Mruczanka w kwartach

Wszystko zaczeło się od tego, że sobie Puchatek kupił dyktafon. No bo praca dziennikarska i w ogóle, przydatne narzędzie, niezbędna rzecz. Ale skoro już dyktafon – to cyfrowy (bo te kasety… zawsze ich akurat nie ma w kiosku, jak się kończą…). A jak cyfrowy – to taki, żeby można było do komputera podłączyć, zgrać nagranie…

Kupił zatem Puchatek. Ma. Urządzenie działa, chrzest bojowy przeszło w czasie rozmowy z Bardzo Mądrym Panem Profesorem.

Dyktafon – rzecz mało poetycka, wydawałoby się… A jednak. Okazało się bowiem, że rzeczony sprzęt – oprócz oczywistej funkcji nagrywania (i odtwarzania) plików głosowych w jakimś kosmicznym, producentowi tylko właściwym formacie, może także przechowywać (i odtwarzać) stare, dobre MP3.

Puchatek generalnie MP3 nie lubi. Bo to taki „plastikowy” dźwięk, bo to niestety słychać, że to nie jest normalne nagranie… Ale – pomyślał Puchatek – co szkodzi spróbować. I wgrał sobie do komputera – w konwersji na MP3 – jedną płytkę. I przegrał ją do rzeczonego pudełeczka.

Puchatek raczej nie używa walkmana. No bo co to za przyjemność – słuchać muzyki w szumie, w mieście, gdzie ciągle coś przeszkadza, samochody warczą, jazgot. Bez sensu. Muzyki to trzeba słuchać tak, żeby ją słyszeć…

ALE – na pomysł Puchatek wpadł taki, że jak będzie sobie z pracy wracał, jak już wysiądze z podmiejszczaka w powiatowym mieście G. (40 minut od stacji Warszawa Śródmieście) i będzie miał przed sobą 25 minut spaceru do domu (bo o tej porze roku rower jednak śpi już snem zimowym), to sobie Puchatek posłucha.

No i bomba. Szedł sobie Puchatek od pociągu do domu. Cisza (bocznymi uliczkami szedł), spokój, mroźne powietrze, nad głową – gwiazdy i księżyc w pełni. A w uszach…

Loreena McKennitt, „Elemental”. Kto zna – już wie. Kto nie zna – KONIECZNIE. Lektura obowiązkowa.

Trudno opisać, jaki to styl muzyczny – w sklepach stoi na półce „ethno-folk”, ale to tylko „szufladka”. Niesamowite interpretacje, muzyka, która wchodzi gdzieś głęboko w duszę. Ktoś z moich znajomych powiedział kiedyś: „Tak śpiewałaby Antonina Krzysztoń, gdyby była Celtem”.

Nagle cała droga wyglądała zupełnie inaczej. Jakby się było… tam właśnie. Gdzieś na Skye albo w Ullapool. Nierealne przeżycie…

Jest na tej płycie coś, co się nazywa „Carrighfergus”. Stara, irlandzka ludowa piosenka – nieco nostalgiczna, ze smutnawym tekstem. To jedyna piosenka, której nie śpiewa sama Loreena – śpiewa ją niejaki Cedric Smith (bliżej mi nie znany, dalej też nie). Brzmi to tak, jakby śpiewał stary, samotny człowiek, w starej, irlandzkiej tawernie portowej, wspominając młode lata… A sama Loreena McKennitt „dośpiewuje” tylko „back vocal”. No i to jest po prostu powalające. On śpiewa smutną piosenkę – o tym, że tęskni do Irlandii, do ukochanej z lat młodości, że jego dni dobiegają kresu i zostały mu tylko wspomnienia… Niby banał. Ale melodia zmienia ten banał w poezję. I na tle tego wszystkiego – drugi głos, w delikatnych kwartach, czasami tercjach, potężniejący w miarę kolejnych zwrotek. Aż ciarki przechodzą po plecach, aż się chce śpiewać z nimi, aż człowiek chce wsiąść w tę łódź i popłynąć.

Jaka jest tajemnica pani McKennitt? Co to za nieprawdopodobna siła tkwi w jej głosie? Słychać, że ta muzyka (choć w większości przypadków licząca sobie kilakdziesiąt lat więcej, niż ta, która ją śpiewa) płynie prosto z niej, z serca. Jest PRAWDZIWA. Do obłędu prawdziwa. To nie jest plastikowa śpiewanka, kolejny „przebój”, którego za parę lat – co tam lat, miesięcy – nikt juz nie będzie pamiętał. To jest samo serce muzyki, to „coś”, co sprawia, że ludzie śpiewali od kiedy byli ludźmi, co kazało im muzyką wyrażać miłość, tęsknotę, ból, co sprawiało, że przez muzykę oddawali cześć Bogu.

Dawno, bardzo dawno nie było w moim dniu takiej chwili na Muzykę. Może to dobry pomysł – raz na jakiś czas wgrać sobie coś w to elektronicze pudełko i tak właśnie… w drodze do domu…

Dawno też nie byłem Tam. W Szkocji, w Irlandii… Chyba nadchodzi czas na kolejne wspominki (obiecane Sia-si skądinąd).

„I wish I was in Carrighfergus, only for nights in Ballygrant…”

Posłuchajcie Loreeny. „Elemental” to znakomita płyta – pierwsza chyba w jej karierze. Potem jest jeszcze kilka równie znakomitych – choćby „The Visit” czy „The Winter Garden”, „The Mask And The Mirror”…

Jak się Wam nie spodoba – trudno. Mnie porusza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s