).

Niestety – marzenia o „półetacie” nie do zrealizowania. Ale stała współpraca – jak najbardziej. I płacić będą uczciwie.

A do tego dochodzi jeszcze fakt, że pan C. (ten od Nowego Projektu, co to chce Puchatka zatrudnić…) obiecał, że do 20 grudnia już będzie coś wiadomo.

A zatem: jeśli pan C. powie, że Puchatka zatrudnia – powiedzmy – od maja czy nawet czerwca (a to wersja pesymistyczna, może się zdarzyć, że już od marca) – to znaczy, że w dniu 23 grudnia (czwartek, ostatni w firmie B. dzień roboczy przed świętami) Puchatek pójdzie do Dyrektora Wydawniczego i położy mu na zawalonym papierami biureczku jeszcze jedna karteczkę. A na kerteczce będzie napisane „….proszę o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron z dniem…”

Ech, rozmarzyłem się…

No bo tak – nawet, jeśli te 4 czy 5 miesięcy będę „bezrobotny”, to:

– są tłumaczenia – aktualnie w dużej ilości (wystarczającej, żeby na upartego przeżyc nawet pół roku… A w dodatku, jeśli nie będę siedział osiem godzin dziennie w B., to zrobię to wszystko w dwa – dwa i pół miesiąca).

– jest pismo D. – praca stosunkowo nieduża, a dodatkowe pieniądze i owszem (zwłaszcza – jak na dodatkowe).

Czyli – byle do świąt! :))))

Bo w B. – coraz śmieszniej. Dziś przynieśli nam wydruki wierszówek. Mój kolega Tomek się załamał (a raczej – wściekł). Jak przychodziliśmy tu do pracy, to nam opowiadano, że „motywacyjny system wynagrodzeń”, że im więcej napiszesz – tym więcej zarobisz. A teraz okazuje się, że nie całkiem. Bo jest pewien budżet przeznaczony na wierszówki w jednym numerze. Więc – od pewnego poziomu więcej pieniędzy nie ma i już. W praktyce polega to na tym, że jak za dużo napiszemy, to przy wycenie tekstów tną współczynniki, żeby mniej zapłacić.

Poza tym ktoś wymyślił, że w jednym miesięczniku może być maksymalnie 85 stron (standardowych, chodzi o ilość tekstu) do wyceny. Więc – jeśli napiszemy więcej, to resztę robimy de facto za darmo (a w ostatnim numerze było tych stron standardowych… 113. Czyli 25% zrobiliśmy za friko). A było tych stron 113, bo inaczej nie byłoby czym zapełnić powierzchni – bo reklam brakuje. A reklam brakuje, bo… już pisałem, pismo weszło na rynek kompletnie nieprzygotowane. Przecież nie z mojej winy, kurczę.

O tym, że ileś czasu co miesiąc tracę na bieganie i robienie zdjęć (za które nikt mi nie płaci) już nie wspominam.

A teraz jeszcze kwiatek dodatkowy – dziś dowiedzieliśmy się, że ma do naszego trzyosobowego zespołu dojść czwarta osoba. Czyli – w domyśle – któregoś z nas mogą za jakiś czas zwolnić. To niby nic niezwykłego – ale ta osoba to pan znany z tego, że pracował (kurczę, już bez literek, wprost napiszę) najpierw w Rzeczpospolitej, a potem w Pulsie Biznesu – i z obu redakcji wyleciał za to samo – za branie łapówek mianowicie. I pracuj tu z kimś takim. A może jeszcze – pod jego szefostwem. Błeeeee.

No dobrze – dość tego narzekania. Ważne, że to już (miejmy nadzieję) niedługo…

Obiecuję w najbliższym czasie kolejną mruczankę szkocką. Tym razem będzie o wsypie Skye. Może się niektórym humor poprawi… 🙂

Mruczanka dumna wielce

No bo tak:

pismo D. (nie wymienię nawet tematyki na razie, bom jeszcze na drodze wstępnej) konkurs zrobiło – na kogoś, kto by prowadził rubrykę X w wyżej wymienionym (całe dwie kolumny). Zgłoszeń było – podobno – z całej Polski kilkadziesiąt. A Puchatek wygrał – zaproponował najlepszy projekt nowej rubryki i przysłał najlepszy tekst próbny, No i Puchatek jest dumny z siebie :)))))

A dumny jest tym bardziej, że robił to wszystko „po godzinach” – czyli w dwu heroicznych zrywach raz od 21.00 do północy i cztery dni później od 21.00 do 1.00 w nocy (czyli po pworocie z firmy B. i położeniu Potworów spać…). Na ostatnich nogach, z piekącymi oczami i na mocnej herbacie (kawa na Puchatka pobudzająco nie działa). Czyli w warunkach frontowych.

I M. też się cieszy i jest z Puchatka dumna, a jak żona jest dumna, to mąż rośnie we własnych oczach jak ciasto drożdżowe w ciepłym pokoju. :))))

No i dziś wieczorem Puchatek ma dzwonić do redaktora W., który projekt prowadzi (zastępcy naczelnego, a raczej naczelnej pisma D.) i „porozmawiać o szczegółach”.

No i tak sobie Puchatek myśli – że niestety to będzie pewnie tylko współpraca, czyli pisanie i przygotowywanie (umowa-zlecenie…) za jakieś tam pieniądze. To znaczy – to i tak wspaniale, bo pismo D. wydaje firma A., bogata i nieźle płacąca (Puchatek wie, kiedyś już z firmą A. współpracował… blisko…) – więc zawsze będą jakieś extra pieniądze za 2 – 3 godziny pracy w miesiącu (bo pismo D. to miesięcznik). To już plus.

Ale gdyby – marzy Puchatek – pismo D. zaproponowało Puchatkowi zamiast zlecenia (za te same pieniądze… albo nawet za trochę mniejsze…) powiedzmy – ćwierć etatu… Bo jeśli chodzi o pieniądze – to Puchatek ma za co żyć (właśnie dostał kolejne tłumaczenie z R-D, znowu parę tysięcy wpadnie, a tekst wygląda na dosyć prosty, a w dodatku jest dosyć pilne, więc płacą więcej trochę…). Ale jakby te pół czy ćwierć etatu – to jest ZUS i wszystkie inne Janosiki – i można w firmie B. zanieść wymarzoną karteczkę z wymówieniem i sobie firmę B. darować….

Ano, zobaczymy.

Zwłaszcza, że zapewne niedługo będzie już coś wiadomo o Projekcie pana C. – więc gdyby z kolei u pana C. etat czy pół… Patrz wyżej. Tylko żeby już coś było wiadomo…

Trzymajcie kciuki.

Mruczanka z Cummingsem

Znalazłem wiersz, którego jakiś czas szukałem. No i właśnie znalazłem. Więc wrzucam – może i wam się spodoba…

Edward Estlin Cummings (tłumaczenie Barańczaka, rzecz prosta).

obym miał serce zawsze otwarte dla małych

ptaków bo każdy z nich jest tajemnicą życia

cokolwiek zaśpiewają jest lepsze niż wiedzieć

gdy ktoś już ich nie słucha znaczy że siwieje

obym miał myśli krążące dokoła

męstwa pragnienia uległości głodu

nawet gdy jest niedziela obym mógł się mylić

gdy ktoś ma rację znaczy że już nie jest młody

obym nie robił nic co pożyteczne

i kochał ciebie bardziej niż wiernie i wiecznie

nie było takich głupców co by nie umieli

jednym uśmiechem schować się w nieba pościeli

 

Mruczanka zaspanka

Na skutek zbiegu różnych złośliwych okoliczności (prawa Murphy’ego zdecydowanie miały wczoraj swój dzień…) wróciłem do domu o wpół do dwunastej. W nocy. Po drodze robiłem jeszcze zakupy, więc siaty, ręce do kostek i w ogóle (nie należę do szczęśliwej mniejszości zmotoryzowanych).

Wchodzę zatem ci ja do domu, a w kuchni stoi M. a na jej rękach matczynych… Piłeczka. Uśmiech od ucha do ucha (na mój widok, znaczy), oczki otwarte szeroko, podskakuje (cały czas siedząc na maminych rękach, oczywiście). Pełna energia, humor i chęć do życia. M. – wręcz przeciwnie.

Co się stało? Ano obudziła się po dwu godzinach spania i nie dała się już uśpić. Każda próba pójścia z nią na górę, do sypialni, kończyła się rykiem. Natomiast w kuchni – pełnia szczęścia i mina z gatunku „…Taaaaka imprezka, zostaję do środy!”.

Ostatecznie poszła spać razem z nami, czyli koło pierwszej. A dziś – rzecz prosta, Murphy nie śpi – Pietruszka obudził się wcześniej niż zwykle. A jak Pietruszka się budzi – to koniec. Wszyscy wstają. SZYBKO. Nie maja innego wyjścia.

Ciekawe, jak ten dzień będzie wyglądał. M. się po prostu zamęczy z Potworami – marudzącymi zapewne, niedospanymi.

No i mam nadzieję, że wczorajszo-dzisiejsza akcja nie jest na przykład zapowiedzią nowych zwyczajów Piłeczki na najbliższe pół roku…

Mruczanka antyreklamowa

Nie, nie jestem przeciwnikiem reklamy. Wiem, dźwignia handlu etc. Czasem bywa nawet zabawna. Czasem – rzadko – czegoś uczy.

ALE CZASEM MNIE WKURZA.

„Wyraź marzenia” – głosi hasło na plakacie reklamującym telefony komórkowe firmy X.

Szanowny Panie copywriterze! Nie wiem, jakie Pan ma marzenia. Być może do wyrażenia Pańskich marzeń wystarczy elektroniczny gadżet. Jeśli tak – pozostaje mi Panu współczuć.

Do wyrażania moich marzeń służą znacznie bardziej skomplikowane narzędzia. Choć – nie ukrywam – znacznie mniej nowoczesne.

Język. Wie Pan, panie copywriterze, o czym marzył Sokrates? Albo – czy ja wiem – Dante? Norwid? Wie Pan, oni nie używali telefonu komórkowego. A jednak wyrazili jakoś – lepiej lub gorzej – swoje marzenia i jeszcze kilka innych rzeczy.

Muzyka. Bach też komórki nie miał (chyba, że komórkę na nuty). Ani Prokofiew. A wyrażali, niezgorzej.

Malarstwo. Rzeźba.

A katedrę w Orleanie Pan widział, Panie copywriterze? Czy Pan w ogóle wie, co to są marzenia?

PAŁA, Panie copywriterze. Nawet w reklamie nie można traktować klienta jak roślinki, której szczytem marzeń jest nowa doniczka.

Mruczanka z banałem

W „Anywhere is” (z albumu „The Memory of Trees”) Enya śpiewa:

You go there you’re gone forever
I go there I’ll lose my way
if we stay here we’re not together
Anywhere is

To jednak uderzające. Nie można stać w miejscu. Nie można nie dążyć do.

Droga może dużo kosztować (nie, ona ZAWSZE dużo kosztuje). Ale pozostanie w miejscu ZAWSZE kosztuje więcej (choć na pierwszy rzut oka wydaje się wygodne i bezpieczne).

…w zasadzie – to to samo, co głosi słynny napis z Bremy:

Navigare necesse est…

Tak! I to co dalej także:

…vivere non est necesse.

Jeśli żeglujesz – możesz zginąć. Umrzeć, znaczy. Jeśli nie żeglujesz – zachowasz życie.

…tylko po co?

Może to i banał. Ale czasem warto sobie przypomnieć.

„Nie żyć – to nie mieć po co umierać” (Zabłocki).

No, to dosyć tych imponderabiliów 😉

Mruczanka ze złośliwą satysfakcją

Chyba znalazłem metodę na firmę B. To się nazywa „włoski strajk”. Postanowiłem sobie być sumiennym pracownikiem i wykonywać – dokładnie, rzetelnie i dosłownie – wszystkie polecenia przełożonych. No i zaczęło się – jaja jak berety! 🙂

Ponieważ W. – mój naczelny, człek cudowny i wielkiej zacności, acz pierdoła, kazał mi zrobić kilka rzeczy – nazwijmy je dla ułatwienia A, B i C – wziąłem się za nie ochoczo, uświadomiwszy jednakowoż W. (przez uszy, jak Gombrowicz uczył), że to bez sensu i że się nie da (że czasu nie wystarczy). W połowie czynności A mój drogi szef – z lekka przerażony pokrzykiwaniem Szefa Wyższego Rzędu – kazał mi jeszcze znaleźć zdjęcie – ilustrację do tekstu X. Czy ja jestem fotoedytorem? Ale OK – szef każe, ja robię 🙂

Szukałem (naprawdę uczciwie!!!) – ale oczywiście tylko na stronach darmowych agencji fotograficznych (bo o płatnych zdjęciach nie ma mowy, zarząd się nie zgodzi na takie fanaberie, a przecież kraść nie będę…). Szukałem 2 godziny (słownie dwie). Przednia zabawa. Nie znalazłem, niestety. W. mało zawału nie dostał. „Jeszcze się tym zajmujesz?!” „No przecież mi kazałeś…” – odpowiedziałem w bezbrzeżnym zdumieniu. „Nie, no co ty, tyle pracy, zostaw to, pal sześć, poproszę grafików, to zrobią rysunek…”. Proszę państwa – to działa! Jego mina wskazywała, że jutro – zanim mi coś każe – pomyśli. I o to chodzi. 🙂

A swoją drogą – nie można było OD RAZU podjąć decyzji o rysunku? Przecież było wiadomo, że tak się to skończy… Jak się oszczędza i w firmie wydającej miesięczniki (kolorowe i na baaardzo ładnym papierze… przerost formy nad treścią skądinąd…) nie zatrudnia fotoedytora… Z pustego i Salomon…

No, dobranoc. Jutro strajku włoskiego c.d.

🙂

Puchatek

Mruczanka w szkocką kratę – 2

Ano, tak, jak obiecywałem… Kolejność dosyć przypadkowa. Nie szkodzi.

Pisałem już, gdzie leży Inverness. Kiedyś o samym miasteczku też będzie, bo jest urocze i miłe wspomnienia się z nim wiążą… Ale dziś – droga z Inverness na zachód.

Droga niemal od początku biegnie wybrzeżem Loch Ness. Lodowcowe jezioro, typowe – długie a wąskie. A że droga – siłą rzeczy – biegnie nieco wyżej, to przez prawie cały czas widać także przeciwległy brzeg (o nim też kiedyś wspomnę). Po kilkunastu milach przejeżdża się przez urocze misteczko o uroczo celtyckiej nazwie Drumnadrochit, znane z tego, że jest w nim muzeum… potwora z Loch Ness, oczywiście. To znaczy – takich muzeów jest kilka, także w samym Inverness jedno działa – ale do w Drumnadrochit jest „oficjalne” (cokolwiek by to miało znaczyć). Kilka mil dalej – nad samym brzegiem jeziora – ruiny zamku Urquhart Castle, zburzonego w czasie którejś z wojen. Warto zobaczyć. Kolejne kilkanaście mil – i dojeżdża się do kolejnego uroczego miasteczka – Invermoriston (w szkockiej odmianie gaelika „inver” ozbacza „ujście” – i rzeczywiście, w tym miejscu rzeka Moriston wpada do Loch Ness).

I tu – dla turysty autostopowego – trudny wybór. Można jechać dalej główną drogą (hmmm…. w Szkocji pojęcie „głównej drogi” nie do końca oznacza to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni… Ale o tym kiedy indziej). Wtedy dojedzie się na zachodnie wybrzeże – do Fort William, leżącego nad Loch Linnhe, które z kolei przechodzi w zatokę Firth of Lorn. O tym też kiedyś będzie – bo to bardzo piękne miejsca.

Można natomiast odbić od „głównej drogi” w mniej główną drogę, poczatkowo biegnącą prosto na zachód, potem skręcającą nieco na północ. I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Teren jest coraz dzikszy, bardziej górzysty, lasy ustępują miejsca wrzosowiskom, nagim skałom. Droga biegnie wzdłuż kolejnych jezior, wije się po stokach wzgórz, przekracza piękny most w Shiel. Potem jedzie się nią wzdłuż Loch Duich i nagle – jakieś 10 mil od Shiel – ukazuje się oczom wędrowca widok, który każe zmusić kierowcę (przypominam, jedziemy autostopem), żeby stanął. I żeby dał nam wyjść, popatrzeć, może zdjęcia zrobić…

Otóż – na jeziorze (tak, na jeziorze – na małej, skalistej wyspece, kilkadziesiąt metrów od brzegu, na którą biegnie jedynie wąska, wyraźnie rękę ludzką usypana grobla) stoi sobie zamek. Ot tak, „in the middle of nowhere”. Dookoła wzgórza, wijące się lodowcowe jezioro, mgły (prawie zawsze są tam jakieś mgły). Nastrój – znowu, co zrobić – jak ze starych eposów, jak z baśni.

Poniżej wklejam linki, na których możecie sobie to cudo obejrzeć. Zapewne powiecie: „gdzieś to już chyba widziałem…” – i pewnie będziecie mieli rację. Bo ten zamek – Eilean Donan Castle – zwany „najbardziej romantycznym zamkiem Szkocji” jest bardzo znany. Grał w wielu filmach – począwszy od któregoś „Bonda” (gdzie był oczywiście tajną siedzibą brytyjskiego wywiadu 🙂 aż po „Nieśmiertelnego”.

Ale powiadam wam – to, co widzieliście w filmach to nic. Trzeba wylądować w tym  miejscu wieczorem, jakąś godzinę przed zachodem słońca, kiedy mgły są szczególnie piękne – czerwono-złote – i kiedy nigdzie jak okiem sięgnąć nie ma żywej duszy. Tylko góry, ciemna woda jeziora, mgły i zamek. Trzeba wylądować tam, kiedy zamek jest już zamknięty dla zwiedzających, na parkingu na brzegu jeziora nie ma samochodów, a w zamku ktoś (pewnie członek personelu, może nocny stróż) siedzi sobie gdzieś w komnacie i – nieświadomy, że gdzieś pod zamkiem siedzą sobie jacyś dziwni turyści, którzy wcale nie spieszą się dalej – gra sobie na cynowym whistlu „Fanny Power”, a zaraz potem „Sally Gardens”, i jeszcze inne piękne rzeczy, których tytułów nawet Puchatek już nie pomni…

I trzeba sobie tak siedzieć, aż słońce zajdzie, mgły zgasną, a że właśnie jest nów – to gwiazd nad głową jest więcej, niż powietrza, kórym się oddycha. I trzeba tak siedzieć i o niczym nie myśleć i nic nie mówić. I warto nie być tam samemu – ale z kimś, z kim można właśnie nie myśleć i milczeć.

Tylko trzeba się cieplutko ubrać – w nocy bywa zimno. Namiot nie bardzo jest jak rozbić, ale nic to – jak chłód da się we znaki, można zawsze zarzucić plecak na grzbiet i powędrować dwie czy trzymile do Dornie. Nie, w Dornie nie ma kampingu – ale jakaś łączka zawsze się znajdzie, a rano można odpalić palniczek i zrobić herbatkę, albo pójść do lokalnego pubu na gorące kakao. I ruszyć dalej – bo z Dornie już tylko kilka mil do Kyle of Lochalsh, skąd pływają promy na wyspę Skye. Ale o tym już chyba następnym razem…

Puchatek.

A, byłbym zapomniał – obiecane linki do obrazków:

http://www.eileandonancastle.com/

http://www.castles.org/Chatelaine/EDC/e-donan.htm

http://www.castles.org/Chatelaine/EDC/ed.htm

Mruczanka w kwartach

Wszystko zaczeło się od tego, że sobie Puchatek kupił dyktafon. No bo praca dziennikarska i w ogóle, przydatne narzędzie, niezbędna rzecz. Ale skoro już dyktafon – to cyfrowy (bo te kasety… zawsze ich akurat nie ma w kiosku, jak się kończą…). A jak cyfrowy – to taki, żeby można było do komputera podłączyć, zgrać nagranie…

Kupił zatem Puchatek. Ma. Urządzenie działa, chrzest bojowy przeszło w czasie rozmowy z Bardzo Mądrym Panem Profesorem.

Dyktafon – rzecz mało poetycka, wydawałoby się… A jednak. Okazało się bowiem, że rzeczony sprzęt – oprócz oczywistej funkcji nagrywania (i odtwarzania) plików głosowych w jakimś kosmicznym, producentowi tylko właściwym formacie, może także przechowywać (i odtwarzać) stare, dobre MP3.

Puchatek generalnie MP3 nie lubi. Bo to taki „plastikowy” dźwięk, bo to niestety słychać, że to nie jest normalne nagranie… Ale – pomyślał Puchatek – co szkodzi spróbować. I wgrał sobie do komputera – w konwersji na MP3 – jedną płytkę. I przegrał ją do rzeczonego pudełeczka.

Puchatek raczej nie używa walkmana. No bo co to za przyjemność – słuchać muzyki w szumie, w mieście, gdzie ciągle coś przeszkadza, samochody warczą, jazgot. Bez sensu. Muzyki to trzeba słuchać tak, żeby ją słyszeć…

ALE – na pomysł Puchatek wpadł taki, że jak będzie sobie z pracy wracał, jak już wysiądze z podmiejszczaka w powiatowym mieście G. (40 minut od stacji Warszawa Śródmieście) i będzie miał przed sobą 25 minut spaceru do domu (bo o tej porze roku rower jednak śpi już snem zimowym), to sobie Puchatek posłucha.

No i bomba. Szedł sobie Puchatek od pociągu do domu. Cisza (bocznymi uliczkami szedł), spokój, mroźne powietrze, nad głową – gwiazdy i księżyc w pełni. A w uszach…

Loreena McKennitt, „Elemental”. Kto zna – już wie. Kto nie zna – KONIECZNIE. Lektura obowiązkowa.

Trudno opisać, jaki to styl muzyczny – w sklepach stoi na półce „ethno-folk”, ale to tylko „szufladka”. Niesamowite interpretacje, muzyka, która wchodzi gdzieś głęboko w duszę. Ktoś z moich znajomych powiedział kiedyś: „Tak śpiewałaby Antonina Krzysztoń, gdyby była Celtem”.

Nagle cała droga wyglądała zupełnie inaczej. Jakby się było… tam właśnie. Gdzieś na Skye albo w Ullapool. Nierealne przeżycie…

Jest na tej płycie coś, co się nazywa „Carrighfergus”. Stara, irlandzka ludowa piosenka – nieco nostalgiczna, ze smutnawym tekstem. To jedyna piosenka, której nie śpiewa sama Loreena – śpiewa ją niejaki Cedric Smith (bliżej mi nie znany, dalej też nie). Brzmi to tak, jakby śpiewał stary, samotny człowiek, w starej, irlandzkiej tawernie portowej, wspominając młode lata… A sama Loreena McKennitt „dośpiewuje” tylko „back vocal”. No i to jest po prostu powalające. On śpiewa smutną piosenkę – o tym, że tęskni do Irlandii, do ukochanej z lat młodości, że jego dni dobiegają kresu i zostały mu tylko wspomnienia… Niby banał. Ale melodia zmienia ten banał w poezję. I na tle tego wszystkiego – drugi głos, w delikatnych kwartach, czasami tercjach, potężniejący w miarę kolejnych zwrotek. Aż ciarki przechodzą po plecach, aż się chce śpiewać z nimi, aż człowiek chce wsiąść w tę łódź i popłynąć.

Jaka jest tajemnica pani McKennitt? Co to za nieprawdopodobna siła tkwi w jej głosie? Słychać, że ta muzyka (choć w większości przypadków licząca sobie kilakdziesiąt lat więcej, niż ta, która ją śpiewa) płynie prosto z niej, z serca. Jest PRAWDZIWA. Do obłędu prawdziwa. To nie jest plastikowa śpiewanka, kolejny „przebój”, którego za parę lat – co tam lat, miesięcy – nikt juz nie będzie pamiętał. To jest samo serce muzyki, to „coś”, co sprawia, że ludzie śpiewali od kiedy byli ludźmi, co kazało im muzyką wyrażać miłość, tęsknotę, ból, co sprawiało, że przez muzykę oddawali cześć Bogu.

Dawno, bardzo dawno nie było w moim dniu takiej chwili na Muzykę. Może to dobry pomysł – raz na jakiś czas wgrać sobie coś w to elektronicze pudełko i tak właśnie… w drodze do domu…

Dawno też nie byłem Tam. W Szkocji, w Irlandii… Chyba nadchodzi czas na kolejne wspominki (obiecane Sia-si skądinąd).

„I wish I was in Carrighfergus, only for nights in Ballygrant…”

Posłuchajcie Loreeny. „Elemental” to znakomita płyta – pierwsza chyba w jej karierze. Potem jest jeszcze kilka równie znakomitych – choćby „The Visit” czy „The Winter Garden”, „The Mask And The Mirror”…

Jak się Wam nie spodoba – trudno. Mnie porusza.

Mruczanka alaskańsko-syberyjska

ŚNIEG PADA!!!!

Pierwszy w tym roku. Cały świat tonie w śniegu. Wszystko białe. Skrzypi pod nogami. Leci za kołnierz. I przykrywa – cały brud, smród i śmietnik miasta. To jedyna pora roku, kiedy Warszawa jest naprawdę piękna…

Tyle, że w mieście korki jak smok. Jak to dobrze, że mieszkam w G. Że po pracy wsiądę do pociagu podmiejskiego (który może się spóźni, ale przynajmniej w korku nie utknie… miejmy nadzieję…) i pojadę do domu.

A tam będzie jeszcze ładniej – zwłaszcza w okolicy domu, bo tam samochodów mniej, więc ulice będą naprawdę białe, a nie szaro-buro-rozjeżdżone.

Generalnie – nie lubię zimy przesadnie… Ale w takich chwilach jakoś mi się miło robi.

No – oczywiście, Puchatek musi!!! 🙂 – mała mruczanka a propos:

Im bardziej pada śnieg
(Bim-bom)
Im bardziej prószy śnieg
(Bim-bom)
Tym bardziej sypie śnieg
(Bim-bom)
Jak biały puch z poduszki.


I nie wie zwierz ni człek
(Bim-bom)
Choć żyłby cały wiek
(Bim-bom)
Kiedy tak pada śnieg,
(Bim-bom)
Jak marzną mi paluszki.

Mnie akurat nie marzną, ale co tam. Mruczanka pasuje.

*************

A z mniej sympatycznych spraw – Potwory trochę chore. Pietruszka kaszlał przez pół nocy – na początku nawet się przestraszyliśmy, że to znowu zapalenie krtani (…było w czerwcu. Szpital, trzy dni… Nieby nic poważnego, ale brrrr).
Na szczęście nie – pokaszlał i spał dalej. I znowu pokaszlał. I tak całą noc. Dziś M. miała z Potworami iść do Pani Doktor. A tu śnieg wali. Na szczęście są taksówki, bo z wózkiem przez te zaspy… Ech.

A ja – zamiast być z moimi dziećmi i trzymać Pietruszkę za łapkę podczas „zaglądania do gardła” siedzę w B. i zajmuję się bzdurami… Bez sensu. 😦

Zasypany Puchatek